wtorek, 14 sierpnia 2012

XLIX

Dedykacja dla: Bell.

Ateny przywitały Sophie piękną, słoneczną i gorącą pogodą. Przeteleportowała się na jedną z bocznych, wąskich uliczek, przy której znajdowały się pobielone kamieniczki z kolorowymi kwiatami w maleńkich oknach. Cień rzucany przez budynki, dawał trochę ochłody, ale nie na długo, gdyż dziewczyna wyszła z labiryntów domów i skierowała się w stronę hotelu, gdzie miała się odbyć konferencja.
Gmach hotelu był imponujący. Dziesięć pięter, setki okien wychodzących na szeroką plażę z jasnym piaskiem, czerwony dywan, hotelowi chłopcy kręcący się przed wejściem, czekali na ważnych, zdezorientowanych gości. Od tego wszystkiego zakręciło się dziewczynie w głowie, co zauważył jeden z boyów ubrany w nienaganny uniform ze złotymi guzikami i podszedł do niej pytając czy w czymś nie pomóc. Zapewniła go, że sobie poradzi, po czym weszła do hotelu, gdy szklane drzwi rozsunęły się przed nią.
W ogromnym holu pomalowanym na bordowo ze złotymi i srebrnymi dodatkami tłoczyła się spora grupka czarodziejów, jeśli sporą grupką można nazwać dwustu może trzystu ludzi. Znów poczuła jak kręci jej się w głowie od nadmiaru wrażeń. Chciała jak najszybciej znaleźć się jak najdalej od takich przestrzeni, w cichym pokoju ze szklanką zimnej lemoniady, ale najpierw musiała się rozprawić z recepcjonistką i rezerwacją, którą miał załatwić Dumbledore.
Przeszła obok ogromnej fontanny stojącej na środku, z której w równych odstępach czasu wytryskiwała woda. Niepewnie stanęła naprzeciwko niskiej blondynki w zielonej szacie, niewyglądającej zupełnie na Greczynkę.
– Dzień dobry, w czym mogłabym pani pomóc? – spytała śpiewnym głosem po angielsku.
– Miałam zarezerwowany pokój na nazwisko Thompson.
– Proszę wpisać się do księgi gości i podać mi swoją różdżkę.
Sophie uczyniła to, o co poprosiła ją recepcjonistka, musiała poczekać chwilę na uzyskanie klucza. Rozglądała się z zaciekawieniem po holu, chłonąc atmosferę, jaka panowała w środku, trochę przyzwyczaiła się już do gwaru panującego w hotelu.
Nagle doznała dziwnego uczucia; serce zaczęło jej szybciej bić, a w oczach lekko pociemniało. Zdawało jej się, że do wind, prawie biegiem, kieruje się… Severus. Nie, to nie mógł być on… Tylu ludzi się tu kręciło, że na pewno go z kimś pomyliła. Ale czy Severusa dało się w ogóle z kimś pomylić? On był jeden, jedyny, wyjątkowy i niepowtarzalny.
Tęskniła za nim. Ale czy miała do tego prawo? Nigdy tak naprawdę nie byli razem. Nie zaproponował jej tego, nawet gdy już wiedziała, że będzie zdawać OWTMy o rok wcześniej niż to wypadało.
Ale czy on tęsknił za nią? W ich ostatnim pocałunku czuła jego pragnienie, które ją zabolało. Nie spodziewała się, że nadal chciałby, żeby coś ich łączyło; chociażby cienka nić…
– Przepraszam – głośne chrząknięcie wyrwało dziewczynę z zamyślenia. – Wszystko się zgadza. To jest klucz – położyła czarną kartę z paskiem magnetycznym. – Pokój sto siedem na piątym piętrze. Restauracja znajduje się na pierwszym piętrze, jest otwarta od ósmej rano do dziesiątej wieczorem, obiady wydawane są od pierwszej do piątej po południu. Śniadania i kolacje są w formie szwedzkiego stołu – poinformowała Krukonkę.
– Dziękuję – uśmiechnęła się lekko oszołomina i wzięła do ręki kartę oraz różdżkę. – A czy Albus Dumbledore już się zameldował się w hotelu? – spytała, gdy już miała odchodzić.
– Nie jeszcze go nie widziałam.
– Dziękuję raz jeszcze.
– Miłego dnia pani życzę – odezwała się wesoło recepcjonistka.
Sophie udała się w stronę wind. Z lekkim niepokojem nacisnęła guzik ze strzałką do góry i czekała aż któreś z drzwi się rozsuną by weszła do środka. Nie lubiła tego typu przemieszczania się po budynkach, wolała iść po stromych schodach z zawiązanymi oczami i tyłem niż jechać windą. Stanowczo nie tolerowała zamkniętych, ciasnych i dusznych pomieszczeń; przytłaczały ją – były bez szansy na ucieczkę. Na szczęście w środku znajdował się starszy windziarz, ubrany podobnie jak hotelowi chłopcy stojący na zewnątrz. Nie czuła się już tak niepewnie jak przed chwilą, gdy oprócz niej do windy wsiadło jeszcze osiem osób. Podróż trwała zaledwie kilka sekund, zdecydowanie nie zdążyłaby nawet powiedzieć „Konstantynopolitańczykowianeczka”.
Wysiadła na czwartym piętrze i udała się w stronę swojego pokoju, mijając na korytarzu wiele znanych osób, których twarze widywała często na pierwszej stronie „Proroka Codziennego”, „Czarownicy” czy innych poczytnych pismach wydawanych w czarodziejskim świecie.
Było jej głupio, że i ona znalazła się w tak znamienitym gronie. Przecież nie miała za grosz doświadczenia. Bo czym tak naprawdę były godziny spędzane z Seve… ze Snapem, w porównaniu z wiedzą, którą dysponowali ci czarodzieje? Niczym… I ten nieszczęsny konkurs, który przerwał jej wypadek. Nie pomógł jej zbytnio…
Minęło już tyle czasu, a ona nadal nie mogła sobie przypomnieć części swojego życia. Z wiedzą nie miała problemów, pamiętała najbardziej trudne słowa po łacinie, przepisy z ksiąg dziadka, które przeglądała, będąc dzieckiem, ale pamięć szwankowała z wydarzeniami z poprzednich kilku lat. Czasem miała przebłyski; pierwsze latanie na miotle; pierwszy wybuch kociołka i polanie eliksirem rozdymającym ogona Mathilde, kota Cecile.
Ach, Cecile!
Czuła, że nią zaniedbuje. Co prawda pisały do siebie regularnie, ale jakoś nie było możliwości spotkania się. Bardzo brakowało jej kogoś bliskiego, kogoś, z kim mogłaby swobodnie porozmawiać, pośmiać się. W listach nie umiała się otworzyć. Wiele razy chciała zapytać Cecile o zdanie, ale jakoś pióro nie współgrało z jej uczuciami.
Znalazła w końcu pokój o numerze sto siedem, przytknęła kartę do klamki i pchnęła ją. W pomieszczeniu znajdowało się ogromne łóżko; mogłyby się na nim spokojnie zmieścić cztery osoby, a przynajmniej trzy pokaźniej postury, choć gajowemu Hagridowi z pewnością wystawałyby nogi. Po obu stronach ustawiono małe szafki nocne z lampkami. Szafa na ubrania oraz lustro pojawiały się, kiedy dziewczyna naciskała guzik na pilocie, znalezionym na szklanym stoliku stojącym przy kanapie.
Napisała mamie, że szczęśliwie dotarła na miejsce i bardzo jej się tu podoba. Bo na serio jej się podobało. Miała piękny widok na morze i plażę, w łazience mogła się relaksować w dużej wannie, a przecież spędzenie całego tygodnia w towarzystwie najznakomitszych osobowości z pewnością wyjdzie jej na dobre. Mogła się przecież tyle nauczyć. Oglądała z uwagą program konferencji i zaznaczała sobie piórem z czerwonym atramentem wykłady, którymi była zainteresowana. Pomijała tylko te z wróżbiarstwa i astronomii, uważała, że chodzenie na nie to strata czasu.

*

Poranek następnego dnia był równie gorący jak poprzedni, dlatego Sophie miała trudności z wybraniem odpowiedniej garderoby, w której mogłaby się pokazać publicznie. Wszystkie szaty, które wisiały w szafie nie nadawały się na taką pogodę, nawet jeśli sale wykładowe miałyby dobrą wentylację.
Wyjęła kawałek kartki i pióro, usadowiła się na kanapie. Zrobiła na środku kartki grubą kreskę i napisała na górze po jednej stronie „za”, a po drugiej „przeciw”. Po chwili rozległ się charakterystyczny dźwięk chrobotania stalówki po papierze. Kiedy rozpatrzyła wszystkie możliwe punkty na swojej liście, doszła do wniosku, że ma w nosie, co inni będą o niej mówić; ważne, że będzie jej chłodno.
Zeszła na śniadanie, tak zeszła, nie zjechała windą, bo gdy okazało się, że windziarza nie ma w środku, a nikt nie kwapił się by wsiąść z nią razem to tej przeklętej puszki. Przynajmniej od samego rana nie musiała dostawać palpitacji serca, a trochę ruchu jej się przyda.
Pierwsze wykłady rozpoczynały się dopiero po południu, gdyż większość uczestników konferencji nie pojawiła się jeszcze w hotelu. Sophie zbytnio się nie zdziwiła, że restauracja, trzy razy większa niż Wielka Sala, świeciła pustkami w porze śniadania.
Kilka ciekawskich par oczu zwróciło uwagę na Krukonkę. Szata, którą dziewczyna miała na sobie przypominała bardziej mugolskie ubranie niż magiczne, ale przynajmniej było jej chłodno. Krótka do kolan lekko rozkloszowana spódnica w kolorze skórki ogórka idealnie komponowała się z górą ubioru. Odkryte ramiona i dość głęboki dekolt w karo skutecznie przyciągał męskie spojrzenia.
Miała nadzieję, że Dumbledore nie wyrzuci jej na zbity pysk za taki ubiór. Zanim jednak do tego dojdzie będzie mogła nacieszyć się tym urokliwym miejscem i porządnie się naje.
– Dzień dobry, Sophie – po jakimś czasie usłyszała za sobą znajomy głos. Serce jakoś nienaturalnie zatrzepotało jej w piersi, kiedy ujrzała Regulusa, młodszego brata Syriusza Blacka, który za liczne morderstwa odsiadywał karę w Azkabanie. – Mogę się przysiąść?
Stał z talerzem napełnionym różnymi przysmakami i uśmiechał się do niej. W szarych oczach dostrzegła dziwny błysk.
– Pan Black! Dzień dobry. Oczywiście, że może pan usiąść – próbowała ukryć zdziwienie. Jego tu się nie spodziewała!
– Proszę nie nazywaj mnie „panem Blackiem”; jestem Regulus. Chyba nie wyglądam aż tak staro? – zaśmiał się, sadowiąc się na krzesełku naprzeciwko niej.
– Och, nie…
– Rozumiem, że po prostu jesteś dobrze wychowana, a do tego piękna – położył swoją dłoń na jej dłoni.
Momentalnie odsunęła rękę ze stołu i schowała ją pod stolik, rumieniąc się przy tym.
– Co… Co cię sprowadza do Aten? Też przyjechałeś na konferencję? – spytała zaciekawiona, zmieniając subtelnie temat.
Skinął głową, gdyż właśnie przeżuwał łososia. Odezwał się dopiero, kiedy przełknął.
– Miałem tu do załatwienia kilka spraw, a przy okazji zostanę na konferencji. W tej edycji naprawdę mają interesujące wykłady – wyciągnął z kieszeni czarnej koszuli złożony na cztery pergamin. – Na przykład ten o horkruksach…
Sophie o mały włos by się nie zakrztusiła pitym właśnie sokiem.
– O horkruksach? Nie wiedziałam, że takie tematy też będą wygłaszane… Mogę zobaczyć program, bo swojego jeszcze nie dostałam od profesora Dumbledore’a.
Podał dziewczynie pergamin.
– Dumbledore też tu jest? – duże zdziwienie malowało się na jego przystojnej twarzy.
Przytaknęła.
Sophie przez chwilę uważanie śledziła program konferencji. Niby był podobny do tego, który sama czytała wczorajszego wieczoru, jednak kilka spotkań z pewnością było pominięte w jej spisie.
– Regulusie, czy mogłabym pożyczyć go na chwilę i bardziej się w nim zagłębić? Oddałabym ci go powiedzmy po wykładzie otwierającym – uśmiechnęła się uroczo i poprawiła sobie ramiączko od szaty, które się zsunęło.
Taki zabieg podziałał na Blacka natychmiastowo. Zgodził się bez jakiegokolwiek szemrania.
Zadowolona z siebie pożegnała się z Regulusem i wróciła do swojego pokoju, zastanawiając się, dlaczego też dostała okrojony program konferencji.

*

Severus przeklinał w duchu Slytherina, Merlina, Flamela, Grindelwalda, Riddle’a, a najwięcej Dumbledore’a za to, że kazał mu przyjechać w sezonie letnim do Grecji.
Przeciskał się właśnie magicznymi ulicami Aten i co chwila ktoś z tego piekielnego tłumu turystów musiał go szturchnąć albo nadepnąć.
Widmo Avady wisiało w powietrzu!
Szczęściem dla czarodziejów znajdujących się obok niego, że Snape zdołał wydostać się na trochę luźniejszą uliczkę, gdzie miał spotkać się z Albusem. Dopiero, kiedy wyszedł zupełnie z labiryntu białych kamieniczek i ruszył w stronę hotelu, humor mu się trochę poprawił, bo im bliżej było plaży, tym mógł podziwiać więcej półnagich kobiecych ciał.
Dyrektor czekał na niego pod ogromnym hotelem.
– Severusie, myślałem już, że zrezygnowałeś – odezwał się pogodnie, poprawiając słomkowy kapelusz z dużym rondem.
Według Mistrza Eliksirów wesoła mina Albusa nie wróżyła nic dobrego, a ubiór to jeszcze potwierdzał.
Ubranie Albusa Dumbledore’a było zupełnym przeciwieństwem szat Severusa Snape’a – kanarkowy był widocznie ostatnim krzykiem mody, a szeroka seledynowa lamówka dopełniała całości stroju starszego czarodzieja, młodszy natomiast preferował zdecydowanie bardziej stonowane kolory, a można nawet stwierdzić, że monotematyczne.
– A można było? – zapytał retorycznie. Istniała jeszcze jakaś niewielka iskierka nadziei, że dyrektor zmieni zdanie i każe mu wracać do Hogwartu.
– Nie…
– Usłyszałem w twoim głosie wahanie, Albusie. To do zobaczenia we wrześniu…
Już miał aportować się, gdy poczuł, że dyrektor trzyma go mocno za ramię i nie chce puścić.
– Nie rób z siebie męczennika, Severusie! – skarcił go starszy czarodziej. – Nawet nie zdajesz sobie sprawy z tego jak miło spędzisz ten tydzień. Panna Thompson z pewnością umili ci każdą złą chwilę – uśmiechnął się. Przypominał teraz ślicznego cherubinka, co fruwa wśród obłoczków. – Dropsa?
Dopiero po chwili doszło do Severusa sens słów, które usłyszał. Domyślał się, że Albus szykuje jakieś niespodzianki, ale nie sądził, że od razu wystrzeli z grubej rury.
– Sophie… Znaczy panna Thompson tutaj też jest? Ja protestuję! Nie chcę mieć na głowie! Wykluczone!
Musiał zapierać się rękami i nogami, żeby nie mieć styczności z Sophie, a tu jak na zawołanie będzie ją mieć blisko siebie. Zaklął cicho pod nosem, ale tak, żeby nikt go nie usłyszał.
– Czeka już na nas od wczoraj. Nie będziesz jej miał przez cały czas na głowie. Przynajmniej nie przez najbliższe pięć dni… później owszem; zostawię was samych. Poradzicie sobie – poklepał Severusa po ramieniu.
– Co?!
Weszli do hotelu i skierowali się w stronę recepcji.
– Uspokój się – upomniał go Albus. – Uśmiechaj się na ile pozwala ci to mimika twarzy i nie odzywaj się niepytany. Teraz nie zależy nam na jakiejkolwiek awanturze – spojrzał ostrzegawczo na Severusa, a jednocześnie uśmiechając się w stronę recepcjonistki.

*

Sophie wyszła z łazienki owinięta w biały, puchowy ręcznik, mokre włosy rozpuściła i zabrała się za ich rozczesywanie. Kąpiel dobrze jej zrobiła po spacerze wzdłuż plaży, na który wybrała się po śniadaniu. Zebrała trochę muszelek i wymoczyła stopy w ciepłej wodzie. Przy okazji podziwiała nagie, muśnięte promieniami słonecznymi torsy mężczyzn znajdujących się na plaży. Spędziła nad morzem naprawdę miłe przedpołudnie.
Jednak nie mogła się doczekać wieczoru.

*

Barwy Ravenclawu idealnie pasowały Sophie na wykład otwierający konferencję. Czuła się jakby nadal uczęszczała do Hogwartu i reprezentowała szkołę. Teraz również zrezygnowała z długiej szaty; kilkoma zaklęciami skróciła strój i dołożyła kilka brązowych dodatków – szarfę biegnącą od prawego ramienia ku dołowi i różę przymocowaną do niej. Założyła buty na wysokim obcasie, a różdżkę wetknęła za podwiązkę i już była gotowa.
Już miała łapać za klamkę, gdy usłyszała głośne pukanie do drzwi.
Zdziwiło ją to, gdyż nie umawiała się z profesorem Dumbledorem, a tym bardziej z Regulusem. Przez chwilę przemknęło jej przez myśl, że to może być pokojówka.
Nie spodziewała się, że za drzwiami będzie stać… on.
– Dzień dobry, panno Thompson… Sophie – uśmiechnął się lekko, opierając o framugę drzwi.
– Niech to szlag! – zaklęła cicho pod nosem. – Jego tu nie ma, jego tu nie ma. Jego. Tu. Nie. Ma – powtarzała w kółko jak mantrę, przymykając powieki.
Zamknęła mu drzwi przed nosem, a kiedy ponownie je otworzyła on nadal tam stał.
– Cholera! Thompson, co ty wyprawiasz? Chcesz mnie zabić tymi drzwiami? – warknął, rozmasowując sobie nos.
Wyminęła go subtelnie, starając się na niego nie patrzeć.
A było, na czym zawiesić oko, choć przecież większość kobiet uważała Severusa za brzydkiego. Nie włożył tych szerokich, nietoperzowatych szat, za to miał na sobie ten sam frak, co na ślubie jej mamy i Toma, białą koszulę i granatowy krawat. Głęboka czerń materiału idealnie kontrastowała się z jego jasną cerą, włosy znów związał, choć wolała, gdyby miał je rozpuszczone, może wtedy bardziej… Nie! To niedorzeczne tak o nim myśleć… – zganiła się.
– Panno Thompson, ślicznie pani wygląda – nachylił się w jej stronę, kiedy zamykała drzwi od pokoju.
Merlinie! Jego głos…
Sophie! Opanuj się!
– Odczep się, Snape! – chciała być niemiła, ale jakoś te słowa nie chciały szybko przejść jej przez gardło.
Severus przewrócił oczami i wziął ją pod rękę. Była zszokowana, ale nie wyrywała się.
– Zachowuj się jak przystało na damę, Thompson. Za chwilę Dumbledore ma cię przedstawić Nicolasowi Flamelowi. Chyba nie chcesz wyjść na ostatnią idiotkę? – poinformował ją, idąc w stronę wind. – Graj, choć przez chwilę swoją rolę mądrej, statecznej czarownicy.
Fuknęła.
– W takim razie, co pan tu robi? – spytała, kiedy czekali na windę. – Jest pan moją ekhm… przyzwoitką?
Uśmiechnęła się wrednie do niego, ale mógł przysiąc, że bawi ją to.
Patrzył się w jej orzechowe oczy nie mogąc nacieszyć się jej obecnością. Może wcale ten pobyt w Grecji nie będzie taki zły jak sobie na początku zakładał? Za pięć dni Albus wyjedzie i przestanie ich nadzorować. A wtedy… Wtedy będzie jeszcze bardziej musiał się pilnować, żeby nie nadużyć zaufania, które będzie budować do czasu, kiedy szanowny Dropsoholik nie opuści hotelu.
– Wiesz, że nie można cię spuścić z oka, bo zaraz wpadasz w kłopoty – westchnął.
– Rycerz od siedmiu boleści…
Już miał jej odpowiedzieć jakąś soczystą docinką, ale właśnie otworzyły się drzwi do windy i weszli do środka. W towarzystwie nie będzie się z nią przecież kłócił, ale kiedy tylko zostaną sam na sam wyperswaduje jej takie zachowanie w stosunku do niego.

*

Sophie była oczarowana całą konferencją i ludźmi, których na niej spotkała. Pięć dni minęło jak z bicza strzelił. Zapisała kilkanaście mugoskich zeszytów, spędzając dzień na wykładach. Nie miała czasu nawet spokojnie usiąść i zjeść, bo co chwilę dochodzili do nich jacyś czarodzieje i z uśmiechem witali się z Dumbledorem i Snapem, zamieniając z nimi kilka słów. Co poniektórzy zwrócili uwagę i na nią, dygała wszystkim grzecznie i odpowiadała na zadawane pytania.
Poznała też najstarszego żyjącego alchemika na świecie.
Nicolas Flamel jak i jego żona Perenella byli cudownymi ludźmi. Ciepłymi, mądrymi, służącymi radą za każdym razem. Naprawdę ich polubiła, choć z początku czuła pewien niepokój. Pilnowała się jak tylko mogła, żeby nie popełnić jakieś gafy. Szło jej jednak nadzwyczaj dobrze. Dumbledore ją chwalił.
Gorzej sprawa się miała z Severusem…
Zastanawiała się, czy dyrektor specjalnie ich tu nie ściągnął. Wiedział przecież, co mogło się pomiędzy nimi wydarzyć, albo przynajmniej się domyślał. Tak. Albus Dumbledore wiedział o nich o wiele więcej niż mogłoby się wydawać.
Powoli, z każdym dniem jak przebywali ze sobą, Sophie pod wpływem jego spojrzenia, ciekawych konwersacji, komplementów miękła jak masło wyjęte z lodówki. Zaginęły gdzieś w niej hart ducha, bunt przeciwko zalotom Severusa, runął mur, który budowała przez te kilkanaście dni, kiedy nie mieli styczności ze sobą.
Przebaczyła mu historię z Monique, nie mogła mieć do niego pretensji; został przecież wykorzystany przez Czarnego Pana. Próbowała na wszystkie możliwe sposoby wytłumaczyć sobie, co zyskiwał Lord Voldemort kłócąc ich ze sobą. Przecież była tylko jedną z wielu czarownic czystej krwi, która tak naprawdę w niczym nie mogła mu przeszkodzić. Nic sensownego nie przychodziło jej do głowy. Nawet dokładnie nie wiedziała, gdzie może ukrywać się teraz najpotężniejszy czarnoksiężnik świata; „Prorok” dawno nie drukował na jego temat informacji, a przecież nie zapadł się pod ziemię, skoro Severus dostawał wezwania. Westchnęła ciężko i włożyła na siebie obszerną czarną szatę z kapturem obszytą srebrną nitką. Napracowała się nad nią, ale efekt był imponujący. Mogłaby spokojnie pójść w niej na zebranie Wewnętrznego Kręgu… To głupota! Musiała założyć tego typu strój, żeby nikt nie rozpoznał jej na tajnym wykładzie o horkruksach.
Wychodząc z pokoju, dokładnie rozejrzała się po korytarzu. Odetchnęła z ulgą, kiedy stwierdziła, że jest całkowicie pusty. Założyła kaptur na głowę. Zamknęła drzwi i ruszyła w kierunku schodów – prawie biegiem, żeby się nie spóźnić i zająć odpowiednie miejsce; zaszyć się gdzieś, by nikt jej nie poznał i zauważył. Przemykając obok hotelowego baru zerknęła ukradkiem czy nie ma w nim Mistrza Eliksirów.
Był.
Siedział przy długiej, lakierowanej ladzie, z głową opartą o położone na niej ręce. Obok stała butelka z Ognistą. Gdyby miała, choć trochę więcej czasu, mogłaby tam wejść i go trochę podenerwować, ale przecież nie może spóźnić się na wykład.
Tak jak myślała – towarzystwo nie było zbyt eleganckie. Wszyscy mieli na sobie czarne, długie szaty, a na głowach kaptury. Idealnie wtopi się w tłum.
Stanęła na końcu kolejki i cierpliwie czekała aż nadejdzie jej pora na wejście do jednej z sal znajdujących się w podziemiach hotelu. W pewnym momencie dostrzegła, że przed drzwiami stoi dwóch rosłych drabów i sprawdzają ręce. Przyjrzała się uważnie.
Na każdym lewym przedramieniu widniał… Mroczny Znak!
O cholera! – chciała powiedzieć, ale głos zatrzymał jej się gdzieś w gardle i nie chciał wydobyć się ani o krok dalej.
Zebranie Śmierciożerców?!
W głowie miała natłok myśli, kropelki potu wystąpiły jej na czoło, a ręce momentalnie zrobiły się lodowate. Co robić? Co robić? – myślała gorączkowo zaciskając prawą dłoń na lewym przedramieniu. Jedynym wyjściem w tej sytuacji było wyczarowanie sobie fikcyjnego Mrocznego Znaku. Serce zatrzepotało jej dziwnie w piersi.
Kolejka była na tyle długa, że spokojnie zdąży wejść na wykład, o ile faktycznie miał nim być. Z dziwnym spokojem skierowała się do toalet znajdujących się niedaleko. Zamknęła się na cztery spusty w kabinie i zaczęła majstrować coś przy lewym przedramieniu. Po kwadransie ujrzała czaszkę z rozwartą szczęką i wychodzącego z niej węża. Skóra trochę ją piekła i była zaczerwieniona, ale przecież zaklęcie zniknie za kilka godzin, więc mogła pocierpieć. A jeśli nie zniknie? Nie! Przecież zastosowała tylko bezpieczne, znane jej zaklęcia niemające nic wspólnego z tym świrem Voldemortem.

*

Nie było jej.
Na gacie Merlina, nie było jej!
Uchylił tylko kawałek rękawa w czarnej szacie i wszedł szybkim krokiem na salę. Nie chciał się bawić w jakieś niuanse. Znajdował się przecież w Wewnętrznym Kręgu, a tych dwóch dryblasów z rodziny Goyle’ów nie dorastało mu, nawet do pięt. Oni prędzej zginą niż staną obok niego.
Rozejrzał się z uwagą po dość dużej sali, w której panował przyjemny półmrok. Przecież dał jej wystarczającą ilość czasu na to by się tu zjawiła, poszedł nawet do baru i udawał, że pije, by tylko nie zawracała mu głowy i obiecał temu szczeniakowi Regulusowi Blackowi, że szepnie o nim słówko Czarnemu Lordowi, byle tylko Sophie przyszła na to kretyńskie spotkanie.
W końcu ją zauważył, siedziała na samym końcu przy jednym z niewielu już pustych stolików i popijała wino. Musiał przyznać, że kusząco wyglądała w tej długiej, czarnej szacie ozdobionej srebrną nitką. Ach, tak – kaptur był pewnie założony dla niepoznaki, ale i tak by ją rozpoznał, nikt nie miał tak wspaniałej figury jak ona, choć ukrytej pod obszernym ubraniem.
Zastanawiał się też jak udało jej się tu wejść. Z pewnością dowie się tego później. Nie przepuści jej spaceru po plaży i szczerej rozmowy.
– Dobry wieczór, panno Thompson – przywitał się, nachylając się nad nią. Zesztywniała momentalnie. Uniosła niepewnie wzrok, gdy ich oczy się spotkały, uśmiechnął się nieznacznie i usiadł na krzesełku obok niej, nie pytając, nawet czy jest ono wolne.
Wstała gwałtownie ze swojego miejsca i spojrzała na Severusa z wyższością. Roztaczała wokół siebie przyjemny zapach.
Zaciągnął się jednym, mocnym haustem – jaśmin. Podziałało to na jego zmysły, wyostrzone w przytłumionym świetle.
Już chciała odejść, ale zatrzymał ją. Miała lodowate ręce.
– Nie radziłbym – zwrócił się do niej dziwnie spokojnie. Puścił w końcu jej dłoń.
Posłuchała go i z powrotem usiadła na krześle. Upiła kolejny łyk wina.
– Jak to możliwe, że jest pan profesorze trzeźwy jak hipogryf, skoro jeszcze pół godziny temu siedział pan upity w barze? – spojrzała na niego uważnie, mrużąc lekko powieki. Przysunęła się, jakby chciała sprawdzić czy czuć od niego alkohol.
– Nadinterpretujesz, Thompson – rzucił niedbale. – Lepiej mi powiedz, skąd wiesz o spotkaniu, hę? I zdejmij ten kaptur, bo nie jest ci w nim do twarzy. Ze mną nic ci nie grozi – zapewnił ją.
Dostrzegł niewielki rumieniec na jej policzkach, kiedy go zdjęła. Włosy miała uczesane w ciasnego koka, ale i tak kilka kosmyków wydostało się z niego. Wyglądała tak niewinnie.
– Nie pański interes – fuknęła.
– Uwierz mi, że mój. Dyrektor powierzył mi ciebie pod opiekę, dlatego muszę wiedzieć – powiedział to z naciskiem.
– Mój, a raczej nasz znajomy mi o tym powiedział. Zna pan, profesorze Regulusa Blacka? – zapytała.
Cholera! Więc jednak jej o tym wspomniał… Oj niedobrze, niedobrze…
– Owszem… Wiec jak się tu dostałaś? – dalej chciał drążyć temat.
– Cśśś… – przyłożyła palec do ust, przerywając mu. – Obiecuję, że porozmawiamy po wy… Porozmawiamy potem.
W głowie miała mętlik, totalny chaos. Ręce lodowate, a na karku czuła kropelki potu. Znalazł ją; wytropił w tłumie tak samo wyglądających osób. Nie dziwiła mu się, był w końcu szpiegiem i to podwójnym. Nie miał skrupułów przysiąść się do niej i prawić jej kazań. Nie była na niego wściekła, raczej ucieszyła się, że przyszedł. Towarzystwo nie wyglądało na przyjemne, a w zasięgu wzroku nie było Regulusa. Tych dwóch goryli, dziwnie na nią spojrzało, gdy wchodziła na salę, ale użyła jednego z firmowych spojrzeń Severusa i odezwała się do nich nieuprzejmie, że jakoby jej nie poznawali, choć często się widują. Wzruszyli ramionami i wpuścili do środka, przelotnie spoglądając na wyczarowany Mroczny Znak. Znalazła prędko ustronne miejsce. Po chwili pojawił się kelner i nalał jej kieliszek wina. Picie nie było dobrym pomysłem, ale ją trochę uspokoiło i rozluźniło. Przechyliła od razu cały kieliszek. Natychmiast został zapełniony i znów upiła łyk. I wtedy pojawił się… on.
Nie miał założonego kaptura, ale był w swoich firmowych szatach. I on z pogardą zwrócił się do dwóch osiłków pilnujących drzwi. A potem dostrzegł ją…
Starała się traktować go chłodno i z dystansem, ale w duchu chciała przytulić się do niego i podziękować, że przyszedł. Może uda jej się wyciągnąć go na spacer. Jeszcze nigdy nie pływała w morzu o północy.
Zupełnie nie przysłuchiwała się, o czym mówi wysoki gość z brodą o pociągłej, szczurzej twarzy. Myślała jak wyciągnąć Severusa na plażę. Nagle doszły do jej uszu szczątki przemówienia mężczyzny:
– Nie miejcie dla nikogo litości. Nie patrzcie czy jest szlamą czy czarownicą, choć te traktujcie trochę lepiej. Dopiero Czarny Pan zdecyduje, jaki los je czeka… ulżyjcie swoim żądzom, przyjaciele.
Opowiadał jeszcze chwilę o tym jak to mają się zrelaksować i jakie techniki stosować.
Rozległy się gromkie brawa, kiedy skończył.
Co za potworność! – myślała. Nieźle się dała wrobić, dobrze, że on z nią jest…
Sophie siedziała tam przestraszona i nawet nie zauważyła, że ściska dłoń Severusa.
– Przepraszam – bąknęła zmieszana, puszczając go i wypijając do końca wino.
– Może trochę za dużo wina, co? – spytał, patrząc na pusty kieliszek.
– Możemy stąd iść. Nie podoba mi się tu.
Była przestraszona. Trzęsły się jej ręce, kiedy zakładała na głowę kaptur.
– No wreszcie wrócił ci rozum, Sophie – rzucił Severus.
Lekko się zachwiała na nogach, gdy wstawała. Przytrzymał ją, żeby się nie przewróciła.
Dopiero odetchnęła pełną piersią, kiedy wyszli z dusznej, zadymionej sali. Mistrz Eliksirów cały czas trzymał ją pod rękę.
– Może poszlibyśmy się przewietrzyć? – zaproponowała słabym głosem, patrząc na niego wyczekująco.
– Też o tym pomyślałem, panno Thompson… Sophie. Przyda nam się trochę świeżego powietrza. Jesteś strasznie blada.
Przytaknęła, przełykając głośno ślinę.
Wyszli z hotelu kierując się ku szerokiej plaży o jasnym piasku.

*

Gubię się już w tej rzymskiej numeracji...
Chcę żeby w końcu nadeszło prawdziwe lato, a nie takie COŚ, co mamy za oknem...
Mam WENA na 50 rozdział:)

Komentujcie...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz