Zbudziło
ją dotknięcie czyichś palców i odgarnięcie włosów z twarzy. Mając w pamięci
niedawny sen, powoli otworzyła oczy i spojrzała zaspanym wzrokiem na siedzącego
na łóżku Toma. Ubrany był w bladoniebieską koszulę i czarne spodnie. Uśmiechnął
się do niej i pogładził po policzku.
Na gacie
Merlina! Co on tu robi?
Ogarnęła
ją panika. A może to wcale nie był sen? Zamknęła ponownie powieki i chwilę
oddychała głęboko, żeby się uspokoić.
– Nie
powinnaś tak długo siedzieć nad książkami, Sophie – do jej uszu dobiegł karcący
głos ojczyma. – No i przespałaś naszą kolację.
Przespała
kolację? A więc to był jednak t y l k o sen! Ulżyło jej, gdy zerknęła na siebie
– ubrana była tak samo jak przed zaśnięciem.
–Przepraszam
– bąknęła zmieszana zaspanym głosem.
– Kiedy
nie zjawiłaś się na kolacji, lekko się zaniepokoiłem twoją nieobecnością. Ale
jakie było moje zdziwienie, kiedy wszedłem do biblioteki i ujrzałem cię leżącą
wśród książek i… śpiącą. Nawet dosyć głośno chrapałaś – uśmiechnął się
łobuzersko.
– Ja nie
chrapię, Tom! – obruszyła się. – Właściwie, która jest godzina?
– Za
kwadrans siódma, ale rano. Nie miałem serca, żeby cię budzić, bo tak słodko
spałaś.
Było na
tyle wcześnie, że mogła spokojnie przebrać się jeszcze w piżamę i zdrzemnąć się
ze dwie godziny, ale przecież wykorzysta ten czas w inny sposób – znów będzie
szukać informacji, o które poprosił ją Dumbledore.
– Chciałabym
już zjeść śniadanie, jeśli to nie będzie problem. A potem znów zamknę się w
bibliotece, no chyba, że potrzebujesz ją do innych celów. W takim razie
zabiorę potrzebne książki i będę je studiować tutaj – poinformowała go.
Kiedy
wstawała z drugiej strony łóżka, patrzył na nią; na jej krzywizny i wypukłości,
rozczochrane włosy oraz długą szyję i proste plecy.
Nie
lubił, gdy ofiara, którą sobie upatrzył jakimś cudem znów mu umykała. I to
jeszcze w taki sposób.
Przyszedł
do niej z samego rana, by obudzić ją czułymi pocałunkami. Nie brał tego pod
uwagę, że dziewczyna zbudzi się wcześniej niż on to planował. Niech to wszystko
piekło pochłonie!
– Długo
jeszcze będziesz tu tak siedzieć? – spytała podejrzliwy tonem, spoglądając na
niego. – Nie potrzebuję pomocy przy kąpieli, poradzę sobie – zapewniła go.
Wolał,
żeby jednak tej pomocy potrzebowała.
Niechętnie
podniósł się z łóżka i skierował się w stronę drzwi, cały czas patrząc na swoją
ponętną pasierbicę.
– Nie
musisz mi się tak przyglądać, wiem, że wyglądam jak straszydło. Powiedz
Konradowi, żeby przygotował podwójną porcję jajecznicy; umieram z głodu.
Skłonił
się jak sługa i po cichu wyszedł z jej pokoju.
Sophie
momentalnie z powrotem opadła na łóżko i przykryła głowę poduszką i ciężko
westchnęła.
Nie, to
niedorzeczne!
Jej
ojczym nie mógł się na nią patrzeć w ten sposób!
Może
tylko jej się wydawało, że pożerał ją wzrokiem i szukał jakiejkolwiek
możliwości by dłużej pozostać z nią w pokoju. I do tego jeszcze ten sen…
Jakby
ostrzegawczy…
Tak! Musi
uważać na Toma!
Zwlokła
się z łóżka i poczłapała w stronę ogromnej łazienki z równie pokaźną wanną i
setką kurków w ścianie. Odkręciła jeden z nich, a słodki zapach malin wypełnił
pomieszczenie. Rozebrała się i weszła do wypełnionej po brzegi wodą i pachnącą
pianą wanny. Rozkoszowała się ciszą i spokojem panującym w łazience.
Zastanawiała
się, dlaczego Tom postępuje wobec niej w tak dwuznaczny sposób. Zaczynała
podejrzewać, że jest w niej zakochany. Sama myśl o tym wydała jej się
dziwna i zatrważająca. Nie! Zakochany to zbyt duże słowo. Może oczarowany?
Do brzydkich przecież nie należała, miała czym oddychać i na czym siedzieć jak
żartował z niej dziadek. Pomyślał, że łatwo będzie zbałamucić młodą,
niedoświadczoną gąskę. O co, to nie! Nie da się wmanewrować w żaden podstęp.
Tym bardziej, że jeszcze przecież była jej mama, z którą brał ślub zaledwie
przed dwoma miesiącami, więc do cholery, dlaczego mizdrzył się do niej?
Młodzi
małżonkowie, przynajmniej tak jej się wydawało, powinni przebywać ze sobą
praktycznie przez cały dzień, a nie jedno po krótkim okresie czasu wyjeżdża do
innego kraju, a drugie wcale za nim nie tęskni i co przerażające już szuka
sobie kogoś nowego. Tak nie może być!
Szybko
umyła włosy i wyszła z wanny, wycierając się grubym ręcznikiem.
Będzie
musiała jakoś przekonać Toma, żeby odwiedził mamę w Hiszpanii, nawet jeśli
poprosi ją o coś niestosownego.
*
Biblioteka.
Miejsce
zaciszne, pełne wiedzy i tajemnicy.
Na
solidnych regałach sięgających prawie do sufitu, stało tysiące książek. Małe.
Duże. Grube. Chude. Stare i trochę nowsze. Obite w różnokolorowe skóry.
Wyczuwało
się tu dużą dawkę magii – zupełnie jak w Dziale Zakazanym w hogwarckiej
bibliotece. Niektóre tomy, gdy się ich dotykało, szeptały; wabiły swoim śpiewem
Krukonkę. Cóż to było za rozkoszne uczucie trzymać w rękach woluminy mające
ponad pięćset lat!
Przez
uchylone okno wpadały ciepłe podmuchy letniego, popołudniowego wiatru.
Siedziała,
a raczej leżała na miękkim dywanie i przeglądała kolejną grubą i starą księgę, pisaną
po łacinie. Nadal nic nie mogła znaleźć na temat Czerwonego Zwoju Zaklęć,
rytuału nieśmiertelności i eliksirze Lunga Suna. O kamieniu filozoficznym
wiedziała tyle, co kot napłakał; żadnych konkretnych szczegółów.
Jak miała
napisać, a potem wygłosić referat na Międzynarodowej Konferencji Sztuk
Magicznych?
Niby
Dumbledore powiedział, żeby się nie martwiła o nic, bo wszelkie informacje może
odszukać w szkolnej bibliotece, ale wolała nie kusić losu. Spotkanie z
Severusem było ostatnią rzeczą, o której marzyła…
Nie
zobaczą się już więcej…
Z jednej
strony czuła ulgę, która jak miód oblewała jej serce, ale gdzieś w środku
tkwiła dziwna tęsknota za tymi dobrymi chwilami, które razem przeżyli.
Nie mogła
rozdrapywać starych ran, za długo je leczyła, żeby ot tak po prostu znów się
otworzyły…
Na
konferencję, która odbywała się w Atenach miała teoretycznie przybyć wraz z
samym Albusem Dumbledorem, a praktycznie samotnie, gdyż dyrektor zapowiedział
się dopiero następnego dnia.
Przewróciła
kolejną kartkę i westchnęła poirytowana – znów nic! Nul! Zero!
Ciche
pukanie oderwało na chwilę Sophie od pokaźnego tomiska leżącego na miękkim
dywanie. Podniosła głowę i spojrzała w stronę wysokich, dębowych drzwi, gdzie
wyprostowany, na tyle na ile pozwalał mu to wiek, stał Konrad z dużą srebrną
tacą, na której znajdowały się bułeczki i duża szklanka z sokiem pomarańczowym.
–
Pomyślałem, że może być panienka głodna. Przyniosłem list… Od Albusa
Dumbledore’a – poinformował ją.
–
Dziękuję, Konradzie – uśmiechnęła się. – Proszę połóż tacę i podaj mi list. Jak
zjem, to odniosę ją do kuchni, nie musisz się już kłopotać.
Kamerdyner
spełnił prośbę dziewczyny, skłonił się nisko i wyszedł, zamykając za sobą
drzwi.
Sophie
podniosła się z podłogi, gdzie piętrzyły się książki oraz pergaminy zapełnione
drobnym tekstem i usiała przy biurku na miękkim fotelu, obitym czarną skórzaną
tapicerką. Otworzyła zalakowany list, i jedząc jedną z maślanych bułeczek
przyniesionych przez Konrada, zaczęła go czytać.
*
Mlecznobiała
mgła unosząca się kilkanaście cali nad ziemią, spowiła zielone łąki i biegnącą
pośród ich brudną rzeczkę. Szum czarnej wody przerywał złowieszczą ciszę, której
nawet nie ważył się zakłócać szelest liści, targanych wiatrem. Słońce ostatnimi
promieniami oświetlało okolicę, która z każdą sekundą popadała w coraz
straszliwszą melancholię i zadumę. Ze starego dębu, z przeraźliwym wrzaskiem
wzniosło się w powietrze stado kruków.
W oddali
tej jakże „malowniczej” scenerii znajdowało się miasteczko.
Ostatnia
z wielu fabryk, jaka się tutaj mieściła, splajtowała przed pięcioma laty, a
większość ludzi, których w niej pracowało, przesiadywało teraz w tamtejszych
pubach, upijając się do nieprzytomności. Z młyna górującego wraz z fabrycznymi
kominami też nie zostało zbyt wiele. Podczas silniejszego wiatru skrzydła
budynku jęczały jak dusze cierpiące katusze w piekle.
Spinner
End.
Młoda
kobieta z długimi blond włosami, w zaawansowanej ciąży z zainteresowaniem
spojrzała na tabliczkę z nazwą. Z każdym ruchem ból brzucha stawał się coraz
mniej znośny, a na czole wystąpiły małe kropelki potu.
Nie może
się poddać, gdy jest już tak blisko celu.
Przemierzała
z trudem ulicę, przy której znajdował się rząd takich samych robotniczych
kamienic z czerwonej cegły, wzniesionych dla pracowników fabryk. Rozglądała się
czujnie, stąpając rozważnie po wyłożonej brukiem ulicy, obcasy jej butów
rytmicznie uderzały o podłoże.
W końcu
doszła na sam koniec uliczki, gdzie stało kilka murowanych domków parterowych.
Furtka zaskrzypiała, kiedy ją pchnęła, wchodząc na zaśmiecone podwórze. Przez
brudne, zasłonięte kotarami okno na parterze, prześwitywała niewielka smużka
światła.
Zapukała
trzy razy w drzwi.
Serce
waliło jej teraz jak młot o rozżarzone żelazo. Była bliska omdlenia, musiała
się przytrzymać framugi drzwi, w których stanął wysoki mężczyzna z długimi
czarnymi włosami, zakrywającymi ziemistą twarz. Jego czarne oczy patrzyły na
nią badawczo.
–
Monique, do cholery, co ty tutaj robisz? – odezwał się po chwili.
– Chyba
zaraz urodzę – jęknęła, po czym osunęła się na osłupiałego Snape’a.
*
A na tym
zakończę rozdział:D
Nie będę
takim brutalem, żeby Sophie i Voldzinek mieli WielkąNoc wcześniej niż TO
planowałam, nie mogę tego zrobić Severusowi]:->
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz