Przez
resztę pobytu w Hiszpanii Sophie nie doświadczyła już snów o zabarwieniu
erotycznym, ba, nawet o żadnym innym. Kładła się grubo po dwunastej, a wstawała
po kilka minut szóstej. Ledwo przymykała powieki, a już je musiała otworzyć,
ale nie była zmęczona. Satysfakcja z tego, że może pomóc mamie rekompensowała
jej trudy niewyspania. Przesiadywała długie godziny w bibliotece dziadka
szukając odpowiednich informacji przydatnych do przygotowania eliksiru.
Spośród
tysiąca pozycji, jakie znalazły się w przesiąkniętym zapachem pergaminu i
atramentu drukarskiego pokoju były m.in. książki do eliksirów, zielarstwa,
historii magii, numerologii czy artykuły prasowe dotyczące mugoli, ale oprócz
tego Sophie spostrzegła jeszcze coś, co zmusiło ją do otwarcia szeroko oczu i
głośnego klapnięcia na wygodny fotel dziadka. Na jednej z najwyższych półek
pomiędzy znienawidzonymi przez Krukonkę woluminami z wróżbiarstwa stał poradnik
Rufinji Vesne podtytułem „Arcanum Amor*”. Dziewczyna drżącymi rękami
wzięła ją do ręki i przyglądała się uważnie oprawionemu w skórę tomowi. Duże, złote
litery odznaczały się na krwistoczerwonej oprawie. Sophie jakby zza swoich
usłyszała cichy, kobiecy szept – „Nie bój się. Otwórz. ”Wiedziona słodkim,
melodyjnym głosem, który już gdzieś słyszała, odważyła się odchylić jedną ze
stronic, ale natychmiast zamknęła ją z hukiem. Chwilę wpatrywała się w swoje
palce i próbował anie myśleć, co ta książka może zawierać i jak mogłaby być
przydatna do zdobycia pewnego na pozór zimnego, ślizgońskiego serca. Pobieżnie
przejrzała jej zawartość i z każdą stronicą w jej wyobraźni powstawały nowe
obrazy tego, co mogłaby… Nie! Co chciałaby robić z Mistrzem Eliksirów. Wahała
się, czy aby na pewno dobrze robi zabierając ją ze sobą. „To nie jest kradzież,
ja ją tylko pożyczam” – tłumaczyła sobie. Z triumfalnym uśmiechem na ustach i z
pewną nutką satysfakcji w głosie powiedziała do siebie:„Już mi teraz nie
umkniesz Sevesusie Snape!”
***
Każdego
ranka w towarzystwie mamy bądź dziadka wybierała się na długie spacery ulicami
magicznego Madrytu. Dzielnica „Paseo Extraordinarios**” była
przepiękna. Kolorowe elewacje domów przyciągały uwagę znajdujących się tam
czarodziejów i czarownic, a witryny sklepowe zachęcały do odwiedzenia i zakupu
chociażby butelki źródlanej wody potrzebnej do wytwarzania leczniczych mikstur.
Sophie szła brukowaną uliczką i z zaciekawieniem przyglądała się mijanym
ludziom. Co chwila miała okazję usłyszeć wesołe śmiechy jej rówieśników,
starsze czarownice ubrane w jaskrawe szaty i spiczaste tiary narzekające na
słabe działanie eliksirów na ból stawów czy głośne rozmowy na temat
najbliższego meczu Quidditcha pomiędzy hiszpańską a włoską drużyną.
***
Ostatniego
dnia pobytu Krukonka wstąpiła do „Misz–Maszy” – księgarni, w której znajdowały
się wszelakie magiczne książki. Było to duże, wielopoziomowe pomieszczenie z
niezliczoną ilością regałów i pozycji do czytania. Na ten widok Sophie
zakręciło się w głowie. Elfy, które pełniły tu rolę doradców i w pewnym sensie
tragarzy, uwijały się jak w ukropie, aby kupującym niczego nie zabrakło. Co
chwila jakiś czarodziej potrzebował pomocy, bo albo mnie mógł odnaleźć
pożądanego woluminu, albo po prostu zgubił się w gąszczu regałów i zakamarków
„Misz–Maszy”, dlatego setki magicznych stworzeń latało w te i we w te ratując z
opresji klientów księgarni. W „Esach–Floresach” czy we francuskim „Domu
Książki” niemożna było znaleźć połowy tytułów, które znajdowały się pod
okrągłym, szklanym dachem księgarni. Na parterze znajdowało się kawiarnie,
gdzie zmęczeni zakupami czarodzieje mogli odpocząć sącząc lemoniadę czy
zachwycając się słodkimi babeczkami z czekoladą, na kolejnych piętrach mieściły
się działy z pozycjami m.in. z zielarstwa, transmutacji, starożytnej magii,
eliksirów. Krukonka z szeroko otwartą buzią przechadzała się pomiędzy wysokimi
na kilkanaście stóp regałami iz zaciekawieniem oglądała wielotomowe woluminy.
Niekiedy cena interesującego ją dzieła znaczenie przewyższała kwotę jej
oszczędności. Jednak nie mogła się powstrzymać przed kupieniem, chociaż jednej
książki z każdego działu, także do jej listy zakupów dołączyły m.in. książka do
zielarstwa – „Najbardziej niebezpieczne żywe rośliny magiczne na świecie”, z
transmutacji – „Jak zmienić Włocha w buddyjskiego kapłana, czyli transmutacja
ludzka dla zaawansowanych”, z eliksirów – „Co może stać się z Twoim kociołkiem,
jeśli zamiast płatków róży dodasz jadu tentakuli?”, czy z zaklęć– „Zaklęcia,
które zostały zastosowane w Pierwszej Wojnie Czarodziejów” i wiele, wiele
więcej. Po uiszczeniu dosyć wysokiego rachunku, ale i tak mniejszego niż się
spodziewała, Sophie opuściła „Misz–Maszę”.
Zostało
jej jeszcze kilkanaście galeonów, dlatego nie omieszkała wstąpić również do
sklepu „Mydło i Powidło”. Nazwa oddawała w stu procentach różnorodność
zawartego w nim asortymentu. Na półkach można było znaleźć różne rodzaje
kociołków, samopiszące pióra, pergaminy sprzedawane na metry, ingerencje do
eliksirów, magiczne kosmetyki i wiele, wiele innych mniej lub bardziej
potrzebnych rzeczy. Krukonka nie mogła powstrzymać się przed kupieniem
prezentów dla kilku osób, Dla Snepe’a wybrała kryształową, ręcznie zdobioną
buteleczkę z korkiem w kształcie… węża, Bobby’emu kupiła samosprawdzające błędy
ortograficzne pióro, mimo, że ostatnio z Markiem nie miała zbyt dobrych relacji
to postanowiła, że jemu też coś podaruje. Osobie też nie zapomniała, za
ostatnie siedem galeonów nabyła Aleksandry – kamień jej znaku zodiaku.
Zadowolona
z siebie, prawie tanecznym krokiem podążała w kierunku domu dziadka. Słońce przyjemnie
grzało jej twarz, a wiatr delikatnie rozwiewał jej włosy. Zastanawiała się,
jaka panuje teraz pogoda na Wyspach. Czy jest równie ciepło jak w Hiszpanii, a
może właśnie nad Hogwart nadchodzą deszczowe chmury i za chwilę lunie deszcz.
Tęskniła za zielonymi błoniami, niebieską taflą jeziora, kolorowym dywanem
kwiatów na szkolnym dziedzińcu, ale najbardziej brakowało jej kłótni z
Postrachem szkolnych korytarzy. Lubiła ich słowne potyczki nad parującymi
kociołkami, pomimo, że nie chciał się do tego przyznać odprężało go toi
pozwalało na chwilę wytchnienia od ciężkiej pracy. Nagle usłyszała za sobą
głośne wołanie, machinalnie odwróciła się za siebie. Ujrzała,machającą do niej
przyjaźnie dziewczynę mniej więcej w swoim wieku o długich, prostych włosach.
– Sophie…
Nie mogę uwierzyć! To naprawdę ty? Nic się nie zmieniłaś – trajkotała jak
nakręcona.
–
Przepraszam, ale ja cię nie znam. Musiałaś mnie z kimś innym pomylić – wyminęła
ją.
– Sophie
Thompson. Prawda? No jak możesz nie poznawać starej koleżanki?
Czarownica
chwilę przyglądała się nowopoznanej dziewczynie, ale nie potrafiła sobie
przypomnieć skąd mogły się znać.
– Cecile
Fernandez. Mieszkałam w Paryżu przy Bonbon Rue, kilka domów od ciebie.
Bawiłyśmy się zawsze razem. Nonie żartuj, że się tak zmieniłam– spojrzała
uważnie na swoją rozmówczynię.
– Cecile
Fernandez, Cecile Ferna…– nagle przed oczami Krukonka zobaczyła przesuwające
się powoli obrazy. Dwie dziewczynki bardzo podobne do nich siedziały na ławce
przed jakimś domem igrały w szachy czarodziejów, te same postacie zmieniające
kawałek drewna w kwiatka, wspólna gonitwa za dużym, rudym kotem. Sophie złapała
się za głowę i lekko się zachwiała.
– Dobrze
się czujesz? – zapytała troską jej rozmówczyni.
–
Przypomniałam sobie! – rzuciła jej się na szyję. – Cecile Fernandez, mieszkałaś
przy Bonbon Rue, miałaś rudego kota, a właściwie kotkę Mathilde i młodszego
brata Manuela, które mu wyczarowałaś ośle uszy – zachichotała.
– No
nareszcie! Naprawdę się tak zmieniłam? – zapytała.
– Nie,
chyba nie. Nie wiem. Cecile, przepraszam cię, że tak wyszło, ale kilka miesięcy
temu miałam poważny wypadek i do tej pory nie odzyskałam całkowitej pamięci –
powiedziała cicho. – Ale opowiadaj, co u ciebie?
– Może
wejdziemy do „Słonecznej”? Napijemy się lemoniady i pogadamy, bo przecież
niecodziennie spotyka się przyjaciółkę z dzieciństwa i to jeszcze w obcym kraju
– uśmiechnęła się szeroko i pociągnęła Sophie w kierunku kawiarni.
***
– Cześć,
mamo! Już jestem! – Sophie podeszła do leżącej w łóżku matki i pocałowała ją w
policzek. – Jak się czujesz? – zapytała wesoło?
– Na
Merlina! Sophie, gdzieś się tyle czasu podziewała? Dziadek miał już cię iść
szukać – przerażony głos Isabelle roznosił się po pokoju.
–Przepraszam
– posmutniała. Mamo, jestem już dużą i mądrą czarownicą i potrafię sobie
poradzić. Najpierw straciłam poczucie czasu w „Misz–Maszy”, później wstąpiłam
jeszcze do „Mydła i Powidła”, a na końcu nie zgadniesz, kogo spotkałam. Cecile
Fernandez! – prawie krzyknęła. – Od pięciu lat mieszka w Barcelonie z rodzicami
i dwojgiem młodszego rodzeństwa – opowiadała matce.
Isabelle
uważnie przyglądała się córce.
–
Kochanie, skąd wiedziałaś, że to Cecile?
– Och,
mamusiu! Przypomniałam sobie kolejne wydarzenia z mojego życia. Czy to nie
cudownie? – przytuliła się do matki.
– A co
dokładnie sobie przypomniałaś?
–No
dzieciństwo, znaczy niecałe. Zabawy z Cecile, wakacje u dziadka i jakieś
rzucanie prostych zaklęć, ale niestety to wszystko –posmutniała. – Ale i z tego
trzeba się cieszyć, prawda? No, powiesz mi w końcu jak się czujesz?
–Trzeba
się cieszyć – pogłaskała córkę po włosach. – Nawet nie najgorzej, nie licząc
porannych mdłości i zawrotów głowy. Nie rozmawiajmy o mnie, lepiej powiedz, co
kupiłaś skoro cię tak długo nie było.
***
– Jak to
wychodzisz za mąż? – Sophie nie kryła oburzenia z informacji, jaką przed chwilą
usłyszała. – I mówisz mi o tym na niecały miesiąc przed uroczystością!
– Zrozum
córeczko to najlepsze wyjście – Isabelle próbowała uspokoić córkę.
–Mamo, to
nie jest żadne wyjście! Znasz faceta zaledwie od trzech miesięcy, a już chcesz
brać z nim ślub! A pytałaś mnie o zdanie? Nawet nie dałaś mi szansy i czasu
żebym się z tym jakoś oswoiła. W twoim stanie powinnaś jak najwięcej
odpoczywać, a nie uganiać się za facetami jak jakaś nastolatka! – mówiła
podniesionym głosem.
– Córciu,
z Tomem znaliśmy się jeszcze przed twoim wypadkiem i właśnie, dlatego
odwołaliśmy wcześniejszy ślub. Sophie, nie patrz tak na mnie… Pozwól mi być
szczęśliwą, chociaż przez jakiś czas… – łzy stanęły Isabelle w oczach.
–Tak się
nie robi, mamo! Nie zostawia się dziecka dla obcego faceta. A co z tatą? O nim
też już zapomniałaś?– spojrzała na rodzicielkę z wyrzutem, po czym wyszła z
pokoju trzaskając drzwiami.
Isabelle
westchnęła głośno. Może rzeczywiście nie powinna czekać z rozmową na temat
ślubu. Jednak do końca łudziła się, że reakcja Sophie będzie podobna do tej
sprzed niecałego roku, kiedy był pierwszy termin uroczystości. Teraz musiała
czekać. Może dziewczyna przemyśli wszystko jeszcze raz, ochłonie i wtedy
zrozumie, że ten ślub to jednak dobre wyjście. Nadzieja pozostawała zawsze…
***
Sophie
szybkim krokiem przemierzała szkolne korytarze. Nareszcie wróciła na stare
śmieci i poczuła się wolna. Niby u dziadka też miała pewną dozę swobody, ale
tu, w Hogwarcie mogła rozwinąć swoje intelektualne skrzydła. Cieszyła się
niezmiernie, że w końcu wytłumaczy Snape’owi, dlaczego tamtego wieczoru nie
mogła przyjść na przygotowanie do konkursu. Miała nadzieję, że nie wywali jej
za drzwi, gdy ją tylko ujrzy. W ręku trzymała prezent dla niego. Starannie
opakowała buteleczkę w zielony papier i przewiązała go wstążką o podobnym
kolorze. „Może mu się spodoba…” – westchnęła, skręcając w stronę komnat Mistrza
Eliksirów.
Zapukała
pewnie w drzwi, kiedy usłyszała: „Thompson, nawet nie próbuj przekraczać tego
progu, bo i tak cię wyrzucę!” weszła do środka.
– Mnie
też jest miło, że Pan, Profesorze stęsknił się za mną – uśmiechnęła się.
– Jest
prawie dziesiąta, przed chwilą skończyłem męczący szlaban z trojgiem
czwartorocznych Puchonów, a jeszcze czeka mnie sprawdzanie SUMów i OWUTEMów…
ale właściwie, dlaczego ja ci się zwierzam? Wracaj do siebie póki mam w miarę
znośny humor – poradził jej.
– Czyli
dzisiaj nici z przygotowań? – zrobiła usta w podkówkę.
–
Thompson! Nie rozumiesz jak się do ciebie mówi? – warknął, wstając zza biurka.
– Mam cię własnoręcznie wyrzucić?
–
Właściwie… to… To jest prezent dla Pana Profesora – nieśmiało wyciągnęła ręce z
podarunkiem.
–
Prezent? Thompson, czyś ty na głowę upadła?
– No, bo…
Bo to jest pamiątka dla Pana Profesora z Hiszpanii – powiedziała cicho. – Do
niczego nie zobowiązuje – dodała szybko.
– Na
brodę Merlina! Thompson, zabierz stąd ten swój prezent i wynoś się!Nie
potrzebuje tego typu podchodów! – wydarł się na całe gardło.
– W takim
razie, żyj sobie sam w tym swoim grubym pancerzu TY WSTRĘTNY, NIECZUŁY,
NIETOPERZU! – krzyknęła równie głośno, po czym wybiegła z płaczem z jego
komnaty trzaskając drzwiami.
Nieodpakowany
prezent nadal pozostał w jego dłoni. „Niech szlag to wszystko trafi!” – rzucił
zawiniątkiem w dębowe wrota swojego prywatnego gabinetu. Usłyszał brzdęk
rozbitego szkła! W tym momencie buteleczka rozpadła się na milion kawałków…
***
Dzisiaj o
21:58 mój blog skończył rok! Również Panna S narodziła się razem z opowieścią o
Sophie Thompson, Severusie Snape'ie i Tomie Riddle'u... I ma szansę dożyć
później starości, chyba, że szczupła modelka o ziemistej cerze w czarnej szacie
z kosą w ręku [prawie jak opis Seva:D] upomni się o duszyczkę Panny S, ale nie
oddam jej tak łatwo!
Początki
były trudne, ale poradziłam sobie i teraz wiem, że godziny spędzone przed
monitorem czy zwykłą kartką papieru nie poszły na marne. jestem z siebie
naprawdę dumna!
Dziękuję:
Annie- za to,
że zaszczepiłaś we mnie bakcyla do HP i wierzysz we mnie(przynajmniej mam taką
cichą nadzieję) No i za rozmowy na gygy :*
Merimaat- za to,
że pokochałam postać Severusa i Marity i za te wszystkie konstruktywne
komentarze dzięki, którym wiem, że pisanie to jest coś w czym jestem dobra, ale
mogę być lepsza:*
Pannie
Rickman - za CYBERPRZEMOC, Carrie, Seva i małą Sophie - moją najlepszą i
jedyną chrześnicę, za to,że pokochałam Alana pomimo jego demencji
starczej:D:D:D za komentarze nie zawsze zasłużone:*
Bell i
Hidney - za Melody i Seva, za WielkąNoc, której w rzeczywistości nie było [zue,
wstrętne, niedobre itd.] no i za komentarze płynące prosto z serca:*
Wszystkim, którzy
czytają, a nie komentują - KLAWIATURA NIE GRYZIE!
Ps.Notka mi się podoba, pisana w nocy, ukradkiem pod kołdrą:D W kolejnym rozdziale postaram się wyjaśnić wszystkie niesnaski tego postu!
Ps.Notka mi się podoba, pisana w nocy, ukradkiem pod kołdrą:D W kolejnym rozdziale postaram się wyjaśnić wszystkie niesnaski tego postu!
––––––––––––––
*Arcanum
Amor - (łac.) sekrety miłości. Bez komentarza ]:->
** Paseo
Extraordinarios - (hiszp.) promenada niezwykłości
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz