wtorek, 14 sierpnia 2012

XXXII

Podróż samolotem z deszczowego Londynu do słonecznego Madrytu minęła obu paniom Thompson szybko i spokojnie.Sophie z okien samolotu podziwiała najpierw zielone pola od czasu do czasu jakieś pojedyncze domostwa, a potem już tylko był ocean lub duża warstwa chmur ciągnąca się kilometrami. Isabelle jeszcze bardziej intensywnie myślała o zbliżającej się trudnej rozmowie z córką. Wiedziała, że dziewczyna jest na tyle dojrzała, że zrozumie jej decyzję. Tylko czy ona drugi raz jest gotowa na taki krok? Wyczuła w głosie Toma pewną nutkę satysfakcji, kiedy prosiła go o pomoc. Miał prawo tak postąpić. Przecież to ona zerwała zaręczyny i oddała mu pierścionek. Obawiała się również, czy mężczyzna nie wykorzysta jej córki, po jej śmierci, dlatego musiała ją jakoś zabezpieczyć przynajmniej do czasu, kiedy Sophie nie będzie na tyle dorosła żeby nie dać się podporządkować jego woli.
Ciepły podmuch wiatru delikatnie musnął twarze pań Thompson, kiedy kobiety wysiadły z samolotu na płytę lotniska. Pogoda była wyśmienita na urlop. Chociażby krótki. Błękit nieba i puszyste ”baranki” leniwie płynące po nim skutecznie pomagały zapomnieć o troskach i problemach dnia codziennego. Słońce wysyłało niezliczoną ilość ciepłych promieni słonecznych na spragnione opalenizny ciała przybyłych do Madrytu ludzi.Po krótkiej odprawie i zabraniu swoich bagaży z luku, kobiety zaczęły szukać wzrokiem wysokiej acz lekko przygarbionej postaci Geogre’a Thompsona. Po kilku minutach z dosyć sporej ilości osób znajdujących się na lotnisku ujrzały znajomego mężczyznę. Sophie na widok dziadka zapiszczała jakby miała, co najmniej pięć lat i pobiegła w podskokach w stronę staruszka. Hawajska koszula w palmy i czerwone, krótkie spodenki do kolan oraz sandały wskazywały na to, że to bardziej George może być turystą niż jego wnuczka i była synowa. Lekka już o tej porze opalenizna i modne okulary odejmowały mu lat, a zniewalający uśmiech mógł zawrócić w głowie niejednej mugolskiej lub czarodziejskiej kobiece. Nie wyglądał na swoje siedemdziesiąt lat, każdego, kogo spotkał i zamienił z nim kilka słów na temat wieku odejmował mu przynajmniej piętnaście lat. Faktycznie tak się czuł. Lubił jazdę na mugolskim rowerze, czasami biegał po pobliskim parku, albo wybierał się na długie spacery brzegiem morza. Zgarbiona postawa była pamiątką po kilku kulkach, które otrzymał walcząc w drugiej wojnie światowej. Wielu kobietom podobał się „młodzieżowy” styl Georga, jednak on był niewzruszony cichymi westchnieniami kobiet w jego wieku. On przez cały czas pozostawał wierny swojej nieżyjącej żonie Aurelii. Wieczorami siadywał naprzeciwko rozpalonego kominka w swoim bujanym fotelu ze zdjęciem ukochanej w ręku. Potrafił godzinami wpatrywać się w ruchomą fotografię, na której tak ślicznie się uśmiechała. Pamiętał dokładnie dzień, w którym zrobił jej to zdjęcie. Upalne powietrze, którym nie dało się oddychać, palące promienie sierpniowego słońca i ona ubrana w zwiewną niebieską sukienkę w maleńkie kwiatki, łąka, a na niej tysiące stokrotek. Aurelia swoją urodą przyćmiewała wszystkie kwiaty. Długie czarne, prawie do pasa włosy, plecione zawsze w warkocz, nieziemsko piękne, duże orzechowe oczy, mały zgrabny nosek, rumiane policzki. „Sophie tak bardzo ją przypomina…” – myślał czasami. Aurelianie była typową Angielką, miała w sobie krew południową jak i geny z północy Europy. Taka mieszanka dawała jej niesamowite piękno. Zakochał się w niej od pierwszego wejrzenia. Ubóstwiał jej zalety – dobroć, mądrość, wdzięk, a zwadami walczył jak tylko mógł. Zagadywała go czasami na śmierć, albo marudziła, że nie umył kubka po herbacie, ale kochał ją taką, jaką była. Spędzili ze sobą wiele szczęśliwych lat dopóki Sam–Wiesz–Kto nie dopomniał się o nią. Długo przekonywał żeby zasiliła jego szeregi, ale była nieugięta. Do końca opierała się namowom Czarnego Pana. Zginęła z jego rąk ponad 20 lat temu, a jemu wydaje się jakby to wydarzyło się wczoraj. Wiedziała, że jej śmierć nie stanie się kolejnym niepotrzebnym zgonem. Zadbała o to by kolejna kobieta z rodu Thompsonów pokonała Sam–Wiesz–Kogo. Obdarzyła Sophie ogromną mocą, o której istnieniu wiedzieli nieliczni członkowie rodziny.
– Cześć, dziadku – rzuciła się mężczyźnie na szyję, całując go przy tym mocno w policzek. Jak ja cię dawno nie widziałam.
– Sophie, uspokój się, bo udusisz dziadka. Witaj, George – po chwili tuż obok nich znalazła się Isabelle dźwigająca dwie dosyć spore walizki. Równie dobrze mogła je zmniejszyć, ale kamuflaż musiał zostać zachowany przynajmniej na jakiś czas.
– Dzień dobry, dziewczyny – George uśmiechnął się wesoło i wziął od byłej synowej bagaż. – Jak minęła wam podróż? Pewnie jesteście głodne? Zaraz znajdziemy jakieś ustronne miejsce, z którego teleportujemy się do domu, gdzie czeka na nas wyśmienita kolacja.

***

Niezmęczona po całym dniu pełnym wrażeń wzięła gorącą, odprężającą kąpieli wcześniej położyła się do łóżka z interesującą lekturą w ręce. Mały pokoik na poddaszu, który przez najbliższy tydzień miał pełnić rolę jej sypialni oświetlony był słabym światłem wydobywającym się ze starej lampy naftowej. Jasne smugi światła nadawały pomieszczeniu tajemniczości. Przy każdym, chociaż najdrobniejszym ruchu powietrza cień rzucany przez meble zmieniał swoją pozycję, co pozwalało dziewczynie zorientować jak umeblowane jest pomieszczenie. Pokój miał kształt prostokąta, duże okno wychodzące na wschód, a w nim granatowe zasłony i śnieżnobiała firana tak cienka jak pajęcza nić, mister nietkana na porywistym wietrze. Ściany pomalowane na bladoniebieski kolor, a na nich kilka obrazów namalowanych w różnych stylach. Na podłodze leżał miękki dywan ręcznie pleciony, który George przywiózł z jednej ze swoich podróży do Azji. Naprzeciwko okna stało spore biurko, z jego prawej strony łóżko przykryte wyszywaną narzutą, natomiast z lewej postawiono dużą trzydrzwiową szafę z lustrem pośrodku. Na małej, stylowej toaletce Sophie poukładała swoje kosmetyki, natomiast na okrągłym stoliczku obok kanapy umieściła wazonik z tulipanami. Miała namiastkę domu jak i Hogwartu, ponieważ przemyciła kilkanaście książek, z którymi nie mogła się rozstać nawet na „wakacjach”.
Przebrała się w piżamę, rozczesała mokre, poplątane włosy i wskoczyła pod miękką kołdrę. Z małej, podręcznej torby wyjęła jedną z przywiezionych lektur. Gdyby pani Pince wiedziała, że jedna z jej najcenniejszych pozycji została zmniejszona i wepchnięta pomiędzy stertę ubrań to z pewnością zeszła by natychmiastowo na atak serca albo własnymi rękami rozszarpałaby dziewczynę na drobne kawałki. Czarownica mimowolnie uśmiechnęła się do siebie i zabrała się za czytanie.
Minuta po minucie, literka po literce, zdanie po zdaniu, kartka po kartce, Sophie zupełnie zatraciła się w świecie eliksirów. Świat naokoło niej mógł nie istnieć, jeżeli miała przed sobą ulubioną lekturę. Pochłonięta tekstem nie zauważyła jak spośród wysłużonych stronic wystaje czarno-białe zdjęcie. Zwykła, normalna, mugolska fotografia, na której znajdowało się dwoje młodych ludzi. Dziewczyna na chwilę oderwała się odczytania i spojrzała na kawałek sztywnego papieru, na którym nieznajome postacie przytulone siedziały na ławce. Na odwrocie było napisane: „Prawdziwy przyjaciel to ktoś taki, kto w deszczowy dzień swoim uśmiechem potrafi sprawić, że zza chmur wyjdzie słońce. Na wieczną pamiątkę najlepszej przyjaciółce Lily. Obyś nigdy nie zapomniała wspólnie spędzonych chwil. S.S” Hogsmeade, 21 września 1975.
Sophie klika razy przeczytała tekst, a potem jeszcze patrzyła się uważnie na zdjęcie. Mogła przysiąc, że chłopak był dziwnie znajomy, ale dziewczyna… Próbowała znów poruszyć swoje wspomnienia, ale czuła pustkę. Nagle usłyszała ciche pukanie do drzwi.
– Proszę – powiedziała głośno, chowając zdjęcie do szuflady nocnej szafki.
– Nie przeszkadzam? – zza drzwi wyłoniła się postać Isabelle Thompson.
– Czytam. A coś się stało, mamusiu?
– Chciałam z tobą porozmawiać, ale jak się uczysz to nie będę ci córciu przeszkadzać – próbowała odwlec chociażby na jakiś czas trudny dialog z córką.
– Miałam już skończyć – uśmiechnęła się ciepło do matki. Siadaj, mamusiu – odsunęła kawałek kołdry.
Isabelle spoczęła obok córki .Chwilę wpatrywała się w swoje długie, szczupłe palce, nerwowo zaciśnięte na kawałku papieru. Zdawała sobie sprawę, że trudno będzie wytłumaczyć Sophie zaistniałą sytuację, ale na Merlina pozostało jej zaledwie kilka miesięcy życia i musiała się wziąć w garść chociażby, dlatego, że jej córka potrzebowała przez jakiś czas opieki kogoś, komu ona mogła zaufać. Wzięła głęboki oddech czując jak powietrze rozchodzi się po każdym organie jej ciała.
– Sophie, mam białaczkę. Z tych badań wynika, że zostało mi może pół roku życia – wręczyła córce świstek, który trzymała w ręku. Próbowała być silna, jednakże głos jej zadrżał.
– Mamo, nie rób sobie żartów! – młodsza czarownica spojrzała na starszą z lekką irytacją. Jesteś pewna, że badania dobrze wyszły? Przecież ktoś się mógł pomylić – głos zaczął się jej łamać, kiedy przed oczami ujrzała zbitek liter tworzący wyrok na jej mamie.
– Niestety to prawda, Marry sprawdzała trzy razy próbkę i za każdym razem wychodził pozytywny wynik. Sophie, jesteś mądrą dziewczyną i na pewno poradzisz sobie w życiu – pogłaskała ją po policzku.
– Mamo, ale ja nie chcę! – dopiero teraz wybuchła. Potok kryształowych łez spływał po policzkach mocząc nie tylko piżamę, ale i pościel. Dlaczego los nas musi tak doświadczać? Nie wystarczy, że miałam ten wypadek i straciłam po nim pamięć? Gdy odejdziesz to, kto będzie mi pomagał powrócić do pełnego zdrowia? Mamo, bez ciebie to już nic nie będzie takie samo – jeszcze bardziej się rozkleiła. Przytuliła się z całej siły do matki i pozwoliła łzom płynąć swobodnie.
– Kochanie, nie zostawię cię przecież samej. Będę obecna w twoim życiu, chociaż ty nie będziesz sobie zdawała z tego sprawy – pocałowała córkę w czoło. Masz dziadka, przyjaciół. Nikt nie zostawi cię w potrzebie. Widocznie los tak chciał żeby się stało. Nie możemy się przeciwstawiać przeznaczeniu. Kocham cię, córeńko i nigdy nie opuszczę cię – Isabelle też nie wytrzymała napięcia i również się rozpłakała. Nie mogła bardziej dołować córki informacją, że niedługo zostanie żoną Toma. Postanowiła, że o tym powiadomi ją, kiedy trochę emocje opadną i będzie mogła swobodnie wytłumaczyć jej, dlaczego tak postąpiła oraz jakie dalsze zmiany ich życiu nastąpią.
– Ja też cię kocham mamusiu. Najbardziej na świecie – jeszcze mocniej wtuliła się w ramiona swojej rodzicielki. Zostań ze mną – poprosiła słabym głosem pełnym emocji.

*

Zmieściłam się w czasie i chwała mi za to:] Rozdział mi się podoba i mam nadzieję, że Wam też! Wreszcie wysłałam Sophie do tej Hiszpanii, bo już mi brakowało pomysłów, co sobie tam mogą z Sevem robić:P znaczy jakie eliksiry żeby nie było!
*
Mamy też taką drobną rocznicę dzisiejszego dnia! Otóż Panna S obchodzi dzisiaj urodziny! To już 19 jesieni minęło odkąd pojawiłam się na świecie, ale chyba jeszcze demencja starcza mnie nie dopada, bo czasem mam aż za dużo energii;)
*
Pragnę również poinformować, że zostałam MATKĄ CHRZESTNĄ! Winowajczynią  tego całego zamieszania jest... PANNA RICKMAN, która na swoim blogu <TU> dopuściła się stworzenia małej istotki o imieniu Sophie, a o nazwisku bodajże  Snape, która na swoje nieszczęście została obdarzona taka jak ja matką chrzestną... Współczuje:D
*
Dedykacja dla:
wyżej wspomnianej PANNY RICKMAN za 200 komentarz:P resztę słodkości masz w ostatnim moim komentarzu na serii godzinnej!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz