poniedziałek, 13 sierpnia 2012

XV

Plan ataku na Ministerstwo był dopracowany w najdrobniejszych szczegółach. Od piwnicy aż po dach wytyczone jednostki Śmierciożerców miały pilnować, aby żaden z Ministrów czy Aurorów nie opuścił budynku żywy. Każdy z obecnych na zebraniu nie mógł się doczekać najbliższej akcji. Już dawno Czarny Pan nie organizował rzezi na mugoli czy czarodziejów, dlatego zadowolenie było jeszcze większe.
Kiedy po zakończonym zebraniu poplecznicy Voldemorta w milczeniu opuszczali willę przy Green Street Tom poprosił o pozostanie jeszcze przez chwilę Mistrza Eliksirów. Mężczyzna był ciekawy jak idzie jego słudze uwodzenie przyszłej pasierbicy. Wniknął w jego umysł z taką dokładnością jakby Snape ukrywał przed nim nie wiadomo, jakie tajemnice. Gdyby nie lata ćwiczeń i praktyk na uczniach w tym momencie byłby bez szans wobec równie wyćwiczonego w legimencji Czarnego Pana.
– Severusie, muszę przyznać, że nawet nieźle Ci podrywanie Sophie – uśmiechnął się.
– Nieźle? Panie nie powiedziałbym tego. Ta smarkula wykrzyczała mi w twarz, że to patologia i wyszła trzaskając drzwiami.
– Poczekaj jeszcze trochę, a sama przyjdzie do ciebie. Wtedy trochę ją poadorujesz i sprawa załatwiona.
– No nie wiem. Niech lepiej szuka sobie chłopaka w swoim wieku. Kręci się koło niej taki jeden.
– Z Slytherinu? – zapytał rzeczowo.
– Nie. Chodzą razem do klasy. Może jednak to coś więcej niż przyjaźń i moje starania są w tym momencie niepotrzebne – Severus skrzywił się.
– Dałem ci rozkaz. Rozumiesz?! Czy mam ci to w inny sposób wytłumaczyć? – przyłożył różdżkę do szyi Snape’a. Wiesz doskonale, co robię z nieposłusznymi mi Śmierciożercami.
– Panie nie denerwuj się. Chyba teraz ważniejszy jest atak na Ministerstwo niż jakąś tam zbuntowana czarownica – Mistrz Eliksirów próbował załagodzić sytuację.
– W takim razie w piątek widzimy się w Malfoy Manor. Żegnam Cię Severusie – Czarny Pan zostawił samego swego rozmówcę.

***

W reszcie nadszedł przez wszystkich wyczekiwany przez wszystkich piątek. Sophie już od rana nie mogła się doczekać spotkania z mamą. Drops nie miał nic przeciwko, żeby dziewczyna wyjechała na weekend do domu. Zdobywała dużo punktów, choć czasem traciła je na potrzebne według niej pyskówki z Nietoperzem. Od czasu incydentu w jego gabinecie zaprzestała codziennych wizyt przygotowujących ją do konkursu. Wolała spędzić ten czas w swojej komnacie studiując te same księgi, które tłumaczył jej nauczyciel. Już kilka razy podczas „interesujących rozmów” podczas zajęć profesor chciał ukarać ją szlabanem, ale zawsze czuła, że coś go blokowało. Umiejętnie wykorzystywała to doprowadzając mężczyznę do granic wytrzymałości. Jakaś siła ciągnęła ją w jego stronę, ale bała się oddać się temu, co odczuwała w sercu.
Czarownica kierowała się właśnie do biblioteki po weekendową lekturę. Głowę miała zaprzątniętą ostatnimi wydarzeniami. Sporo nauki przed kończącym się półroczem, pomoc, którą zaproponowała słabszym uczniom jej domu, aby wszyscy z dobrymi wynikami zaliczyli semestr, incydent z Tomem – już w miarę zapomniany, ale jeszcze wzbudzał w dziewczynie szybsze bicie serca no i Snape – szkolny postrach, który zdążyła poznać na tyle żeby, chociaż trochę zmienić zdanie na jego temat.
– Panno Thompson, co to za zachowanie? – usłyszała nagle jego zimny głos wydobywający się jakby spod ziemi.
– Co ja znowu zrobiłam?! Ile tym razem punktów mnie to kosztuje? – spojrzała na nauczyciela ze zdziwieniem.
– Po pierwsze należy się jakieś „dzień dobry”, a po drugie, dlaczego nie przychodzisz na przygotowania do konkursu – zignorował jej pytanie o utratę punktów. Pierwszy termin zbliża się nieubłaganie, a ty nawet jeszcze połowy materiału nie przerobiłaś – uświadomił ją.
– Pan Profesor się myli. Przez te kilka dni doczytałam do końca „Eliksiry dla zaawansowanych” oraz „Milion sposobów uważania eliksirów na rany spowodowane nieumiejętnym wykorzystaniem zaklęć”. Teraz idę wypożyczyć kolejny podręcznik.
– Bardzo dobrze dobierasz lektury – pochwalił ją.
– Uczę się od najlepszych – na twarzy Sophie można było dostrzec rumieniec. Przepraszam bardzo, ale śpieszę się. Do zobaczenia Profesorze.
– Do widzenia.
Doskonale zauważył jak zarumieniła się podczas rozmowy z nim. Wyczuł lekkie zdenerwowanie w głosie dziewczyny. Zaczęły targać nim sprzeczne emocje. Z jednej strony bał się o swoje życie i pozycję, którą wypracował sobie przez te kilka lat posługi, ale z drugiej przecież, co mu szkodziło zabawić się uczuciami Toma. Stwierdził, że skoro Czarnemu Panu zależy na tym, żeby dziewczyna wstąpiła do szeregów to nie będzie wtrącał się, w jaki sposób się to odbywa.

*

Czarownica lubiła przebywać w szkolnej bibliotece. Zapach starych ksiąg oraz tajemniczość tego miejsca potrafiła uspokoić niejedne skołatane nerwy. Przesiadywała zwykle w niej do czasu, kiedy pani Pince nie udawała się na spoczynek. Bibliotekarka niemałą ciekawością obserwowała Sophie siedzącą całe wolne popołudnia nad pięciuset letnim woluminem. Dzisiaj tylko pomogła jej odnaleźć książkę na temat zakazanych przez Ministerstwo eliksirów, ponieważ Krukonka szukała jej już od ponad dwóch godzin. Kiedy wyszła z czytelni zauważyła, że jakaś znajoma postać kieruje się w stronę włości Dropsa.
– Mamo, co ty tutaj robisz? – dziewczyna nie kryła zdziwienia, kiedy ujrzała rodzicielkę stojącą przed gabinetem Dumbledore’a.
– Przyjechałam po ciebie. Przy okazji dowiem się, jakie masz oceny, bo przecież w końcu jestem twoją matką – przywitała się.
– Oj mamo nie trzeba było się trudzić. Dobrze się uczę, nauczyciele mnie lubią, nie sprawiam problemów.
– Tego bym nie powiedział – Sophie usłyszała zza swoich pleców głos Nietoperza.
– Przepraszam bardzo, ale czy ja Pana skądś nie znam? Czy jest pan opiekunem domu mojej córki?
– Uczę Pani córkę eliksirów. Z tego, co krąży po szkolnych korytarzach Panna Thompson nie ma problemów z nauką, gorzej z jej aroganckim zachowaniem na moich lekcjach. Szlabany nie pomagają. Wręcz mogę powiedzieć, że jest jeszcze gorzej. Jeśli sytuacja powtórzy się będę zmuszony iść z tym do dyrektora – posłał czarownicy sarkastyczny uśmiech.
– Sophie, o czym twój profesor mówi? – Isabelle spoglądała badawczo na obojga.
– Mamo wytłumaczę Ci w domu. Chodźmy już. Do widzenia Panie Profesorze – gdyby wzrok Sophie zabijał Mistrz Eliksirów w tym momencie leżałby na kamiennej posadzce bez tchu.

*

Punktualnie o godzinie ósmej w salonie Malfoy Manor zebrała się cała elita Śmierciożerców z Tomem Marvolo Riddlem na czele. Wszyscy ubrani byli w czarne szaty, a twarze zasłaniały im obszerne kaptury. W pomieszczeniu panował półmrok idealny do zaistniałej sytuacji. Poplecznicy Czarnego Pana ustawili się w równym rzędzie za swoim władcą i z trzaskiem teleportowali się przed Ministerstwo Magii.

*

Pogoda nie zachęcała do niczego więcej niż tylko zaszycia się w ciepłym łóżku z dobrą lekturą w ręku i gorącą czekoladą przy nocnym stoliku. Deszcz rytmicznie uderzał o szyby. Wraz z świszczącym, jesiennym wiatrem tworzył zgrany zespół tworzący muzykę dla zbolałych dusz.
Sophie i Isabelle właśnie dotarły do domu. Przemoknięte i zmarznięte od razu udały się do swoich pokoi, aby przebrać się w suche ubrania. Czarownica zastanawiała się, dlaczego Tom nie powitał ich swoim zniewalającym uśmiechem. Znowu pewnie sprawy niecierpiące zwłoki. Jak u Snape’a. Zganiła się po raz kolejny za to, że myśli o Nietoperzu. Za dużo czasu poświęcała na jego postać.
Po kolacji wzięła ciepły prysznic i położyła się do łóżka. Nie chciała spotkać się z Tomem, a mamie powiedziała, że boli ją głowa. Kiedy już była w łóżku wyciągnęła z torby książkę ze szkolnej biblioteki. Przejrzała kilkanaście kartek, jednak sen był silniejszy od niej. Ziewnęła parę razy i odłożyła podręcznik na nocny stolik. Przytuliła głowę do poduszki i od razu odpłynęła do krainy Morfeusza.

*

– Tylko banda takich półgłówków jak wy mogła spierdzielić sprawę! Z kim ja muszę się zadawać?! – głos Voldemorta roznosił się echem po całym Malfoy Manor.
– Ależ Panie, kto mógł przypuszczać, że zablokują sieć Fiuu, a budka telefoniczna zniknie z powierzchni ziemi – Rudolf Lestrange pierwszy odważył się coś powiedzieć.
– Mogliście to przewidzieć. W końcu braliście nawet pod uwagę pojawienie się Dumbledore’a i jego świty ze szczeniakiem Potterem na czele – Czarny Pan walnął z całej siły w szklany stolik, który rozleciał się na miliony małych kawałków.
– Panie, w takim razie, co robimy?
– Malfoy, do jasnej cholery w końcu mam was od tego żebyście myśleli, ale widzę, że źle wam to idzie. Od waszych twarzy mdli mnie już, a o bólu głowy już nie wspomnę – czarodziej potarł bladymi palcami swoje skronie. Dam wam znać jak coś wymyślę – teleportował się z trzaskiem.

*

Obudziła się zlana potem. Znowu śniło jej się to, co przed laty. Ciemne pomieszczenie, wokoło mnóstwo ludzi w kapturach na głowach. Widziała siebie leżącą na zimnej, kamiennej podłodze. Chciała z całych sił wstać, ale niewidzialne więzy szczelnie oplotły jej ciało. Płakała. Nagle poraziło ją ostre światło wydobywające się z jednego kąta sali. Poczuła ból przeszywający ją całą. Po jakimś czasie wszystko odpływało i budziła się przestraszona.
Nie mogła wytrzymać na łóżku. Odrzuciła kołdrę, podeszła do okna i rozsunęła zasłony. Ujrzała przed sobą spokojne, mroczne ulice, oświetlone tu i ówdzie latarniami. „To był tylko zły sen” – tłumaczyła sobie.
Postanowiła, że pójdzie po coś do picia. Po cichu przemknęła korytarzem starając się nikogo nie zbudzić. W kuchni paliła się jedynie mała lampka przytwierdzona do kuchennej szafki. Wyjęła z lodówki dzbanek z sokiem winogronowym i nalała sobie go do szklanki. „Wolisz do połowy pełną czy do połowy pustą szklankę?” – zapytała siebie spoglądając na naczynie. Wracając do swojego pokoju usłyszała dziwne odgłosy. Skierowała się w ich stronę. Okazało się, że krzyki dochodzą z sypialni Toma. On i jej matka kochali się teraz. Wyobrażała sobie ich akt miłosny. Nagie ciała złączone w miłosnym uścisku pod chłodną, jedwabną pościelą. Ciche pojękiwania przeradzające się z minuty na minutę w głośne okrzyki i w końcu rozkosz przeszywająca na ich wskroś oraz dająca niewyobrażalne spełnienie. Sophie poczuła ogromne ukucie w sercu. Pojedyncze łzy zaczęły płynąć po policzkach. Miała żal do wszystkich, a największy do siebie. Za to, że pokochała Toma. Dopiero w swoim pokoju rozpłakała się na dobre. Słone kryształki jak rwący potok spływały po twarzy mocząc ulubioną poduszkę w słoniki. Sophie przyrzekła sobie, że jeśli tylko jeszcze raz Snape ją pocałuje odda się temu uniesieniu z całego serca. Zrobi na złość przyszłemu ojczymowi. Na przekór całemu światu będzie szczęśliwa. Pokaże, że taki człowiek jak Nietoperz jest zdolny pokochać prawdziwą i szczerą miłością. Z tym postanowieniem i o wiele spokojniejsza zasnęła tuląc do siebie poduszkę.

*

Przepraszam, że znów was zawiodłam i dałam notkę dzisiaj, ale nie mogłam się powstrzymać mam nadzieję, że mi wybaczycie?!

Co do postu to jestem zadowolona (wena przyszła po ujrzeniu tematów z polskiego - ach ten Pan Tadeusz:]). Długość postu też powinna zadowolić czytających:P
Voldzio jest bardziej zły i tak pozostanie przynajmniej na kilka notek;)
A Sev przyznaje, że jeszcze nie wiem co z człekiem zrobić:P (może coś się zmieni po obejrzeniu PACHNIDŁA^..^)

*

No i jeszcze dedykacja dla Annie, bo się wreszcie kobieta zdecydowała na powrót do pisania:) Świat jest Ci za to wdzięczny:D

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz