Plan
ataku na Ministerstwo był dopracowany w najdrobniejszych szczegółach. Od
piwnicy aż po dach wytyczone jednostki Śmierciożerców miały pilnować, aby żaden
z Ministrów czy Aurorów nie opuścił budynku żywy. Każdy z obecnych na zebraniu
nie mógł się doczekać najbliższej akcji. Już dawno Czarny Pan nie organizował
rzezi na mugoli czy czarodziejów, dlatego zadowolenie było jeszcze większe.
Kiedy po
zakończonym zebraniu poplecznicy Voldemorta w milczeniu opuszczali willę przy
Green Street Tom poprosił o pozostanie jeszcze przez chwilę Mistrza Eliksirów.
Mężczyzna był ciekawy jak idzie jego słudze uwodzenie przyszłej pasierbicy.
Wniknął w jego umysł z taką dokładnością jakby Snape ukrywał przed nim nie
wiadomo, jakie tajemnice. Gdyby nie lata ćwiczeń i praktyk na uczniach w tym
momencie byłby bez szans wobec równie wyćwiczonego w legimencji Czarnego Pana.
–
Severusie, muszę przyznać, że nawet nieźle Ci podrywanie Sophie – uśmiechnął
się.
– Nieźle? Panie nie powiedziałbym tego. Ta smarkula wykrzyczała mi w twarz, że to patologia i wyszła trzaskając drzwiami.
– Nieźle? Panie nie powiedziałbym tego. Ta smarkula wykrzyczała mi w twarz, że to patologia i wyszła trzaskając drzwiami.
–
Poczekaj jeszcze trochę, a sama przyjdzie do ciebie. Wtedy trochę ją
poadorujesz i sprawa załatwiona.
– No nie
wiem. Niech lepiej szuka sobie chłopaka w swoim wieku. Kręci się koło niej taki
jeden.
– Z
Slytherinu? – zapytał rzeczowo.
– Nie.
Chodzą razem do klasy. Może jednak to coś więcej niż przyjaźń i moje starania
są w tym momencie niepotrzebne – Severus skrzywił się.
– Dałem
ci rozkaz. Rozumiesz?! Czy mam ci to w inny sposób wytłumaczyć? – przyłożył
różdżkę do szyi Snape’a. Wiesz doskonale, co robię z nieposłusznymi mi
Śmierciożercami.
– Panie nie denerwuj się. Chyba teraz ważniejszy jest atak na Ministerstwo niż jakąś tam zbuntowana czarownica – Mistrz Eliksirów próbował załagodzić sytuację.
– W takim razie w piątek widzimy się w Malfoy Manor. Żegnam Cię Severusie – Czarny Pan zostawił samego swego rozmówcę.
– Panie nie denerwuj się. Chyba teraz ważniejszy jest atak na Ministerstwo niż jakąś tam zbuntowana czarownica – Mistrz Eliksirów próbował załagodzić sytuację.
– W takim razie w piątek widzimy się w Malfoy Manor. Żegnam Cię Severusie – Czarny Pan zostawił samego swego rozmówcę.
***
W reszcie
nadszedł przez wszystkich wyczekiwany przez wszystkich piątek. Sophie już od
rana nie mogła się doczekać spotkania z mamą. Drops nie miał nic przeciwko,
żeby dziewczyna wyjechała na weekend do domu. Zdobywała dużo punktów, choć
czasem traciła je na potrzebne według niej pyskówki z Nietoperzem. Od czasu
incydentu w jego gabinecie zaprzestała codziennych wizyt przygotowujących ją do
konkursu. Wolała spędzić ten czas w swojej komnacie studiując te same księgi,
które tłumaczył jej nauczyciel. Już kilka razy podczas „interesujących rozmów”
podczas zajęć profesor chciał ukarać ją szlabanem, ale zawsze czuła, że coś go
blokowało. Umiejętnie wykorzystywała to doprowadzając mężczyznę do granic
wytrzymałości. Jakaś siła ciągnęła ją w jego stronę, ale bała się oddać się
temu, co odczuwała w sercu.
Czarownica kierowała się właśnie do biblioteki po weekendową lekturę. Głowę miała zaprzątniętą ostatnimi wydarzeniami. Sporo nauki przed kończącym się półroczem, pomoc, którą zaproponowała słabszym uczniom jej domu, aby wszyscy z dobrymi wynikami zaliczyli semestr, incydent z Tomem – już w miarę zapomniany, ale jeszcze wzbudzał w dziewczynie szybsze bicie serca no i Snape – szkolny postrach, który zdążyła poznać na tyle żeby, chociaż trochę zmienić zdanie na jego temat.
Czarownica kierowała się właśnie do biblioteki po weekendową lekturę. Głowę miała zaprzątniętą ostatnimi wydarzeniami. Sporo nauki przed kończącym się półroczem, pomoc, którą zaproponowała słabszym uczniom jej domu, aby wszyscy z dobrymi wynikami zaliczyli semestr, incydent z Tomem – już w miarę zapomniany, ale jeszcze wzbudzał w dziewczynie szybsze bicie serca no i Snape – szkolny postrach, który zdążyła poznać na tyle żeby, chociaż trochę zmienić zdanie na jego temat.
– Panno
Thompson, co to za zachowanie? – usłyszała nagle jego zimny głos wydobywający
się jakby spod ziemi.
– Co ja
znowu zrobiłam?! Ile tym razem punktów mnie to kosztuje? – spojrzała na
nauczyciela ze zdziwieniem.
– Po
pierwsze należy się jakieś „dzień dobry”, a po drugie, dlaczego nie
przychodzisz na przygotowania do konkursu – zignorował jej pytanie o utratę
punktów. Pierwszy termin zbliża się nieubłaganie, a ty nawet jeszcze połowy
materiału nie przerobiłaś – uświadomił ją.
– Pan
Profesor się myli. Przez te kilka dni doczytałam do końca „Eliksiry dla
zaawansowanych” oraz „Milion sposobów uważania eliksirów na rany spowodowane
nieumiejętnym wykorzystaniem zaklęć”. Teraz idę wypożyczyć kolejny podręcznik.
– Bardzo dobrze dobierasz lektury – pochwalił ją.
– Bardzo dobrze dobierasz lektury – pochwalił ją.
– Uczę
się od najlepszych – na twarzy Sophie można było dostrzec rumieniec.
Przepraszam bardzo, ale śpieszę się. Do zobaczenia Profesorze.
– Do
widzenia.
Doskonale
zauważył jak zarumieniła się podczas rozmowy z nim. Wyczuł lekkie zdenerwowanie
w głosie dziewczyny. Zaczęły targać nim sprzeczne emocje. Z jednej strony bał
się o swoje życie i pozycję, którą wypracował sobie przez te kilka lat posługi,
ale z drugiej przecież, co mu szkodziło zabawić się uczuciami Toma. Stwierdził,
że skoro Czarnemu Panu zależy na tym, żeby dziewczyna wstąpiła do szeregów to
nie będzie wtrącał się, w jaki sposób się to odbywa.
*
Czarownica
lubiła przebywać w szkolnej bibliotece. Zapach starych ksiąg oraz tajemniczość
tego miejsca potrafiła uspokoić niejedne skołatane nerwy. Przesiadywała zwykle
w niej do czasu, kiedy pani Pince nie udawała się na spoczynek. Bibliotekarka
niemałą ciekawością obserwowała Sophie siedzącą całe wolne popołudnia nad
pięciuset letnim woluminem. Dzisiaj tylko pomogła jej odnaleźć książkę na temat
zakazanych przez Ministerstwo eliksirów, ponieważ Krukonka szukała jej już od
ponad dwóch godzin. Kiedy wyszła z czytelni zauważyła, że jakaś znajoma postać
kieruje się w stronę włości Dropsa.
– Mamo,
co ty tutaj robisz? – dziewczyna nie kryła zdziwienia, kiedy ujrzała
rodzicielkę stojącą przed gabinetem Dumbledore’a.
–
Przyjechałam po ciebie. Przy okazji dowiem się, jakie masz oceny, bo przecież w
końcu jestem twoją matką – przywitała się.
– Oj mamo
nie trzeba było się trudzić. Dobrze się uczę, nauczyciele mnie lubią, nie
sprawiam problemów.
– Tego
bym nie powiedział – Sophie usłyszała zza swoich pleców głos Nietoperza.
– Przepraszam bardzo, ale czy ja Pana skądś nie znam? Czy jest pan opiekunem domu mojej córki?
– Przepraszam bardzo, ale czy ja Pana skądś nie znam? Czy jest pan opiekunem domu mojej córki?
– Uczę
Pani córkę eliksirów. Z tego, co krąży po szkolnych korytarzach Panna Thompson
nie ma problemów z nauką, gorzej z jej aroganckim zachowaniem na moich
lekcjach. Szlabany nie pomagają. Wręcz mogę powiedzieć, że jest jeszcze gorzej.
Jeśli sytuacja powtórzy się będę zmuszony iść z tym do dyrektora – posłał
czarownicy sarkastyczny uśmiech.
– Sophie,
o czym twój profesor mówi? – Isabelle spoglądała badawczo na obojga.
– Mamo
wytłumaczę Ci w domu. Chodźmy już. Do widzenia Panie Profesorze – gdyby wzrok
Sophie zabijał Mistrz Eliksirów w tym momencie leżałby na kamiennej posadzce
bez tchu.
*
Punktualnie
o godzinie ósmej w salonie Malfoy Manor zebrała się cała elita Śmierciożerców z
Tomem Marvolo Riddlem na czele. Wszyscy ubrani byli w czarne szaty, a twarze zasłaniały
im obszerne kaptury. W pomieszczeniu panował półmrok idealny do zaistniałej
sytuacji. Poplecznicy Czarnego Pana ustawili się w równym rzędzie za swoim
władcą i z trzaskiem teleportowali się przed Ministerstwo Magii.
*
Pogoda
nie zachęcała do niczego więcej niż tylko zaszycia się w ciepłym łóżku z dobrą
lekturą w ręku i gorącą czekoladą przy nocnym stoliku. Deszcz rytmicznie
uderzał o szyby. Wraz z świszczącym, jesiennym wiatrem tworzył zgrany zespół
tworzący muzykę dla zbolałych dusz.
Sophie i Isabelle
właśnie dotarły do domu. Przemoknięte i zmarznięte od razu udały się do swoich
pokoi, aby przebrać się w suche ubrania. Czarownica zastanawiała się, dlaczego
Tom nie powitał ich swoim zniewalającym uśmiechem. Znowu pewnie sprawy
niecierpiące zwłoki. Jak u Snape’a. Zganiła się po raz kolejny za to, że myśli
o Nietoperzu. Za dużo czasu poświęcała na jego postać.
Po
kolacji wzięła ciepły prysznic i położyła się do łóżka. Nie chciała spotkać się
z Tomem, a mamie powiedziała, że boli ją głowa. Kiedy już była w łóżku
wyciągnęła z torby książkę ze szkolnej biblioteki. Przejrzała kilkanaście
kartek, jednak sen był silniejszy od niej. Ziewnęła parę razy i odłożyła
podręcznik na nocny stolik. Przytuliła głowę do poduszki i od razu odpłynęła do
krainy Morfeusza.
*
– Tylko
banda takich półgłówków jak wy mogła spierdzielić sprawę! Z kim ja muszę się
zadawać?! – głos Voldemorta roznosił się echem po całym Malfoy Manor.
– Ależ Panie, kto mógł przypuszczać, że zablokują sieć Fiuu, a budka telefoniczna zniknie z powierzchni ziemi – Rudolf Lestrange pierwszy odważył się coś powiedzieć.
– Mogliście to przewidzieć. W końcu braliście nawet pod uwagę pojawienie się Dumbledore’a i jego świty ze szczeniakiem Potterem na czele – Czarny Pan walnął z całej siły w szklany stolik, który rozleciał się na miliony małych kawałków.
– Panie, w takim razie, co robimy?
– Ależ Panie, kto mógł przypuszczać, że zablokują sieć Fiuu, a budka telefoniczna zniknie z powierzchni ziemi – Rudolf Lestrange pierwszy odważył się coś powiedzieć.
– Mogliście to przewidzieć. W końcu braliście nawet pod uwagę pojawienie się Dumbledore’a i jego świty ze szczeniakiem Potterem na czele – Czarny Pan walnął z całej siły w szklany stolik, który rozleciał się na miliony małych kawałków.
– Panie, w takim razie, co robimy?
– Malfoy,
do jasnej cholery w końcu mam was od tego żebyście myśleli, ale widzę, że źle
wam to idzie. Od waszych twarzy mdli mnie już, a o bólu głowy już nie wspomnę –
czarodziej potarł bladymi palcami swoje skronie. Dam wam znać jak coś wymyślę –
teleportował się z trzaskiem.
*
Obudziła
się zlana potem. Znowu śniło jej się to, co przed laty. Ciemne pomieszczenie,
wokoło mnóstwo ludzi w kapturach na głowach. Widziała siebie leżącą na zimnej,
kamiennej podłodze. Chciała z całych sił wstać, ale niewidzialne więzy
szczelnie oplotły jej ciało. Płakała. Nagle poraziło ją ostre światło
wydobywające się z jednego kąta sali. Poczuła ból przeszywający ją całą. Po
jakimś czasie wszystko odpływało i budziła się przestraszona.
Nie mogła
wytrzymać na łóżku. Odrzuciła kołdrę, podeszła do okna i rozsunęła zasłony.
Ujrzała przed sobą spokojne, mroczne ulice, oświetlone tu i ówdzie latarniami.
„To był tylko zły sen” – tłumaczyła sobie.
Postanowiła,
że pójdzie po coś do picia. Po cichu przemknęła korytarzem starając się nikogo
nie zbudzić. W kuchni paliła się jedynie mała lampka przytwierdzona do
kuchennej szafki. Wyjęła z lodówki dzbanek z sokiem winogronowym i nalała sobie
go do szklanki. „Wolisz do połowy pełną czy do połowy pustą szklankę?” –
zapytała siebie spoglądając na naczynie. Wracając do swojego pokoju usłyszała
dziwne odgłosy. Skierowała się w ich stronę. Okazało się, że krzyki dochodzą z
sypialni Toma. On i jej matka kochali się teraz. Wyobrażała sobie ich akt
miłosny. Nagie ciała złączone w miłosnym uścisku pod chłodną, jedwabną
pościelą. Ciche pojękiwania przeradzające się z minuty na minutę w głośne
okrzyki i w końcu rozkosz przeszywająca na ich wskroś oraz dająca niewyobrażalne
spełnienie. Sophie poczuła ogromne ukucie w sercu. Pojedyncze łzy zaczęły
płynąć po policzkach. Miała żal do wszystkich, a największy do siebie. Za to,
że pokochała Toma. Dopiero w swoim pokoju rozpłakała się na dobre. Słone
kryształki jak rwący potok spływały po twarzy mocząc ulubioną poduszkę w
słoniki. Sophie przyrzekła sobie, że jeśli tylko jeszcze raz Snape ją pocałuje
odda się temu uniesieniu z całego serca. Zrobi na złość przyszłemu ojczymowi.
Na przekór całemu światu będzie szczęśliwa. Pokaże, że taki człowiek jak
Nietoperz jest zdolny pokochać prawdziwą i szczerą miłością. Z tym
postanowieniem i o wiele spokojniejsza zasnęła tuląc do siebie poduszkę.
*
Przepraszam,
że znów was zawiodłam i dałam notkę dzisiaj, ale nie mogłam się powstrzymać mam
nadzieję, że mi wybaczycie?!
Co do postu to jestem zadowolona (wena przyszła po ujrzeniu tematów z polskiego - ach ten Pan Tadeusz:]). Długość postu też powinna zadowolić czytających:P
Voldzio jest bardziej zły i tak pozostanie przynajmniej na kilka notek;)
A Sev przyznaje, że jeszcze nie wiem co z człekiem zrobić:P (może coś się zmieni po obejrzeniu PACHNIDŁA^..^)
*
No i
jeszcze dedykacja dla Annie, bo się wreszcie kobieta zdecydowała na
powrót do pisania:) Świat jest Ci za to wdzięczny:D
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz