♪
Amy Macdonald - Don't Tell Me It's Over
Amy Macdonald - Don't Tell Me It's Over
Sophie
już w piątek, zaraz po lekcjach zjawiła się w domu swojego ojczyma. Severus
obiecał jej, że przybędzie na uroczystość i nie będzie się wymigiwał przygotowaniem
stu fiolek wielosokowego.
W
posiadłości podziwiała dobry smak swojego „opiekuna” w doborze kolorów ścian i
wystroju wnętrz. Zdziwiło ją to, że w domu nie kręcą się skrzaty, a pokojówki i
kelnerzy. Drzwi otworzył jej lekko przygarbiony staruszek, majordomus imieniem
Konrad.
– Dzień
dobry, panienko Sophie – uśmiechnął się na widok dziewczyny.
W
niebieskich oczach staruszka pojawiły się wesołe iskierki.
– Dzień
dobry – odezwała się nieśmiało. – Czy mógłby pan…
– Konrad,
dziecko. Mów mi Konrad – poprawił ją. – Twojej mamy nie ma aktualnie w domu,
ale jest pan Tom. Chodź, pokażę ci twój pokój, a potem zaprowadzę cię do pana
domu.
Dziewczyna
kiwnęła głową.
Po
obejrzeniu wytwornego jak się Krukonce wydawało pokoju, w którym znalazło się
wiele drogocennych bibelotów, duże, miękkie łoże z baldachimem godnym królowej,
przeszli do gabinetu pana domu.
Puk, puk.
Weszła do
przestronnego, doskonale oświetlonego pomieszczenia z mnóstwem regałów i
książek; na środku stało biurko, a przy nim siedział Tom Riddle. Wstał, kiedy
lokaj zapowiedział przybycie gościa.
Patrzyli
chwilę na siebie.
Nikły
uśmiech wypełzł na opanowaną twarz mężczyzny.
Znów miał
ją obok siebie. Mógł wpatrywać się w jej brązowe oczy, czuć niewyobrażalna moc
bijącą z jej ciała. Takiej szansy nie mógł przepuścić; zrobi wszystko żeby po
raz kolejny rozkochać w sobie Sophie!
Krukonka
odniosła wrażenie, że coś wydarzy łosię zanim straciła pamięć. Nagły ból
przeszył jej ciało i umiejscowił się w głowie. Przed oczami przeleciał jej
jasnozielony błysk – światło Avady Kedavry, świat zawirował. Ból się wzmocnił.
Poczuła silne ręce, chwytające jej bezwładne ciało.
Zemdlała.
*
W pokoju
panował półmrok, jedyne źródło światła dawała mała lampka ustawiona na nocnym
stoliku. Na starym zegarze wskazówki pokazywały kilka minut po ósmej wieczorem.
Pierwszym
zarejestrowanym przez jej wzrok przedmiotem był baldachim miękkiego łóżka, na
którym leżała. Potarła lekko spocone czoło, ból w skroniach nadal się
utrzymywał, choć nie był tak intensywny jak poprzednio.
Usłyszała
skrzypienie drzwi.
Po chwili
do pomieszczenia weszła Isabelle, a za nią Tom. Kobieta uśmiechnęła się do
córki, kiedy podeszła do łóżka.
–
Kochanie,jak się czujesz? Co to było? – spytała zmartwiona, głaszcząc
dziewczynę pogłowie. – Nie powinnaś się tak przemęczać.
Sophie
spojrzała na strojącego po przeciwnej stronie łóżka Toma. Był dziwnie spokojny
i opanowany.
– Och,
mamo!Nie masz się, czym martwić – wysiliła się na słaby uśmiech. – Moja głowa
się trochę przegrzała, bo miałam dzisiaj sprawdzian z transmutacji – skłamała.
Kątem oka
ponownie zerknęła na Toma, nadal nie zdradził żadnej emocji. „Tu coś jest nie
tak” –przeleciało jej przez głowę.
– Nie
powinnaś się tyle uczyć! – skarciła ją Isabelle. – Nie samą nauką człowiek
żyje, Sophie!
– Ależ ja
nie żyję samą nauką, mamo! – obruszyła się. – Powinnam ci pomóc! Jutro twój
ślub! Nie mam zamiaru tutaj leżeć!
–
Wystarczy mi taka pomoc, że wyśpisz się porządnie i zjesz coś smacznego. Pójdę
powiedzieć Konradowi żeby coś ci przygotował – pocałowała córkę w czoło. – Tom,
zostaniesz z Sophie? Poznacie się bliżej – zwróciła się do narzeczonego.
Odpowiedział
jej skinieniem głowy.
Nastała
chwila niezręcznej ciszy, kiedy kobieta wyszła z pokoju.
Sophie
dla bezpieczeństwa zamknęła swój umysł. Nie chciała, aby Tom coś mógł zobaczyć.
Nie miała ochoty na ponowny ból głowy.
– Nie
musisz używać oklumencji, Sophie! Nie mam zamiaru zaglądać do twojego umysłu,
żeby dowiedzieć się, co o mnie myślisz!
Dziewczyna
zmieszała się.
– Nie
wiem, co panu może chodzić po głowie – powiedziała z wyższością. – W
dzisiejszych czasach, kiedy nie ma tak naprawdę nie wiadomo, kto jest po twojej
stronie, a kto jest wrogiem. Nie można każdemu ufać, prawda?
– Nie
jestem… panem, mów mi Tom –uśmiechnął się.
– Jestem
dobrze wychowana. Nie zwracam się do obcych po imieniu – podniosła wysoko
podbródek, odsuwając kołdrę.
– Nie
jestem obcy, Sophie; niedługo zostanę twoim opiekunem.
– Nie
potrzebuję opiekunów, sama potrafię o siebie zadbać. Za kilka dni uzyskam pełnoletniość,
wtedy nie będę potrzebować opieki – wstała z łóżka.
Zdecydowanie
zbyt gwałtownie.
Przed
oczami znów zrobiło jej się ciemno, a nogi odmówiły posłuszeństwa.
–
Mówiłem, że i ty potrzebujesz pomocy i opieki – szepnął jej do ucha,
przytrzymując ją w talii by nie upadła. – Połóż się jeszcze na chwilę, nie
sprzeciwiaj się matce.
Nie miała
innego wyjścia jak posłuchać Toma. Oczywiście mogła stawiać jakiś opór, ale
byłby chyba nie na miejscu, sadząc po tym jak stanowczo kazał jej wrócić do
łóżka.
Poczuła
dziwną moc, niby dreszcz – przeszył jej ciało, gdy Tom wziął ją w ramiona. Coś
podobnego czuła, gdy obok niej stanął Severus, Dumbledore czy nawet gajowy
Hagrid. Od niedawna nauczyła się rozpoznawać poziom mocy, jaką władał
czarodziej. Uważała, że taka umiejętność przyda jej się w najbliższym czasie.
Widmo wojny wisiało w powietrzu…
***
Widok
Isabelle ubranej w kremowobiałą szatę przyprawił jej córkę o zachwyt. Patrzyła
na swoją rodzicielkę i nie mogła wyjść z podziwu jak pięknie dziś wygląda.Włosy
miała spięte w luźny kok, a lekki makijaż dopełniał całości. Natomiast Krukonka
wystroiła się w ciemnozieloną szatę o głębokim dekolcie. Włosy postanowiła
lekko podkręcić nowym zaklęciem, które znalazła w „Modnej Czarownicy”. Była
trochę zła na mamę, że wybrała dla niej taką sukienkę. Owszem lubiła od czasu
do czasu być kobietą – w pełnym makijażu, na wysokich obcasach,ale wydawało jej
się, że wcięcie w szacie jest zbyt duże. Nie chciała w ten sposób kusić
Severusa, a tym bardziej nikogo innego. Na ślub i wesele przychodzili jako obcy
sobie ludzie.Jedwabny szal osłaniający plecy w każdej chwili można było zerwać,
a wtedy wszyscy zobaczą zbyt uwydatniony biust. Mistrz Eliksirów z pewnością
nie omieszka zwrócić jej uwagi. Już teraz wiedziała, że się zarumieni na jego
słowa.
Musiała
wykombinować jeszcze jak będzie mogła pobyć z nim, choć chwilę dłużej. Aby
dłużej mogła go kusić…
***
Sala, w
której miał odbyć się ślub była przystrojona kwiatami, a w powietrzu unosiło
się tysiące świec. Na środku leżał długi czerwony dywan. Po obu stronach stały
krzesełka przeznaczone dla gości. Zaczęli się schodzić na pół godziny przed
rozpoczęciem uroczystości. Sophie pilnowała by każdy znalazł sobie
miejsce,odciążyła tym samym Konrada, który i tak miał za dużo na głowie.
Z rodziny
mamy przyjechało kilka francuskich ciotek wraz ze swoimi mężami, wuj Duncan z
Irlandii oraz kuzynka Luciana z mężem i czwórką dzieci. Rodzice Isabelle zmarli
kilka lat temu, gdy Sophie miała dziewięć lat. Najpierw odszedł dziadek
Charles, po jakimś czasie babcia Victorie. Krukonka nie za bardzo ich
pamiętała. Częściej widywała się z dziadkiem Georgem. On też został zaproszony
na ślub i wesele. Siwa czupryna od razu rzuciła się w oczy dziewczynie. Z
radością przytuliła się do staruszka i zamieniła z nim kilka zdań. Jednak to
nie jego najbardziej oczekiwała. Severus Snape – to teraz jego wypatrywała w
dużych, frontowych drzwiach prowadzących do sali, w której miał się odbyć ślub.
Chodziła
wte i we w te, aby uspokoić skołatane nerwy.
Temat
jego Śmierciozerstwa poruszali rzadko. Właściwie wcale.
Może dwa
razy dostał od Niego wezwanie, odkąd dowiedziała się o jego podwójnej roli. Na
szczęście nic wielkiego mu się nie stało. Miała nadzieję, że dzisiaj Voldemort
nie dopominał się o swojego sługę.
Odetchnęła
z ulgą, gdy ujrzała Mistrza Eliksirów wchodzącego do środka. Uśmiechnął się do
niej nieznacznie, ciśnienie musiało jej podskoczyć, bo poczuła jak się rumieni.
Serce
załomotało w niej, ale jakby trochę inaczej. Severus wyglądał niesłychanie
przystojnie we fraku o idealnym kroju, dopasowanych spodniach, śnieżnobiałej
koszuli i nieskazitelnie zawiązanym krawacie w kolorze czerwonego wina. Miał
związane włosy i chyba nawet umyte. Wszyscy dotąd poznani chłopcy wydawali się
w porównaniu z Mistrzem Eliksirów tacy nijacy. Ale najbardziej liczyły się
niemodny strój ani nawet nie przystojna twarz, lecz inteligencja widoczna w
czarnych oczach, charakter, stanowczy zarys podbródka, cierpki humor, który
czasem doprowadzał ją do granic wytrzymałości.
Pomachała
ręką w jego kierunku, kiedy szukał sobie wygodnego miejsca. Usiadł obok
mężczyzny o długich blond włosach; tym samym, z którym kłócił się jakiś czas
temu w Hogwarcie.
Sophie
wydawało się dziwne, że Tom zna ta dużo osób, które ona spotkała w swoim życiu.
Nie małe
zaskoczenie pojawiło się na twarzy Sophie, kiedy dostrzegła blondwłosą piękność
w zaawansowanej ciąży. Poczuła silne ukłucie zazdrości, kiedy owa kobieta
usiadła za Severusem i nachyliła się ku niemu, szepcząc coś do ucha. Mężczyzna
momentalnie zrobił się blady jak ściana. „Oni musieli się już gdzieś wcześniej
spotkać! Inaczej Severus nie zareagowałby w ten sposób!” – przemknęło jej przez
myśl.
Przemyślenia
na ten temat przerwało dopiero wejście Isabelle i Toma. Sophie zajęła swoje
miejsce obok dziadka.
Rozpoczął
się ślub.
***
– Czy
mógłbym zatańczyć z najpiękniejszą dziewczyną na tej sali? – Sophie usłyszała
męski głos tuż przy swoim uchu.
Niestety
nie należał do Severusa.
Odwróciła
się gwałtownie do ciemnowłosego chłopaka o szarych oczach.
– Regulus
Arkturus Black, do usług –wziął jej dłoń i ucałował ją delikatnie, wprawiając w
zakłopotanie. – Ślicznie wyglądasz.
Przeklęta
sukienka!
– Sophie
Thompson. Miło mi.
– Mnie
również – uśmiechnął się figlarnie. – To, co zatańczysz ze mną?
Na
miękkich nogach ruszyła na parkiet.
Orkiestra
zagrała akurat wolny kawałek. Zupełnie niepotrzebny na tę okoliczność. Regulus
złapał ją w pasie i przyciągnął mocno do siebie. Nie miała ochoty na taką
poufałość z jego strony. Prowadził całkiem znośnie. Kątem oka obserwowała
innych tańczących, ale Severusa nie mogła wypatrzeć.
Podczas
uroczystego obiadu mężczyzna usiadł w innym końcu stołu i tak, żeby Sophie nie
mogła na niego spoglądać. Po posiłku, kiedy rozpoczęły się tańce umknął jej
gdzieś, a teraz jej uwagę zaprzątał Regulus Black. Była pewna, że jest krewnym
tego mordercy Syriusza Blacka. Gdzieś w starej gazecie widziała jego ruchome
zdjęcie – było przerażające.
– Czy
Syriusz Black jest kimś dalekim z rodziny? – spytała cicho, starając się nie
urazić swoim pytaniem.
– To mój
brat – odpowiedział beznamiętnie. – Zakała rodziny!
– Och!
–wyrwało się Sophie.
– Nie
masz się czego bać. Dementorzy w Azkabanie już zadbają żeby kochany braciszek
nie odzyskał zdrowych zmysłów o ile w ogóle je posiadał – w jego głosie było
pełno jadu i nienawiści.
– Black!
– Sophie usłyszała nagle głos Severusa.
No
nareszcie!
– Snape?
Co ty tu u diabła robisz?
– To
samo, co ty, Black. Chciałbym zatańczyć z panną Thompson – uśmiechnął się
wrednie. –Pozwoli pani – ujął jej dłoń.
– Z
przyjemnością – uśmiechnęła się do niego filuternie.
Regulus
wydawał się zszokowany zachowaniem Snape’a.
Orkiestra
znów zagrała wolny kawałek.
– Nie
powinieneś go tak potraktować, Severusie – zbeształa go.
– Pięknie
wyglądasz – wymruczał jej do ucha, kiedy wziął ją w ramiona.
Dziewczyna
poczuła, że się rumieni.
– Nie
zmieniaj tematu!
– Gdybym
kłamał, mogłabyś być niezadowolona, ale mówię najszczerszą prawdę. Jesteś
piękna – odgarnął jej zbłąkany kosmyk z policzka.
Z instrumentów
płynęły takty walca. Sophie w ramionach Severusa prawie nie dotykała podłogi.
Jego ruchy wykonywane były z gracją i opanowaniem. Przewidywał nawet jej gesty
i starał się poprawiać, gdy nie tak postawiła stopę na parkiecie. Prowadził tak
idealnie, że nie mogła uwierzyć, gdzie się tego nauczył. Owszem profesor
Flitwick ma dryg i sług muzyczny, ale nie mogła sobie wyobrazić jak karłowaty
nauczyciel może uczyć tańca prawie dwumetrowego Mistrza Eliksirów.
Spojrzała
na skupionego mężczyznę i zaśmiała się cicho.
– Czemuż
ci tak wesoło, Sophie? – spytał zdziwiony.
– Kto cię
nauczył tak dobrze tańczyć? Chyba nie profesor Flitwick – zachichotała.
Dostrzegła
nikły cień uśmiechu na twarzy Severusa.
– Za dużo
chciałabyś wiedzieć, najdroższa. Gdyby nie było tu tylu ludzi i twojej mamy to
zerwałbym z ciebie tę przeklętą kieckę i…
Przerwał,
gdy zauważył, że policzki jego rozmówczyni przybrały kolor piwonii.
– Więc,
co ci stoi na przeszkodzie? – droczyła się z nim. – Chodźmy do mojego pokoju –
zachęciła go, gdy ostatnie nuty melodii uleciały gdzieś w powietrzu.
Wziął ją
za rękę.
– Gdzie
mnie prowadzisz? – spytała zaskoczona.
– Oboje
musimy zaczerpnąć świeżego powietrza, bo przychodzą nam do głowy głupie
pomysły.
Jęknęła
niezadowolona.
Rześkie
majowe powietrze trochę ostudziło zapał Severusa do miłosnych igraszek ze swoja
uczennicą. Niesamowicie trudne było opanować się w towarzystwie tak
pociągającej dziewczyny, jaką stała się tego wieczoru Sophie Thompson.
Powłóczysta suknia idealnie leżała na niej, a zbyt wycięty dekolt wcale mu nie
przeszkadzał. Zastanawiał się czy specjalnie założyła taką szatę, aby go kusić.
Nie tylko
wygląd panny Thompson zaprzątał głowę Severusa.
Monique.
Czarny
Pan wyciągnął najcięższą amunicję, ale Severus Snape jest niewinny i nie
pozwoli skłócić się z Sophie!
Kiedy
tylko ją zobaczył, miał ochotę wywlec ją za te blond kudły! Bellatrix nawet bez
mrugnięcia okiem by mu pomogła.
Monique
nie miała skrupułów podejść do niego i oznajmić, że jest z nim w ciąży. Na
Merlina! Owszem spali ze sobą, ale on brał wtedy silne eliksiry na odporność,
które ograniczają do minimum zdolność reprodukcji. Jednak ona upierała się przy
tym,że to on jest ojcem dziecka, które nosi w sobie.
Z
wyliczeń mężczyzny wynikało, że mógł być to szósty może początek siódmego miesiąca.
Ta pamiętna listopadowa noc, gdy Edwards zabrał Sophie do „Trzech Mioteł” na Kremowe
Piwo. Nie wiedział, nawet teraz, co wtedy w niego wstąpiło. Był idiotą! Jedynie
to mogło tłumaczyć jego zachowanie. Mógł oczywiście zgonić to wszystko na
starego Trzmiela, bo to on wtedy kazał mu „zaopiekować” się dwójką uczniów,
który udali się poza mury szkoły. Nie chciał jednak tego robić. Musi wziąć
odpowiedzialność za swoje błędy! Teraz musi upilnować żeby Sophie i Monique się
nie spotkały, a tym bardziej nie zamieniły z sobą, chociaż jednego zdania.
Uważnie
rozejrzał się po tarasie. Czysto.
–
Severusie, coś się stało? – zapytała przejęta Sophie, wpatrując się w
mężczyznę.
– Nie. Chodźmy
się przejść – wziął ją delikatnie pod ramię. Noc jest może chłodna, ale niesamowicie
gwiaździsta.
Zeszli po
kamiennych schodach do ogrodu okalającego posiadłość Riddle’a.
Noc
rzeczywiście była chłodna. Lekki, wiosenny wiatr owionął na wpół nagie ramiona
Sophie – zadrżała, otulając się szczelniej zwiewnym szalem.
– Mogłaś
mi powiedzieć, że jest ci zimno – odezwał się z wyrzutem Severus. – Dałbym ci
wcześniej swoją marynarkę.
– Och,
nie trzeba – zmieszała się.
– Wolisz
rozgrzać się w inny sposób? – spojrzał na nią z lekkim rozbawieniem, okrywając
ją marynarką.
– Miałeś
rację, że niebo jest dzisiaj bardzo gwiaździste. Lubię patrzeć w tą
nieprzeniknioną czerń. Twoje oczy bardzo przypominają takie nocne niebo –
powiedziała poważnie, spoglądając na Severusa.
Mężczyzna
przyciągnął ją gwałtownie do siebie.
Nie była
przygotowana na taki obrót sprawy. Serce zaczęło szybciej bić, chciało wyrwać
się z jej piersi.
– Więc
spójrz w nie! – polecił jej, unosząc jej podbródek.
Nieśmiało
podniosła wzrok.
Ich oczy
spotkały się w jednej chwili, w tęczówkach Mistrza Eliksirów dostrzegła
niepokój mieszany z pożądaniem.
Merlinie!
Pocałunek,
który potem nastąpił był o dziwo delikatny jak płatki róży. Sophie zamknęła
oczy rozkoszując się tą ulotną chwilą. Usta Severusa muskały jej wargi jak
największy skarb. Rozchyliła je, dając mu przy tym trochę więcej pola do
manewrów. Ich języki złączyły się momentalnie jak dawno niewidziani znajomi.
Dłonie
Mistrza Eliksirów spoczęły na jej talii. Pieścił jej plecy, by coraz bardziej
przysunąć ją do siebie.
Jęknęła
cicho.
Położyła
mu ręce na torsie, przesuwając powoli ręce ku jego szyi.
Nagle
usłyszeli głośne wystrzały. Oderwali się od siebie jakby jedno parzyło
drugiego. Na niebie pojawiło się setki kolorowych fajerwerków.
–
Myślałeś, że ktoś chce cię zabić, bo tak gwałtownie odskoczyłeś ode mnie? – zaśmiała
się szczerze, wycierając sobie łzy.
– Bardzo
śmieszne! Wracajmy, bo ktoś pomyśli, że cię uprowadziłem – rzucił jadowicie.
Ognie
sztuczne rozświetliły na chwilę ciemność. Severus dokładnie widział
zarumienione policzki swojej uczennicy i nieobecny wzrok. Nie chciał wiedzieć
jak po tak intymnym pocałunku może wyglądać jego twarz.
– Nie
byłoby to takie złe – uśmiechnęła się pod nosem. – Nikt by nam nie
przeszkadzał, mógłbyś mi pokazać kilka sztuczek rodem z jaskini rozkoszy.
– Sophie!
– huknął.
– Wiem,wiem.
Nie powinniśmy jeszcze rozmawiać na ten temat. Więc, kiedy, Severusie?
Kiedy porozmawiamy na temat naszej przyszłości? – dopytywała się.
Miał
ochotę znów zamknąć jej buzię pocałunkiem, ale byli zbyt blisko posiadłości i
ktoś mógłby ich zobaczyć.
– Przyjdzie
i na to czas, Sophie. Nie ma, co się z tym śpieszyć – pouczył ją.
Zapadła
pomiędzy nimi cisza.
Weszli na
taras prowadzący na salę balową, gdzie odbywało się wesele. Część gości stała
jeszcze na zewnątrz, podziwiając ostatnie podrygi fajerwerków wybuchających nad
ich głowami.
– Mój
pokój jest na pierwszym piętrze, czwarty od schodów po lewej stronie. Dziękuję,
profesorze za pouczający spacer – posłała mu słodki uśmiech, kiedy się
rozstawali.
– Do
usług panno, Thompson – ukłonił się, po czym odszedł, rozglądając się, czy w
pobliżu nie ma gdzieś Monique.
Nie było.
–
Przepraszam, panie Snape – usłyszał nagle za sobą głos należący do Isabelle.
Odwrócił
się gwałtownie i spojrzał uważnie na matkę swojej… uczennicy.
– Życzę
szczęścia na nowej drodze życia – wysilił się na uśmiech.
–
Dziękuję –odwzajemniła uprzejmość. – Chciałabym z panem porozmawiać o Sophie.
– O
Sophie? –zdziwił się. – Pani córka uczy się świetnie, nie sprawia żadnych
kłopotów wychowawczych, każdy ją lubi. Nie rozumiem o, co pani chodzi?
– O pana
– westchnęła. – Jest pan jej nauczycielem. Nie powinniście się tak spoufalać ze
sobą. Sophie ma jeszcze rok nauki w Hogwarcie, a pan też nie chciałby stracić
pracy.
– Nie
rozumiem, o co pani chodzi? – złość powoli w nim wzbierała.
– Widzę
jak Sophie patrzy na pana. Nie mam nic przeciwko temu, co mogłoby się wytworzyć
z tego, ale Sophie to jeszcze młoda dziewczyna. Proszę jej nie zranić.
Nagle
koło rozmawiających pojawił się ów obiekt ich konwersacji.
– Ty pieprzony
gnojku! – rzuciła gniewnie w stronę Snape’a. W jej oczach dało się dostrzec
niczym nieukrywaną nienawiść. – Jak mogłeś mi to zrobić! Nienawidzę cię!
– Do
cholery, Sophie! O co ci chodzi? – złapał ją za rękę, ale mu się wyrwała.
–
Nienawidzę cię! Rozumiesz? Jesteś pieprzonym gnojkiem!
Nagle do
Severusa dotarło, o czym mówi dziewczyna! Widziała się z Monique! Rozmawiała z
nią! Niech to szlag!
Nim się
obejrzał, Krukonki już koło nich nie było.
– Proszę
to zostawić mnie – powiedział do Isabelle.
Skierował
się do jej pokoju.
Schody
pokonał w chwilę, przeskakując po dwa stopnie. W końcu dostał się do drzwi
prowadzących do jej sypialni. Były zamknięte. Uderzył w nie kilka razy i
zagroził, że jak dziewczyna mu nie otworzy to je wywali. Po chwili usłyszał
szczęk zamka – wszedł do środka.
Sophie
siedziała na równo posłanym łóżku, plecami do niego. Trzęsła się jak galaretka
z glonów morskich, widać było, że powstrzymuje się od płaczu.
– Chcesz
mi powiedzieć, że to nie jest twoje dziecko? – odezwała się ledwie słyszalnie.
Podszedł
do niej i usiadł na łóżku. Odsunęła jego rękę, kiedy położył ją na jej
ramieniu.
– Bo tak
właśnie jest!
– Ale nie
zaprzeczasz, że znasz tę kobietę?
– No…
Poderwał
się z łóżka i momentalnie znalazł się u stóp Sophie.
– O wiele
rzeczy bym cię podejrzewała, Severusie, ale nie o to, że wyprzesz się matki
swojego dziecka! – rzuciła mu prosto w twarz. – Wyjdź stąd i nie pokazuj mi się
na oczy!
– Tego
nie można zostawić w ten sposób! Jesteś dla mnie kimś ważnym, Sophie! Nie wiem,
czy to jest miłość, ale coś, co mogłoby się w nią zmienić, gdybyś tylko
zechciała. Wszystko ci wytłumaczę. Daj mi szansę – poprosił, biorąc jej dłonie
w swoje.
Znów wpił
się w jej usta. Całował ją łapczywie i zapamiętale. Nie zwracał uwagi na to, że
go odpycha, bije. Tak bardzo jej pragnął. Słodkiego uśmiechu, zgryźliwych uwag,
mądrych wypowiedzi na lekcjach. Mógł jej dać teraz to, o co dopominała sięj
eszcze jakiś czas temu. Tylko, co to by było? Wyładowanie frustracji obojga?
Nie chciał w ten sposób uczyć Sophie rozkoszy i wzajemnego cielesnego
uwielbienia.
W końcu
zdołała go odepchnąć.
Głuchy
plask uderzenia otwartej dłoni o twarz rozniósł się po pokoju.
– Ty…
Ty…Wynoś się stąd! Nienawidzę cię! W moim sercu nie ma dla ciebie miejsca! Do
widzenia, profesorze Snape! – wykrzyknęła głosem pełnym żalu. – Masz dziecko to
się nim zaopiekuj! Ja nie jestem ci już potrzebna!
Posłuchał
ją od razu. Zanim jednak wyszedł, spojrzał raz jeszcze na zarumienioną twarz
swojej uczennicy, wilgotne, nabrzmiałe od pocałunków usta, lekko potarganą
fryzurę. Nie wiedział jeszcze czy ją stracił. Miał nadzieję, że uda mu się
odkręcić to, co nagadała jej Monique. Pieprzona suka!
– Do
widzenia, panno Thompson – powiedział spokojnie.
Wyszedł
po cichu, zamykając za sobą drzwi.
I w tym
właśnie momencie poukładany od nowa świat Sophie Thompson znów legł w gruzach.
*
Znów
skomplikowałam im życie:D
Jestem
zUa, niedobra i możecie na mnie różne epitety wrzucać!
Jejku,
podoba mi się to, co im robię!
*
WTF!
Skończyłam
20 lat!
Nastolatka
ze mnie nijaka!
Jestem
starą panną:D
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz