wtorek, 14 sierpnia 2012

XLVII

Zbudziło ją dotknięcie czyichś palców i odgarnięcie włosów z twarzy. Mając w pamięci niedawny sen, powoli otworzyła oczy i spojrzała zaspanym wzrokiem na siedzącego na łóżku Toma. Ubrany był w bladoniebieską koszulę i czarne spodnie. Uśmiechnął się do niej i pogładził po policzku.
Na gacie Merlina! Co on tu robi?
Ogarnęła ją panika. A może to wcale nie był sen? Zamknęła ponownie powieki i chwilę oddychała głęboko, żeby się uspokoić.
– Nie powinnaś tak długo siedzieć nad książkami, Sophie – do jej uszu dobiegł karcący głos ojczyma. – No i przespałaś naszą kolację.
Przespała kolację? A więc to był jednak t y l k o sen! Ulżyło jej, gdy zerknęła na siebie – ubrana była tak samo jak przed zaśnięciem.
–Przepraszam – bąknęła zmieszana zaspanym głosem.
– Kiedy nie zjawiłaś się na kolacji, lekko się zaniepokoiłem twoją nieobecnością. Ale jakie było moje zdziwienie, kiedy wszedłem do biblioteki i ujrzałem cię leżącą wśród książek i… śpiącą. Nawet dosyć głośno chrapałaś – uśmiechnął się łobuzersko.
– Ja nie chrapię, Tom! – obruszyła się. – Właściwie, która jest godzina?
– Za kwadrans siódma, ale rano. Nie miałem serca, żeby cię budzić, bo tak słodko spałaś.
Było na tyle wcześnie, że mogła spokojnie przebrać się jeszcze w piżamę i zdrzemnąć się ze dwie godziny, ale przecież wykorzysta ten czas w inny sposób – znów będzie szukać informacji, o które poprosił ją Dumbledore.
– Chciałabym już zjeść śniadanie, jeśli to nie będzie problem. A potem znów zamknę się w bibliotece, no chyba, że potrzebujesz ją do innych celów. W takim razie zabiorę potrzebne książki i będę je studiować tutaj – poinformowała go.
Kiedy wstawała z drugiej strony łóżka, patrzył na nią; na jej krzywizny i wypukłości, rozczochrane włosy oraz długą szyję i proste plecy.
Nie lubił, gdy ofiara, którą sobie upatrzył jakimś cudem znów mu umykała. I to jeszcze w taki sposób.
Przyszedł do niej z samego rana, by obudzić ją czułymi pocałunkami. Nie brał tego pod uwagę, że dziewczyna zbudzi się wcześniej niż on to planował. Niech to wszystko piekło pochłonie!
– Długo jeszcze będziesz tu tak siedzieć? – spytała podejrzliwy tonem, spoglądając na niego. – Nie potrzebuję pomocy przy kąpieli, poradzę sobie – zapewniła go.
Wolał, żeby jednak tej pomocy potrzebowała.
Niechętnie podniósł się z łóżka i skierował się w stronę drzwi, cały czas patrząc na swoją ponętną pasierbicę.
– Nie musisz mi się tak przyglądać, wiem, że wyglądam jak straszydło. Powiedz Konradowi, żeby przygotował podwójną porcję jajecznicy; umieram z głodu.
Skłonił się jak sługa i po cichu wyszedł z jej pokoju.
Sophie momentalnie z powrotem opadła na łóżko i przykryła głowę poduszką i ciężko westchnęła.
Nie, to niedorzeczne!
Jej ojczym nie mógł się na nią patrzeć w ten sposób!
Może tylko jej się wydawało, że pożerał ją wzrokiem i szukał jakiejkolwiek możliwości by dłużej pozostać z nią w pokoju. I do tego jeszcze ten sen
Jakby ostrzegawczy…
Tak! Musi uważać na Toma!
Zwlokła się z łóżka i poczłapała w stronę ogromnej łazienki z równie pokaźną wanną i setką kurków w ścianie. Odkręciła jeden z nich, a słodki zapach malin wypełnił pomieszczenie. Rozebrała się i weszła do wypełnionej po brzegi wodą i pachnącą pianą wanny. Rozkoszowała się ciszą i spokojem panującym w łazience.
Zastanawiała się, dlaczego Tom postępuje wobec niej w tak dwuznaczny sposób. Zaczynała podejrzewać, że jest w niej zakochany. Sama myśl o tym wydała jej się dziwna i zatrważająca. Nie! Zakochany to zbyt duże słowo. Może oczarowany? Do brzydkich przecież nie należała, miała czym oddychać i na czym siedzieć jak żartował z niej dziadek. Pomyślał, że łatwo będzie zbałamucić młodą, niedoświadczoną gąskę. O co, to nie! Nie da się wmanewrować w żaden podstęp. Tym bardziej, że jeszcze przecież była jej mama, z którą brał ślub zaledwie przed dwoma miesiącami, więc do cholery, dlaczego mizdrzył się do niej?
Młodzi małżonkowie, przynajmniej tak jej się wydawało, powinni przebywać ze sobą praktycznie przez cały dzień, a nie jedno po krótkim okresie czasu wyjeżdża do innego kraju, a drugie wcale za nim nie tęskni i co przerażające już szuka sobie kogoś nowego. Tak nie może być!
Szybko umyła włosy i wyszła z wanny, wycierając się grubym ręcznikiem.
Będzie musiała jakoś przekonać Toma, żeby odwiedził mamę w Hiszpanii, nawet jeśli poprosi ją o coś niestosownego.

*

Biblioteka.
Miejsce zaciszne, pełne wiedzy i tajemnicy.
Na solidnych regałach sięgających prawie do sufitu, stało tysiące książek. Małe. Duże. Grube. Chude. Stare i trochę nowsze. Obite w różnokolorowe skóry.
Wyczuwało się tu dużą dawkę magii – zupełnie jak w Dziale Zakazanym w hogwarckiej bibliotece. Niektóre tomy, gdy się ich dotykało, szeptały; wabiły swoim śpiewem Krukonkę. Cóż to było za rozkoszne uczucie trzymać w rękach woluminy mające ponad pięćset lat!
Przez uchylone okno wpadały ciepłe podmuchy letniego, popołudniowego wiatru.
Siedziała, a raczej leżała na miękkim dywanie i przeglądała kolejną grubą i starą księgę, pisaną po łacinie. Nadal nic nie mogła znaleźć na temat Czerwonego Zwoju Zaklęć, rytuału nieśmiertelności i eliksirze Lunga Suna. O kamieniu filozoficznym wiedziała tyle, co kot napłakał; żadnych konkretnych szczegółów.
Jak miała napisać, a potem wygłosić referat na Międzynarodowej Konferencji Sztuk Magicznych?
Niby Dumbledore powiedział, żeby się nie martwiła o nic, bo wszelkie informacje może odszukać w szkolnej bibliotece, ale wolała nie kusić losu. Spotkanie z Severusem było ostatnią rzeczą, o której marzyła…
Nie zobaczą się już więcej…
Z jednej strony czuła ulgę, która jak miód oblewała jej serce, ale gdzieś w środku tkwiła dziwna tęsknota za tymi dobrymi chwilami, które razem przeżyli.
Nie mogła rozdrapywać starych ran, za długo je leczyła, żeby ot tak po prostu znów się otworzyły…
Na konferencję, która odbywała się w Atenach miała teoretycznie przybyć wraz z samym Albusem Dumbledorem, a praktycznie samotnie, gdyż dyrektor zapowiedział się dopiero następnego dnia.
Przewróciła kolejną kartkę i westchnęła poirytowana – znów nic! Nul! Zero!
Ciche pukanie oderwało na chwilę Sophie od pokaźnego tomiska leżącego na miękkim dywanie. Podniosła głowę i spojrzała w stronę wysokich, dębowych drzwi, gdzie wyprostowany, na tyle na ile pozwalał mu to wiek, stał Konrad z dużą srebrną tacą, na której znajdowały się bułeczki i duża szklanka z sokiem pomarańczowym.
– Pomyślałem, że może być panienka głodna. Przyniosłem list… Od Albusa Dumbledore’a – poinformował ją.
– Dziękuję, Konradzie – uśmiechnęła się. – Proszę połóż tacę i podaj mi list. Jak zjem, to odniosę ją do kuchni, nie musisz się już kłopotać.
Kamerdyner spełnił prośbę dziewczyny, skłonił się nisko i wyszedł, zamykając za sobą drzwi.
Sophie podniosła się z podłogi, gdzie piętrzyły się książki oraz pergaminy zapełnione drobnym tekstem i usiała przy biurku na miękkim fotelu, obitym czarną skórzaną tapicerką. Otworzyła zalakowany list, i jedząc jedną z maślanych bułeczek przyniesionych przez Konrada, zaczęła go czytać.

*

Mlecznobiała mgła unosząca się kilkanaście cali nad ziemią, spowiła zielone łąki i biegnącą pośród ich brudną rzeczkę. Szum czarnej wody przerywał złowieszczą ciszę, której nawet nie ważył się zakłócać szelest liści, targanych wiatrem. Słońce ostatnimi promieniami oświetlało okolicę, która z każdą sekundą popadała w coraz straszliwszą melancholię i zadumę. Ze starego dębu, z przeraźliwym wrzaskiem wzniosło się w powietrze stado kruków.
W oddali tej jakże „malowniczej” scenerii znajdowało się miasteczko.
Ostatnia z wielu fabryk, jaka się tutaj mieściła, splajtowała przed pięcioma laty, a większość ludzi, których w niej pracowało, przesiadywało teraz w tamtejszych pubach, upijając się do nieprzytomności. Z młyna górującego wraz z fabrycznymi kominami też nie zostało zbyt wiele. Podczas silniejszego wiatru skrzydła budynku jęczały jak dusze cierpiące katusze w piekle.

Spinner End.

Młoda kobieta z długimi blond włosami, w zaawansowanej ciąży z zainteresowaniem spojrzała na tabliczkę z nazwą. Z każdym ruchem ból brzucha stawał się coraz mniej znośny, a na czole wystąpiły małe kropelki potu.
Nie może się poddać, gdy jest już tak blisko celu.
Przemierzała z trudem ulicę, przy której znajdował się rząd takich samych robotniczych kamienic z czerwonej cegły, wzniesionych dla pracowników fabryk. Rozglądała się czujnie, stąpając rozważnie po wyłożonej brukiem ulicy, obcasy jej butów rytmicznie uderzały o podłoże.
W końcu doszła na sam koniec uliczki, gdzie stało kilka murowanych domków parterowych. Furtka zaskrzypiała, kiedy ją pchnęła, wchodząc na zaśmiecone podwórze. Przez brudne, zasłonięte kotarami okno na parterze, prześwitywała niewielka smużka światła.
Zapukała trzy razy w drzwi.
Serce waliło jej teraz jak młot o rozżarzone żelazo. Była bliska omdlenia, musiała się przytrzymać framugi drzwi, w których stanął wysoki mężczyzna z długimi czarnymi włosami, zakrywającymi ziemistą twarz. Jego czarne oczy patrzyły na nią badawczo.
– Monique, do cholery, co ty tutaj robisz? – odezwał się po chwili.
– Chyba zaraz urodzę – jęknęła, po czym osunęła się na osłupiałego Snape’a.

*

A na tym zakończę rozdział:D
Nie będę takim brutalem, żeby Sophie i Voldzinek mieli WielkąNoc wcześniej niż TO planowałam, nie mogę tego zrobić Severusowi]:->

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz