wtorek, 14 sierpnia 2012

XXXVIII

Powoli rejestrowała to, co dzieje się wokół niej. Głośne pikanie aparatury podtrzymującej funkcje życiowe skutecznie zagłuszał cichą rozmowę pani Pomfrey z dyrektorem. Charakterystyczny zapach szpitalnego oddziału połączony z wonią leczniczych eliksirów wywołał u Sophie falę nudności. Silny skurcz żołądka na chwilę przerwał analizowanie słyszanych słów.
Jęknęła cicho.
– Z-zaraz zwymiotuję.
Tylko szybka reakcja pielęgniarki uchroniła Krukonkę przed zabrudzeniem szpitalnej kołdry, którą była przykryta. Wymioty ustały, kiedy pani Pomfrey podała sól zobojętniającą.
– Jak się czujesz, drogie dziecko? – zapytała z troską kobieta.
– Fatalnie. Boli mnie głowa, żołądek skręca się we wszystkie strony, a na około mnie latają fioletowe sowy, a w ustach mam jak… lepiej nie mówić jak.
– Zaraz powinno Ci przejść – poinformowała ją.
– Panno Thompson, cóż to było? Jeszcze nigdy nie widziałem takiej demonstracji siły umysłu, jaką wczoraj zaprezentowałaś – odezwał się dyrektor.
Pomimo bladości, na policzkach dziewczyny pojawił się niewielki rumieniec.
– N-nie wiem, co to było. Po prostu… Po prostu skupiłam się bardzo na osobie profesora Snape’a. Późniejszego biegu wydarzeń już nie pamiętam. Czy… czy coś mu się stało? – zapytała z zainteresowaniem.
Wzięła do ręki puchar stający na szafce obok łóżka i napiła się wody.
– Och, nie – staruszek lekko się uśmiechnął. – Mówił mi dzisiaj, a raczej wydzierał się na całe gardło, że jak opuścisz Skrzydło Szpitalne to się z tobą policzy.
Sophie poczuła, że rumieni się jeszcze bardziej, bo przypomniała sobie nagle sen, który nawiedził ją dzisiejszej nocy. Był zupełnie inny od tego, który śnił jej się podczas pobytu u dziadka. Jego realność ją przeraziła, ale również wprowadziła w nieznany stan euforii, podniecenia. Gdy się przebudziła czuła się dziwnie zrelaksowana.
Mogła teraz dokładnie opisać dyrektorowi, gdzie znajdują się poszczególne blizny na plecach Mistrza Eliksirów. W nozdrzach błąkał jej się jego zapach; zapach mężczyzny, miała nadzieję, że i w przyszłości kochanka. Silne dłonie Severusa na jej delikatnym ciele, pocałunki i w końcu spełnienie, choć nie w taki sposób, jaki się spodziewała spowodowały, że nie mogła myśleć o niczym innym.
Westchnęła rozmarzona.
Do rzeczywistości przywołały ja dopiero słowa Dumbledore’a.
– Podnieść zdrowego, silnego mężczyznę jedynie mocą własnych myśli jest niesamowite. W swojej długoletniej karierze nie spotkałem się dotąd z takim rodzajem magii.
– Czy to jakoś się nazywa –zawahała się lekko – to, co zrobiłam wczorajszego popołudnia?
– No, cóż…
Dyrektor zamyślił się, po czym kontynuował dalej.
– Będę musiał poszukać, chyba to kojarzę, ale nie jestem pewien.
– Dyrektorze, a może mi pan powiedzieć, kim byli Huncwoci? – zmieniła nagle temat. – Dzisiejszej nocy śniło mi się, że rozmawiałam o nich z Liamem Handersonem, ale nie umiał mi powiedzieć, kto to był – posmutniała.
Albus nie dał po sobie poznać, że pytanie Krukonki lekko go zdziwiło. Nie chciał w tym momencie zaczynać opowieści o Severusie, Lily Evans i Huncwotach. Nie wiedział jak Sophie zareaguje na informacje o rodzicach Harry’ego i co Black, Potter, Lupin i Pettigrew wyczyniali żeby tylko umilić Severusowi pobyt w Hogwarcie. Nie chciał teraz przeciwstawiać sobie tej dziewczyny. Niedługo miała poznać Toma, mógł przypuszczać, że pamięć może jej wrócić, gdy go zobaczy. Wtedy wiedziona zauroczeniem do Czarnego Pana może obrócić się przeciwko nim i zniweczyć całą pracę Severusa, jaką robił od początku roku by ją sobie, a raczej im zjednać. Zdawał sobie również sprawę, że ona nie zostawi w spokoju oprawców Filiusa i będzie chciała wymierzenia im kary, co nie odbije się dobrze na reputacji Snape’a w Wewnętrznym Kręgu.
– Dyrektorze, coś się stało? – zapytała z troską.
– Nie. Wszystko w porządku. Obiecuję ci, że jak wyjdziesz to opowiem ci całą historię Hogwartu od początku do końca. Muszę już iść, bo Poppy mnie przeklnie, że przeszkadzam ci w powrocie do zdrowia. Do widzenia, panno Thompson – Albus pożegnał się.
– Do zobaczenia, dyrektorze.

***

Sophie po trzech dniach wyszła ze Skrzydła Szpitalnego. Bóle głowy całkowicie ustały, a sny wróciły na swoje miejsce. Znów były nudne i dotyczyły mało ważnych spraw. Szła powolnym krokiem w stronę wieży Ravenclavu. Spokój panował na zamkowych korytarzach, trwały w końcu lekcje, więc nie mogła się spodziewać uczniowskiego gwaru. Chciała wrócić od razu na zajęcia, ale pani Pomfrey zakazała jej tego przynajmniej do końca tygodnia, bo bóle głowy mogły powrócić. Spojrzała na jeden z wielu zegarów zawieszonych wysoko na kamiennych ścianach. Wskazówki pokazywały godzinę jedenastą. W tej chwili siedziałabym w na lekcji u Snape’a – przemknęło jej przez myśl.
Uśmiechnęła się do siebie.
Ciszę przerywały jednostajne uderzania obcasów o posadzkę. Stanęła przed drzwiami prowadzącymi do Pokoju Wspólnego. Już miała zastukać kołatką, gdy przypomniała sobie, że wypadałoby zobaczyć jak czuje się profesor Flitwick. Skierowała się w stronę jego gabinetu. Zapukała dosyć głośno w potężne dębowe drzwi. Niepewnie uchyliła skrzydło i weszła do środka. Karłowaty nauczyciel stał na sporej ilości książek i próbował naprawić potłuczoną buteleczkę, którą Sophie podarowała Severusowi. Skupienie malowało się na jego drobnej twarzyczce, a ruchy ręką były płynne i przemyślane.
– Dzień dobry, profesorze – powiedziała cicho nie chcąc mu przeszkadzać. Usiadła na fotelu naprzeciwko niego.
Odezwał się lekko zdenerwowanym głosem.
– Na Merlina, czy ten Severus oszalał do końca! Co ja mu zrobię, jeśli nie ma wszystkich części? O, dzień dobry, panno Thompson. Cóż cię do mnie sprowadza? – zapytał lekko zdumiony.
– W sumie to nic. Widzę, że już się dobrze pan czuje, profesorze.
– Już tak. Dziś od rana poszedłem pierwsze zajęcia – uśmiechnął się. – Nie wiesz przypadkiem, Sophie, dlaczego Severusowi tak bardzo zależy na naprawieniu tej kupeczki szkła? – podrapał się po głowie.
Dziewczyna chwilę milczała. Nie wiedziała, co odpowiedzieć opiekunowi swojego domu. Sytuacja nie wymagała użycia kłamstwa, ale powiedzenie prawdy też nie wchodziło w grę. Zdecydowała się, że wyjawi tylko jej część.
– Nie wiem. Takie rzeczy się zdarzają, że pewne przedmioty się tłuką, chociażby niechcący, albo chcący. Widocznie profesorowi Snape’owi coś się nie podobało tym flakoniku i postanowił go potłuc, a później zrozumiał, że to jednak był błąd, a że sam nie umiał tego naprawić to zwrócił się do pana, profesorze, bądź po prostu to był wypadek i buteleczka stłukła się przypadkiem.
– Co za niezdara z tego Severusa– westchnął nauczyciel zaklęć.
Krukonka zachichotała.
– A ty jak się czujesz, Sophie? Jestem szczerze zdumiony twoją postawą. Nie sądziłem, że na świecie są jeszcze takie czarownice, które znają Reximencję[1]?
– Pierwszy raz o tym słyszę. Na czym to polega? – zapytała.
– No cóż… – Filius się zawahał. To jest kierowanie umysłem. Skupiasz się na czymś lub kimś dłuższą chwilę i możesz z tym czymś robić, co chcesz. Możesz to coś podnieść, obrócić, przesunąć, przewrócić, a nawet rzucić tym czymś. Zaczęłaś od ciężkiej artylerii.
Dziewczyna zamrugała z niedowierzaniem.
– Ss–słucham?
– Podnieść człowieka potrafią doświadczeni czarodzieje, którzy ćwiczyli tę umiejętność przez całe życie. Jak dobrze wiesz nie potrzeba do tego różdżki, więc możesz go użyć nawet, gdy przeciwnik cię jej pozbawi. Wadą takiej magii jest znaczna utrata sił i ból głowy, który z każdą minutą się nasila i osłabia atak. Jednak regularne ćwiczenia hartują organizm czarodzieja i negatywne skutki dla zdrowia są mniejsze – wytłumaczył jej. – Czy ktoś w twojej rodzinie Sophie studiował starożytne zaklęcia?
Zamyśliła się.
– Nie, na pewno nie – odpowiedziała.
– Dziwne – karłowaty mag zeskoczył z książek i udał się w stronę ogromnego regału z książkami. Czarodziej nie rodzi się z takimi umiejętnościami – kontynuował – jeśli mówisz prawdę i nigdy nie miałaś do czynienia z czymś takim to zapewne ktoś rzucił na ciebie urok.
– Urok?
Filius przytaknął.
– Czy coś da się z tym zrobić? –zapytała niepewnie, przełykając głośno ślinę.
– Panno Thompson, taka umiejętność to dar. Nigdy nie wiadomo, kiedy Sama–Wiesz–Kto zaatakuje – głos mu zadrżał, gdy mówił o Nim. – Nie jest to groźne ani dla ciebie ani dla innychludzi, bo panujesz nad tym. Ćwicz na mniejszych przedmiotach, ale z umiarem, bo pani Pomfrey nie będzie zadowolona, jeśli będziesz ciągle przesiadywać w Skrzydle Szpitalnym.
– Dziękuję za wszystko, profesorze – uśmiechnęła się. – Będę już szła. Czy już dyrektor poczynił jakieś kroki, aby ukarać pańskich oprawców? – zapytała na odchodne.
– Wiesz doskonale Sophie, że to Ślizgoni. Oni nie dadzą się tak łatwo. Ehhh… Chyba to im odpuszczę – nauczyciel posmutniał.
– Tak nie można profesorze! – krzyknęła buntowniczo.
– Będą się mścić. Jestem skłonny do ugody – westchnął spoglądając na zegarek. – Oj, oj jestem już spóźniony.
Podreptał w stronę drzwi. Dziewczyna podążyła za nim zastanawiając się, co też uczyniła, że niebiosa dały jej taką moc.

***

Mroczny Znak zapłonął.
Ciche przeklęcie wydobyło się z męskiego gardła.
Severus odstawił szklankę z Ognistą na blat biurka i poszedł do sypialni przebrać się w szaty Śmierciożercy. Przez krótką chwilę wpatrywał się w czarną maskę, po czym włożył ją na twarz, zaraz potem narzucił czarną pelerynę na plecy i pod zaklęciem Kameleona opuścił swoje komnaty kierując się w stronę Zakazanego Lasu.
Stary, opuszczony magazyn na obrzeżasz miasta wydawał się idealnym miejscem na tego typu spotkania. W środku było tyle miejsca, że mogłaby się w niej zmieścić cała terakotowa armia[2] chińskich żołnierzy. Co jakiś czas na środku stały potężne kolumny utrzymujące dach przed runięciem. Krwawe światło słoneczne wpadało przez okna usytuowane pod samym dachem. Niedługo miała nadejść noc. Severus przeczuwał, że nie będzie to zwyczajne zebranie jakie się ostatnio odbywały. Już teraz liczba jego kompanów przekraczała liczbę stu, a nowi nadal nadchodzili. Stanął nieopodal osoby przypominającej Lucjusza Malfoy’a, maska skrzętnie osłaniała arystokratyczne rysy na twarzy, a pod obszernym kapturem skryły się długie blond włosy. Już miał podejść do niego, gdy dostrzegł, że na horyzoncie pojawił się Czarny Pan.Już dawno nie przybierał swojej mrocznej postaci. Trupio blada cera, kościste,długie palce, w których trzymał różdżkę, obszerna szata zakrywająca anorektyczną sylwetkę. Severus skłonił się tak głęboko, że twarzą prawie dotykał betonowej posadzki. Za jego postawą poszli inni Śmierciożercy.
– Witam was, moi drodzy przyjaciele – zasyczał. – Jak się domyślacie nie przybyliśmy tu w celu rozmów towarzyskich. Te pozostawmy sobie na dzień mojego ślubu.
Czarnoksiężnik omiótł wzrokiem zebranych.
– Doszły do mnie pewne informacje– na chwilę zawiesił głos – Severusie podejdź przed oblicze swojego władcy.
Mistrz Eliksirów że spuszczoną głową w geście poddania podszedł przed oblicze Czarnego Pana. Ukląkł i ukłonił się równie nisko jak poprzednim razem.
– Spójrz na mnie! – rozkazał mu sycząc.
Potulnie spełnił jego żądanie.
– Dlaczego dwójka dzieci moich popleczników została niesłusznie ukarana? Czy nadal ten głupiec Dumbledore nie zdaje sobie sprawy z kim ma do czynienia? Karać dzieci moich sług, moich przyszłych sprzymierzeńców!
– Panie, starałem się wybić mu z głowy ten pomysł, ale się uparł. Już nawet Flitwick gotów był im to odpuścić, ale ten staruch się uparł i powiedział, że na drugi raz trzy razy się zastanowią zanim coś przyjdzie im do głowy.
Czarny Pan chwilę milczał jakby się nad czymś zastanawiając.
– Więc sprawdźmy to.
Severus poczuł, że Ten–Którego–Imienia–Nie–Wolno–Wymawiać lustruje mu myśli. Świadomie wypuścił tylko te informacje, które Czarny Pan chce zobaczyć. Rozmowa z grupką nastoletnich Ślizgonów i obietnica, że Drops ichnie ukarze, dialog w gabinecie Albusa o zaistniałej sytuacji, wymiana zdań z Sophie na korytarzu i w gabinecie Filiusa, pocałunek. „Nie!” – prawie niesłyszalny krzyk wydobył się z gardła Snape’a.„Na Merlina, tylko nie to wspomnienie!” Czarny Pan widząc i czując, że jego słudze akcja wymyka się spod kontroli pozwolił sobie na kilkakrotne powtórzenie pocałunku Severusa i Sophie. Katował go tym obrazem kilkanaście minut, by pod koniec wysłać mu wizję jego okrutnej śmierci z rąk Krukonki.
Sam nie odczuwał względem swego sługi żadnych emocji. Jeśli ten nie wytrzyma, to znajdzie kolejnego frajera,który z własnej woli przystąpi do szpiegowania Dumbledore’a. Jakże on uwielbiał pastwienie się nad Severusem. Przerwał psychiczne znęcanie by przejść do tego bardziej spektakularnego, fizycznego. Syknął donośnie:
– Crucio!
Mistrz Eliksirów rozprostował się jakby rażony piorunem. Moc zaklęcia niewybaczalnego rozchodziła się po jego ciele powoli i „pieściła” dokładnie każdy skrawek jego organizmu. Upadł bezwładnie na beton zmrożony zaklęciem „Hielotortura[3]”, by po pewnym czasie jego ciałem zawładnęło zaklęcie „Subdignis [4]” – na ciele Severusa pojawiały się rany jak po oparzeniu ogniem.
– Widzicie, do czego doprowadza sprzeciw wobec moich rozkazów – zwrócił się po chwili do zebranych w hali Śmierciożerców. – Nie życzę sobie, aby takie sytuacje się powtarzały! Zrozumiano?
Głośny ryk wydobył się z leżącego na betonie mężczyzny.
– Nagini, moja najdroższa towarzyszko i przyjaciółko widzę, że ciebie też nie zadowoliły obejrzane obrazy– Czarny Pan uśmiechnął się wyjątkowo szpetnie ukazując rząd zepsutych zębów.
Do innych ran dołączyła jeszcze jedna – najbardziej niebezpieczna, ta od ugryzienia jadowitego węża. Nagini ukąsiła ofiarę w lewą łydkę odrywając kawałek skóry i mięśni. Krew powoli sączyła się z ogromnej rany. Jad węża z każdą minutą rozprzestrzeniał się po organizmie Severusa. Czarodziej poczuł, że robi mu się słabo. Przed oczami pojawiły się czarne mroczki. Voldemort jeszcze kilka razy wycelował w Snape’a zaklęciem niewybaczalnym, aby potem zaśmiać się szyderczo i zakończyć zebranie zapraszając wszystkich na swoje wesele.
Severus próbował się podnieść, ale obrażenia, jakich doznał zbytnio nie pozwalały mu na to. Na dworze już od dawna było ciemno. Wymacał pod peleryną swoją różdżkę. Wyjął ją i powolnymi ruchami ręki wymówił zaklęcie teleportacyjne. Było mu wszystko jedno czy wróci cały do Hogwartu czy w kawałkach. Po paru chwilach znalazł się na skraju Zakazanego Lasu. Przytrzymując się pnia drzewa stanął pomału na równe nogi i kuśtykając skierował się w stronę zamku. Jego mózg nie pracował jak powinien. Miał w głowie czarną pustkę. Dotarł wreszcie do swoich kwater w lochach. Po wejściu do środka i rzuceniu zabezpieczeń od razu udał się do sypialni. Wrzucił w nieładzie podartą szatę Śmierciożercy i maskę do szafy. Spojrzał z ulgą na swoje łóżko, na które rzucił się bezwładnie. Nie miał siły na nic. Noga rwała niemiłosiernie, a wokół niego znajdowało się mnóstwo krwi. Oddychał ciężko,zamknął oczy i czekał na najgorsze.

Wesołego jajka,
Kurczaków, baranka,
Ciasta z rodzynkami,
Ostrego chrzanu,
Tęczowych mazurków,
Mokrego Dyngusa
I ode mnie całusa.

*

Ha, ha, ha to był sen:D Jestem nieobliczalna]:->

Wiem, że powinno mnie się wychłostać i spalić na stosie za to, co zrobiłam Severusowi, ale tak mnie wena natchnęła i cóż poradzić [bezradny]. Pocieszcie się tym, że Sophie będzie się nim opiekować w kolejnych rozdziałach, a z jakim skutkiem to sama nawet autorka nie wie, więc się nie pytajcie.
Pojawia się dawno nie widziany Voldek:) Come back w wielkim stylu! Trochę kanonu nie zaszkodzi...
No to jeszcze raz wesołych i mokrych świąt:)
––––––––––––––
[1] Reximencja - rexi (łac.)kierować, mens (łac.) umysł
[2] Terakotowa armia - link
[3] Hielotortura - hielo (hiszp.) lód, tortura (hiszp.) tortura
[4] Subdignis - subdo (łac.) poddać, ignis (łac.) ogień

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz