– Moja
głowa. Gdzie ja jestem?! – zachrypły głos dziewczyny wydobył się z gardła.
– Sophie nareszcie się obudziłaś. Jak się czujesz? – wzruszenie odbierało mowę Mistrzowi eliksirów.
– Sophie nareszcie się obudziłaś. Jak się czujesz? – wzruszenie odbierało mowę Mistrzowi eliksirów.
– Kim pan
jest? Nie znam pana. Co ja tu robię? Boli mnie wszystko. Chcę spać – ziewnęła.
Kiedy
tylko Sophie odpłynęła do krainy Morfeusza, a Śmierciożerca upewnił się, że
spokojnie i w miarę równo oddycha poszedł odszukać jej lekarza. Odnalazł go w
pokoju lekarskim. Mężczyzna tak na oko po trzydziestce siedział przy biurku i
zawzięcie wypełniał karty pacjentów. Ciemne włosy i zielone oczy idealnie
komponowały się ze śniadą karnacją doktora. Severus pomyślał z ironią, że taki
przystojniak jak on powinien pracować raczej na wybiegu niż w szpitalu.
Zazdrościł mu lekko opalonej skóry nieprzetłuszczających się tak szybko jak u
niego włosów.
– Severus
Snape. Jestem znajomym pacjentki spod ósemki. Chcę poinformować, że właśnie się
przebudziła – podał rękę medykowi.
– Matthew
Brandy – przedstawił się. Pani Thompson. Hmm... Kojarzę ją. Już idę. A
mówiła coś? – pojedyncze zdania wydobywały się z jego kształtnych ust.
– Niewiele. Powiedziała, że wszystko ją boli i chce spać.
– Niewiele. Powiedziała, że wszystko ją boli i chce spać.
Po
wnikliwym badaniu, jakie przeprowadził lekarz stwierdził, że to był tylko
chwilowy powrót do świadomości. Nic nie mógł poradzić na to, kiedy dziewczyna
całkowicie wybudzi się ze śpiączki. Kazał pielęgniarce podać jej odpowiednie
eliksiry i czekać na polepszenie stanu zdrowia.
Severus
usiadł ponownie obok jej łóżka i ukrył twarz w dłoniach. Chciał żeby wreszcie
nastąpiła ta chwila, kiedy Sophie powtórnie się obudzi. Już miał nadzieję, że
jego modlitwy zostaną wysłuchane, ale najwidoczniej następny raz się pomylił.
***
Kolejne
dni mijały. Bezśnieżny styczeń chylił się ku końcowi ustępując miejsca mroźnemu
i obfitującemu w śnieg lutemu. Wszyscy z utęsknieniem czekali na chociażby
jeden ciepły, wiosenny promyczek słońca. Niestety pogoda zbuntowała się i z
nieba padał tylko gęsty śnieg przykrywając błonia grubą warstwą białego puchu.
Mark Edwards szedł szkolnym korytarzem w kierunku wyjścia. Szkolny zegar wskazywał kilka minut po dwudziestej pierwszej. Już dawno miał odwiedzić swoją szkolną przyjaciółkę, ale jakoś nigdy nie miał czasu. Zawsze coś mu wypadało. Wyrzuty sumienia też dały osobie znać. „Nie powinien wtedy mówić jej tych przykrych słów. Może rzeczywiście Sophie konsultowała z nim coś jeszcze, ale przecież doskonale widziałem jak stali na przeciwnych stronach biurka nachyleni do siebie” – w głowie chłopaka tłoczyło się milion myśli na minutę.
Mark Edwards szedł szkolnym korytarzem w kierunku wyjścia. Szkolny zegar wskazywał kilka minut po dwudziestej pierwszej. Już dawno miał odwiedzić swoją szkolną przyjaciółkę, ale jakoś nigdy nie miał czasu. Zawsze coś mu wypadało. Wyrzuty sumienia też dały osobie znać. „Nie powinien wtedy mówić jej tych przykrych słów. Może rzeczywiście Sophie konsultowała z nim coś jeszcze, ale przecież doskonale widziałem jak stali na przeciwnych stronach biurka nachyleni do siebie” – w głowie chłopaka tłoczyło się milion myśli na minutę.
Do
szpitala dotarł grubo po dwudziestej drugiej. Zaklęcie Kameleona, które ćwiczył
przez ostatnie kilka tygodni przydało się właśnie teraz, kiedy musiał przemknąć
niezauważony obok dyżurki pielęgniarek.
– Co pan
profesor tu robi?! – chłopak prawie krzyknął na widok swojego profesora.
– Zamknij się Edwards, bo ją obudzisz. Nie twój interes, co tu robię. Lepiej martw się o siebie, bo Flitwick czy nawet ten Drops nie będą patrzeć na ciebie przychylnie, jeśli powiem im otym, że cię tu widziałem i to w nieodpowiedniej porze odwiedzin – Mistrz eliksirów rzucił mu wrogie spojrzenie.
– Zamknij się Edwards, bo ją obudzisz. Nie twój interes, co tu robię. Lepiej martw się o siebie, bo Flitwick czy nawet ten Drops nie będą patrzeć na ciebie przychylnie, jeśli powiem im otym, że cię tu widziałem i to w nieodpowiedniej porze odwiedzin – Mistrz eliksirów rzucił mu wrogie spojrzenie.
– Ale
profesorze?
–
Dorzucam jeszcze do tego szlaban do końca roku u Filcha. Masz jeszcze coś do
powiedzenia czy przystajesz na moje warunki?
– Dobrze
– spuścił wzrok. Tylko, że ja się bardzo o Sophie martwię.
– Każdy się o nią niepokoi. Lepiej siadaj na tyłku i się nie odzywaj, bo jak nas tu znajdą to nie ręczę za siebie.
– Każdy się o nią niepokoi. Lepiej siadaj na tyłku i się nie odzywaj, bo jak nas tu znajdą to nie ręczę za siebie.
Nastała
cisza. Mężczyźni wpatrywali się w leżącą na łóżku dziewczynę. Każdy z nich
obdarzał ją jakimś gorącym uczuciem. Severus był jej wdzięczny za to, że jest
przy nim, że potrafi go zrozumieć. Starała się zawsze go rozbawić nawet, gdy
miał wisielczy humor, albo Tom wymagał od niego niemożliwych rzeczy. Stała się
dla niego bardzo bliską przyjaciółką, ale nie wiedział czy ona obdarzyła go tym
samym, ale mogła przecież czuć do niego coś więcej. Nie dopuszczał do siebie,
że mogłaby to być miłość, bo przecież, kto pokochałby takiego zgorzkniałego,
zamkniętego w sobie faceta, bez jakiejkolwiek przyszłości. Bo, o czym może
marzyć i co planować wytrawny Śmierciozerca? Mark miał inne odczucia w stosunku
do Sophie. Jeszcze żadna dziewczyna nie zawładnęła jego sercem tak jak ona. Po
cichu liczył, że właściwie odczyta jego zaloty, ale minęło ponad cztery
miesiące od ich pierwszego spotkania, a ona nadal traktowała go jak kolegę.
Było mu przykro, kiedy zobaczył Nietoperza z nią, ale poprzysiągł sobie, że
jeśli Krukonka się obudzi gotów jest nawet poprosić ją o chodzenie.
–
Edwards, mam się za każdym razem na ciebie drzeć żebyś coś usłyszał. Wracamy do
szkoły – z zamyśleń wyrwał go Snape.
– Już idę
– wstał gwałtownie z krzesełka. Do zobaczenia wkrótce Sophie – ucałował ją w
chłodny policzek.
***
Mroki
nocy powoli się rozjaśniały ustępując miejsca świtowi. Mroźny poranek przywitał
uczniów Hogwartu słoneczną pogodą. Przez wiekowe okiennice przedzierały się
zimowe promienie słoneczne. Chwilami czuło się nawet chłodny powiew wiatru
wpadający przez uchylone wrota szkoły. Szkolnym korytarzem szła powoli Sophie
Thompson. Podziwiała średniowieczny zamek. Zachwycała się pozłacanymi
kinkietami, z których wydobywał się ogień oświetlając jej drogę. Nie wiedziała,
po co jej podświadomość kazała jej tu przybyć. Po prostu w pewnej chwili wpadła
to jakiegoś tunelu i znalazła się tutaj. Jak przez mgłę kojarzyła to miejsce.
Chwilę krążyła bez celu po budynku. Coś jednak kierowało ją w kierunku schodów
prowadzących do piwnicy. Zeszła nimi w dół. Ujrzała uchylone drzwi. Weszła, a
raczej przeniknęła przez nie. W pomieszczeniu przy biurku siedział ten sam
mężczyzna, który odwiedził ją w szpitalu. Podeszła do niego i położyła mu dłoń
na ramieniu. Nawet nie drgnął. Czuła się jakoś z nim związana. Kiedy wstał i
udał się w sobie tylko znanym kierunku duch podążył za nim. Mniej więcej w
połowie drogi znów jakaś siłą przeniosła w inne miejsce. Teraz znajdowała się w
dużym domu. Kobieta w średnim wieku stała przed lustrem i gdzieś się szykowała.
Krukonka przeszła obok niej, ale ta nawet na chwilę nie oderwała wzroku od
swojego odbicia w zwierciadle. Załamana rozpłynęła się w powietrzu, chcąc jak
najszybciej powrócić do swojego ciała.
***
Godzinę
drugą na starym, barokowym zegarze wskazywały zdobione wskazówki. Severus Snape
właśnie kończył przyrządzać pewną miksturę, nad którą pracował od kilku
miesięcy. Oczy ledwie patrzyły na to, co robił, ale chęć pomocy była
silniejsza. Ostatkiem sił wlał eliksir do buteleczki. Postawił go w bezpiecznym
miejscu i udał się w kierunku swojej sypialni szepcząc: „Już niedługo Sophie
powrócisz do świata żywych”.
***
Moja
biedna wena jakoś się ruszyła... Osobiście notka mi się nie podoba. Chyba w
kolejnym poście ożywię Sophie, bo już to się nudne staje jak ona tak sobie leży
i nie jest blisko Seva i Toma.
Dedykacja
dla Merimaat i Annie, bo to dzięki nim powstał ten blog.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz