Dedykacja dla: Bell.
Ateny przywitały Sophie piękną, słoneczną i gorącą pogodą. Przeteleportowała się na jedną z bocznych, wąskich uliczek, przy której znajdowały się pobielone kamieniczki z kolorowymi kwiatami w maleńkich oknach. Cień rzucany przez budynki, dawał trochę ochłody, ale nie na długo, gdyż dziewczyna wyszła z labiryntów domów i skierowała się w stronę hotelu, gdzie miała się odbyć konferencja.
Ateny przywitały Sophie piękną, słoneczną i gorącą pogodą. Przeteleportowała się na jedną z bocznych, wąskich uliczek, przy której znajdowały się pobielone kamieniczki z kolorowymi kwiatami w maleńkich oknach. Cień rzucany przez budynki, dawał trochę ochłody, ale nie na długo, gdyż dziewczyna wyszła z labiryntów domów i skierowała się w stronę hotelu, gdzie miała się odbyć konferencja.
Gmach hotelu
był imponujący. Dziesięć pięter, setki okien wychodzących na szeroką plażę z
jasnym piaskiem, czerwony dywan, hotelowi chłopcy kręcący się przed wejściem,
czekali na ważnych, zdezorientowanych gości. Od tego wszystkiego zakręciło się
dziewczynie w głowie, co zauważył jeden z boyów ubrany w nienaganny uniform ze
złotymi guzikami i podszedł do niej pytając czy w czymś nie pomóc. Zapewniła
go, że sobie poradzi, po czym weszła do hotelu, gdy szklane drzwi rozsunęły się
przed nią.
W ogromnym
holu pomalowanym na bordowo ze złotymi i srebrnymi dodatkami tłoczyła się spora
grupka czarodziejów, jeśli sporą grupką można nazwać dwustu może trzystu ludzi.
Znów poczuła jak kręci jej się w głowie od nadmiaru wrażeń. Chciała jak
najszybciej znaleźć się jak najdalej od takich przestrzeni, w cichym pokoju ze
szklanką zimnej lemoniady, ale najpierw musiała się rozprawić z recepcjonistką
i rezerwacją, którą miał załatwić Dumbledore.
Przeszła
obok ogromnej fontanny stojącej na środku, z której w równych odstępach czasu wytryskiwała
woda. Niepewnie stanęła naprzeciwko niskiej blondynki w zielonej szacie,
niewyglądającej zupełnie na Greczynkę.
– Dzień
dobry, w czym mogłabym pani pomóc? – spytała śpiewnym głosem po angielsku.
– Miałam
zarezerwowany pokój na nazwisko Thompson.
– Proszę
wpisać się do księgi gości i podać mi swoją różdżkę.
Sophie uczyniła
to, o co poprosiła ją recepcjonistka, musiała poczekać chwilę na uzyskanie
klucza. Rozglądała się z zaciekawieniem po holu, chłonąc atmosferę, jaka
panowała w środku, trochę przyzwyczaiła się już do gwaru panującego w hotelu.
Nagle
doznała dziwnego uczucia; serce zaczęło jej szybciej bić, a w oczach lekko
pociemniało. Zdawało jej się, że do wind, prawie biegiem, kieruje się… Severus.
Nie, to nie mógł być on… Tylu ludzi się tu kręciło, że na pewno go z kimś
pomyliła. Ale czy Severusa dało się w ogóle z kimś pomylić? On był jeden,
jedyny, wyjątkowy i niepowtarzalny.
Tęskniła za
nim. Ale czy miała do tego prawo? Nigdy tak naprawdę nie byli razem. Nie zaproponował
jej tego, nawet gdy już wiedziała, że będzie zdawać OWTMy o rok wcześniej niż to
wypadało.
Ale czy on
tęsknił za nią? W ich ostatnim pocałunku czuła jego pragnienie, które ją
zabolało. Nie spodziewała się, że nadal chciałby, żeby coś ich łączyło;
chociażby cienka nić…
–
Przepraszam – głośne chrząknięcie wyrwało dziewczynę z zamyślenia. – Wszystko
się zgadza. To jest klucz – położyła czarną kartę z paskiem magnetycznym. – Pokój
sto siedem na piątym piętrze. Restauracja znajduje się na pierwszym piętrze,
jest otwarta od ósmej rano do dziesiątej wieczorem, obiady wydawane są od
pierwszej do piątej po południu. Śniadania i kolacje są w formie szwedzkiego
stołu – poinformowała Krukonkę.
– Dziękuję –
uśmiechnęła się lekko oszołomina i wzięła do ręki kartę oraz różdżkę. – A czy
Albus Dumbledore już się zameldował się w hotelu? – spytała, gdy już miała
odchodzić.
– Nie
jeszcze go nie widziałam.
– Dziękuję
raz jeszcze.
– Miłego
dnia pani życzę – odezwała się wesoło recepcjonistka.
Sophie udała
się w stronę wind. Z lekkim niepokojem nacisnęła guzik ze strzałką do góry i
czekała aż któreś z drzwi się rozsuną by weszła do środka. Nie lubiła tego typu
przemieszczania się po budynkach, wolała iść po stromych schodach z zawiązanymi
oczami i tyłem niż jechać windą. Stanowczo nie tolerowała zamkniętych, ciasnych
i dusznych pomieszczeń; przytłaczały ją – były bez szansy na ucieczkę. Na
szczęście w środku znajdował się starszy windziarz, ubrany podobnie jak
hotelowi chłopcy stojący na zewnątrz. Nie czuła się już tak niepewnie jak przed
chwilą, gdy oprócz niej do windy wsiadło jeszcze osiem osób. Podróż trwała
zaledwie kilka sekund, zdecydowanie nie zdążyłaby nawet powiedzieć „Konstantynopolitańczykowianeczka”.
Wysiadła na
czwartym piętrze i udała się w stronę swojego pokoju, mijając na korytarzu wiele
znanych osób, których twarze widywała często na pierwszej stronie „Proroka
Codziennego”, „Czarownicy” czy innych poczytnych pismach wydawanych w
czarodziejskim świecie.
Było jej
głupio, że i ona znalazła się w tak znamienitym gronie. Przecież nie miała za
grosz doświadczenia. Bo czym tak naprawdę były godziny spędzane z Seve… ze
Snapem, w porównaniu z wiedzą, którą dysponowali ci czarodzieje? Niczym… I ten
nieszczęsny konkurs, który przerwał jej wypadek. Nie pomógł jej zbytnio…
Minęło już
tyle czasu, a ona nadal nie mogła sobie przypomnieć części swojego życia. Z
wiedzą nie miała problemów, pamiętała najbardziej trudne słowa po łacinie,
przepisy z ksiąg dziadka, które przeglądała, będąc dzieckiem, ale pamięć
szwankowała z wydarzeniami z poprzednich kilku lat. Czasem miała przebłyski;
pierwsze latanie na miotle; pierwszy wybuch kociołka i polanie eliksirem
rozdymającym ogona Mathilde, kota Cecile.
Ach, Cecile!
Czuła, że
nią zaniedbuje. Co prawda pisały do siebie regularnie, ale jakoś nie było
możliwości spotkania się. Bardzo brakowało jej kogoś bliskiego, kogoś, z kim
mogłaby swobodnie porozmawiać, pośmiać się. W listach nie umiała się otworzyć.
Wiele razy chciała zapytać Cecile o zdanie, ale jakoś pióro nie współgrało z
jej uczuciami.
Znalazła w
końcu pokój o numerze sto siedem, przytknęła kartę do klamki i pchnęła ją. W
pomieszczeniu znajdowało się ogromne łóżko; mogłyby się na nim spokojnie
zmieścić cztery osoby, a przynajmniej trzy pokaźniej postury, choć gajowemu
Hagridowi z pewnością wystawałyby nogi. Po obu stronach ustawiono małe szafki
nocne z lampkami. Szafa na ubrania oraz lustro pojawiały się, kiedy dziewczyna
naciskała guzik na pilocie, znalezionym na szklanym stoliku stojącym przy
kanapie.
Napisała
mamie, że szczęśliwie dotarła na miejsce i bardzo jej się tu podoba. Bo na
serio jej się podobało. Miała piękny widok na morze i plażę, w łazience mogła
się relaksować w dużej wannie, a przecież spędzenie całego tygodnia w
towarzystwie najznakomitszych osobowości z pewnością wyjdzie jej na dobre. Mogła
się przecież tyle nauczyć. Oglądała z uwagą program konferencji i zaznaczała
sobie piórem z czerwonym atramentem wykłady, którymi była zainteresowana.
Pomijała tylko te z wróżbiarstwa i astronomii, uważała, że chodzenie na nie to
strata czasu.
*
Poranek
następnego dnia był równie gorący jak poprzedni, dlatego Sophie miała trudności
z wybraniem odpowiedniej garderoby, w której mogłaby się pokazać publicznie.
Wszystkie szaty, które wisiały w szafie nie nadawały się na taką pogodę, nawet jeśli
sale wykładowe miałyby dobrą wentylację.
Wyjęła
kawałek kartki i pióro, usadowiła się na kanapie. Zrobiła na środku kartki
grubą kreskę i napisała na górze po jednej stronie „za”, a po drugiej „przeciw”.
Po chwili rozległ się charakterystyczny dźwięk chrobotania stalówki po
papierze. Kiedy rozpatrzyła wszystkie możliwe punkty na swojej liście, doszła
do wniosku, że ma w nosie, co inni będą o niej mówić; ważne, że będzie jej
chłodno.
Zeszła na
śniadanie, tak zeszła, nie zjechała windą, bo gdy okazało się, że windziarza
nie ma w środku, a nikt nie kwapił się by wsiąść z nią razem to tej przeklętej
puszki. Przynajmniej od samego rana nie musiała dostawać palpitacji serca, a
trochę ruchu jej się przyda.
Pierwsze
wykłady rozpoczynały się dopiero po południu, gdyż większość uczestników
konferencji nie pojawiła się jeszcze w hotelu. Sophie zbytnio się nie zdziwiła,
że restauracja, trzy razy większa niż Wielka Sala, świeciła pustkami w porze śniadania.
Kilka
ciekawskich par oczu zwróciło uwagę na Krukonkę. Szata, którą dziewczyna miała
na sobie przypominała bardziej mugolskie ubranie niż magiczne, ale przynajmniej
było jej chłodno. Krótka do kolan lekko rozkloszowana spódnica w kolorze skórki
ogórka idealnie komponowała się z górą ubioru. Odkryte ramiona i dość głęboki
dekolt w karo skutecznie przyciągał męskie spojrzenia.
Miała
nadzieję, że Dumbledore nie wyrzuci jej na zbity pysk za taki ubiór. Zanim
jednak do tego dojdzie będzie mogła nacieszyć się tym urokliwym miejscem i
porządnie się naje.
– Dzień
dobry, Sophie – po jakimś czasie usłyszała za sobą znajomy głos. Serce jakoś
nienaturalnie zatrzepotało jej w piersi, kiedy ujrzała Regulusa, młodszego
brata Syriusza Blacka, który za liczne morderstwa odsiadywał karę w Azkabanie.
– Mogę się przysiąść?
Stał z
talerzem napełnionym różnymi przysmakami i uśmiechał się do niej. W szarych oczach
dostrzegła dziwny błysk.
– Pan Black!
Dzień dobry. Oczywiście, że może pan usiąść – próbowała ukryć zdziwienie. Jego
tu się nie spodziewała!
– Proszę nie
nazywaj mnie „panem Blackiem”; jestem
Regulus. Chyba nie wyglądam aż tak staro? – zaśmiał się, sadowiąc się na
krzesełku naprzeciwko niej.
– Och, nie…
– Rozumiem,
że po prostu jesteś dobrze wychowana, a do tego piękna – położył swoją dłoń na
jej dłoni.
Momentalnie
odsunęła rękę ze stołu i schowała ją pod stolik, rumieniąc się przy tym.
– Co… Co cię
sprowadza do Aten? Też przyjechałeś na konferencję? – spytała zaciekawiona,
zmieniając subtelnie temat.
Skinął
głową, gdyż właśnie przeżuwał łososia. Odezwał się dopiero, kiedy przełknął.
– Miałem tu
do załatwienia kilka spraw, a przy okazji zostanę na konferencji. W tej edycji
naprawdę mają interesujące wykłady – wyciągnął z kieszeni czarnej koszuli
złożony na cztery pergamin. – Na przykład ten o horkruksach…
Sophie o
mały włos by się nie zakrztusiła pitym właśnie sokiem.
– O
horkruksach? Nie wiedziałam, że takie tematy też będą wygłaszane… Mogę zobaczyć
program, bo swojego jeszcze nie dostałam od profesora Dumbledore’a.
Podał
dziewczynie pergamin.
– Dumbledore
też tu jest? – duże zdziwienie malowało się na jego przystojnej twarzy.
Przytaknęła.
Sophie przez
chwilę uważanie śledziła program konferencji. Niby był podobny do tego, który
sama czytała wczorajszego wieczoru, jednak kilka spotkań z pewnością było
pominięte w jej spisie.
– Regulusie,
czy mogłabym pożyczyć go na chwilę i bardziej się w nim zagłębić? Oddałabym ci
go powiedzmy po wykładzie otwierającym – uśmiechnęła się uroczo i poprawiła
sobie ramiączko od szaty, które się zsunęło.
Taki zabieg
podziałał na Blacka natychmiastowo. Zgodził się bez jakiegokolwiek szemrania.
Zadowolona z
siebie pożegnała się z Regulusem i wróciła do swojego pokoju, zastanawiając
się, dlaczego też dostała okrojony program konferencji.
*
Severus
przeklinał w duchu Slytherina, Merlina, Flamela, Grindelwalda, Riddle’a, a
najwięcej Dumbledore’a za to, że kazał mu przyjechać w sezonie letnim do
Grecji.
Przeciskał
się właśnie magicznymi ulicami Aten i co chwila ktoś z tego piekielnego tłumu turystów
musiał go szturchnąć albo nadepnąć.
Widmo Avady
wisiało w powietrzu!
Szczęściem
dla czarodziejów znajdujących się obok niego, że Snape zdołał wydostać się na
trochę luźniejszą uliczkę, gdzie miał spotkać się z Albusem. Dopiero, kiedy
wyszedł zupełnie z labiryntu białych kamieniczek i ruszył w stronę hotelu, humor
mu się trochę poprawił, bo im bliżej było plaży, tym mógł podziwiać więcej
półnagich kobiecych ciał.
Dyrektor
czekał na niego pod ogromnym hotelem.
– Severusie,
myślałem już, że zrezygnowałeś – odezwał się pogodnie, poprawiając słomkowy
kapelusz z dużym rondem.
Według
Mistrza Eliksirów wesoła mina Albusa nie wróżyła nic dobrego, a ubiór to
jeszcze potwierdzał.
Ubranie
Albusa Dumbledore’a było zupełnym przeciwieństwem szat Severusa Snape’a –
kanarkowy był widocznie ostatnim krzykiem mody, a szeroka seledynowa lamówka
dopełniała całości stroju starszego czarodzieja, młodszy natomiast preferował
zdecydowanie bardziej stonowane kolory, a można nawet stwierdzić, że
monotematyczne.
– A można
było? – zapytał retorycznie. Istniała jeszcze jakaś niewielka iskierka nadziei,
że dyrektor zmieni zdanie i każe mu wracać do Hogwartu.
– Nie…
– Usłyszałem
w twoim głosie wahanie, Albusie. To do zobaczenia we wrześniu…
Już miał
aportować się, gdy poczuł, że dyrektor trzyma go mocno za ramię i nie chce
puścić.
– Nie rób z
siebie męczennika, Severusie! – skarcił go starszy czarodziej. – Nawet nie
zdajesz sobie sprawy z tego jak miło spędzisz ten tydzień. Panna Thompson z
pewnością umili ci każdą złą chwilę – uśmiechnął się. Przypominał teraz
ślicznego cherubinka, co fruwa wśród obłoczków. – Dropsa?
Dopiero po
chwili doszło do Severusa sens słów, które usłyszał. Domyślał się, że Albus
szykuje jakieś niespodzianki, ale nie sądził, że od razu wystrzeli z grubej
rury.
– Sophie…
Znaczy panna Thompson tutaj też jest? Ja protestuję! Nie chcę mieć na głowie!
Wykluczone!
Musiał
zapierać się rękami i nogami, żeby nie mieć styczności z Sophie, a tu jak na
zawołanie będzie ją mieć blisko siebie. Zaklął cicho pod nosem, ale tak, żeby
nikt go nie usłyszał.
– Czeka już
na nas od wczoraj. Nie będziesz jej miał przez cały czas na głowie.
Przynajmniej nie przez najbliższe pięć dni… później owszem; zostawię was
samych. Poradzicie sobie – poklepał Severusa po ramieniu.
– Co?!
Weszli do
hotelu i skierowali się w stronę recepcji.
– Uspokój
się – upomniał go Albus. – Uśmiechaj się na ile pozwala ci to mimika twarzy i
nie odzywaj się niepytany. Teraz nie zależy nam na jakiejkolwiek awanturze –
spojrzał ostrzegawczo na Severusa, a jednocześnie uśmiechając się w stronę
recepcjonistki.
*
Sophie
wyszła z łazienki owinięta w biały, puchowy ręcznik, mokre włosy rozpuściła i
zabrała się za ich rozczesywanie. Kąpiel dobrze jej zrobiła po spacerze wzdłuż
plaży, na który wybrała się po śniadaniu. Zebrała trochę muszelek i wymoczyła
stopy w ciepłej wodzie. Przy okazji podziwiała nagie, muśnięte promieniami
słonecznymi torsy mężczyzn znajdujących się na plaży. Spędziła nad morzem
naprawdę miłe przedpołudnie.
Jednak nie
mogła się doczekać wieczoru.
*
Barwy
Ravenclawu idealnie pasowały Sophie na wykład otwierający konferencję. Czuła
się jakby nadal uczęszczała do Hogwartu i reprezentowała szkołę. Teraz również
zrezygnowała z długiej szaty; kilkoma zaklęciami skróciła strój i dołożyła
kilka brązowych dodatków – szarfę biegnącą od prawego ramienia ku dołowi i różę
przymocowaną do niej. Założyła buty na wysokim obcasie, a różdżkę wetknęła za
podwiązkę i już była gotowa.
Już miała
łapać za klamkę, gdy usłyszała głośne pukanie do drzwi.
Zdziwiło ją
to, gdyż nie umawiała się z profesorem Dumbledorem, a tym bardziej z Regulusem.
Przez chwilę przemknęło jej przez myśl, że to może być pokojówka.
Nie
spodziewała się, że za drzwiami będzie stać… on.
– Dzień
dobry, panno Thompson… Sophie – uśmiechnął się lekko, opierając o framugę
drzwi.
– Niech to
szlag! – zaklęła cicho pod nosem. – Jego tu nie ma, jego tu nie ma. Jego. Tu.
Nie. Ma – powtarzała w kółko jak mantrę, przymykając powieki.
Zamknęła mu
drzwi przed nosem, a kiedy ponownie je otworzyła on nadal tam stał.
– Cholera!
Thompson, co ty wyprawiasz? Chcesz mnie zabić tymi drzwiami? – warknął,
rozmasowując sobie nos.
Wyminęła go
subtelnie, starając się na niego nie patrzeć.
A było, na
czym zawiesić oko, choć przecież większość kobiet uważała Severusa za
brzydkiego. Nie włożył tych szerokich, nietoperzowatych szat, za to miał na
sobie ten sam frak, co na ślubie jej mamy i Toma, białą koszulę i granatowy
krawat. Głęboka czerń materiału idealnie kontrastowała się z jego jasną cerą,
włosy znów związał, choć wolała, gdyby miał je rozpuszczone, może wtedy
bardziej… Nie! To niedorzeczne tak o nim myśleć… – zganiła się.
– Panno
Thompson, ślicznie pani wygląda – nachylił się w jej stronę, kiedy zamykała
drzwi od pokoju.
Merlinie! Jego głos…
Sophie! Opanuj się!
– Odczep
się, Snape! – chciała być niemiła, ale jakoś te słowa nie chciały szybko
przejść jej przez gardło.
Severus
przewrócił oczami i wziął ją pod rękę. Była zszokowana, ale nie wyrywała się.
– Zachowuj
się jak przystało na damę, Thompson. Za chwilę Dumbledore ma cię przedstawić
Nicolasowi Flamelowi. Chyba nie chcesz wyjść na ostatnią idiotkę? –
poinformował ją, idąc w stronę wind. – Graj, choć przez chwilę swoją rolę
mądrej, statecznej czarownicy.
Fuknęła.
– W takim
razie, co pan tu robi? – spytała, kiedy czekali na windę. – Jest pan moją ekhm…
przyzwoitką?
Uśmiechnęła
się wrednie do niego, ale mógł przysiąc, że bawi ją to.
Patrzył się
w jej orzechowe oczy nie mogąc nacieszyć się jej obecnością. Może wcale ten
pobyt w Grecji nie będzie taki zły jak sobie na początku zakładał? Za pięć dni
Albus wyjedzie i przestanie ich nadzorować. A wtedy… Wtedy będzie jeszcze
bardziej musiał się pilnować, żeby nie nadużyć zaufania, które będzie budować
do czasu, kiedy szanowny Dropsoholik nie opuści hotelu.
– Wiesz, że
nie można cię spuścić z oka, bo zaraz wpadasz w kłopoty – westchnął.
– Rycerz od
siedmiu boleści…
Już miał jej
odpowiedzieć jakąś soczystą docinką, ale właśnie otworzyły się drzwi do windy i
weszli do środka. W towarzystwie nie będzie się z nią przecież kłócił, ale
kiedy tylko zostaną sam na sam wyperswaduje jej takie zachowanie w stosunku do
niego.
*
Sophie była
oczarowana całą konferencją i ludźmi, których na niej spotkała. Pięć dni minęło
jak z bicza strzelił. Zapisała kilkanaście mugoskich zeszytów, spędzając dzień
na wykładach. Nie miała czasu nawet spokojnie usiąść i zjeść, bo co chwilę
dochodzili do nich jacyś czarodzieje i z uśmiechem witali się z Dumbledorem i
Snapem, zamieniając z nimi kilka słów. Co poniektórzy zwrócili uwagę i na nią,
dygała wszystkim grzecznie i odpowiadała na zadawane pytania.
Poznała też
najstarszego żyjącego alchemika na świecie.
Nicolas
Flamel jak i jego żona Perenella byli cudownymi ludźmi. Ciepłymi, mądrymi,
służącymi radą za każdym razem. Naprawdę ich polubiła, choć z początku czuła
pewien niepokój. Pilnowała się jak tylko mogła, żeby nie popełnić jakieś gafy.
Szło jej jednak nadzwyczaj dobrze. Dumbledore ją chwalił.
Gorzej
sprawa się miała z Severusem…
Zastanawiała
się, czy dyrektor specjalnie ich tu nie ściągnął. Wiedział przecież, co mogło
się pomiędzy nimi wydarzyć, albo przynajmniej się domyślał. Tak. Albus Dumbledore
wiedział o nich o wiele więcej niż mogłoby się wydawać.
Powoli, z
każdym dniem jak przebywali ze sobą, Sophie pod wpływem jego spojrzenia,
ciekawych konwersacji, komplementów miękła jak masło wyjęte z lodówki. Zaginęły
gdzieś w niej hart ducha, bunt przeciwko zalotom Severusa, runął mur, który
budowała przez te kilkanaście dni, kiedy nie mieli styczności ze sobą.
Przebaczyła
mu historię z Monique, nie mogła mieć do niego pretensji; został przecież
wykorzystany przez Czarnego Pana. Próbowała na wszystkie możliwe sposoby
wytłumaczyć sobie, co zyskiwał Lord Voldemort kłócąc ich ze sobą. Przecież była
tylko jedną z wielu czarownic czystej krwi, która tak naprawdę w niczym nie
mogła mu przeszkodzić. Nic sensownego nie przychodziło jej do głowy. Nawet
dokładnie nie wiedziała, gdzie może ukrywać się teraz najpotężniejszy
czarnoksiężnik świata; „Prorok” dawno nie drukował na jego temat informacji, a
przecież nie zapadł się pod ziemię, skoro Severus dostawał wezwania. Westchnęła
ciężko i włożyła na siebie obszerną czarną szatę z kapturem obszytą srebrną
nitką. Napracowała się nad nią, ale efekt był imponujący. Mogłaby spokojnie
pójść w niej na zebranie Wewnętrznego Kręgu… To głupota! Musiała założyć tego
typu strój, żeby nikt nie rozpoznał jej na tajnym wykładzie o horkruksach.
Wychodząc z pokoju,
dokładnie rozejrzała się po korytarzu. Odetchnęła z ulgą, kiedy stwierdziła, że
jest całkowicie pusty. Założyła kaptur na głowę. Zamknęła drzwi i ruszyła w
kierunku schodów – prawie biegiem, żeby się nie spóźnić i zająć odpowiednie
miejsce; zaszyć się gdzieś, by nikt jej nie poznał i zauważył. Przemykając obok
hotelowego baru zerknęła ukradkiem czy nie ma w nim Mistrza Eliksirów.
Był.
Siedział przy
długiej, lakierowanej ladzie, z głową opartą o położone na niej ręce. Obok
stała butelka z Ognistą. Gdyby miała, choć trochę więcej czasu, mogłaby tam
wejść i go trochę podenerwować, ale przecież nie może spóźnić się na wykład.
Tak jak
myślała – towarzystwo nie było zbyt eleganckie. Wszyscy mieli na sobie czarne,
długie szaty, a na głowach kaptury. Idealnie wtopi się w tłum.
Stanęła na końcu
kolejki i cierpliwie czekała aż nadejdzie jej pora na wejście do jednej z sal znajdujących
się w podziemiach hotelu. W pewnym momencie dostrzegła, że przed drzwiami stoi
dwóch rosłych drabów i sprawdzają ręce. Przyjrzała się uważnie.
Na każdym
lewym przedramieniu widniał… Mroczny Znak!
O cholera! – chciała powiedzieć, ale głos zatrzymał jej się gdzieś w
gardle i nie chciał wydobyć się ani o krok dalej.
Zebranie Śmierciożerców?!
W głowie
miała natłok myśli, kropelki potu wystąpiły jej na czoło, a ręce momentalnie
zrobiły się lodowate. Co robić? Co robić?
– myślała gorączkowo zaciskając prawą dłoń na lewym przedramieniu. Jedynym
wyjściem w tej sytuacji było wyczarowanie sobie fikcyjnego Mrocznego Znaku. Serce
zatrzepotało jej dziwnie w piersi.
Kolejka była
na tyle długa, że spokojnie zdąży wejść na wykład, o ile faktycznie miał nim
być. Z dziwnym spokojem skierowała się do toalet znajdujących się niedaleko. Zamknęła
się na cztery spusty w kabinie i zaczęła majstrować coś przy lewym przedramieniu.
Po kwadransie ujrzała czaszkę z rozwartą szczęką i wychodzącego z niej węża.
Skóra trochę ją piekła i była zaczerwieniona, ale przecież zaklęcie zniknie za
kilka godzin, więc mogła pocierpieć. A jeśli nie zniknie? Nie! Przecież
zastosowała tylko bezpieczne, znane jej zaklęcia niemające nic wspólnego z tym
świrem Voldemortem.
*
Nie było jej.
Na gacie
Merlina, nie było jej!
Uchylił
tylko kawałek rękawa w czarnej szacie i wszedł szybkim krokiem na salę. Nie
chciał się bawić w jakieś niuanse. Znajdował się przecież w Wewnętrznym Kręgu, a
tych dwóch dryblasów z rodziny Goyle’ów nie dorastało mu, nawet do pięt. Oni
prędzej zginą niż staną obok niego.
Rozejrzał
się z uwagą po dość dużej sali, w której panował przyjemny półmrok. Przecież
dał jej wystarczającą ilość czasu na to by się tu zjawiła, poszedł nawet do
baru i udawał, że pije, by tylko nie zawracała mu głowy i obiecał temu
szczeniakowi Regulusowi Blackowi, że szepnie o nim słówko Czarnemu Lordowi,
byle tylko Sophie przyszła na to kretyńskie spotkanie.
W końcu ją
zauważył, siedziała na samym końcu przy jednym z niewielu już pustych stolików
i popijała wino. Musiał przyznać, że kusząco wyglądała w tej długiej, czarnej
szacie ozdobionej srebrną nitką. Ach, tak – kaptur był pewnie założony dla
niepoznaki, ale i tak by ją rozpoznał, nikt nie miał tak wspaniałej figury jak
ona, choć ukrytej pod obszernym ubraniem.
Zastanawiał
się też jak udało jej się tu wejść. Z pewnością dowie się tego później. Nie
przepuści jej spaceru po plaży i szczerej rozmowy.
– Dobry wieczór,
panno Thompson – przywitał się, nachylając się nad nią. Zesztywniała
momentalnie. Uniosła niepewnie wzrok, gdy ich oczy się spotkały, uśmiechnął się
nieznacznie i usiadł na krzesełku obok niej, nie pytając, nawet czy jest ono
wolne.
Wstała
gwałtownie ze swojego miejsca i spojrzała na Severusa z wyższością. Roztaczała wokół
siebie przyjemny zapach.
Zaciągnął się
jednym, mocnym haustem – jaśmin. Podziałało to na jego zmysły, wyostrzone w
przytłumionym świetle.
Już chciała odejść,
ale zatrzymał ją. Miała lodowate ręce.
– Nie
radziłbym – zwrócił się do niej dziwnie spokojnie. Puścił w końcu jej dłoń.
Posłuchała
go i z powrotem usiadła na krześle. Upiła kolejny łyk wina.
– Jak to
możliwe, że jest pan profesorze trzeźwy jak hipogryf, skoro jeszcze pół godziny
temu siedział pan upity w barze? – spojrzała na niego uważnie, mrużąc lekko
powieki. Przysunęła się, jakby chciała sprawdzić czy czuć od niego alkohol.
– Nadinterpretujesz,
Thompson – rzucił niedbale. – Lepiej mi powiedz, skąd wiesz o spotkaniu, hę? I
zdejmij ten kaptur, bo nie jest ci w nim do twarzy. Ze mną nic ci nie grozi –
zapewnił ją.
Dostrzegł niewielki
rumieniec na jej policzkach, kiedy go zdjęła. Włosy miała uczesane w ciasnego
koka, ale i tak kilka kosmyków wydostało się z niego. Wyglądała tak niewinnie.
– Nie pański
interes – fuknęła.
– Uwierz mi,
że mój. Dyrektor powierzył mi ciebie pod opiekę, dlatego muszę wiedzieć – powiedział to z naciskiem.
– Mój, a
raczej nasz znajomy mi o tym powiedział. Zna pan, profesorze Regulusa Blacka? –
zapytała.
Cholera! Więc jednak jej o tym wspomniał… Oj niedobrze,
niedobrze…
– Owszem…
Wiec jak się tu dostałaś? – dalej chciał drążyć temat.
– Cśśś… –
przyłożyła palec do ust, przerywając mu. – Obiecuję, że porozmawiamy po wy… Porozmawiamy
potem.
W głowie
miała mętlik, totalny chaos. Ręce lodowate, a na karku czuła kropelki potu.
Znalazł ją; wytropił w tłumie tak samo wyglądających osób. Nie dziwiła mu się,
był w końcu szpiegiem i to podwójnym. Nie miał skrupułów przysiąść się do niej
i prawić jej kazań. Nie była na niego wściekła, raczej ucieszyła się, że przyszedł.
Towarzystwo nie wyglądało na przyjemne, a w zasięgu wzroku nie było Regulusa. Tych
dwóch goryli, dziwnie na nią spojrzało, gdy wchodziła na salę, ale użyła jednego
z firmowych spojrzeń Severusa i odezwała się do nich nieuprzejmie, że jakoby jej
nie poznawali, choć często się widują. Wzruszyli ramionami i wpuścili do środka,
przelotnie spoglądając na wyczarowany Mroczny Znak. Znalazła prędko ustronne miejsce.
Po chwili pojawił się kelner i nalał jej kieliszek wina. Picie nie było dobrym
pomysłem, ale ją trochę uspokoiło i rozluźniło. Przechyliła od razu cały
kieliszek. Natychmiast został zapełniony i znów upiła łyk. I wtedy pojawił się…
on.
Nie miał
założonego kaptura, ale był w swoich firmowych szatach. I on z pogardą zwrócił
się do dwóch osiłków pilnujących drzwi. A potem dostrzegł ją…
Starała się
traktować go chłodno i z dystansem, ale w duchu chciała przytulić się do niego
i podziękować, że przyszedł. Może uda jej się wyciągnąć go na spacer. Jeszcze
nigdy nie pływała w morzu o północy.
Zupełnie nie
przysłuchiwała się, o czym mówi wysoki gość z brodą o pociągłej, szczurzej
twarzy. Myślała jak wyciągnąć Severusa na plażę. Nagle doszły do jej uszu
szczątki przemówienia mężczyzny:
– Nie
miejcie dla nikogo litości. Nie patrzcie czy jest szlamą czy czarownicą, choć
te traktujcie trochę lepiej. Dopiero Czarny Pan zdecyduje, jaki los je czeka… ulżyjcie
swoim żądzom, przyjaciele.
Opowiadał
jeszcze chwilę o tym jak to mają się zrelaksować i jakie techniki stosować.
Rozległy się
gromkie brawa, kiedy skończył.
Co za potworność! – myślała. Nieźle się dała wrobić,
dobrze, że on z nią jest…
Sophie
siedziała tam przestraszona i nawet nie zauważyła, że ściska dłoń Severusa.
–
Przepraszam – bąknęła zmieszana, puszczając go i wypijając do końca wino.
– Może
trochę za dużo wina, co? – spytał, patrząc na pusty kieliszek.
– Możemy stąd
iść. Nie podoba mi się tu.
Była
przestraszona. Trzęsły się jej ręce, kiedy zakładała na głowę kaptur.
– No
wreszcie wrócił ci rozum, Sophie – rzucił Severus.
Lekko się
zachwiała na nogach, gdy wstawała. Przytrzymał ją, żeby się nie przewróciła.
Dopiero odetchnęła
pełną piersią, kiedy wyszli z dusznej, zadymionej sali. Mistrz Eliksirów cały
czas trzymał ją pod rękę.
– Może poszlibyśmy
się przewietrzyć? – zaproponowała słabym głosem, patrząc na niego wyczekująco.
– Też o tym
pomyślałem, panno Thompson… Sophie. Przyda nam się trochę świeżego powietrza. Jesteś
strasznie blada.
Przytaknęła,
przełykając głośno ślinę.
Wyszli z
hotelu kierując się ku szerokiej plaży o jasnym piasku.
*
Gubię się już w tej rzymskiej numeracji...
Chcę żeby w końcu nadeszło prawdziwe lato, a nie takie COŚ, co mamy za oknem...
Mam WENA na 50 rozdział:)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz