wtorek, 14 sierpnia 2012

XLIII


Amy Macdonald - Don't Tell Me It's Over

Sophie już w piątek, zaraz po lekcjach zjawiła się w domu swojego ojczyma. Severus obiecał jej, że przybędzie na uroczystość i nie będzie się wymigiwał przygotowaniem stu fiolek wielosokowego.
W posiadłości podziwiała dobry smak swojego „opiekuna” w doborze kolorów ścian i wystroju wnętrz. Zdziwiło ją to, że w domu nie kręcą się skrzaty, a pokojówki i kelnerzy. Drzwi otworzył jej lekko przygarbiony staruszek, majordomus imieniem Konrad.
– Dzień dobry, panienko Sophie – uśmiechnął się na widok dziewczyny.
W niebieskich oczach staruszka pojawiły się wesołe iskierki.
– Dzień dobry – odezwała się nieśmiało. – Czy mógłby pan…
– Konrad, dziecko. Mów mi Konrad – poprawił ją. – Twojej mamy nie ma aktualnie w domu, ale jest pan Tom. Chodź, pokażę ci twój pokój, a potem zaprowadzę cię do pana domu.
Dziewczyna kiwnęła głową.
Po obejrzeniu wytwornego jak się Krukonce wydawało pokoju, w którym znalazło się wiele drogocennych bibelotów, duże, miękkie łoże z baldachimem godnym królowej, przeszli do gabinetu pana domu.
Puk, puk.
Weszła do przestronnego, doskonale oświetlonego pomieszczenia z mnóstwem regałów i książek; na środku stało biurko, a przy nim siedział Tom Riddle. Wstał, kiedy lokaj zapowiedział przybycie gościa.
Patrzyli chwilę na siebie.
Nikły uśmiech wypełzł na opanowaną twarz mężczyzny.
Znów miał ją obok siebie. Mógł wpatrywać się w jej brązowe oczy, czuć niewyobrażalna moc bijącą z jej ciała. Takiej szansy nie mógł przepuścić; zrobi wszystko żeby po raz kolejny rozkochać w sobie Sophie!
Krukonka odniosła wrażenie, że coś wydarzy łosię zanim straciła pamięć. Nagły ból przeszył jej ciało i umiejscowił się w głowie. Przed oczami przeleciał jej jasnozielony błysk – światło Avady Kedavry, świat zawirował. Ból się wzmocnił. Poczuła silne ręce, chwytające jej bezwładne ciało.
Zemdlała.

*

W pokoju panował półmrok, jedyne źródło światła dawała mała lampka ustawiona na nocnym stoliku. Na starym zegarze wskazówki pokazywały kilka minut po ósmej wieczorem.
Pierwszym zarejestrowanym przez jej wzrok przedmiotem był baldachim miękkiego łóżka, na którym leżała. Potarła lekko spocone czoło, ból w skroniach nadal się utrzymywał, choć nie był tak intensywny jak poprzednio.
Usłyszała skrzypienie drzwi.
Po chwili do pomieszczenia weszła Isabelle, a za nią Tom. Kobieta uśmiechnęła się do córki, kiedy podeszła do łóżka.
– Kochanie,jak się czujesz? Co to było? – spytała zmartwiona, głaszcząc dziewczynę pogłowie. – Nie powinnaś się tak przemęczać.
Sophie spojrzała na strojącego po przeciwnej stronie łóżka Toma. Był dziwnie spokojny i opanowany.
– Och, mamo!Nie masz się, czym martwić – wysiliła się na słaby uśmiech. – Moja głowa się trochę przegrzała, bo miałam dzisiaj sprawdzian z transmutacji – skłamała.
Kątem oka ponownie zerknęła na Toma, nadal nie zdradził żadnej emocji. „Tu coś jest nie tak” –przeleciało jej przez głowę.
– Nie powinnaś się tyle uczyć! – skarciła ją Isabelle. – Nie samą nauką człowiek żyje, Sophie!
– Ależ ja nie żyję samą nauką, mamo! – obruszyła się. – Powinnam ci pomóc! Jutro twój ślub! Nie mam zamiaru tutaj leżeć!
– Wystarczy mi taka pomoc, że wyśpisz się porządnie i zjesz coś smacznego. Pójdę powiedzieć Konradowi żeby coś ci przygotował – pocałowała córkę w czoło. – Tom, zostaniesz z Sophie? Poznacie się bliżej – zwróciła się do narzeczonego.
Odpowiedział jej skinieniem głowy.
Nastała chwila niezręcznej ciszy, kiedy kobieta wyszła z pokoju.
Sophie dla bezpieczeństwa zamknęła swój umysł. Nie chciała, aby Tom coś mógł zobaczyć. Nie miała ochoty na ponowny ból głowy.
– Nie musisz używać oklumencji, Sophie! Nie mam zamiaru zaglądać do twojego umysłu, żeby dowiedzieć się, co o mnie myślisz!
Dziewczyna zmieszała się.
– Nie wiem, co panu może chodzić po głowie – powiedziała z wyższością. – W dzisiejszych czasach, kiedy nie ma tak naprawdę nie wiadomo, kto jest po twojej stronie, a kto jest wrogiem. Nie można każdemu ufać, prawda?
– Nie jestem… panem, mów mi Tom –uśmiechnął się.
– Jestem dobrze wychowana. Nie zwracam się do obcych po imieniu – podniosła wysoko podbródek, odsuwając kołdrę.
– Nie jestem obcy, Sophie; niedługo zostanę twoim opiekunem.
– Nie potrzebuję opiekunów, sama potrafię o siebie zadbać. Za kilka dni uzyskam pełnoletniość, wtedy nie będę potrzebować opieki – wstała z łóżka.
Zdecydowanie zbyt gwałtownie.
Przed oczami znów zrobiło jej się ciemno, a nogi odmówiły posłuszeństwa.
– Mówiłem, że i ty potrzebujesz pomocy i opieki – szepnął jej do ucha, przytrzymując ją w talii by nie upadła. – Połóż się jeszcze na chwilę, nie sprzeciwiaj się matce.
Nie miała innego wyjścia jak posłuchać Toma. Oczywiście mogła stawiać jakiś opór, ale byłby chyba nie na miejscu, sadząc po tym jak stanowczo kazał jej wrócić do łóżka.
Poczuła dziwną moc, niby dreszcz – przeszył jej ciało, gdy Tom wziął ją w ramiona. Coś podobnego czuła, gdy obok niej stanął Severus, Dumbledore czy nawet gajowy Hagrid. Od niedawna nauczyła się rozpoznawać poziom mocy, jaką władał czarodziej. Uważała, że taka umiejętność przyda jej się w najbliższym czasie. Widmo wojny wisiało w powietrzu…

***

Widok Isabelle ubranej w kremowobiałą szatę przyprawił jej córkę o zachwyt. Patrzyła na swoją rodzicielkę i nie mogła wyjść z podziwu jak pięknie dziś wygląda.Włosy miała spięte w luźny kok, a lekki makijaż dopełniał całości. Natomiast Krukonka wystroiła się w ciemnozieloną szatę o głębokim dekolcie. Włosy postanowiła lekko podkręcić nowym zaklęciem, które znalazła w „Modnej Czarownicy”. Była trochę zła na mamę, że wybrała dla niej taką sukienkę. Owszem lubiła od czasu do czasu być kobietą – w pełnym makijażu, na wysokich obcasach,ale wydawało jej się, że wcięcie w szacie jest zbyt duże. Nie chciała w ten sposób kusić Severusa, a tym bardziej nikogo innego. Na ślub i wesele przychodzili jako obcy sobie ludzie.Jedwabny szal osłaniający plecy w każdej chwili można było zerwać, a wtedy wszyscy zobaczą zbyt uwydatniony biust. Mistrz Eliksirów z pewnością nie omieszka zwrócić jej uwagi. Już teraz wiedziała, że się zarumieni na jego słowa.
Musiała wykombinować jeszcze jak będzie mogła pobyć z nim, choć chwilę dłużej. Aby dłużej mogła go kusić…

***

Sala, w której miał odbyć się ślub była przystrojona kwiatami, a w powietrzu unosiło się tysiące świec. Na środku leżał długi czerwony dywan. Po obu stronach stały krzesełka przeznaczone dla gości. Zaczęli się schodzić na pół godziny przed rozpoczęciem uroczystości. Sophie pilnowała by każdy znalazł sobie miejsce,odciążyła tym samym Konrada, który i tak miał za dużo na głowie.
Z rodziny mamy przyjechało kilka francuskich ciotek wraz ze swoimi mężami, wuj Duncan z Irlandii oraz kuzynka Luciana z mężem i czwórką dzieci. Rodzice Isabelle zmarli kilka lat temu, gdy Sophie miała dziewięć lat. Najpierw odszedł dziadek Charles, po jakimś czasie babcia Victorie. Krukonka nie za bardzo ich pamiętała. Częściej widywała się z dziadkiem Georgem. On też został zaproszony na ślub i wesele. Siwa czupryna od razu rzuciła się w oczy dziewczynie. Z radością przytuliła się do staruszka i zamieniła z nim kilka zdań. Jednak to nie jego najbardziej oczekiwała. Severus Snape – to teraz jego wypatrywała w dużych, frontowych drzwiach prowadzących do sali, w której miał się odbyć ślub.
Chodziła wte i we w te, aby uspokoić skołatane nerwy.
Temat jego Śmierciozerstwa poruszali rzadko. Właściwie wcale.
Może dwa razy dostał od Niego wezwanie, odkąd dowiedziała się o jego podwójnej roli. Na szczęście nic wielkiego mu się nie stało. Miała nadzieję, że dzisiaj Voldemort nie dopominał się o swojego sługę.
Odetchnęła z ulgą, gdy ujrzała Mistrza Eliksirów wchodzącego do środka. Uśmiechnął się do niej nieznacznie, ciśnienie musiało jej podskoczyć, bo poczuła jak się rumieni.
Serce załomotało w niej, ale jakby trochę inaczej. Severus wyglądał niesłychanie przystojnie we fraku o idealnym kroju, dopasowanych spodniach, śnieżnobiałej koszuli i nieskazitelnie zawiązanym krawacie w kolorze czerwonego wina. Miał związane włosy i chyba nawet umyte. Wszyscy dotąd poznani chłopcy wydawali się w porównaniu z Mistrzem Eliksirów tacy nijacy. Ale najbardziej liczyły się niemodny strój ani nawet nie przystojna twarz, lecz inteligencja widoczna w czarnych oczach, charakter, stanowczy zarys podbródka, cierpki humor, który czasem doprowadzał ją do granic wytrzymałości.
Pomachała ręką w jego kierunku, kiedy szukał sobie wygodnego miejsca. Usiadł obok mężczyzny o długich blond włosach; tym samym, z którym kłócił się jakiś czas temu w Hogwarcie.
Sophie wydawało się dziwne, że Tom zna ta dużo osób, które ona spotkała w swoim życiu.
Nie małe zaskoczenie pojawiło się na twarzy Sophie, kiedy dostrzegła blondwłosą piękność w zaawansowanej ciąży. Poczuła silne ukłucie zazdrości, kiedy owa kobieta usiadła za Severusem i nachyliła się ku niemu, szepcząc coś do ucha. Mężczyzna momentalnie zrobił się blady jak ściana. „Oni musieli się już gdzieś wcześniej spotkać! Inaczej Severus nie zareagowałby w ten sposób!” – przemknęło jej przez myśl.
Przemyślenia na ten temat przerwało dopiero wejście Isabelle i Toma. Sophie zajęła swoje miejsce obok dziadka.
Rozpoczął się ślub.

***

– Czy mógłbym zatańczyć z najpiękniejszą dziewczyną na tej sali? – Sophie usłyszała męski głos tuż przy swoim uchu.
Niestety nie należał do Severusa.
Odwróciła się gwałtownie do ciemnowłosego chłopaka o szarych oczach.
– Regulus Arkturus Black, do usług –wziął jej dłoń i ucałował ją delikatnie, wprawiając w zakłopotanie. – Ślicznie wyglądasz.
Przeklęta sukienka!
– Sophie Thompson. Miło mi.
– Mnie również – uśmiechnął się figlarnie. – To, co zatańczysz ze mną?
Na miękkich nogach ruszyła na parkiet.
Orkiestra zagrała akurat wolny kawałek. Zupełnie niepotrzebny na tę okoliczność. Regulus złapał ją w pasie i przyciągnął mocno do siebie. Nie miała ochoty na taką poufałość z jego strony. Prowadził całkiem znośnie. Kątem oka obserwowała innych tańczących, ale Severusa nie mogła wypatrzeć.
Podczas uroczystego obiadu mężczyzna usiadł w innym końcu stołu i tak, żeby Sophie nie mogła na niego spoglądać. Po posiłku, kiedy rozpoczęły się tańce umknął jej gdzieś, a teraz jej uwagę zaprzątał Regulus Black. Była pewna, że jest krewnym tego mordercy Syriusza Blacka. Gdzieś w starej gazecie widziała jego ruchome zdjęcie – było przerażające.
– Czy Syriusz Black jest kimś dalekim z rodziny? – spytała cicho, starając się nie urazić swoim pytaniem.
– To mój brat – odpowiedział beznamiętnie. – Zakała rodziny!
– Och! –wyrwało się Sophie.
– Nie masz się czego bać. Dementorzy w Azkabanie już zadbają żeby kochany braciszek nie odzyskał zdrowych zmysłów o ile w ogóle je posiadał – w jego głosie było pełno jadu i nienawiści.
– Black! – Sophie usłyszała nagle głos Severusa.
No nareszcie!
– Snape? Co ty tu u diabła robisz?
– To samo, co ty, Black. Chciałbym zatańczyć z panną Thompson – uśmiechnął się wrednie. –Pozwoli pani – ujął jej dłoń.
– Z przyjemnością – uśmiechnęła się do niego filuternie.
Regulus wydawał się zszokowany zachowaniem Snape’a.
Orkiestra znów zagrała wolny kawałek.
– Nie powinieneś go tak potraktować, Severusie – zbeształa go.
– Pięknie wyglądasz – wymruczał jej do ucha, kiedy wziął ją w ramiona.
Dziewczyna poczuła, że się rumieni.
– Nie zmieniaj tematu!
– Gdybym kłamał, mogłabyś być niezadowolona, ale mówię najszczerszą prawdę. Jesteś piękna – odgarnął jej zbłąkany kosmyk z policzka.
Z instrumentów płynęły takty walca. Sophie w ramionach Severusa prawie nie dotykała podłogi. Jego ruchy wykonywane były z gracją i opanowaniem. Przewidywał nawet jej gesty i starał się poprawiać, gdy nie tak postawiła stopę na parkiecie. Prowadził tak idealnie, że nie mogła uwierzyć, gdzie się tego nauczył. Owszem profesor Flitwick ma dryg i sług muzyczny, ale nie mogła sobie wyobrazić jak karłowaty nauczyciel może uczyć tańca prawie dwumetrowego Mistrza Eliksirów.
Spojrzała na skupionego mężczyznę i zaśmiała się cicho.
– Czemuż ci tak wesoło, Sophie? – spytał zdziwiony.
– Kto cię nauczył tak dobrze tańczyć? Chyba nie profesor Flitwick – zachichotała.
Dostrzegła nikły cień uśmiechu na twarzy Severusa.
– Za dużo chciałabyś wiedzieć, najdroższa. Gdyby nie było tu tylu ludzi i twojej mamy to zerwałbym z ciebie tę przeklętą kieckę i…
Przerwał, gdy zauważył, że policzki jego rozmówczyni przybrały kolor piwonii.
– Więc, co ci stoi na przeszkodzie? – droczyła się z nim. – Chodźmy do mojego pokoju – zachęciła go, gdy ostatnie nuty melodii uleciały gdzieś w powietrzu.
Wziął ją za rękę.
– Gdzie mnie prowadzisz? – spytała zaskoczona.
– Oboje musimy zaczerpnąć świeżego powietrza, bo przychodzą nam do głowy głupie pomysły.
Jęknęła niezadowolona.
Rześkie majowe powietrze trochę ostudziło zapał Severusa do miłosnych igraszek ze swoja uczennicą. Niesamowicie trudne było opanować się w towarzystwie tak pociągającej dziewczyny, jaką stała się tego wieczoru Sophie Thompson. Powłóczysta suknia idealnie leżała na niej, a zbyt wycięty dekolt wcale mu nie przeszkadzał. Zastanawiał się czy specjalnie założyła taką szatę, aby go kusić.
Nie tylko wygląd panny Thompson zaprzątał głowę Severusa.
Monique.
Czarny Pan wyciągnął najcięższą amunicję, ale Severus Snape jest niewinny i nie pozwoli skłócić się z Sophie!
Kiedy tylko ją zobaczył, miał ochotę wywlec ją za te blond kudły! Bellatrix nawet bez mrugnięcia okiem by mu pomogła.
Monique nie miała skrupułów podejść do niego i oznajmić, że jest z nim w ciąży. Na Merlina! Owszem spali ze sobą, ale on brał wtedy silne eliksiry na odporność, które ograniczają do minimum zdolność reprodukcji. Jednak ona upierała się przy tym,że to on jest ojcem dziecka, które nosi w sobie.
Z wyliczeń mężczyzny wynikało, że mógł być to szósty może początek siódmego miesiąca. Ta pamiętna listopadowa noc, gdy Edwards zabrał Sophie do „Trzech Mioteł” na Kremowe Piwo. Nie wiedział, nawet teraz, co wtedy w niego wstąpiło. Był idiotą! Jedynie to mogło tłumaczyć jego zachowanie. Mógł oczywiście zgonić to wszystko na starego Trzmiela, bo to on wtedy kazał mu „zaopiekować” się dwójką uczniów, który udali się poza mury szkoły. Nie chciał jednak tego robić. Musi wziąć odpowiedzialność za swoje błędy! Teraz musi upilnować żeby Sophie i Monique się nie spotkały, a tym bardziej nie zamieniły z sobą, chociaż jednego zdania.
Uważnie rozejrzał się po tarasie. Czysto.
– Severusie, coś się stało? – zapytała przejęta Sophie, wpatrując się w mężczyznę.
– Nie. Chodźmy się przejść – wziął ją delikatnie pod ramię. Noc jest może chłodna, ale niesamowicie gwiaździsta.
Zeszli po kamiennych schodach do ogrodu okalającego posiadłość Riddle’a.
Noc rzeczywiście była chłodna. Lekki, wiosenny wiatr owionął na wpół nagie ramiona Sophie – zadrżała, otulając się szczelniej zwiewnym szalem.
– Mogłaś mi powiedzieć, że jest ci zimno – odezwał się z wyrzutem Severus. – Dałbym ci wcześniej swoją marynarkę.
– Och, nie trzeba – zmieszała się.
– Wolisz rozgrzać się w inny sposób? – spojrzał na nią z lekkim rozbawieniem, okrywając ją marynarką.
– Miałeś rację, że niebo jest dzisiaj bardzo gwiaździste. Lubię patrzeć w tą nieprzeniknioną czerń. Twoje oczy bardzo przypominają takie nocne niebo – powiedziała poważnie, spoglądając na Severusa.
Mężczyzna przyciągnął ją gwałtownie do siebie.
Nie była przygotowana na taki obrót sprawy. Serce zaczęło szybciej bić, chciało wyrwać się z jej piersi.
– Więc spójrz w nie! – polecił jej, unosząc jej podbródek.
Nieśmiało podniosła wzrok.
Ich oczy spotkały się w jednej chwili, w tęczówkach Mistrza Eliksirów dostrzegła niepokój mieszany z pożądaniem.
Merlinie!
Pocałunek, który potem nastąpił był o dziwo delikatny jak płatki róży. Sophie zamknęła oczy rozkoszując się tą ulotną chwilą. Usta Severusa muskały jej wargi jak największy skarb. Rozchyliła je, dając mu przy tym trochę więcej pola do manewrów. Ich języki złączyły się momentalnie jak dawno niewidziani znajomi.
Dłonie Mistrza Eliksirów spoczęły na jej talii. Pieścił jej plecy, by coraz bardziej przysunąć ją do siebie.
Jęknęła cicho.
Położyła mu ręce na torsie, przesuwając powoli ręce ku jego szyi.
Nagle usłyszeli głośne wystrzały. Oderwali się od siebie jakby jedno parzyło drugiego. Na niebie pojawiło się setki kolorowych fajerwerków.
– Myślałeś, że ktoś chce cię zabić, bo tak gwałtownie odskoczyłeś ode mnie? – zaśmiała się szczerze, wycierając sobie łzy.
– Bardzo śmieszne! Wracajmy, bo ktoś pomyśli, że cię uprowadziłem – rzucił jadowicie.
Ognie sztuczne rozświetliły na chwilę ciemność. Severus dokładnie widział zarumienione policzki swojej uczennicy i nieobecny wzrok. Nie chciał wiedzieć jak po tak intymnym pocałunku może wyglądać jego twarz.
– Nie byłoby to takie złe – uśmiechnęła się pod nosem. – Nikt by nam nie przeszkadzał, mógłbyś mi pokazać kilka sztuczek rodem z jaskini rozkoszy.
– Sophie! – huknął.
– Wiem,wiem. Nie powinniśmy jeszcze rozmawiać na ten temat. Więc, kiedy, Severusie? Kiedy porozmawiamy na temat naszej przyszłości? – dopytywała się.
Miał ochotę znów zamknąć jej buzię pocałunkiem, ale byli zbyt blisko posiadłości i ktoś mógłby ich zobaczyć.
– Przyjdzie i na to czas, Sophie. Nie ma, co się z tym śpieszyć – pouczył ją.
Zapadła pomiędzy nimi cisza.
Weszli na taras prowadzący na salę balową, gdzie odbywało się wesele. Część gości stała jeszcze na zewnątrz, podziwiając ostatnie podrygi fajerwerków wybuchających nad ich głowami.
– Mój pokój jest na pierwszym piętrze, czwarty od schodów po lewej stronie. Dziękuję, profesorze za pouczający spacer – posłała mu słodki uśmiech, kiedy się rozstawali.
– Do usług panno, Thompson – ukłonił się, po czym odszedł, rozglądając się, czy w pobliżu nie ma gdzieś Monique.
Nie było.
– Przepraszam, panie Snape – usłyszał nagle za sobą głos należący do Isabelle.
Odwrócił się gwałtownie i spojrzał uważnie na matkę swojej… uczennicy.
– Życzę szczęścia na nowej drodze życia – wysilił się na uśmiech.
– Dziękuję –odwzajemniła uprzejmość. – Chciałabym z panem porozmawiać o Sophie.
– O Sophie? –zdziwił się. – Pani córka uczy się świetnie, nie sprawia żadnych kłopotów wychowawczych, każdy ją lubi. Nie rozumiem o, co pani chodzi?
– O pana – westchnęła. – Jest pan jej nauczycielem. Nie powinniście się tak spoufalać ze sobą. Sophie ma jeszcze rok nauki w Hogwarcie, a pan też nie chciałby stracić pracy.
– Nie rozumiem, o co pani chodzi? – złość powoli w nim wzbierała.
– Widzę jak Sophie patrzy na pana. Nie mam nic przeciwko temu, co mogłoby się wytworzyć z tego, ale Sophie to jeszcze młoda dziewczyna. Proszę jej nie zranić.
Nagle koło rozmawiających pojawił się ów obiekt ich konwersacji.
– Ty pieprzony gnojku! – rzuciła gniewnie w stronę Snape’a. W jej oczach dało się dostrzec niczym nieukrywaną nienawiść. – Jak mogłeś mi to zrobić! Nienawidzę cię!
– Do cholery, Sophie! O co ci chodzi? – złapał ją za rękę, ale mu się wyrwała.
– Nienawidzę cię! Rozumiesz? Jesteś pieprzonym gnojkiem!
Nagle do Severusa dotarło, o czym mówi dziewczyna! Widziała się z Monique! Rozmawiała z nią! Niech to szlag!
Nim się obejrzał, Krukonki już koło nich nie było.
– Proszę to zostawić mnie – powiedział do Isabelle.
Skierował się do jej pokoju.
Schody pokonał w chwilę, przeskakując po dwa stopnie. W końcu dostał się do drzwi prowadzących do jej sypialni. Były zamknięte. Uderzył w nie kilka razy i zagroził, że jak dziewczyna mu nie otworzy to je wywali. Po chwili usłyszał szczęk zamka – wszedł do środka.
Sophie siedziała na równo posłanym łóżku, plecami do niego. Trzęsła się jak galaretka z glonów morskich, widać było, że powstrzymuje się od płaczu.
– Chcesz mi powiedzieć, że to nie jest twoje dziecko? – odezwała się ledwie słyszalnie.
Podszedł do niej i usiadł na łóżku. Odsunęła jego rękę, kiedy położył ją na jej ramieniu.
– Bo tak właśnie jest!
– Ale nie zaprzeczasz, że znasz tę kobietę?
– No…
Poderwał się z łóżka i momentalnie znalazł się u stóp Sophie.
– O wiele rzeczy bym cię podejrzewała, Severusie, ale nie o to, że wyprzesz się matki swojego dziecka! – rzuciła mu prosto w twarz. – Wyjdź stąd i nie pokazuj mi się na oczy!
– Tego nie można zostawić w ten sposób! Jesteś dla mnie kimś ważnym, Sophie! Nie wiem, czy to jest miłość, ale coś, co mogłoby się w nią zmienić, gdybyś tylko zechciała. Wszystko ci wytłumaczę. Daj mi szansę – poprosił, biorąc jej dłonie w swoje.
Znów wpił się w jej usta. Całował ją łapczywie i zapamiętale. Nie zwracał uwagi na to, że go odpycha, bije. Tak bardzo jej pragnął. Słodkiego uśmiechu, zgryźliwych uwag, mądrych wypowiedzi na lekcjach. Mógł jej dać teraz to, o co dopominała sięj eszcze jakiś czas temu. Tylko, co to by było? Wyładowanie frustracji obojga? Nie chciał w ten sposób uczyć Sophie rozkoszy i wzajemnego cielesnego uwielbienia.
W końcu zdołała go odepchnąć.
Głuchy plask uderzenia otwartej dłoni o twarz rozniósł się po pokoju.
– Ty… Ty…Wynoś się stąd! Nienawidzę cię! W moim sercu nie ma dla ciebie miejsca! Do widzenia, profesorze Snape! – wykrzyknęła głosem pełnym żalu. – Masz dziecko to się nim zaopiekuj! Ja nie jestem ci już potrzebna!
Posłuchał ją od razu. Zanim jednak wyszedł, spojrzał raz jeszcze na zarumienioną twarz swojej uczennicy, wilgotne, nabrzmiałe od pocałunków usta, lekko potarganą fryzurę. Nie wiedział jeszcze czy ją stracił. Miał nadzieję, że uda mu się odkręcić to, co nagadała jej Monique. Pieprzona suka!
– Do widzenia, panno Thompson – powiedział spokojnie.
Wyszedł po cichu, zamykając za sobą drzwi.
I w tym właśnie momencie poukładany od nowa świat Sophie Thompson znów legł w gruzach.

*

Znów skomplikowałam im życie:D
Jestem zUa, niedobra i możecie na mnie różne epitety wrzucać!
Jejku, podoba mi się to, co im robię!

*

WTF!
Skończyłam 20 lat!
Nastolatka ze mnie nijaka!
Jestem starą panną:D

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz