Podróż
samolotem z deszczowego Londynu do słonecznego Madrytu minęła obu paniom
Thompson szybko i spokojnie.Sophie z okien samolotu podziwiała najpierw zielone
pola od czasu do czasu jakieś pojedyncze domostwa, a potem już tylko był ocean
lub duża warstwa chmur ciągnąca się kilometrami. Isabelle jeszcze bardziej
intensywnie myślała o zbliżającej się trudnej rozmowie z córką. Wiedziała, że
dziewczyna jest na tyle dojrzała, że zrozumie jej decyzję. Tylko czy ona drugi
raz jest gotowa na taki krok? Wyczuła w głosie Toma pewną nutkę satysfakcji,
kiedy prosiła go o pomoc. Miał prawo tak postąpić. Przecież to ona zerwała
zaręczyny i oddała mu pierścionek. Obawiała się również, czy mężczyzna nie
wykorzysta jej córki, po jej śmierci, dlatego musiała ją jakoś zabezpieczyć
przynajmniej do czasu, kiedy Sophie nie będzie na tyle dorosła żeby nie dać się
podporządkować jego woli.
Ciepły
podmuch wiatru delikatnie musnął twarze pań Thompson, kiedy kobiety wysiadły z
samolotu na płytę lotniska. Pogoda była wyśmienita na urlop. Chociażby krótki.
Błękit nieba i puszyste ”baranki” leniwie płynące po nim skutecznie pomagały
zapomnieć o troskach i problemach dnia codziennego. Słońce wysyłało niezliczoną
ilość ciepłych promieni słonecznych na spragnione opalenizny ciała przybyłych
do Madrytu ludzi.Po krótkiej odprawie i zabraniu swoich bagaży z luku, kobiety
zaczęły szukać wzrokiem wysokiej acz lekko przygarbionej postaci Geogre’a
Thompsona. Po kilku minutach z dosyć sporej ilości osób znajdujących się na
lotnisku ujrzały znajomego mężczyznę. Sophie na widok dziadka zapiszczała jakby
miała, co najmniej pięć lat i pobiegła w podskokach w stronę staruszka.
Hawajska koszula w palmy i czerwone, krótkie spodenki do kolan oraz sandały
wskazywały na to, że to bardziej George może być turystą niż jego wnuczka i
była synowa. Lekka już o tej porze opalenizna i modne okulary odejmowały mu
lat, a zniewalający uśmiech mógł zawrócić w głowie niejednej mugolskiej lub czarodziejskiej
kobiece. Nie wyglądał na swoje siedemdziesiąt lat, każdego, kogo spotkał i
zamienił z nim kilka słów na temat wieku odejmował mu przynajmniej piętnaście
lat. Faktycznie tak się czuł. Lubił jazdę na mugolskim rowerze, czasami biegał
po pobliskim parku, albo wybierał się na długie spacery brzegiem morza.
Zgarbiona postawa była pamiątką po kilku kulkach, które otrzymał walcząc w
drugiej wojnie światowej. Wielu kobietom podobał się „młodzieżowy” styl Georga,
jednak on był niewzruszony cichymi westchnieniami kobiet w jego wieku. On przez
cały czas pozostawał wierny swojej nieżyjącej żonie Aurelii. Wieczorami
siadywał naprzeciwko rozpalonego kominka w swoim bujanym fotelu ze zdjęciem
ukochanej w ręku. Potrafił godzinami wpatrywać się w ruchomą fotografię, na
której tak ślicznie się uśmiechała. Pamiętał dokładnie dzień, w którym zrobił
jej to zdjęcie. Upalne powietrze, którym nie dało się oddychać, palące
promienie sierpniowego słońca i ona ubrana w zwiewną niebieską sukienkę w
maleńkie kwiatki, łąka, a na niej tysiące stokrotek. Aurelia swoją urodą
przyćmiewała wszystkie kwiaty. Długie czarne, prawie do pasa włosy, plecione
zawsze w warkocz, nieziemsko piękne, duże orzechowe oczy, mały zgrabny nosek,
rumiane policzki. „Sophie tak bardzo ją przypomina…” – myślał czasami.
Aurelianie była typową Angielką, miała w sobie krew południową jak i geny z
północy Europy. Taka mieszanka dawała jej niesamowite piękno. Zakochał się w
niej od pierwszego wejrzenia. Ubóstwiał jej zalety – dobroć, mądrość, wdzięk, a
zwadami walczył jak tylko mógł. Zagadywała go czasami na śmierć, albo
marudziła, że nie umył kubka po herbacie, ale kochał ją taką, jaką była.
Spędzili ze sobą wiele szczęśliwych lat dopóki Sam–Wiesz–Kto nie dopomniał się
o nią. Długo przekonywał żeby zasiliła jego szeregi, ale była nieugięta. Do
końca opierała się namowom Czarnego Pana. Zginęła z jego rąk ponad 20 lat temu,
a jemu wydaje się jakby to wydarzyło się wczoraj. Wiedziała, że jej śmierć nie
stanie się kolejnym niepotrzebnym zgonem. Zadbała o to by kolejna kobieta z
rodu Thompsonów pokonała Sam–Wiesz–Kogo. Obdarzyła Sophie ogromną mocą, o której
istnieniu wiedzieli nieliczni członkowie rodziny.
– Cześć,
dziadku – rzuciła się mężczyźnie na szyję, całując go przy tym mocno w
policzek. Jak ja cię dawno nie widziałam.
– Sophie,
uspokój się, bo udusisz dziadka. Witaj, George – po chwili tuż obok nich
znalazła się Isabelle dźwigająca dwie dosyć spore walizki. Równie dobrze mogła
je zmniejszyć, ale kamuflaż musiał zostać zachowany przynajmniej na jakiś czas.
– Dzień
dobry, dziewczyny – George uśmiechnął się wesoło i wziął od byłej synowej
bagaż. – Jak minęła wam podróż? Pewnie jesteście głodne? Zaraz znajdziemy
jakieś ustronne miejsce, z którego teleportujemy się do domu, gdzie czeka na
nas wyśmienita kolacja.
***
Niezmęczona
po całym dniu pełnym wrażeń wzięła gorącą, odprężającą kąpieli wcześniej
położyła się do łóżka z interesującą lekturą w ręce. Mały pokoik na poddaszu,
który przez najbliższy tydzień miał pełnić rolę jej sypialni oświetlony był
słabym światłem wydobywającym się ze starej lampy naftowej. Jasne smugi światła
nadawały pomieszczeniu tajemniczości. Przy każdym, chociaż najdrobniejszym
ruchu powietrza cień rzucany przez meble zmieniał swoją pozycję, co pozwalało
dziewczynie zorientować jak umeblowane jest pomieszczenie. Pokój miał kształt
prostokąta, duże okno wychodzące na wschód, a w nim granatowe zasłony i
śnieżnobiała firana tak cienka jak pajęcza nić, mister nietkana na porywistym
wietrze. Ściany pomalowane na bladoniebieski kolor, a na nich kilka obrazów
namalowanych w różnych stylach. Na podłodze leżał miękki dywan ręcznie
pleciony, który George przywiózł z jednej ze swoich podróży do Azji.
Naprzeciwko okna stało spore biurko, z jego prawej strony łóżko przykryte
wyszywaną narzutą, natomiast z lewej postawiono dużą trzydrzwiową szafę z
lustrem pośrodku. Na małej, stylowej toaletce Sophie poukładała swoje
kosmetyki, natomiast na okrągłym stoliczku obok kanapy umieściła wazonik z
tulipanami. Miała namiastkę domu jak i Hogwartu, ponieważ przemyciła kilkanaście
książek, z którymi nie mogła się rozstać nawet na „wakacjach”.
Przebrała
się w piżamę, rozczesała mokre, poplątane włosy i wskoczyła pod miękką kołdrę.
Z małej, podręcznej torby wyjęła jedną z przywiezionych lektur. Gdyby pani
Pince wiedziała, że jedna z jej najcenniejszych pozycji została zmniejszona i
wepchnięta pomiędzy stertę ubrań to z pewnością zeszła by natychmiastowo na
atak serca albo własnymi rękami rozszarpałaby dziewczynę na drobne kawałki.
Czarownica mimowolnie uśmiechnęła się do siebie i zabrała się za czytanie.
Minuta po
minucie, literka po literce, zdanie po zdaniu, kartka po kartce, Sophie
zupełnie zatraciła się w świecie eliksirów. Świat naokoło niej mógł nie
istnieć, jeżeli miała przed sobą ulubioną lekturę. Pochłonięta tekstem nie
zauważyła jak spośród wysłużonych stronic wystaje czarno-białe zdjęcie. Zwykła,
normalna, mugolska fotografia, na której znajdowało się dwoje młodych ludzi.
Dziewczyna na chwilę oderwała się odczytania i spojrzała na kawałek sztywnego
papieru, na którym nieznajome postacie przytulone siedziały na ławce. Na
odwrocie było napisane: „Prawdziwy przyjaciel to ktoś taki, kto w deszczowy
dzień swoim uśmiechem potrafi sprawić, że zza chmur wyjdzie słońce. Na wieczną
pamiątkę najlepszej przyjaciółce Lily. Obyś nigdy nie zapomniała wspólnie
spędzonych chwil. S.S” Hogsmeade, 21 września 1975.
Sophie
klika razy przeczytała tekst, a potem jeszcze patrzyła się uważnie na zdjęcie.
Mogła przysiąc, że chłopak był dziwnie znajomy, ale dziewczyna… Próbowała znów
poruszyć swoje wspomnienia, ale czuła pustkę. Nagle usłyszała ciche pukanie do
drzwi.
– Proszę
– powiedziała głośno, chowając zdjęcie do szuflady nocnej szafki.
– Nie
przeszkadzam? – zza drzwi wyłoniła się postać Isabelle Thompson.
– Czytam.
A coś się stało, mamusiu?
– Chciałam
z tobą porozmawiać, ale jak się uczysz to nie będę ci córciu przeszkadzać –
próbowała odwlec chociażby na jakiś czas trudny dialog z córką.
– Miałam
już skończyć – uśmiechnęła się ciepło do matki. Siadaj, mamusiu – odsunęła kawałek
kołdry.
Isabelle
spoczęła obok córki .Chwilę wpatrywała się w swoje długie, szczupłe palce,
nerwowo zaciśnięte na kawałku papieru. Zdawała sobie sprawę, że trudno będzie
wytłumaczyć Sophie zaistniałą sytuację, ale na Merlina pozostało jej zaledwie
kilka miesięcy życia i musiała się wziąć w garść chociażby, dlatego, że jej
córka potrzebowała przez jakiś czas opieki kogoś, komu ona mogła zaufać. Wzięła
głęboki oddech czując jak powietrze rozchodzi się po każdym organie jej ciała.
– Sophie,
mam białaczkę. Z tych badań wynika, że zostało mi może pół roku życia –
wręczyła córce świstek, który trzymała w ręku. Próbowała być silna, jednakże
głos jej zadrżał.
– Mamo,
nie rób sobie żartów! – młodsza czarownica spojrzała na starszą z lekką
irytacją. Jesteś pewna, że badania dobrze wyszły? Przecież ktoś się mógł
pomylić – głos zaczął się jej łamać, kiedy przed oczami ujrzała zbitek liter
tworzący wyrok na jej mamie.
– Niestety
to prawda, Marry sprawdzała trzy razy próbkę i za każdym razem wychodził
pozytywny wynik. Sophie, jesteś mądrą dziewczyną i na pewno poradzisz sobie w
życiu – pogłaskała ją po policzku.
– Mamo,
ale ja nie chcę! – dopiero teraz wybuchła. Potok kryształowych łez spływał po
policzkach mocząc nie tylko piżamę, ale i pościel. Dlaczego los nas musi tak doświadczać?
Nie wystarczy, że miałam ten wypadek i straciłam po nim pamięć? Gdy odejdziesz
to, kto będzie mi pomagał powrócić do pełnego zdrowia? Mamo, bez ciebie to już
nic nie będzie takie samo – jeszcze bardziej się rozkleiła. Przytuliła się z
całej siły do matki i pozwoliła łzom płynąć swobodnie.
– Kochanie,
nie zostawię cię przecież samej. Będę obecna w twoim życiu, chociaż ty nie
będziesz sobie zdawała z tego sprawy – pocałowała córkę w czoło. Masz dziadka,
przyjaciół. Nikt nie zostawi cię w potrzebie. Widocznie los tak chciał żeby się
stało. Nie możemy się przeciwstawiać przeznaczeniu. Kocham cię, córeńko i nigdy
nie opuszczę cię – Isabelle też nie wytrzymała napięcia i również się
rozpłakała. Nie mogła bardziej dołować córki informacją, że niedługo zostanie
żoną Toma. Postanowiła, że o tym powiadomi ją, kiedy trochę emocje opadną i
będzie mogła swobodnie wytłumaczyć jej, dlaczego tak postąpiła oraz jakie
dalsze zmiany ich życiu nastąpią.
– Ja też
cię kocham mamusiu. Najbardziej na świecie – jeszcze mocniej wtuliła się w
ramiona swojej rodzicielki. Zostań ze mną – poprosiła słabym głosem pełnym
emocji.
*
Zmieściłam
się w czasie i chwała mi za to:] Rozdział mi się podoba i mam nadzieję, że Wam
też! Wreszcie wysłałam Sophie do tej Hiszpanii, bo już mi brakowało pomysłów,
co sobie tam mogą z Sevem robić:P znaczy jakie eliksiry żeby nie było!
*
Mamy też
taką drobną rocznicę dzisiejszego dnia! Otóż Panna S obchodzi dzisiaj urodziny!
To już 19 jesieni minęło odkąd pojawiłam się na świecie, ale chyba jeszcze
demencja starcza mnie nie dopada, bo czasem mam aż za dużo energii;)
*
*
Pragnę
również poinformować, że zostałam MATKĄ CHRZESTNĄ! Winowajczynią tego
całego zamieszania jest... PANNA RICKMAN, która na swoim blogu <TU> dopuściła się stworzenia małej istotki
o imieniu Sophie, a o nazwisku bodajże Snape, która na swoje nieszczęście
została obdarzona taka jak ja matką chrzestną... Współczuje:D
*
Dedykacja
dla:
wyżej
wspomnianej PANNY RICKMAN za 200 komentarz:P resztę słodkości masz w
ostatnim moim komentarzu na serii godzinnej!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz