wtorek, 14 sierpnia 2012

XXXV

Przez resztę pobytu w Hiszpanii Sophie nie doświadczyła już snów o zabarwieniu erotycznym, ba, nawet o żadnym innym. Kładła się grubo po dwunastej, a wstawała po kilka minut szóstej. Ledwo przymykała powieki, a już je musiała otworzyć, ale nie była zmęczona. Satysfakcja z tego, że może pomóc mamie rekompensowała jej trudy niewyspania. Przesiadywała długie godziny w bibliotece dziadka szukając odpowiednich informacji przydatnych do przygotowania eliksiru.
Spośród tysiąca pozycji, jakie znalazły się w przesiąkniętym zapachem pergaminu i atramentu drukarskiego pokoju były m.in. książki do eliksirów, zielarstwa, historii magii, numerologii czy artykuły prasowe dotyczące mugoli, ale oprócz tego Sophie spostrzegła jeszcze coś, co zmusiło ją do otwarcia szeroko oczu i głośnego klapnięcia na wygodny fotel dziadka. Na jednej z najwyższych półek pomiędzy znienawidzonymi przez Krukonkę woluminami z wróżbiarstwa stał poradnik Rufinji Vesne podtytułem „Arcanum Amor*”. Dziewczyna drżącymi rękami wzięła ją do ręki i przyglądała się uważnie oprawionemu w skórę tomowi. Duże, złote litery odznaczały się na krwistoczerwonej oprawie. Sophie jakby zza swoich usłyszała cichy, kobiecy szept – „Nie bój się. Otwórz. ”Wiedziona słodkim, melodyjnym głosem, który już gdzieś słyszała, odważyła się odchylić jedną ze stronic, ale natychmiast zamknęła ją z hukiem. Chwilę wpatrywała się w swoje palce i próbował anie myśleć, co ta książka może zawierać i jak mogłaby być przydatna do zdobycia pewnego na pozór zimnego, ślizgońskiego serca. Pobieżnie przejrzała jej zawartość i z każdą stronicą w jej wyobraźni powstawały nowe obrazy tego, co mogłaby… Nie! Co chciałaby robić z Mistrzem Eliksirów. Wahała się, czy aby na pewno dobrze robi zabierając ją ze sobą. „To nie jest kradzież, ja ją tylko pożyczam” – tłumaczyła sobie. Z triumfalnym uśmiechem na ustach i z pewną nutką satysfakcji w głosie powiedziała do siebie:„Już mi teraz nie umkniesz Sevesusie Snape!”

***

Każdego ranka w towarzystwie mamy bądź dziadka wybierała się na długie spacery ulicami magicznego Madrytu. Dzielnica „Paseo Extraordinarios**” była przepiękna. Kolorowe elewacje domów przyciągały uwagę znajdujących się tam czarodziejów i czarownic, a witryny sklepowe zachęcały do odwiedzenia i zakupu chociażby butelki źródlanej wody potrzebnej do wytwarzania leczniczych mikstur. Sophie szła brukowaną uliczką i z zaciekawieniem przyglądała się mijanym ludziom. Co chwila miała okazję usłyszeć wesołe śmiechy jej rówieśników, starsze czarownice ubrane w jaskrawe szaty i spiczaste tiary narzekające na słabe działanie eliksirów na ból stawów czy głośne rozmowy na temat najbliższego meczu Quidditcha pomiędzy hiszpańską a włoską drużyną.

***

Ostatniego dnia pobytu Krukonka wstąpiła do „Misz–Maszy” – księgarni, w której znajdowały się wszelakie magiczne książki. Było to duże, wielopoziomowe pomieszczenie z niezliczoną ilością regałów i pozycji do czytania. Na ten widok Sophie zakręciło się w głowie. Elfy, które pełniły tu rolę doradców i w pewnym sensie tragarzy, uwijały się jak w ukropie, aby kupującym niczego nie zabrakło. Co chwila jakiś czarodziej potrzebował pomocy, bo albo mnie mógł odnaleźć pożądanego woluminu, albo po prostu zgubił się w gąszczu regałów i zakamarków „Misz–Maszy”, dlatego setki magicznych stworzeń latało w te i we w te ratując z opresji klientów księgarni. W „Esach–Floresach” czy we francuskim „Domu Książki” niemożna było znaleźć połowy tytułów, które znajdowały się pod okrągłym, szklanym dachem księgarni. Na parterze znajdowało się kawiarnie, gdzie zmęczeni zakupami czarodzieje mogli odpocząć sącząc lemoniadę czy zachwycając się słodkimi babeczkami z czekoladą, na kolejnych piętrach mieściły się działy z pozycjami m.in. z zielarstwa, transmutacji, starożytnej magii, eliksirów. Krukonka z szeroko otwartą buzią przechadzała się pomiędzy wysokimi na kilkanaście stóp regałami iz zaciekawieniem oglądała wielotomowe woluminy. Niekiedy cena interesującego ją dzieła znaczenie przewyższała kwotę jej oszczędności. Jednak nie mogła się powstrzymać przed kupieniem, chociaż jednej książki z każdego działu, także do jej listy zakupów dołączyły m.in. książka do zielarstwa – „Najbardziej niebezpieczne żywe rośliny magiczne na świecie”, z transmutacji – „Jak zmienić Włocha w buddyjskiego kapłana, czyli transmutacja ludzka dla zaawansowanych”, z eliksirów – „Co może stać się z Twoim kociołkiem, jeśli zamiast płatków róży dodasz jadu tentakuli?”, czy z zaklęć– „Zaklęcia, które zostały zastosowane w Pierwszej Wojnie Czarodziejów” i wiele, wiele więcej. Po uiszczeniu dosyć wysokiego rachunku, ale i tak mniejszego niż się spodziewała, Sophie opuściła „Misz–Maszę”.
Zostało jej jeszcze kilkanaście galeonów, dlatego nie omieszkała wstąpić również do sklepu „Mydło i Powidło”. Nazwa oddawała w stu procentach różnorodność zawartego w nim asortymentu. Na półkach można było znaleźć różne rodzaje kociołków, samopiszące pióra, pergaminy sprzedawane na metry, ingerencje do eliksirów, magiczne kosmetyki i wiele, wiele innych mniej lub bardziej potrzebnych rzeczy. Krukonka nie mogła powstrzymać się przed kupieniem prezentów dla kilku osób, Dla Snepe’a wybrała kryształową, ręcznie zdobioną buteleczkę z korkiem w kształcie… węża, Bobby’emu kupiła samosprawdzające błędy ortograficzne pióro, mimo, że ostatnio z Markiem nie miała zbyt dobrych relacji to postanowiła, że jemu też coś podaruje. Osobie też nie zapomniała, za ostatnie siedem galeonów nabyła Aleksandry – kamień jej znaku zodiaku.
Zadowolona z siebie, prawie tanecznym krokiem podążała w kierunku domu dziadka. Słońce przyjemnie grzało jej twarz, a wiatr delikatnie rozwiewał jej włosy. Zastanawiała się, jaka panuje teraz pogoda na Wyspach. Czy jest równie ciepło jak w Hiszpanii, a może właśnie nad Hogwart nadchodzą deszczowe chmury i za chwilę lunie deszcz. Tęskniła za zielonymi błoniami, niebieską taflą jeziora, kolorowym dywanem kwiatów na szkolnym dziedzińcu, ale najbardziej brakowało jej kłótni z Postrachem szkolnych korytarzy. Lubiła ich słowne potyczki nad parującymi kociołkami, pomimo, że nie chciał się do tego przyznać odprężało go toi pozwalało na chwilę wytchnienia od ciężkiej pracy. Nagle usłyszała za sobą głośne wołanie, machinalnie odwróciła się za siebie. Ujrzała,machającą do niej przyjaźnie dziewczynę mniej więcej w swoim wieku o długich, prostych włosach.
– Sophie… Nie mogę uwierzyć! To naprawdę ty? Nic się nie zmieniłaś – trajkotała jak nakręcona.
– Przepraszam, ale ja cię nie znam. Musiałaś mnie z kimś innym pomylić – wyminęła ją.
– Sophie Thompson. Prawda? No jak możesz nie poznawać starej koleżanki?
Czarownica chwilę przyglądała się nowopoznanej dziewczynie, ale nie potrafiła sobie przypomnieć skąd mogły się znać.
– Cecile Fernandez. Mieszkałam w Paryżu przy Bonbon Rue, kilka domów od ciebie. Bawiłyśmy się zawsze razem. Nonie żartuj, że się tak zmieniłam– spojrzała uważnie na swoją rozmówczynię.
– Cecile Fernandez, Cecile Ferna…– nagle przed oczami Krukonka zobaczyła przesuwające się powoli obrazy. Dwie dziewczynki bardzo podobne do nich siedziały na ławce przed jakimś domem igrały w szachy czarodziejów, te same postacie zmieniające kawałek drewna w kwiatka, wspólna gonitwa za dużym, rudym kotem. Sophie złapała się za głowę i lekko się zachwiała.
– Dobrze się czujesz? – zapytała troską jej rozmówczyni.
– Przypomniałam sobie! – rzuciła jej się na szyję. – Cecile Fernandez, mieszkałaś przy Bonbon Rue, miałaś rudego kota, a właściwie kotkę Mathilde i młodszego brata Manuela, które mu wyczarowałaś ośle uszy – zachichotała.
– No nareszcie! Naprawdę się tak zmieniłam? – zapytała.
– Nie, chyba nie. Nie wiem. Cecile, przepraszam cię, że tak wyszło, ale kilka miesięcy temu miałam poważny wypadek i do tej pory nie odzyskałam całkowitej pamięci – powiedziała cicho. – Ale opowiadaj, co u ciebie?
– Może wejdziemy do „Słonecznej”? Napijemy się lemoniady i pogadamy, bo przecież niecodziennie spotyka się przyjaciółkę z dzieciństwa i to jeszcze w obcym kraju – uśmiechnęła się szeroko i pociągnęła Sophie w kierunku kawiarni.

***

– Cześć, mamo! Już jestem! – Sophie podeszła do leżącej w łóżku matki i pocałowała ją w policzek. – Jak się czujesz? – zapytała wesoło?
– Na Merlina! Sophie, gdzieś się tyle czasu podziewała? Dziadek miał już cię iść szukać – przerażony głos Isabelle roznosił się po pokoju.
–Przepraszam – posmutniała. Mamo, jestem już dużą i mądrą czarownicą i potrafię sobie poradzić. Najpierw straciłam poczucie czasu w „Misz–Maszy”, później wstąpiłam jeszcze do „Mydła i Powidła”, a na końcu nie zgadniesz, kogo spotkałam. Cecile Fernandez! – prawie krzyknęła. – Od pięciu lat mieszka w Barcelonie z rodzicami i dwojgiem młodszego rodzeństwa – opowiadała matce.
Isabelle uważnie przyglądała się córce.
– Kochanie, skąd wiedziałaś, że to Cecile?
– Och, mamusiu! Przypomniałam sobie kolejne wydarzenia z mojego życia. Czy to nie cudownie? – przytuliła się do matki.
– A co dokładnie sobie przypomniałaś?
–No dzieciństwo, znaczy niecałe. Zabawy z Cecile, wakacje u dziadka i jakieś rzucanie prostych zaklęć, ale niestety to wszystko –posmutniała. – Ale i z tego trzeba się cieszyć, prawda? No, powiesz mi w końcu jak się czujesz?
–Trzeba się cieszyć – pogłaskała córkę po włosach. – Nawet nie najgorzej, nie licząc porannych mdłości i zawrotów głowy. Nie rozmawiajmy o mnie, lepiej powiedz, co kupiłaś skoro cię tak długo nie było.

***

– Jak to wychodzisz za mąż? – Sophie nie kryła oburzenia z informacji, jaką przed chwilą usłyszała. – I mówisz mi o tym na niecały miesiąc przed uroczystością!
– Zrozum córeczko to najlepsze wyjście – Isabelle próbowała uspokoić córkę.
–Mamo, to nie jest żadne wyjście! Znasz faceta zaledwie od trzech miesięcy, a już chcesz brać z nim ślub! A pytałaś mnie o zdanie? Nawet nie dałaś mi szansy i czasu żebym się z tym jakoś oswoiła. W twoim stanie powinnaś jak najwięcej odpoczywać, a nie uganiać się za facetami jak jakaś nastolatka! – mówiła podniesionym głosem.
– Córciu, z Tomem znaliśmy się jeszcze przed twoim wypadkiem i właśnie, dlatego odwołaliśmy wcześniejszy ślub. Sophie, nie patrz tak na mnie… Pozwól mi być szczęśliwą, chociaż przez jakiś czas… – łzy stanęły Isabelle w oczach.
–Tak się nie robi, mamo! Nie zostawia się dziecka dla obcego faceta. A co z tatą? O nim też już zapomniałaś?– spojrzała na rodzicielkę z wyrzutem, po czym wyszła z pokoju trzaskając drzwiami.
Isabelle westchnęła głośno. Może rzeczywiście nie powinna czekać z rozmową na temat ślubu. Jednak do końca łudziła się, że reakcja Sophie będzie podobna do tej sprzed niecałego roku, kiedy był pierwszy termin uroczystości. Teraz musiała czekać. Może dziewczyna przemyśli wszystko jeszcze raz, ochłonie i wtedy zrozumie, że ten ślub to jednak dobre wyjście. Nadzieja pozostawała zawsze…

***

Sophie szybkim krokiem przemierzała szkolne korytarze. Nareszcie wróciła na stare śmieci i poczuła się wolna. Niby u dziadka też miała pewną dozę swobody, ale tu, w Hogwarcie mogła rozwinąć swoje intelektualne skrzydła. Cieszyła się niezmiernie, że w końcu wytłumaczy Snape’owi, dlaczego tamtego wieczoru nie mogła przyjść na przygotowanie do konkursu. Miała nadzieję, że nie wywali jej za drzwi, gdy ją tylko ujrzy. W ręku trzymała prezent dla niego. Starannie opakowała buteleczkę w zielony papier i przewiązała go wstążką o podobnym kolorze. „Może mu się spodoba…” – westchnęła, skręcając w stronę komnat Mistrza Eliksirów.
Zapukała pewnie w drzwi, kiedy usłyszała: „Thompson, nawet nie próbuj przekraczać tego progu, bo i tak cię wyrzucę!” weszła do środka.
– Mnie też jest miło, że Pan, Profesorze stęsknił się za mną – uśmiechnęła się.
– Jest prawie dziesiąta, przed chwilą skończyłem męczący szlaban z trojgiem czwartorocznych Puchonów, a jeszcze czeka mnie sprawdzanie SUMów i OWUTEMów… ale właściwie, dlaczego ja ci się zwierzam? Wracaj do siebie póki mam w miarę znośny humor – poradził jej.
– Czyli dzisiaj nici z przygotowań? – zrobiła usta w podkówkę.
– Thompson! Nie rozumiesz jak się do ciebie mówi? – warknął, wstając zza biurka. – Mam cię własnoręcznie wyrzucić?
– Właściwie… to… To jest prezent dla Pana Profesora – nieśmiało wyciągnęła ręce z podarunkiem.
– Prezent? Thompson, czyś ty na głowę upadła?
– No, bo… Bo to jest pamiątka dla Pana Profesora z Hiszpanii – powiedziała cicho. – Do niczego nie zobowiązuje – dodała szybko.
– Na brodę Merlina! Thompson, zabierz stąd ten swój prezent i wynoś się!Nie potrzebuje tego typu podchodów! – wydarł się na całe gardło.
– W takim razie, żyj sobie sam w tym swoim grubym pancerzu TY WSTRĘTNY, NIECZUŁY, NIETOPERZU! – krzyknęła równie głośno, po czym wybiegła z płaczem z jego komnaty trzaskając drzwiami.
Nieodpakowany prezent nadal pozostał w jego dłoni. „Niech szlag to wszystko trafi!” – rzucił zawiniątkiem w dębowe wrota swojego prywatnego gabinetu. Usłyszał brzdęk rozbitego szkła! W tym momencie buteleczka rozpadła się na milion kawałków…

***

Dzisiaj o 21:58 mój blog skończył rok! Również Panna S narodziła się razem z opowieścią o Sophie Thompson, Severusie Snape'ie i Tomie Riddle'u... I ma szansę dożyć później starości, chyba, że szczupła modelka o ziemistej cerze w czarnej szacie z kosą w ręku [prawie jak opis Seva:D] upomni się o duszyczkę Panny S, ale nie oddam jej tak łatwo!
Początki były trudne, ale poradziłam sobie i teraz wiem, że godziny spędzone przed monitorem czy zwykłą kartką papieru nie poszły na marne. jestem z siebie naprawdę dumna!

Dziękuję:
Annie- za to, że zaszczepiłaś we mnie bakcyla do HP i wierzysz we mnie(przynajmniej mam taką cichą nadzieję) No i za rozmowy na gygy :*
Merimaat- za to, że pokochałam postać Severusa i Marity i za te wszystkie konstruktywne komentarze dzięki, którym wiem, że pisanie to jest coś w czym jestem dobra, ale mogę być lepsza:*
Pannie Rickman - za CYBERPRZEMOC, Carrie, Seva i małą Sophie - moją najlepszą i jedyną chrześnicę, za to,że pokochałam Alana pomimo jego demencji starczej:D:D:D za komentarze nie zawsze zasłużone:*
Bell i Hidney - za Melody i Seva, za WielkąNoc, której w rzeczywistości nie było [zue, wstrętne, niedobre itd.] no i za komentarze płynące prosto z serca:*
Wszystkim, którzy czytają, a nie komentują - KLAWIATURA NIE GRYZIE!

Ps.Notka mi się podoba, pisana w nocy, ukradkiem pod kołdrą:D W kolejnym rozdziale postaram się wyjaśnić wszystkie niesnaski tego postu!
––––––––––––––
*Arcanum Amor - (łac.) sekrety miłości. Bez komentarza ]:->
** Paseo Extraordinarios - (hiszp.) promenada niezwykłości

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz