wtorek, 14 sierpnia 2012

XL

"There might have been a time
When I would let you step away
I wouldn’t even try but I think
you could save my life"
Adam Lambert "Whataya want from me"

„Znów fałszywy alarm!” – pomyślała z goryczą Sophie, siadając na łóżku profesora. Drgawki, które od czasu do czasu wstrząsały ciałem Severusa wskazywały na to, że jego organizm próbuje walczyć ze spustoszeniami, jakie w jego organizmie wywołał jad. Krukonka miała nadzieję, że Jej Profesor już niedługo się obudzi.
To czekanie doprowadzało ją do szału. Nie mogła go stracić, nie w ten sposób…
Dumbledore nie powinien tak postępować, nawet jeśli stanowisko dyrektora pozwala mu podejmować tego typu kroki. Była bardzo ciekawa jak dyrektor zareagowałby gdyby chodziło o życie jego ukochanej osoby. Pewnie nigdy się tego nie dowie, ponieważ taka osoba, jaką jest Albus Dumbledore – z pozoru dobroduszna, ale w głębi ducha wyrachowana rzadko, kiedy poddaje się takiemu uczuciu, jakim jest miłość.
Ziewnęła.
Spojrzała na zegar – było wpół do czwartej. O szóstej miała podać swojemu „pacjentowi” porcję Pureserum. Do tej pory postanowiła przespać się jeszcze trochę i zebrać siły do opieki nad chorym. Zanim udała się do swojego prowizorycznego łóżka, sprawdziła czy opuchlizna na nodze jest nadal tak rozległa jak jeszcze kilka rodzin temu. Wydawało się jej, że łydka jest trochę „szczuplejsza”. Zrobiło się Krukonce lżej na sercu. „Może jednak Pureserum zadziała jak należy” – pomyślała zmieniając mężczyźnie kompres.
Zaraz po otuleniu się kołdrą zmorzył ją sen.
– Panno Thompson – poczuła czyjąś rękę na swojej dłoni.
– Co się stało? – zerwała się.
– Nic, to tylko ja – powiedziała cicho Poppy Pomfrey. – Co z Severusem? Polepszyło mu się? – zapytała przejęta.
– Miał jeden mocny wstrząs przed… A właściwie, która godzina?
– Kwadrans po szóstej.
– Muszę podać profesorowi kolejną dawkę Pureserum! – momentalnie wstała z łóżka.
Po chwili ze składniku przyniosła niewielką buteleczkę z zielonkawym płynem. Nachyliła się nad Severusem i powoli wlewała mu zawartość flakonika do gardła tak, aby się nie zachłysnął. Spoglądała na niego z lubością. Wodziła wzrokiem po pozbawionej napięcia twarzy, z kropelkami potu na czole, haczykowatym nosie, zamkniętych powiekach przyozdobionych rzęsami i wąskich ustach, które całowała i przez które była pieszczona. Poczuła znajomy dreszcz przebiegający po plecach, kiedy przypomniała sobie te sytuacje.
– Obudź się, obudź się, mój kochany – szeptała, głaszcząc go po lekko kującym policzku.
Nie zwracała uwagi na stojącą za nią Poppy Pomfrey.
Była w swoim świecie, w ich świecie. Broniła dostępu do niego wszystkim.
Chciała żeby w końcu otworzył oczy, nakrzyczał na nią, ale też żeby mogła wtulić się w jego szczupły tors, złożyć delikatny pocałunek na bladych ustach. Nadzieja nie gasła w niej, a jeszcze bardziej została podsycona, bo wydawało się jej, że ręka Mistrza Eliksirów jakby drgnęła.
– Widzę, że nikt nie zapewni Severusowi takiej opieki, jaką ty mu dajesz, panno Thompson – odezwała się cicho pielęgniarka.
Sophie lekko się zarumieniła na te słowa.
– Staram się jak mogę – powiedziała lekko zmieszana. – Dzisiaj sobota, więc mogę przygotować eliksiry, których brakuje w Skrzydle Szpitalnym. Z profesorem i tak się nie da porozmawiać, a ja nie mogę tak siedzieć bezczynnie, bo zwariuję.
– No… cóż… Skoro chcesz, to po śniadaniu przyniosę ci listę tych najbardziej potrzebnych mikstur. Nie zamartwiaj się tak, panno Thompson, Severus wyjdzie z tego szybciej niż myślisz – kobieta uśmiechnęła się blado.
Wyszła po chwili, trzaskając cicho drzwiami.
Poppy Pomfrey dotrzymała słowa i zaraz po posiłku zjawiła się ponownie w sypialni Severusa z gotową listą potrzebnych eliksirów. Sophie chcąc uniknąć spotkania z dyrektorem w ogóle nieudała się do Wielkiej Sali, lecz została z Mistrzem Eliksirów i poprosiła skrzaty o przyniesienie jej jedzenia do lochów. Po posiłku zmieniła Severusowi kompres, podała mu eliksir wzmacniający i udała się do jego prywatnej pracowni w celu przygotowania potrzebnych pani Pomfrey eliksirów, zostawiając lekko uchylone drzwi w razie gdyby chory się obudził.
Czas płynął niezwykle szybko, ale żadna sekunda nie została zmarnowana przez uczennicę domu Rowery. Mieszała, kroiła, dodawała, gniotła, wsypywała, przelewała przeróżne ingerencje z jednej probówki do drugiej, z jednego kociołka do drugiego. Uwijała się jak pszczoły w ulu. Nie czuła głodu, plecy nawet ją nie bolały ją tak jak przy ostatnim przygotowywaniu eliksirów. Czuła radość w sercu. Mogła pomóc nie tylko Severusowi, a le także innym potrzebującym eliksirów pacjentom Skrzydła Szpitalnego. W międzyczasie kilka razy zaglądała do chorego, podała mu ostatnią – trzecią dawkę Pureserum, jak i mikstury polecone przez panią Pomfrey w celu szybszego powrotu do zdrowia. Zmieniała mu też okłady na chłodniejsze. Kiedy po kilku godzinach ślęczenia nad kociołkiem postawiła trzydzieści pięć buteleczek z różnymi specyfikami, odetchnęła z ulgą. Pani Pomfrey znów będzie mogła skutecznie leczyć swoich pacjentów, Severus pęknie z dumy, że ma tak uzdolnioną uczennicę, a Dumbledore… Nim Sophie nie chciała zaprzątać sobie głowy. Będzie go tolerować, trochę tez szanować, ponieważ należy mu się ono z powodu wieku, ale nie zapomni mu tego nigdy jak postąpił wczoraj z Severusem. Posprzątała do końca ingerencje i kociołki, które używała podczas ważenia eliksirów, zgasiła lampiony oświetlające pracownię i wyszła z pomieszczenia zamykając za sobą drzwi. Poprosiła skrzata o przyniesienie kolacji, a sama udała się do swojego dormitorium po kilka niezbędnych rzeczy. Przemknęła niezauważona przez szkolne korytarze. Kołatka zadała niezbyt trudne dla czarownicy pytanie i wpuściła jądo Pokoju Wspólnego Ravenclawu. Kilkoro uczniów siedziało na granatowych kanapach i rozwiązywało zadania domowe. Chciała przemknąć obok nich niezauważona, ale niestety nie udało jej się to.
– Ooo, Sophie… dobrze, że cię widzę – odezwał się Bobby Hopkins, niebieskooki blondynek z szóstego roku. – Co ze Snapem? Naprawdę jest… um-umierający? – zapytał poważnie.
Rozmowy momentalnie ucichły.Każdy chciał się dowiedzieć, jakie są szanse na to, że w szkole pojawi się nowy nauczyciel eliksirów.
– Umierający? – dziewczyna kilkakrotnie zamrugała oczami. – Kto Ci to powiedział? – spojrzała na kolegę podejrzliwie.
– No… bo… Jak wracaliśmy z transmutacji to… – zaczął się tłumaczyć, ale język strasznie mu się plątał.
– No, co się stało? Kto wam to powiedział? – Krukonka drążyła dalej temat.
– Irytek.
Widać było, że chłopakowi wyraźnie ulżyło.
– Bobby, wiesz doskonale, że Irytek lubi rozpowiadać na prawo i lewo to, co mu ślina na język przyniesie. Profesor Snape nie odzyskał jeszcze przytomności, ale wydobyliśmy z jego ciała trujący jad i sądzę, że na dniach powinno być już dobrze – uśmiechnęła się. –Jeszcze za nim zatęsknisz, zobaczysz.
– Prędzej osiwieję niż ucieszę się na widok Snape’a – mruknął.
– Przepraszam cię, Bobby, ale muszę wracać do… umm… pracy. Nie zapomnij napisać eseju na eliksiry.
– Pracy?
– Nie mam teraz czasu – zniknęła w korytarzu prowadzącym do jej dormitorium.
Wróciła za kilkanaście minut do prywatnych komnat Severusa ze sporym pakunkiem pod pachą. Dźwigała miedzy innymi piżamę, szczoteczkę do zębów wraz z pastą, kilka rolek pergaminu, pióro do pisania. Miała nadzieję, że dzisiejszego wieczoru dokończy pisać esej o eliksirach leczniczych. Jak na ironię Snape zadał to im dwa dni przed, no właściwie, przed czym? Wypadkiem, napadnięciem przez Śmieciożerców czy jeszcze przed czymś równie niebezpiecznym. Nie chciała nawet myśleć o tym, co Severus odczuwał w chwili, gdy klątwy zawładnęły jego ciałem.
Usiadła przy biurku swojego nauczyciela, położyła przed sobą pergamin i rozpoczęła pisanie eseju. W międzyczasie skrzat przyniósł jej kolację, którą również spożyła w trakcie pracy.
Ciche pukanie wyrwało Krukonkę z zamyślenia.
– Dobry wieczór, panno Thompson – powiedział spokojnie Albus, wchodząc do pomieszczenia.
– Dyrektorze – poderwała się z miejsca. – Niech dyrektor usiądzie.
– Ja tylko na chwilę – pogładził swoją siwą brodę. – Pani Pomfrey była u mnie i mówiła jak doskonale radzisz sobie z opieką nad Severusem. Wspominała też, że przez cały dzień przygotowywałaś eliksiry dla Skrzydła Szpitalnego.
Albus na chwilę zamilkł, wpatrując się w stającą za biurkiem dziewczynę.
– Czy coś się stało? – zapytała z przejęciem.
– Za bardzo się uniosłem. Nie powinienem lekceważyć stanu, w jakim jest Severus. Przepraszam cię za te wszystkie przykre słowa. Wiem, jakim uczuciem darzysz Severusa. Nie zrań go, bo drugi raz tego może nie wytrzymać.
Krukonka była wstrząśnięta słowami starszego czarodzieja. Nie wiedziała, co powiedzieć w tej chwili. W gardle miała ogromną gulę.
– Będę już szedł. Severus potrzebuje ciszy i spokoju. Opiekuj się nim, tak jak robisz to do tej pory – uśmiechnął się słabo.
Skierował się w stronę wyjścia.
– Dyrektorze? – Sophie na chwilę oprzytomniała.
– Tak, panno Thompson?
– Czy może wie pan, dyrektorze, kto jest na tym zdjęciu? – podała mężczyźnie fotografię, którą znalazła w szkolnej książce do eliksirów.
– Skąd ją masz? – zapytał dyrektor.
– Ummm… Znalazłam ją w książce z biblioteki – powiedziała z godnie z prawdą.
– Nie wiem, czy to ja powinienem opowiedzieć ci o tym zdjęciu, o osobach na nim się znajdujących. Jedną znasz doskonale.
– Ale chyba może mi pan powiedzieć, kto tu jest? – spojrzała na niego z nadzieją.
– Tu jest… Severus z Lily Evans znaczy Potter. Więcej informacji nie mogę ci udzielić. Przykro mi.
– To jest matka tego Pottera? Harry’ego Pottera?
Dyrektor przytaknął.
– O resztę zapytaj Severusa. Dobranoc.
– Dobranoc, dyrektorze.
Albus z cichym trzaśnięciem zamknął drzwi.
Sophie z wrażenia usiadła na fotel stojący za nią. To, co się wydarzyło przed kilkunastoma chwilami przerosło jej wszelkie oczekiwania, co do osoby Albusa Dumbledore’a.
Lily Potter niewątpliwie odegrała jakaś ważną rolę w życiu Snape’a. Ale do cholery, jaką? Sophie musiała się tego dowiedzieć!
Natychmiast!
Szybkim krokiem udała się do biblioteki. Pani Pince nie była zadowolona z nocnej wizyty Krukonki. Dziewczyna musiała wysłuchać kilkuminutowej litanii na temat swojego zachowania, zanim bibliotekarka przyniosła jej upragniony tom „Historii Hogwartu”. Pożegnała się z nią i wróciła do komnat Mistrza Eliksirów. Zmieniła mu okład, podała eliksiry, usiadła na swoim prowizorycznym łóżku i zaczęła czytać rozdziały odpowiadające rocznikom, w których Severus był uczniem Hogwartu. Nie dowiedziała się zbyt wiele na jego temat, za to autor lub bardziej odpowiednio aktualizator – profesor Binns wychwalał ponad niebiosa… Huncwotów. Do tej paczki należeli James Potter, Syriusz Black, Remus Lupin i Peter Pettigrew. Duże zdjęcie ozdabiało pół strony wielkiego tomu, gdzie znajdowali się ów osobnicy i jakaś dziewczyna. Z pewnością Lily Evans. Sophie spoglądała z ciekawością na ruchomą fotografię. W jednej chwili poczuła odrazę do osób na niej się znajdujących.
Kiedy skończyła przeglądać do końca księgę, zegar wskazywał godzinę trzecią. Nie rozbierając się, zasnęła.

***

Pierwszym dźwiękiem, które zarejestrował mózg Severusa było ciche chrapnięcie dochodzące jakby z oddali. Więc nie umarł. Nie smażył się w piekle, a diabeł nie ganiał go po rozżarzonych węglach, dźgając w tylną część ciała. Nie wiedział, dlaczego, ale taka wizja życia po śmierci go rozbawiła. Powieki miał tak ciężkie, że dopiero po piątej próbie udało mu się je otworzyć. Z ulgą przyjął półmrok panujący w sypialni. W ustach miał tak sucho, że piasek na Saharze był bardziej mokry. Spróbował przekręcić się na łóżku. Bezskutecznie. Całe ciało bolało go niemiłosiernie. Ciche przeklniecie wyrwało mu się z gardła.
– Co się dzieje? – usłyszał nagle zaspany głos swojej uczennicy.
A więc jest w piekle. Swoim własnym, które stworzył godząc się na grę pozorów przed Czarnym Panem.
Dziewczyna zapiszczała.
– Udało się, udało się!
Dopadła do jego łóżka. Miała potargane włosy, pogniecione ubranie, ale również błysk w oczach i szeroki uśmiech. Usiadła obok niego i wpatrywała się tak intensywnie, że Severus poczuł jakby był nagi.
– Do cholery, Thompson! Przestań się tak na mnie gapić! – warknął, ale nie tak głośno jakby chciał. Gardło miał nadal suche.
– Nie wierzę, nie wierzę. To jakiś cud. Pan żyje, profesorze i nawet nie ucierpiał na tym pana język – nie przestawała się uśmiechać.
Wyglądała tak pięknie. Odgonił te myśli szybko, zanim dziewczyna się zorientuje, że o niej myśli.
– Bynajmniej nie zamierzałem umierać. Chyba, że z pragnienia. Pomóż mi się trochę podnieść i daj mi pić!
Krukonka wzięła Severusa pod boki i podciągnęła go trochę do góry. Zastałe kości lekko zaskrzypiały. Podała mu szklankę z wodą, kiedy go odpowiednio ułożyła.
– Nie chcę być wścibska –spojrzała na swoje ręce. – Co się właściwie panu stało? – zapytała niepewnie, czekając na jego wybuch.
– Miałem nieprzyjemne spotkanie z… kilkoma zaklęciami i klątwami. Nic, co cię by mogło Thompson obchodzić! – syknął.
– Ty mnie obchodzisz, Severusie –posmutniała.
– Severusie? Nie pamiętam, kiedy przeszedłem z tobą na „ty”, Thompson?
– Nie bądź dzieckiem i nie udawaj przed sobą, że… że jestem ci obojętna!
Nie wiadomo, jak skończyłaby sięta rozmowa gdyby do sypialni nie wkroczyła Poppy Pomfrey z tacą eliksirów dla chorego.
– Severusie! Ty żyjesz! – wykrzyknęła na całe gardło. Ręce jej drżały.
– Chyba zaraz sobie umrę – sarknął.– Zabierz stąd tą przeklętą dziewuchę, bo wystarczająco zatruwa mi życie!
– Ta przeklęta dziewucha jak ją nazwałeś, uratowała ci życie! Odkąd wróciłeś ze spotkania Z– Tym–Którego–Imienia–Nie–Wolno–Wymawiać nie odstępuje twojego łóżka na krok, przygotowała dla ciebie eliksiry i walczyła o to by dyrektor pozwolił jej się tobą zajmować – głos pielęgniarki nagle stał się zimny.
– Pan był na spotkaniu z Volde… z Czarnym Panem? – Sophie nie mogła uwierzyć w słowa starszej kobiety.
– Wynoś się stąd, Poppy, nim poczujesz na sobie, któreś z moich ulubionych torturujących zaklęć! – zagroził jej. – A ty Thompson razem z nią!
– Ani mi się śni! – oburzyła się Krukonka.
– Cholera jasna! Gdzie moja różdżka?
Miał ochotę stanąć na własne nogi, ale w porę sobie przypomniał, że zapewne ugryzienie Nagini spowodowało rozległą ranę i za nic na świecie nie wstanie. Przynajmniej przez kilka najbliższych dni. Przeklęty Voldemort!
– W bezpiecznym miejscu – dziewczyna uśmiechnęła się chytrze.
– Oddawaj ją, Thompson!
– Severusie, nie krzycz na nią!
– Proszę, niech pani zostawi nas samych – zwróciła się do pani Pomfrey Sophie.
Pielęgniarka opuściła sypialnię Severusa z nikłym uśmiechem na ustach.
– Co to ma znaczyć? Spotkanie z Czarnym Panem? To on nie umarł? – wzrok Krukonki przeszył go na wylot.
– Nie twój interes, Thompson! Oddawaj różdżkę! Jesteś za smarkata żeby wiedzieć i rozumieć takie rzeczy!
– Ja za smarkata? Wypraszam to sobie! Śmierciożercy to panu zrobili! – stwierdziła z triumfem.
– Nie, nie Śmierciożercy.
– Więc, kto? – usiadła obok Snape’a na łóżku. – Chcę znać prawdę, cała prawdę. Mam dosyć, ciągłych kłamstw, podchodów, tego jak na mnie patrzysz, a potem odtrącasz! – stanęły jej łzy w oczach. – Kiedy się tobą opiekowałam, wycierałam spocone czoło, podawałam eliksiry zrozumiałam, że… że cię… K o c h a m! Nie obchodzi mnie twoja przeszłość, tylko nasza wspólna teraźniejszość i przyszłość! – zupełnie się rozkleiła.
Severus patrzył na nią jak na postać z obcej planety. Jej słowa zrobiły na im ogromne wrażenie. Myślał, że mado czynienia z niedoświadczoną, wychowaną pod kloszem dziewczynę. Pomylił się. Przed nim siedziała młoda, piekielnie inteligentna kobieta z niemałym bagażem doświadczeń.
– Powiedz, kto ci to zrobił, Severusie – wypowiedziała te słowa ledwie słyszalnie.
– Chcesz prawdy? Nawet takiej, która zaboli cię do żywego? Po której usłyszeniu nic nie będzie takie samo?
Przytaknęła.
– Sophie, jestem Ś M I E R C I O ŻE R C Ą! – odsłonił jej lewy rękaw. – Kogoś takiego jak ja nie można kochać, można nienawidzić, ale na Merlina, nie kochać! – ciężko dyszał.
Dziewczyna głośno jęknęła. W jednej chwili zrozumiała wszystko. Gwałtowny ból uderzył jej do głowy. Odskoczyła gwałtownie od niego.
– Sev…Sever… Severusie… Do cholery, coś ty zrobił ze swoim życiem!
– Jak masz mi prawić morały to lepiej się stąd wynoś – pokazał jej ręką drzwi. – Nie potrzebuje kazań, jaki to jestem zły i bezduszny, a tym bardziej nie lituj się nade mną. Sam wybrałem taką drogę! – jego głos ociekał jadem.
Stała jak wryta. Bała się, że jeśli się ruszy to się rozleci. Cały jej poukładany świat, w którym widziała Severusa rozpadł się na kawałki. W tym momencie nie wiedziała jak go z powrotem złożyć,ale nie traciła nadziei, że kiedyś to zrobi.
– Wynoś się stąd! – zagrzmiał.
Teraz go posłuchała. Wybiegła z jego sypialni z głośnym płaczem. Drzwi trzasnęły tak mocno, że kilka kamyczków oderwało się od ściany i spadło na podłogę.
Severus patrzył jeszcze chwilę na zamknięte drzwi.
Nie widział już dla nich wspólnej przyszłości… Wiedział, że znów wrócił do punktu wyjścia. Do świata, gdzie niema miejsca dla Sophie Thompson!

*

Kiedy ponad rok temu publikowałam pierwszą notkę, nie myślałam, że dotrwam do tego momentu, w którym jestem i, że napisze 40 rozdział na tym blogu, ale widać, że miało się stać inaczej.
W najpierwotniejszej wersji miał wyglądać zupełnie inaczej,  znaczy miało być już PO WSZYSTKIM, jednak wena lubi płatać figle i mam jeszcze mnóstwo pomysłów, które chcę na tym blogu zrealizować. Więcej nie mogę powiedzieć, bo nie będzie elementu zaskoczenia!
Podoba mi się strasznie ten rozdział...
Wreszcie po wielu trudach kazałam Sevowi powiedzieć jej prawdę.
Oboje teraz będą cierpieć, a ja z nimi, bo się sesja zbliża, a wena nie chce sobie zrobić urlopu:|
Ratunku!

Dedykacja dla:
Merimaat - twoje komentarze powalają, a wena się karmi... Więcej czasu z tego powodu Ci życzę:)
N. N. Nox - zabijasz powoli. Zdecyduj się w końcu na pisanie jednej opowieści!
Bell i Hidney - Natycham was weną:D
Panny Rickman - dla Ciebie też żeby Ci smutno nie było:P Pozdrowienia dla chrześnicy mojej:D

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz