wtorek, 14 sierpnia 2012

XXXIV

Sophie dosyć szybkim krokiem szła w kierunku prywatnych mieszkań Mistrza Eliksirów. Coś zmusiło ją do złamania zasad i nielegalnego przeteleportowania się z domu dziadka do Hogwartu. Rzuciła na siebie zaklęcie Kameleona, aby być pewnym, że żaden Ślizgom nie odkryje jej obecności w tym miejscu. „To tylko ten jeden raz. Mama położyła się wcześnie, a dziadek nigdy o tak później porze mnie nie odwiedza. Nikt się nie dowie, że nie nocowałam w domu” – tłumaczyła sobie.
Kiedy wreszcie stanęła przed drzwiami do gabinetu Snape’a, niepewnie zapukała w nie. Po chwili oczekiwania, usłyszała głośne „wejść”. Powoli nacisnęła klamkę, pchnęła mocno drzwi, które z dosyć głośnym skrzypnięciem otworzyły się. Hogwardzki postrach szkolnych korytarzy stał odwrócony do niej plecami i szukał czegoś w dużej, oszklonej gablocie ingerencjami do eliksirów.
–Jednak panno Thompson, zdecydowałaś się na złamanie reguł i przyszłaś na przygotowania do konkursu –powiedział swoim aksamitnym głosem.
Krukonka zauważyła, że nauczyciel ubrany jest w śnieżnobiałą koszulę, której rękawy miał podwinięte do łokci, a jego czarne spodnie ładnie opinały się na pośladkach. „Gdzie się podziały jego obszerne szaty nietoperza?”– przemknęło jej przez myśl. Wyglądał całkiem inaczej. Chwilę wpatrywała się w niego z lekko otwartymi ustami.
– Lepiej zamknij buzię, bo ci mucha siatkoskrzydła wpadnie do gardła – sarknął, przywołując ją do świadomości.
Pospiesznie wykonała polecenie, jakby bała się, że może jej za to odebrać punkty. Próbowała oderwać od niego wzrok, jednakże opięta koszula na klatce piersiowej mężczyzny skutecznie utrudniała myślenie o czymś zupełnie niezwiązanym z postacią profesora. Bez swoich codziennych szat zdawał się taki męski. Poczuła znajome uczucie, które ścisnęło jej żołądek.
–Thompson, długo się jeszcze będziesz na mnie gapić? – zapytał lekko zirytowany. – Tylko nie przepraszaj! –wyprzedził jej słowa.
– W takim razie, co mam robić, profesorze? – podwinęła rękawy bluzki.
– Na dobry początek przygotuj… Amortencję – jego brew nieznacznie uniosła się do góry.
– Amortencję? Jest pan pewny, profesorze?
Na jej słowa Severus posłał jej mordercze spojrzenie, którego nie powstydziłby się sam Bazyliszek.
– Już się robi! – rzuciła szybko, po czym zabrała się za przygotowanie odpowiednich składników.
Po pewnym czasie poczuła na sobie jego wzrok. „Ja to się nie mogę na niego patrzeć, a on legalnie wlepia we mnie swoje czarne ślepia” – pomyślała zdenerwowana. „Wredny Nietoperz!” – wymamrotała pod nosem.
Ciche kroki, które słyszała za swoimi plecami upewniały ją, że Mistrz Eliksirów cały czas znajduje się w tym samym pomieszczeniu, co ona. Gdyby wyszedł, choć na chwilę uciekłaby stąd. Nie chciała wiedzieć, jaka woń wydobędzie się z kociołka.
– Czujesz już jakiś przyjemny zapach? – niespodziewanie usłyszała niedaleko lewego ucha jego cichy szept.
Wzdrygnęła się, kiedy zimnymi dłońmi odgarnął jej włosy i lekko musnął wargami szyję.
– Słodko pachniesz. Czy to kokos? – odezwał się.
– Profesorze, nie czas na takie wygłupy! – krzyknęła dosyć głośno.
– Thompson, nie mów, że ci się nie podoba – po raz drugi złożył na jej szyi kilka pocałunków.
Dreszcze przebiegły przez ciało dziewczyny. Nie mogła tak bezczynnie stać i poddawać się wąskim ustom nauczyciela. Odwróciła się gwałtownie i przywarła do niego całym ciałem. Całował tak rozkosznie, z jednej strony stanowczo, ale z drugiej delikatnie. Cicho jęknęła, kiedy po niewielkim rozchyleniu ust język Severusa rozpoczął namiętny taniec z jej językiem. Pierwszy raz pozwoliła mu na tyle! Jeszcze mocniej przylgnęła do niego, wplatając swoje palce w jego włosy. Objął ją swymi szczupłymi rękami, delikatnie wsuwając swoje dłonie pod bluzkę.
– Severusie! Masz zimne ręce! –nieświadomie powiedziała do profesora po imieniu.
– Panno Thompson, nie wiedziałem, że przeszliśmy na „ty”? – na chwilę odsunął się od niej.
Spojrzał w jej lekko zamglone oczy. – Jesteś dla mnie niesamowitą zagadką, Sophie.
Dziewczyna lekko się zarumieniła. Spuściła wzrok i próbowała wyswobodzić się z objęć nauczyciela. Nie pozwolił jej na to. Nachylił się lekko nad nią i znów pocałował. Nie przeszkadzało jej to, że jego zimne dłonie suną po jej plecach. Nie wiadomo, kiedy znaleźli się w jego sypialni. Sophie z trudem radziła sobie z odpinaniem guzików od jego koszuli, za to on nie miał problemów, by pozbawić ją bluzki. Skierował ją w stronę łóżka, po czym lekko pchnął ją na nie. Czarne włosy Krukonki rozsypały się po zielonej pościeli, pociągnęła Severusa za odpiętą już koszulę ku sobie. Spojrzał na nią od góry do dołu. Przejechał palcem od szyi aż po pępek dziewczyny. Mimowolnie wydała z siebie cichy jęk i wygięła się w łuk. Nachylił się nad nią by ją pocałować, wtedy ona wyszeptała:
– Severusie, pragnę cię.
Chwilę wpatrywał się w swoją uczennicę. Czuł, że nie tylko on panuje nad tym snem. Równie duży wpływ na to, co śniła Sophie, miała jej podświadomość. Połączenie tych dwóch sił nie wróżyło nic dobrego.
Nie mógł jej tego zrobić. Nie w ten sposób…
Odsunął swoją różdżkę od skroni i odłożył ją na nocny stolik. Oddychał z dużym wysiłkiem, serce waliło mu jak oszalałe. Do świadomości wracał powoli.„Ty idioto! Chciałeś się zabić! Wiesz doskonale, jak wyczerpująca jest agosomnia* na odległość!” – nawrzeszczał na siebie, pomiędzy jednym wdechem, a drugim.
Ciężko opadł na poduszkę. Przymknął oczy. „Ten sen był tak piękny, że aż niemożliwy. Skąd w takim człowieku, jak Severus Snape jest tyle wrażliwości? Dlaczego jej podświadomość zaczęła współpracować z jego?”– zastanawiał się.
Po kilkunastu minutach powrócił do pełnej świadomości. Oddychał już normalnie, a serce miarowo biło w jego piersi. Spojrzał leniwie na zegar. Dochodziła czwarta. Nie mógł uwierzyć, że tyle czasu poświecił na „odegranie się” na tej małej, wstrętnej, przebiegłej Krukonce. Chciał w tym momencie widzieć jej wyraz twarzy, rumieńce, które wypełzły na policzki pod wpływem tak realnego snu. Zaczął się przeraźliwie śmiać. Zachowywał się jak tak te szczeniaki, których każdego wieczora karał zacałowanie się i przesiadywanie w różnych częściach zamku w czasie ciszy nocnej. Serce mówiło, co innego niż rozum. Znów naszła go wątpliwość czy je ma. Może to, co ludzie nazywali sercem, u niego było zimną, bezkształtną bryłą miarowo bijącą w piersi. Nie mógł nikogo pokochać, a to, co zrobił przed parunastoma minutami było tylko głupim wybrykiem…
***
Głośny krzyk rozniósł się echem po spowitym mrokiem pokoju. Serce biło głośno, wyrywało się z piersi, a oddech nie mógł się uspokoić. Sophie z szeroko otwartymi oczami wpatrywała się w nieprzeniknioną czerń swojej sypialni. Odruchowo zapaliła lampkę. Niewielka łuna światła rozjaśniła pomieszczenie nadając mu niesamowitej tajemniczości. „Co to do cholery było?” – zastanawiała się. Jeszcze nigdy nie miała tak realnego snu. Czuła jego dłonie, wilgotne usta na swoim ciele i palący pożądaniem wzrok. Przez jej ciało przebiegł znajomy dreszcz. Nie lubiła go, choć zdawała sobie sprawę, że jest nieodłącznym elementem tego, w jaki sposób myśli o Postrachu Hogwartu. Nie wiedziała, czego wynikiem był sen. Jej chora wyobraźnia za bardzo ostatnio sobie folgowała.
„Zdecydowanie za piękny, żeby stał się rzeczywistością.” – westchnęła.
Była gotowa do tego żeby odkryć przed Mistrzem Eliksirów swoje uczucia. Nie mogła jednak zrobić tego wcześniej niż po uzyskaniu pełnoletniości. Gdyby zdecydowała wyjawić się już teraz, że go kocha, pożąda, pragnie dzielić z nim swoje radości i smutki, po pierwsze wystawiłaby się na pośmiewisko, bo nie obyłoby się bez jego ciętych uwag, a po drugie bezpieczniej dla Niego byłoby gdyby jednak swoje uczucia ulokował w kimś, kto ma już ukończone siedemnaście lat. Lepiej dla niego by spał z pełnoletnią dziewczyną. Skarciła się porządnie za to, co pomyślała, ale taka była prawda. Chciała, aby doprowadził ją do bram raju…
Spojrzała na swoje notatki leżące na podłodze. Gdyby zegar nie wskazywał kilku minut po czwartej nad ranem wzięłaby się za dalsze analizowanie eliksiru, nad którym pracuje jej mama. Ziewnęła przeciągle. Przytuliła się do poduszki i wiedziona przyjemnymi widokami, które stworzyła pod powiekami usnęła.

*

Yyyy...
Podoba mi się.
Przepraszam za trochę erotyczną notkę, ale kłębiło się we mnie tyle przeróżnych emocji, że musiałam dać im upust. Mam nadzieję, że już w kolejnym rozdziale akcja będzie trochę bardziej dynamiczna i nie uśniecie przed końcem. Możliwość pojawienia się Tego-Którego-Imienia-Nie-Wolno-(Ani-Szybko)-Wymawiać:D

Święta, święta i po świętach! Mam nadzieję, że nie męczyliście się tak jak ja.

Dedykacja dla:
Panny Rickman - Będę znów musiała użyć CYBERPRZEMOCY żeby wbić Ci do głowy, że Roxanne pasuje w 100% do Severusa!
Bell i Hidney - nie kończcie historii o Melody i Severusie w ten sposób:I

––––––––––––––––––––
*agosomnia - (łac.) ago - działać, somni - sen; działać na sen czy coś w tym stylu. Ciekawe prawda?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz