"There
might have been a time
When I would let you step away
I wouldn’t even try but I think
you could save my life"
When I would let you step away
I wouldn’t even try but I think
you could save my life"
Adam
Lambert "Whataya want from me"
„Znów
fałszywy alarm!” – pomyślała z goryczą Sophie, siadając na łóżku profesora.
Drgawki, które od czasu do czasu wstrząsały ciałem Severusa wskazywały na to,
że jego organizm próbuje walczyć ze spustoszeniami, jakie w jego organizmie wywołał
jad. Krukonka miała nadzieję, że Jej Profesor już niedługo się obudzi.
To
czekanie doprowadzało ją do szału. Nie mogła go stracić, nie w ten sposób…
Dumbledore
nie powinien tak postępować, nawet jeśli stanowisko dyrektora pozwala mu
podejmować tego typu kroki. Była bardzo ciekawa jak dyrektor zareagowałby gdyby
chodziło o życie jego ukochanej osoby. Pewnie nigdy się tego nie dowie,
ponieważ taka osoba, jaką jest Albus Dumbledore – z pozoru dobroduszna, ale w
głębi ducha wyrachowana rzadko, kiedy poddaje się takiemu uczuciu, jakim jest
miłość.
Ziewnęła.
Spojrzała
na zegar – było wpół do czwartej. O szóstej miała podać swojemu „pacjentowi”
porcję Pureserum. Do tej pory postanowiła przespać się jeszcze trochę i zebrać
siły do opieki nad chorym. Zanim udała się do swojego prowizorycznego łóżka,
sprawdziła czy opuchlizna na nodze jest nadal tak rozległa jak jeszcze kilka
rodzin temu. Wydawało się jej, że łydka jest trochę „szczuplejsza”. Zrobiło się
Krukonce lżej na sercu. „Może jednak Pureserum zadziała jak należy” – pomyślała
zmieniając mężczyźnie kompres.
Zaraz po
otuleniu się kołdrą zmorzył ją sen.
– Panno
Thompson – poczuła czyjąś rękę na swojej dłoni.
– Co się
stało? – zerwała się.
– Nic, to
tylko ja – powiedziała cicho Poppy Pomfrey. – Co z Severusem? Polepszyło mu
się? – zapytała przejęta.
– Miał
jeden mocny wstrząs przed… A właściwie, która godzina?
–
Kwadrans po szóstej.
– Muszę
podać profesorowi kolejną dawkę Pureserum! – momentalnie wstała z łóżka.
Po chwili
ze składniku przyniosła niewielką buteleczkę z zielonkawym płynem. Nachyliła
się nad Severusem i powoli wlewała mu zawartość flakonika do gardła tak, aby
się nie zachłysnął. Spoglądała na niego z lubością. Wodziła wzrokiem po
pozbawionej napięcia twarzy, z kropelkami potu na czole, haczykowatym nosie,
zamkniętych powiekach przyozdobionych rzęsami i wąskich ustach, które całowała
i przez które była pieszczona. Poczuła znajomy dreszcz przebiegający po
plecach, kiedy przypomniała sobie te sytuacje.
– Obudź
się, obudź się, mój kochany – szeptała, głaszcząc go po lekko kującym policzku.
Nie
zwracała uwagi na stojącą za nią Poppy Pomfrey.
Była w
swoim świecie, w ich świecie. Broniła dostępu do niego wszystkim.
Chciała
żeby w końcu otworzył oczy, nakrzyczał na nią, ale też żeby mogła wtulić się w
jego szczupły tors, złożyć delikatny pocałunek na bladych ustach. Nadzieja nie
gasła w niej, a jeszcze bardziej została podsycona, bo wydawało się jej, że
ręka Mistrza Eliksirów jakby drgnęła.
– Widzę,
że nikt nie zapewni Severusowi takiej opieki, jaką ty mu dajesz, panno Thompson
– odezwała się cicho pielęgniarka.
Sophie
lekko się zarumieniła na te słowa.
– Staram
się jak mogę – powiedziała lekko zmieszana. – Dzisiaj sobota, więc mogę
przygotować eliksiry, których brakuje w Skrzydle Szpitalnym. Z profesorem i tak
się nie da porozmawiać, a ja nie mogę tak siedzieć bezczynnie, bo zwariuję.
– No…
cóż… Skoro chcesz, to po śniadaniu przyniosę ci listę tych najbardziej
potrzebnych mikstur. Nie zamartwiaj się tak, panno Thompson, Severus wyjdzie z
tego szybciej niż myślisz – kobieta uśmiechnęła się blado.
Wyszła po
chwili, trzaskając cicho drzwiami.
Poppy
Pomfrey dotrzymała słowa i zaraz po posiłku zjawiła się ponownie w sypialni
Severusa z gotową listą potrzebnych eliksirów. Sophie chcąc uniknąć spotkania z
dyrektorem w ogóle nieudała się do Wielkiej Sali, lecz została z Mistrzem
Eliksirów i poprosiła skrzaty o przyniesienie jej jedzenia do lochów. Po
posiłku zmieniła Severusowi kompres, podała mu eliksir wzmacniający i udała się
do jego prywatnej pracowni w celu przygotowania potrzebnych pani Pomfrey
eliksirów, zostawiając lekko uchylone drzwi w razie gdyby chory się obudził.
Czas
płynął niezwykle szybko, ale żadna sekunda nie została zmarnowana przez
uczennicę domu Rowery. Mieszała, kroiła, dodawała, gniotła, wsypywała, przelewała
przeróżne ingerencje z jednej probówki do drugiej, z jednego kociołka do
drugiego. Uwijała się jak pszczoły w ulu. Nie czuła głodu, plecy nawet ją nie
bolały ją tak jak przy ostatnim przygotowywaniu eliksirów. Czuła radość w
sercu. Mogła pomóc nie tylko Severusowi, a le także innym potrzebującym
eliksirów pacjentom Skrzydła Szpitalnego. W międzyczasie kilka razy zaglądała
do chorego, podała mu ostatnią – trzecią dawkę Pureserum, jak i mikstury
polecone przez panią Pomfrey w celu szybszego powrotu do zdrowia. Zmieniała mu
też okłady na chłodniejsze. Kiedy po kilku godzinach ślęczenia nad kociołkiem
postawiła trzydzieści pięć buteleczek z różnymi specyfikami, odetchnęła z ulgą.
Pani Pomfrey znów będzie mogła skutecznie leczyć swoich pacjentów, Severus
pęknie z dumy, że ma tak uzdolnioną uczennicę, a Dumbledore… Nim Sophie nie
chciała zaprzątać sobie głowy. Będzie go tolerować, trochę tez szanować,
ponieważ należy mu się ono z powodu wieku, ale nie zapomni mu tego nigdy jak
postąpił wczoraj z Severusem. Posprzątała do końca ingerencje i kociołki, które
używała podczas ważenia eliksirów, zgasiła lampiony oświetlające pracownię i
wyszła z pomieszczenia zamykając za sobą drzwi. Poprosiła skrzata o
przyniesienie kolacji, a sama udała się do swojego dormitorium po kilka
niezbędnych rzeczy. Przemknęła niezauważona przez szkolne korytarze. Kołatka
zadała niezbyt trudne dla czarownicy pytanie i wpuściła jądo Pokoju Wspólnego
Ravenclawu. Kilkoro uczniów siedziało na granatowych kanapach i rozwiązywało
zadania domowe. Chciała przemknąć obok nich niezauważona, ale niestety nie
udało jej się to.
– Ooo,
Sophie… dobrze, że cię widzę – odezwał się Bobby Hopkins, niebieskooki
blondynek z szóstego roku. – Co ze Snapem? Naprawdę jest… um-umierający? –
zapytał poważnie.
Rozmowy
momentalnie ucichły.Każdy chciał się dowiedzieć, jakie są szanse na to, że w
szkole pojawi się nowy nauczyciel eliksirów.
–
Umierający? – dziewczyna kilkakrotnie zamrugała oczami. – Kto Ci to powiedział?
– spojrzała na kolegę podejrzliwie.
– No… bo…
Jak wracaliśmy z transmutacji to… – zaczął się tłumaczyć, ale język strasznie
mu się plątał.
– No, co
się stało? Kto wam to powiedział? – Krukonka drążyła dalej temat.
– Irytek.
Widać
było, że chłopakowi wyraźnie ulżyło.
– Bobby,
wiesz doskonale, że Irytek lubi rozpowiadać na prawo i lewo to, co mu ślina na
język przyniesie. Profesor Snape nie odzyskał jeszcze przytomności, ale
wydobyliśmy z jego ciała trujący jad i sądzę, że na dniach powinno być już
dobrze – uśmiechnęła się. –Jeszcze za nim zatęsknisz, zobaczysz.
– Prędzej
osiwieję niż ucieszę się na widok Snape’a – mruknął.
–
Przepraszam cię, Bobby, ale muszę wracać do… umm… pracy. Nie zapomnij napisać
eseju na eliksiry.
– Pracy?
– Nie mam
teraz czasu – zniknęła w korytarzu prowadzącym do jej dormitorium.
Wróciła
za kilkanaście minut do prywatnych komnat Severusa ze sporym pakunkiem pod
pachą. Dźwigała miedzy innymi piżamę, szczoteczkę do zębów wraz z pastą, kilka
rolek pergaminu, pióro do pisania. Miała nadzieję, że dzisiejszego wieczoru
dokończy pisać esej o eliksirach leczniczych. Jak na ironię Snape zadał to im
dwa dni przed, no właściwie, przed czym? Wypadkiem, napadnięciem przez
Śmieciożerców czy jeszcze przed czymś równie niebezpiecznym. Nie chciała nawet
myśleć o tym, co Severus odczuwał w chwili, gdy klątwy zawładnęły jego ciałem.
Usiadła
przy biurku swojego nauczyciela, położyła przed sobą pergamin i rozpoczęła
pisanie eseju. W międzyczasie skrzat przyniósł jej kolację, którą również
spożyła w trakcie pracy.
Ciche
pukanie wyrwało Krukonkę z zamyślenia.
– Dobry
wieczór, panno Thompson – powiedział spokojnie Albus, wchodząc do
pomieszczenia.
–
Dyrektorze – poderwała się z miejsca. – Niech dyrektor usiądzie.
– Ja
tylko na chwilę – pogładził swoją siwą brodę. – Pani Pomfrey była u mnie i
mówiła jak doskonale radzisz sobie z opieką nad Severusem. Wspominała też, że
przez cały dzień przygotowywałaś eliksiry dla Skrzydła Szpitalnego.
Albus na
chwilę zamilkł, wpatrując się w stającą za biurkiem dziewczynę.
– Czy coś
się stało? – zapytała z przejęciem.
– Za bardzo
się uniosłem. Nie powinienem lekceważyć stanu, w jakim jest Severus.
Przepraszam cię za te wszystkie przykre słowa. Wiem, jakim uczuciem darzysz
Severusa. Nie zrań go, bo drugi raz tego może nie wytrzymać.
Krukonka
była wstrząśnięta słowami starszego czarodzieja. Nie wiedziała, co powiedzieć w
tej chwili. W gardle miała ogromną gulę.
– Będę
już szedł. Severus potrzebuje ciszy i spokoju. Opiekuj się nim, tak jak robisz
to do tej pory – uśmiechnął się słabo.
Skierował
się w stronę wyjścia.
–
Dyrektorze? – Sophie na chwilę oprzytomniała.
– Tak,
panno Thompson?
– Czy
może wie pan, dyrektorze, kto jest na tym zdjęciu? – podała mężczyźnie
fotografię, którą znalazła w szkolnej książce do eliksirów.
– Skąd ją
masz? – zapytał dyrektor.
– Ummm…
Znalazłam ją w książce z biblioteki – powiedziała z godnie z prawdą.
– Nie
wiem, czy to ja powinienem opowiedzieć ci o tym zdjęciu, o osobach na nim się
znajdujących. Jedną znasz doskonale.
– Ale
chyba może mi pan powiedzieć, kto tu jest? – spojrzała na niego z nadzieją.
– Tu
jest… Severus z Lily Evans znaczy Potter. Więcej informacji nie mogę ci
udzielić. Przykro mi.
– To jest
matka tego Pottera? Harry’ego Pottera?
Dyrektor
przytaknął.
– O
resztę zapytaj Severusa. Dobranoc.
–
Dobranoc, dyrektorze.
Albus z
cichym trzaśnięciem zamknął drzwi.
Sophie z
wrażenia usiadła na fotel stojący za nią. To, co się wydarzyło przed
kilkunastoma chwilami przerosło jej wszelkie oczekiwania, co do osoby Albusa
Dumbledore’a.
Lily
Potter niewątpliwie odegrała jakaś ważną rolę w życiu Snape’a. Ale do cholery,
jaką? Sophie musiała się tego dowiedzieć!
Natychmiast!
Szybkim
krokiem udała się do biblioteki. Pani Pince nie była zadowolona z nocnej wizyty
Krukonki. Dziewczyna musiała wysłuchać kilkuminutowej litanii na temat swojego
zachowania, zanim bibliotekarka przyniosła jej upragniony tom „Historii
Hogwartu”. Pożegnała się z nią i wróciła do komnat Mistrza Eliksirów. Zmieniła
mu okład, podała eliksiry, usiadła na swoim prowizorycznym łóżku i zaczęła
czytać rozdziały odpowiadające rocznikom, w których Severus był uczniem
Hogwartu. Nie dowiedziała się zbyt wiele na jego temat, za to autor lub
bardziej odpowiednio aktualizator – profesor Binns wychwalał ponad niebiosa…
Huncwotów. Do tej paczki należeli James Potter, Syriusz Black, Remus Lupin i
Peter Pettigrew. Duże zdjęcie ozdabiało pół strony wielkiego tomu, gdzie
znajdowali się ów osobnicy i jakaś dziewczyna. Z pewnością Lily Evans. Sophie
spoglądała z ciekawością na ruchomą fotografię. W jednej chwili poczuła odrazę
do osób na niej się znajdujących.
Kiedy
skończyła przeglądać do końca księgę, zegar wskazywał godzinę trzecią. Nie
rozbierając się, zasnęła.
***
Pierwszym
dźwiękiem, które zarejestrował mózg Severusa było ciche chrapnięcie dochodzące
jakby z oddali. Więc nie umarł. Nie smażył się w piekle, a diabeł nie ganiał go
po rozżarzonych węglach, dźgając w tylną część ciała. Nie wiedział, dlaczego,
ale taka wizja życia po śmierci go rozbawiła. Powieki miał tak ciężkie, że
dopiero po piątej próbie udało mu się je otworzyć. Z ulgą przyjął półmrok
panujący w sypialni. W ustach miał tak sucho, że piasek na Saharze był bardziej
mokry. Spróbował przekręcić się na łóżku. Bezskutecznie. Całe ciało bolało go
niemiłosiernie. Ciche przeklniecie wyrwało mu się z gardła.
– Co się
dzieje? – usłyszał nagle zaspany głos swojej uczennicy.
A więc
jest w piekle. Swoim własnym, które stworzył godząc się na grę pozorów przed
Czarnym Panem.
Dziewczyna
zapiszczała.
– Udało
się, udało się!
Dopadła
do jego łóżka. Miała potargane włosy, pogniecione ubranie, ale również błysk w
oczach i szeroki uśmiech. Usiadła obok niego i wpatrywała się tak intensywnie,
że Severus poczuł jakby był nagi.
– Do
cholery, Thompson! Przestań się tak na mnie gapić! – warknął, ale nie tak
głośno jakby chciał. Gardło miał nadal suche.
– Nie
wierzę, nie wierzę. To jakiś cud. Pan żyje, profesorze i nawet nie ucierpiał na
tym pana język – nie przestawała się uśmiechać.
Wyglądała
tak pięknie. Odgonił te myśli szybko, zanim dziewczyna się zorientuje, że o
niej myśli.
–
Bynajmniej nie zamierzałem umierać. Chyba, że z pragnienia. Pomóż mi się trochę
podnieść i daj mi pić!
Krukonka
wzięła Severusa pod boki i podciągnęła go trochę do góry. Zastałe kości lekko
zaskrzypiały. Podała mu szklankę z wodą, kiedy go odpowiednio ułożyła.
– Nie
chcę być wścibska –spojrzała na swoje ręce. – Co się właściwie panu stało? –
zapytała niepewnie, czekając na jego wybuch.
– Miałem
nieprzyjemne spotkanie z… kilkoma zaklęciami i klątwami. Nic, co cię by mogło
Thompson obchodzić! – syknął.
– Ty mnie
obchodzisz, Severusie –posmutniała.
–
Severusie? Nie pamiętam, kiedy przeszedłem z tobą na „ty”, Thompson?
– Nie
bądź dzieckiem i nie udawaj przed sobą, że… że jestem ci obojętna!
Nie
wiadomo, jak skończyłaby sięta rozmowa gdyby do sypialni nie wkroczyła Poppy
Pomfrey z tacą eliksirów dla chorego.
– Severusie! Ty
żyjesz! – wykrzyknęła na całe gardło. Ręce jej drżały.
– Chyba
zaraz sobie umrę – sarknął.– Zabierz stąd tą przeklętą dziewuchę, bo
wystarczająco zatruwa mi życie!
– Ta
przeklęta dziewucha jak ją nazwałeś, uratowała ci życie! Odkąd wróciłeś ze
spotkania Z– Tym–Którego–Imienia–Nie–Wolno–Wymawiać nie odstępuje twojego łóżka
na krok, przygotowała dla ciebie eliksiry i walczyła o to by dyrektor pozwolił
jej się tobą zajmować – głos pielęgniarki nagle stał się zimny.
– Pan był
na spotkaniu z Volde… z Czarnym Panem? – Sophie nie mogła uwierzyć w słowa
starszej kobiety.
– Wynoś
się stąd, Poppy, nim poczujesz na sobie, któreś z moich ulubionych
torturujących zaklęć! – zagroził jej. – A ty Thompson razem z nią!
– Ani mi
się śni! – oburzyła się Krukonka.
– Cholera
jasna! Gdzie moja różdżka?
Miał
ochotę stanąć na własne nogi, ale w porę sobie przypomniał, że zapewne
ugryzienie Nagini spowodowało rozległą ranę i za nic na świecie nie wstanie.
Przynajmniej przez kilka najbliższych dni. Przeklęty Voldemort!
– W
bezpiecznym miejscu – dziewczyna uśmiechnęła się chytrze.
– Oddawaj
ją, Thompson!
–
Severusie, nie krzycz na nią!
– Proszę,
niech pani zostawi nas samych – zwróciła się do pani Pomfrey Sophie.
Pielęgniarka
opuściła sypialnię Severusa z nikłym uśmiechem na ustach.
– Co to
ma znaczyć? Spotkanie z Czarnym Panem? To on nie umarł? – wzrok Krukonki
przeszył go na wylot.
– Nie
twój interes, Thompson! Oddawaj różdżkę! Jesteś za smarkata żeby wiedzieć i
rozumieć takie rzeczy!
– Ja za
smarkata? Wypraszam to sobie! Śmierciożercy to panu zrobili! – stwierdziła z
triumfem.
– Nie,
nie Śmierciożercy.
– Więc,
kto? – usiadła obok Snape’a na łóżku. – Chcę znać prawdę, cała prawdę. Mam
dosyć, ciągłych kłamstw, podchodów, tego jak na mnie patrzysz, a potem
odtrącasz! – stanęły jej łzy w oczach. – Kiedy się tobą opiekowałam, wycierałam
spocone czoło, podawałam eliksiry zrozumiałam, że… że cię… K o c h a m! Nie
obchodzi mnie twoja przeszłość, tylko nasza wspólna teraźniejszość i przyszłość!
– zupełnie się rozkleiła.
Severus
patrzył na nią jak na postać z obcej planety. Jej słowa zrobiły na im ogromne
wrażenie. Myślał, że mado czynienia z niedoświadczoną, wychowaną pod kloszem
dziewczynę. Pomylił się. Przed nim siedziała młoda, piekielnie inteligentna
kobieta z niemałym bagażem doświadczeń.
–
Powiedz, kto ci to zrobił, Severusie – wypowiedziała te słowa ledwie
słyszalnie.
– Chcesz
prawdy? Nawet takiej, która zaboli cię do żywego? Po której usłyszeniu nic nie
będzie takie samo?
Przytaknęła.
– Sophie,
jestem Ś M I E R C I O ŻE R C Ą! – odsłonił jej lewy rękaw. – Kogoś takiego jak
ja nie można kochać, można nienawidzić, ale na Merlina, nie kochać! – ciężko
dyszał.
Dziewczyna
głośno jęknęła. W jednej chwili zrozumiała wszystko. Gwałtowny ból uderzył jej
do głowy. Odskoczyła gwałtownie od niego.
–
Sev…Sever… Severusie… Do cholery, coś ty zrobił ze swoim życiem!
– Jak
masz mi prawić morały to lepiej się stąd wynoś – pokazał jej ręką drzwi. – Nie
potrzebuje kazań, jaki to jestem zły i bezduszny, a tym bardziej nie lituj się
nade mną. Sam wybrałem taką drogę! – jego głos ociekał jadem.
Stała jak
wryta. Bała się, że jeśli się ruszy to się rozleci. Cały jej poukładany świat,
w którym widziała Severusa rozpadł się na kawałki. W tym momencie nie wiedziała
jak go z powrotem złożyć,ale nie traciła nadziei, że kiedyś to zrobi.
– Wynoś
się stąd! – zagrzmiał.
Teraz go
posłuchała. Wybiegła z jego sypialni z głośnym płaczem. Drzwi trzasnęły tak
mocno, że kilka kamyczków oderwało się od ściany i spadło na podłogę.
Severus
patrzył jeszcze chwilę na zamknięte drzwi.
Nie
widział już dla nich wspólnej przyszłości… Wiedział, że znów wrócił do punktu
wyjścia. Do świata, gdzie niema miejsca dla Sophie Thompson!
*
Kiedy
ponad rok temu publikowałam pierwszą notkę, nie myślałam, że dotrwam do tego
momentu, w którym jestem i, że napisze 40 rozdział na tym blogu, ale widać, że
miało się stać inaczej.
W
najpierwotniejszej wersji miał wyglądać zupełnie inaczej, znaczy miało
być już PO WSZYSTKIM, jednak wena lubi płatać figle i mam jeszcze mnóstwo
pomysłów, które chcę na tym blogu zrealizować. Więcej nie mogę powiedzieć, bo
nie będzie elementu zaskoczenia!
Podoba mi
się strasznie ten rozdział...
Wreszcie
po wielu trudach kazałam Sevowi powiedzieć jej prawdę.
Oboje teraz
będą cierpieć, a ja z nimi, bo się sesja zbliża, a wena nie chce sobie zrobić
urlopu:|
Ratunku!
Dedykacja
dla:
Merimaat - twoje
komentarze powalają, a wena się karmi... Więcej czasu z tego powodu Ci życzę:)
N. N. Nox -
zabijasz powoli. Zdecyduj się w końcu na pisanie jednej opowieści!
Bell i
Hidney - Natycham was weną:D
Panny
Rickman - dla Ciebie też żeby Ci smutno nie było:P Pozdrowienia dla chrześnicy
mojej:D
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz