Sophie
dosyć szybkim krokiem szła w kierunku prywatnych mieszkań Mistrza Eliksirów.
Coś zmusiło ją do złamania zasad i nielegalnego przeteleportowania się z domu
dziadka do Hogwartu. Rzuciła na siebie zaklęcie Kameleona, aby być pewnym, że
żaden Ślizgom nie odkryje jej obecności w tym miejscu. „To tylko ten jeden raz.
Mama położyła się wcześnie, a dziadek nigdy o tak później porze mnie nie
odwiedza. Nikt się nie dowie, że nie nocowałam w domu” – tłumaczyła sobie.
Kiedy
wreszcie stanęła przed drzwiami do gabinetu Snape’a, niepewnie zapukała w nie.
Po chwili oczekiwania, usłyszała głośne „wejść”. Powoli nacisnęła klamkę,
pchnęła mocno drzwi, które z dosyć głośnym skrzypnięciem otworzyły się.
Hogwardzki postrach szkolnych korytarzy stał odwrócony do niej plecami i szukał
czegoś w dużej, oszklonej gablocie ingerencjami do eliksirów.
–Jednak
panno Thompson, zdecydowałaś się na złamanie reguł i przyszłaś na przygotowania
do konkursu –powiedział swoim aksamitnym głosem.
Krukonka
zauważyła, że nauczyciel ubrany jest w śnieżnobiałą koszulę, której rękawy miał
podwinięte do łokci, a jego czarne spodnie ładnie opinały się na pośladkach.
„Gdzie się podziały jego obszerne szaty nietoperza?”– przemknęło jej przez
myśl. Wyglądał całkiem inaczej. Chwilę wpatrywała się w niego z lekko otwartymi
ustami.
– Lepiej
zamknij buzię, bo ci mucha siatkoskrzydła wpadnie do gardła – sarknął,
przywołując ją do świadomości.
Pospiesznie
wykonała polecenie, jakby bała się, że może jej za to odebrać punkty. Próbowała
oderwać od niego wzrok, jednakże opięta koszula na klatce piersiowej mężczyzny
skutecznie utrudniała myślenie o czymś zupełnie niezwiązanym z postacią
profesora. Bez swoich codziennych szat zdawał się taki męski. Poczuła znajome
uczucie, które ścisnęło jej żołądek.
–Thompson,
długo się jeszcze będziesz na mnie gapić? – zapytał lekko zirytowany. – Tylko
nie przepraszaj! –wyprzedził jej słowa.
– W takim
razie, co mam robić, profesorze? – podwinęła rękawy bluzki.
– Na
dobry początek przygotuj… Amortencję – jego brew nieznacznie uniosła się do
góry.
–
Amortencję? Jest pan pewny, profesorze?
Na jej
słowa Severus posłał jej mordercze spojrzenie, którego nie powstydziłby się sam
Bazyliszek.
– Już się
robi! – rzuciła szybko, po czym zabrała się za przygotowanie odpowiednich
składników.
Po pewnym
czasie poczuła na sobie jego wzrok. „Ja to się nie mogę na niego patrzeć, a on
legalnie wlepia we mnie swoje czarne ślepia” – pomyślała zdenerwowana. „Wredny
Nietoperz!” – wymamrotała pod nosem.
Ciche
kroki, które słyszała za swoimi plecami upewniały ją, że Mistrz Eliksirów cały
czas znajduje się w tym samym pomieszczeniu, co ona. Gdyby wyszedł, choć na
chwilę uciekłaby stąd. Nie chciała wiedzieć, jaka woń wydobędzie się z
kociołka.
– Czujesz
już jakiś przyjemny zapach? – niespodziewanie usłyszała niedaleko lewego ucha
jego cichy szept.
Wzdrygnęła
się, kiedy zimnymi dłońmi odgarnął jej włosy i lekko musnął wargami szyję.
– Słodko
pachniesz. Czy to kokos? – odezwał się.
–
Profesorze, nie czas na takie wygłupy! – krzyknęła dosyć głośno.
–
Thompson, nie mów, że ci się nie podoba – po raz drugi złożył na jej szyi kilka
pocałunków.
Dreszcze
przebiegły przez ciało dziewczyny. Nie mogła tak bezczynnie stać i poddawać się
wąskim ustom nauczyciela. Odwróciła się gwałtownie i przywarła do niego całym
ciałem. Całował tak rozkosznie, z jednej strony stanowczo, ale z drugiej
delikatnie. Cicho jęknęła, kiedy po niewielkim rozchyleniu ust język Severusa
rozpoczął namiętny taniec z jej językiem. Pierwszy raz pozwoliła mu na tyle!
Jeszcze mocniej przylgnęła do niego, wplatając swoje palce w jego włosy. Objął
ją swymi szczupłymi rękami, delikatnie wsuwając swoje dłonie pod bluzkę.
–
Severusie! Masz zimne ręce! –nieświadomie powiedziała do profesora po imieniu.
– Panno
Thompson, nie wiedziałem, że przeszliśmy na „ty”? – na chwilę odsunął się od
niej.
Spojrzał
w jej lekko zamglone oczy. – Jesteś dla mnie niesamowitą zagadką, Sophie.
Dziewczyna
lekko się zarumieniła. Spuściła wzrok i próbowała wyswobodzić się z objęć
nauczyciela. Nie pozwolił jej na to. Nachylił się lekko nad nią i znów
pocałował. Nie przeszkadzało jej to, że jego zimne dłonie suną po jej plecach.
Nie wiadomo, kiedy znaleźli się w jego sypialni. Sophie z trudem radziła sobie
z odpinaniem guzików od jego koszuli, za to on nie miał problemów, by pozbawić
ją bluzki. Skierował ją w stronę łóżka, po czym lekko pchnął ją na nie. Czarne
włosy Krukonki rozsypały się po zielonej pościeli, pociągnęła Severusa za
odpiętą już koszulę ku sobie. Spojrzał na nią od góry do dołu. Przejechał
palcem od szyi aż po pępek dziewczyny. Mimowolnie wydała z siebie cichy jęk i wygięła
się w łuk. Nachylił się nad nią by ją pocałować, wtedy ona wyszeptała:
–
Severusie, pragnę cię.
Chwilę
wpatrywał się w swoją uczennicę. Czuł, że nie tylko on panuje nad tym snem.
Równie duży wpływ na to, co śniła Sophie, miała jej podświadomość. Połączenie
tych dwóch sił nie wróżyło nic dobrego.
Nie mógł
jej tego zrobić. Nie w ten sposób…
Odsunął
swoją różdżkę od skroni i odłożył ją na nocny stolik. Oddychał z dużym
wysiłkiem, serce waliło mu jak oszalałe. Do świadomości wracał powoli.„Ty
idioto! Chciałeś się zabić! Wiesz doskonale, jak wyczerpująca jest agosomnia*
na odległość!” – nawrzeszczał na siebie, pomiędzy jednym wdechem, a drugim.
Ciężko
opadł na poduszkę. Przymknął oczy. „Ten sen był tak piękny, że aż niemożliwy.
Skąd w takim człowieku, jak Severus Snape jest tyle wrażliwości? Dlaczego jej
podświadomość zaczęła współpracować z jego?”– zastanawiał się.
Po
kilkunastu minutach powrócił do pełnej świadomości. Oddychał już normalnie, a
serce miarowo biło w jego piersi. Spojrzał leniwie na zegar. Dochodziła
czwarta. Nie mógł uwierzyć, że tyle czasu poświecił na „odegranie się” na tej
małej, wstrętnej, przebiegłej Krukonce. Chciał w tym momencie widzieć jej wyraz
twarzy, rumieńce, które wypełzły na policzki pod wpływem tak realnego snu.
Zaczął się przeraźliwie śmiać. Zachowywał się jak tak te szczeniaki, których
każdego wieczora karał zacałowanie się i przesiadywanie w różnych częściach
zamku w czasie ciszy nocnej. Serce mówiło, co innego niż rozum. Znów naszła go
wątpliwość czy je ma. Może to, co ludzie nazywali sercem, u niego było zimną,
bezkształtną bryłą miarowo bijącą w piersi. Nie mógł nikogo pokochać, a to, co
zrobił przed parunastoma minutami było tylko głupim wybrykiem…
***
Głośny
krzyk rozniósł się echem po spowitym mrokiem pokoju. Serce biło głośno, wyrywało
się z piersi, a oddech nie mógł się uspokoić. Sophie z szeroko otwartymi oczami
wpatrywała się w nieprzeniknioną czerń swojej sypialni. Odruchowo zapaliła
lampkę. Niewielka łuna światła rozjaśniła pomieszczenie nadając mu niesamowitej
tajemniczości. „Co to do cholery było?” – zastanawiała się. Jeszcze nigdy nie
miała tak realnego snu. Czuła jego dłonie, wilgotne usta na swoim ciele i
palący pożądaniem wzrok. Przez jej ciało przebiegł znajomy dreszcz. Nie lubiła
go, choć zdawała sobie sprawę, że jest nieodłącznym elementem tego, w jaki
sposób myśli o Postrachu Hogwartu. Nie wiedziała, czego wynikiem był sen. Jej
chora wyobraźnia za bardzo ostatnio sobie folgowała.
„Zdecydowanie
za piękny, żeby stał się rzeczywistością.” – westchnęła.
Była gotowa
do tego żeby odkryć przed Mistrzem Eliksirów swoje uczucia. Nie mogła jednak
zrobić tego wcześniej niż po uzyskaniu pełnoletniości. Gdyby zdecydowała
wyjawić się już teraz, że go kocha, pożąda, pragnie dzielić z nim swoje radości
i smutki, po pierwsze wystawiłaby się na pośmiewisko, bo nie obyłoby się bez
jego ciętych uwag, a po drugie bezpieczniej dla Niego byłoby gdyby jednak swoje
uczucia ulokował w kimś, kto ma już ukończone siedemnaście lat. Lepiej dla
niego by spał z pełnoletnią dziewczyną. Skarciła się porządnie za to, co
pomyślała, ale taka była prawda. Chciała, aby doprowadził ją do bram raju…
Spojrzała
na swoje notatki leżące na podłodze. Gdyby zegar nie wskazywał kilku minut po
czwartej nad ranem wzięłaby się za dalsze analizowanie eliksiru, nad którym
pracuje jej mama. Ziewnęła przeciągle. Przytuliła się do poduszki i wiedziona
przyjemnymi widokami, które stworzyła pod powiekami usnęła.
*
Yyyy...
Podoba mi
się.
Przepraszam
za trochę erotyczną notkę, ale kłębiło się we mnie tyle przeróżnych emocji, że
musiałam dać im upust. Mam nadzieję, że już w kolejnym rozdziale akcja będzie
trochę bardziej dynamiczna i nie uśniecie przed końcem. Możliwość pojawienia
się Tego-Którego-Imienia-Nie-Wolno-(Ani-Szybko)-Wymawiać:D
Święta,
święta i po świętach! Mam nadzieję, że nie męczyliście się tak jak ja.
Dedykacja dla:
Dedykacja dla:
Panny
Rickman - Będę znów musiała użyć CYBERPRZEMOCY żeby wbić Ci do
głowy, że Roxanne pasuje w 100% do Severusa!
Bell i
Hidney - nie kończcie historii o Melody i Severusie w ten sposób:I
––––––––––––––––––––
*agosomnia
- (łac.) ago - działać, somni - sen; działać na sen czy coś w tym stylu.
Ciekawe prawda?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz