Powoli
rejestrowała to, co dzieje się wokół niej. Głośne pikanie aparatury podtrzymującej
funkcje życiowe skutecznie zagłuszał cichą rozmowę pani Pomfrey z dyrektorem.
Charakterystyczny zapach szpitalnego oddziału połączony z wonią leczniczych
eliksirów wywołał u Sophie falę nudności. Silny skurcz żołądka na chwilę
przerwał analizowanie słyszanych słów.
Jęknęła
cicho.
– Z-zaraz
zwymiotuję.
Tylko
szybka reakcja pielęgniarki uchroniła Krukonkę przed zabrudzeniem szpitalnej
kołdry, którą była przykryta. Wymioty ustały, kiedy pani Pomfrey podała sól
zobojętniającą.
– Jak się
czujesz, drogie dziecko? – zapytała z troską kobieta.
–
Fatalnie. Boli mnie głowa, żołądek skręca się we wszystkie strony, a na około
mnie latają fioletowe sowy, a w ustach mam jak… lepiej nie mówić jak.
– Zaraz
powinno Ci przejść – poinformowała ją.
– Panno
Thompson, cóż to było? Jeszcze nigdy nie widziałem takiej demonstracji siły
umysłu, jaką wczoraj zaprezentowałaś – odezwał się dyrektor.
Pomimo
bladości, na policzkach dziewczyny pojawił się niewielki rumieniec.
– N-nie
wiem, co to było. Po prostu… Po prostu skupiłam się bardzo na osobie profesora
Snape’a. Późniejszego biegu wydarzeń już nie pamiętam. Czy… czy coś mu się
stało? – zapytała z zainteresowaniem.
Wzięła do
ręki puchar stający na szafce obok łóżka i napiła się wody.
– Och,
nie – staruszek lekko się uśmiechnął. – Mówił mi dzisiaj, a raczej wydzierał
się na całe gardło, że jak opuścisz Skrzydło Szpitalne to się z tobą policzy.
Sophie
poczuła, że rumieni się jeszcze bardziej, bo przypomniała sobie nagle sen,
który nawiedził ją dzisiejszej nocy. Był zupełnie inny od tego, który śnił jej
się podczas pobytu u dziadka. Jego realność ją przeraziła, ale również
wprowadziła w nieznany stan euforii, podniecenia. Gdy się przebudziła czuła się
dziwnie zrelaksowana.
Mogła
teraz dokładnie opisać dyrektorowi, gdzie znajdują się poszczególne blizny na
plecach Mistrza Eliksirów. W nozdrzach błąkał jej się jego zapach; zapach
mężczyzny, miała nadzieję, że i w przyszłości kochanka. Silne dłonie Severusa
na jej delikatnym ciele, pocałunki i w końcu spełnienie, choć nie w taki
sposób, jaki się spodziewała spowodowały, że nie mogła myśleć o niczym innym.
Westchnęła
rozmarzona.
Do
rzeczywistości przywołały ja dopiero słowa Dumbledore’a.
–
Podnieść zdrowego, silnego mężczyznę jedynie mocą własnych myśli jest
niesamowite. W swojej długoletniej karierze nie spotkałem się dotąd z takim
rodzajem magii.
– Czy to
jakoś się nazywa –zawahała się lekko – to, co zrobiłam wczorajszego popołudnia?
– No,
cóż…
Dyrektor
zamyślił się, po czym kontynuował dalej.
– Będę
musiał poszukać, chyba to kojarzę, ale nie jestem pewien.
–
Dyrektorze, a może mi pan powiedzieć, kim byli Huncwoci? – zmieniła nagle
temat. – Dzisiejszej nocy śniło mi się, że rozmawiałam o nich z Liamem
Handersonem, ale nie umiał mi powiedzieć, kto to był – posmutniała.
Albus nie
dał po sobie poznać, że pytanie Krukonki lekko go zdziwiło. Nie chciał w tym
momencie zaczynać opowieści o Severusie, Lily Evans i Huncwotach. Nie wiedział
jak Sophie zareaguje na informacje o rodzicach Harry’ego i co Black, Potter,
Lupin i Pettigrew wyczyniali żeby tylko umilić Severusowi pobyt w Hogwarcie.
Nie chciał teraz przeciwstawiać sobie tej dziewczyny. Niedługo miała poznać
Toma, mógł przypuszczać, że pamięć może jej wrócić, gdy go zobaczy. Wtedy
wiedziona zauroczeniem do Czarnego Pana może obrócić się przeciwko nim i
zniweczyć całą pracę Severusa, jaką robił od początku roku by ją sobie, a
raczej im zjednać. Zdawał sobie również sprawę, że ona nie zostawi w spokoju
oprawców Filiusa i będzie chciała wymierzenia im kary, co nie odbije się dobrze
na reputacji Snape’a w Wewnętrznym Kręgu.
–
Dyrektorze, coś się stało? – zapytała z troską.
– Nie.
Wszystko w porządku. Obiecuję ci, że jak wyjdziesz to opowiem ci całą historię
Hogwartu od początku do końca. Muszę już iść, bo Poppy mnie przeklnie, że przeszkadzam
ci w powrocie do zdrowia. Do widzenia, panno Thompson – Albus pożegnał się.
– Do
zobaczenia, dyrektorze.
***
Sophie po
trzech dniach wyszła ze Skrzydła Szpitalnego. Bóle głowy całkowicie ustały, a
sny wróciły na swoje miejsce. Znów były nudne i dotyczyły mało ważnych spraw.
Szła powolnym krokiem w stronę wieży Ravenclavu. Spokój panował na zamkowych
korytarzach, trwały w końcu lekcje, więc nie mogła się spodziewać uczniowskiego
gwaru. Chciała wrócić od razu na zajęcia, ale pani Pomfrey zakazała jej tego
przynajmniej do końca tygodnia, bo bóle głowy mogły powrócić. Spojrzała na
jeden z wielu zegarów zawieszonych wysoko na kamiennych ścianach. Wskazówki
pokazywały godzinę jedenastą. W tej chwili siedziałabym w na lekcji u Snape’a –
przemknęło jej przez myśl.
Uśmiechnęła
się do siebie.
Ciszę
przerywały jednostajne uderzania obcasów o posadzkę. Stanęła przed drzwiami
prowadzącymi do Pokoju Wspólnego. Już miała zastukać kołatką, gdy przypomniała
sobie, że wypadałoby zobaczyć jak czuje się profesor Flitwick. Skierowała się w
stronę jego gabinetu. Zapukała dosyć głośno w potężne dębowe drzwi. Niepewnie
uchyliła skrzydło i weszła do środka. Karłowaty nauczyciel stał na sporej
ilości książek i próbował naprawić potłuczoną buteleczkę, którą Sophie podarowała
Severusowi. Skupienie malowało się na jego drobnej twarzyczce, a ruchy ręką
były płynne i przemyślane.
– Dzień
dobry, profesorze – powiedziała cicho nie chcąc mu przeszkadzać. Usiadła na
fotelu naprzeciwko niego.
Odezwał
się lekko zdenerwowanym głosem.
– Na
Merlina, czy ten Severus oszalał do końca! Co ja mu zrobię, jeśli nie ma
wszystkich części? O, dzień dobry, panno Thompson. Cóż cię do mnie sprowadza? –
zapytał lekko zdumiony.
– W sumie
to nic. Widzę, że już się dobrze pan czuje, profesorze.
– Już
tak. Dziś od rana poszedłem pierwsze zajęcia – uśmiechnął się. – Nie wiesz
przypadkiem, Sophie, dlaczego Severusowi tak bardzo zależy na naprawieniu tej
kupeczki szkła? – podrapał się po głowie.
Dziewczyna
chwilę milczała. Nie wiedziała, co odpowiedzieć opiekunowi swojego domu.
Sytuacja nie wymagała użycia kłamstwa, ale powiedzenie prawdy też nie wchodziło
w grę. Zdecydowała się, że wyjawi tylko jej część.
– Nie
wiem. Takie rzeczy się zdarzają, że pewne przedmioty się tłuką, chociażby
niechcący, albo chcący. Widocznie profesorowi Snape’owi coś się nie podobało
tym flakoniku i postanowił go potłuc, a później zrozumiał, że to jednak był
błąd, a że sam nie umiał tego naprawić to zwrócił się do pana, profesorze, bądź
po prostu to był wypadek i buteleczka stłukła się przypadkiem.
– Co za
niezdara z tego Severusa– westchnął nauczyciel zaklęć.
Krukonka
zachichotała.
– A ty
jak się czujesz, Sophie? Jestem szczerze zdumiony twoją postawą. Nie sądziłem,
że na świecie są jeszcze takie czarownice, które znają Reximencję[1]?
–
Pierwszy raz o tym słyszę. Na czym to polega? – zapytała.
– No cóż…
– Filius się zawahał. To jest kierowanie umysłem. Skupiasz się na czymś lub
kimś dłuższą chwilę i możesz z tym czymś robić, co chcesz. Możesz to coś
podnieść, obrócić, przesunąć, przewrócić, a nawet rzucić tym czymś. Zaczęłaś od
ciężkiej artylerii.
Dziewczyna
zamrugała z niedowierzaniem.
–
Ss–słucham?
–
Podnieść człowieka potrafią doświadczeni czarodzieje, którzy ćwiczyli tę
umiejętność przez całe życie. Jak dobrze wiesz nie potrzeba do tego różdżki,
więc możesz go użyć nawet, gdy przeciwnik cię jej pozbawi. Wadą takiej magii
jest znaczna utrata sił i ból głowy, który z każdą minutą się nasila i osłabia
atak. Jednak regularne ćwiczenia hartują organizm czarodzieja i negatywne skutki
dla zdrowia są mniejsze – wytłumaczył jej. – Czy ktoś w twojej rodzinie Sophie
studiował starożytne zaklęcia?
Zamyśliła
się.
– Nie, na
pewno nie – odpowiedziała.
– Dziwne
– karłowaty mag zeskoczył z książek i udał się w stronę ogromnego regału z
książkami. Czarodziej nie rodzi się z takimi umiejętnościami – kontynuował –
jeśli mówisz prawdę i nigdy nie miałaś do czynienia z czymś takim to zapewne
ktoś rzucił na ciebie urok.
– Urok?
Filius
przytaknął.
– Czy coś
da się z tym zrobić? –zapytała niepewnie, przełykając głośno ślinę.
– Panno
Thompson, taka umiejętność to dar. Nigdy nie wiadomo, kiedy Sama–Wiesz–Kto
zaatakuje – głos mu zadrżał, gdy mówił o Nim. – Nie jest to groźne ani dla
ciebie ani dla innychludzi, bo panujesz nad tym. Ćwicz na mniejszych przedmiotach,
ale z umiarem, bo pani Pomfrey nie będzie zadowolona, jeśli będziesz ciągle
przesiadywać w Skrzydle Szpitalnym.
–
Dziękuję za wszystko, profesorze – uśmiechnęła się. – Będę już szła. Czy już
dyrektor poczynił jakieś kroki, aby ukarać pańskich oprawców? – zapytała na
odchodne.
– Wiesz
doskonale Sophie, że to Ślizgoni. Oni nie dadzą się tak łatwo. Ehhh… Chyba to
im odpuszczę – nauczyciel posmutniał.
– Tak nie
można profesorze! – krzyknęła buntowniczo.
– Będą
się mścić. Jestem skłonny do ugody – westchnął spoglądając na zegarek. – Oj, oj
jestem już spóźniony.
Podreptał
w stronę drzwi. Dziewczyna podążyła za nim zastanawiając się, co też uczyniła,
że niebiosa dały jej taką moc.
***
Mroczny
Znak zapłonął.
Ciche
przeklęcie wydobyło się z męskiego gardła.
Severus
odstawił szklankę z Ognistą na blat biurka i poszedł do sypialni przebrać się w
szaty Śmierciożercy. Przez krótką chwilę wpatrywał się w czarną maskę, po czym
włożył ją na twarz, zaraz potem narzucił czarną pelerynę na plecy i pod
zaklęciem Kameleona opuścił swoje komnaty kierując się w stronę Zakazanego
Lasu.
Stary,
opuszczony magazyn na obrzeżasz miasta wydawał się idealnym miejscem na tego
typu spotkania. W środku było tyle miejsca, że mogłaby się w niej zmieścić cała
terakotowa armia[2] chińskich żołnierzy. Co jakiś czas na środku
stały potężne kolumny utrzymujące dach przed runięciem. Krwawe światło
słoneczne wpadało przez okna usytuowane pod samym dachem. Niedługo miała
nadejść noc. Severus przeczuwał, że nie będzie to zwyczajne zebranie jakie się
ostatnio odbywały. Już teraz liczba jego kompanów przekraczała liczbę stu, a
nowi nadal nadchodzili. Stanął nieopodal osoby przypominającej Lucjusza
Malfoy’a, maska skrzętnie osłaniała arystokratyczne rysy na twarzy, a pod
obszernym kapturem skryły się długie blond włosy. Już miał podejść do niego,
gdy dostrzegł, że na horyzoncie pojawił się Czarny Pan.Już dawno nie przybierał
swojej mrocznej postaci. Trupio blada cera, kościste,długie palce, w których trzymał
różdżkę, obszerna szata zakrywająca anorektyczną sylwetkę. Severus skłonił się
tak głęboko, że twarzą prawie dotykał betonowej posadzki. Za jego postawą
poszli inni Śmierciożercy.
– Witam
was, moi drodzy przyjaciele – zasyczał. – Jak się domyślacie nie przybyliśmy tu
w celu rozmów towarzyskich. Te pozostawmy sobie na dzień mojego ślubu.
Czarnoksiężnik
omiótł wzrokiem zebranych.
– Doszły
do mnie pewne informacje– na chwilę zawiesił głos – Severusie podejdź przed
oblicze swojego władcy.
Mistrz
Eliksirów że spuszczoną głową w geście poddania podszedł przed oblicze Czarnego
Pana. Ukląkł i ukłonił się równie nisko jak poprzednim razem.
– Spójrz
na mnie! – rozkazał mu sycząc.
Potulnie
spełnił jego żądanie.
–
Dlaczego dwójka dzieci moich popleczników została niesłusznie ukarana? Czy
nadal ten głupiec Dumbledore nie zdaje sobie sprawy z kim ma do czynienia?
Karać dzieci moich sług, moich przyszłych sprzymierzeńców!
– Panie,
starałem się wybić mu z głowy ten pomysł, ale się uparł. Już nawet Flitwick
gotów był im to odpuścić, ale ten staruch się uparł i powiedział, że na drugi
raz trzy razy się zastanowią zanim coś przyjdzie im do głowy.
Czarny
Pan chwilę milczał jakby się nad czymś zastanawiając.
– Więc
sprawdźmy to.
Severus
poczuł, że Ten–Którego–Imienia–Nie–Wolno–Wymawiać lustruje mu myśli. Świadomie
wypuścił tylko te informacje, które Czarny Pan chce zobaczyć. Rozmowa z grupką
nastoletnich Ślizgonów i obietnica, że Drops ichnie ukarze, dialog w gabinecie
Albusa o zaistniałej sytuacji, wymiana zdań z Sophie na korytarzu i w gabinecie
Filiusa, pocałunek. „Nie!” – prawie niesłyszalny krzyk wydobył się z gardła
Snape’a.„Na Merlina, tylko nie to wspomnienie!” Czarny Pan widząc i czując, że
jego słudze akcja wymyka się spod kontroli pozwolił sobie na kilkakrotne powtórzenie
pocałunku Severusa i Sophie. Katował go tym obrazem kilkanaście minut, by pod
koniec wysłać mu wizję jego okrutnej śmierci z rąk Krukonki.
Sam nie
odczuwał względem swego sługi żadnych emocji. Jeśli ten nie wytrzyma, to
znajdzie kolejnego frajera,który z własnej woli przystąpi do szpiegowania
Dumbledore’a. Jakże on uwielbiał pastwienie się nad Severusem. Przerwał
psychiczne znęcanie by przejść do tego bardziej spektakularnego, fizycznego.
Syknął donośnie:
– Crucio!
Mistrz
Eliksirów rozprostował się jakby rażony piorunem. Moc zaklęcia niewybaczalnego
rozchodziła się po jego ciele powoli i „pieściła” dokładnie każdy skrawek jego
organizmu. Upadł bezwładnie na beton zmrożony zaklęciem „Hielotortura[3]”,
by po pewnym czasie jego ciałem zawładnęło zaklęcie „Subdignis [4]” – na ciele
Severusa pojawiały się rany jak po oparzeniu ogniem.
–
Widzicie, do czego doprowadza sprzeciw wobec moich rozkazów – zwrócił się po
chwili do zebranych w hali Śmierciożerców. – Nie życzę sobie, aby takie
sytuacje się powtarzały! Zrozumiano?
Głośny
ryk wydobył się z leżącego na betonie mężczyzny.
– Nagini,
moja najdroższa towarzyszko i przyjaciółko widzę, że ciebie też nie zadowoliły
obejrzane obrazy– Czarny Pan uśmiechnął się wyjątkowo szpetnie ukazując rząd
zepsutych zębów.
Do innych
ran dołączyła jeszcze jedna – najbardziej niebezpieczna, ta od ugryzienia
jadowitego węża. Nagini ukąsiła ofiarę w lewą łydkę odrywając kawałek skóry i
mięśni. Krew powoli sączyła się z ogromnej rany. Jad węża z każdą minutą
rozprzestrzeniał się po organizmie Severusa. Czarodziej poczuł, że robi mu się
słabo. Przed oczami pojawiły się czarne mroczki. Voldemort jeszcze kilka razy
wycelował w Snape’a zaklęciem niewybaczalnym, aby potem zaśmiać się szyderczo i
zakończyć zebranie zapraszając wszystkich na swoje wesele.
Severus
próbował się podnieść, ale obrażenia, jakich doznał zbytnio nie pozwalały mu na
to. Na dworze już od dawna było ciemno. Wymacał pod peleryną swoją różdżkę.
Wyjął ją i powolnymi ruchami ręki wymówił zaklęcie teleportacyjne. Było mu
wszystko jedno czy wróci cały do Hogwartu czy w kawałkach. Po paru chwilach
znalazł się na skraju Zakazanego Lasu. Przytrzymując się pnia drzewa stanął
pomału na równe nogi i kuśtykając skierował się w stronę zamku. Jego mózg nie
pracował jak powinien. Miał w głowie czarną pustkę. Dotarł wreszcie do swoich
kwater w lochach. Po wejściu do środka i rzuceniu zabezpieczeń od razu udał się
do sypialni. Wrzucił w nieładzie podartą szatę Śmierciożercy i maskę do szafy.
Spojrzał z ulgą na swoje łóżko, na które rzucił się bezwładnie. Nie miał siły
na nic. Noga rwała niemiłosiernie, a wokół niego znajdowało się mnóstwo krwi.
Oddychał ciężko,zamknął oczy i czekał na najgorsze.
Wesołego
jajka,
Kurczaków,
baranka,
Ciasta z
rodzynkami,
Ostrego
chrzanu,
Tęczowych
mazurków,
Mokrego
Dyngusa
I ode
mnie całusa.
*
Ha, ha,
ha to był sen:D Jestem nieobliczalna]:->
Wiem, że
powinno mnie się wychłostać i spalić na stosie za to, co zrobiłam Severusowi,
ale tak mnie wena natchnęła i cóż poradzić [bezradny]. Pocieszcie się tym, że
Sophie będzie się nim opiekować w kolejnych rozdziałach, a z jakim skutkiem to
sama nawet autorka nie wie, więc się nie pytajcie.
Pojawia
się dawno nie widziany Voldek:) Come back w wielkim stylu! Trochę kanonu nie
zaszkodzi...
No to
jeszcze raz wesołych i mokrych świąt:)
––––––––––––––
[1]
Reximencja - rexi (łac.)kierować, mens (łac.) umysł
[2]
Terakotowa armia - link
[3]
Hielotortura - hielo (hiszp.) lód, tortura (hiszp.) tortura
[4]
Subdignis - subdo (łac.) poddać, ignis (łac.) ogień
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz