wtorek, 14 sierpnia 2012

XXXVI

Minął tydzień. Severus chodził jak struty, nawet przygotowywanie eliksirów nie cieszyło go tak, jak kiedyś. Przekleństwami wypełniał ciszę w lochach, która witała go po powrocie z zajęć, a każdego ucznia spotkanego podczas codziennych patroli korytarzy obdarowywał ujemnymi punktami. Codziennie wieczorami czekał na pojawienie się Sophie, jednak Krukonka zawzięła się i nie przychodziła na przygotowania. Nawet rankiem, gdy wychodził pobiegać dziewczyna przeważnie wracała już z joggingu, a na lekcji kierowała do niego jedynie wymuszone konwenanse. Polecenia wykonywała z niebywałą starannością, eliksiry kończyła dużo przed czasem, dlatego jeszcze udawało jej się wyczyścić kociołek i uprzątnąć swoje stanowisko pracy. Wieczorami, kiedy na starym zegarze wskazówki pokazywały godzinę ósmą z nadzieją spoglądał na zamknięte szczelnie drzwi, jednak jak na złość nikt prócz Dumbledore’a się zza nich nie wyłaniał. Żadne prośby, ani groźby wysyłane sowią pocztą nie skutkowały, a osobiście nie miał odwagi pojawić się w Pokoju Wspólnym Ravenclaw’u, aby siłą zaciągnąć uczennicę Domu Roweny do lochów. Taka nutka perswazji z pewnością poprawiłaby obojgu humor, ale w obecnej sytuacji była zdecydowanie nie na miejscu. Przetarł dłońmi oczy. Spojrzał machinalnie w stronę barku, w którym trzymał alkohol. Tak dawno nie pił. Nie było powodu, dla którego miałby sięgać po Ognistą. Albus nie potrzebował na razie szczegółowych informacji dotyczących Tego–Którego–Imienia–Nie–Wolno–Wypowiadać, a Czarny Pan wyjątkowo zajęty był ustalaniem menu na wesele niż szukaniem sposobu na wykończenie Dumbledore’a, a przy okazji Pottera, który bezpiecznie ukryty żył u Dursley’ów.
Co do jego bezpieczeństwa nie był do końca pewien, bo Petunia wraz ze swoim mężem i spasionym synem nie stanowili przyjemnego towarzystwa dla Złotego Chłopca, jednak on nie musiał się tym przejmować. Dla niego syn Jamesa Pottera mógł tamtej październikowej nocy podzielić los ojca, a tym samym uchronić swoją matkę – jego Lily przed zielonym światłem Avady Kedavry. Martwa Evans na nic mu się przydała, za to żywa… Oczami wyobraźni widział ich mały dom z werandą wychodzącą na rzekę, ogród pełen kwiatów, dzieci bawiące się z psem. Koniecznie chciał mieć dwójkę – chłopca o gęstych, ciemnych włosach oraz oczach czarnych niczym węgle i dziewczynkę z anielskim uśmiechem Lily i z tymi ognikami w oczach, kiedy oddawała się jakiemuś ulubionemu zajęciu. Zaśmiał się gorzko. Miał takie… proste, mugolskie marzenia, które nigdy się nie ziszczą, ponieważ popełnił za dużo błędów w swoim życiu. Zbyt wiele by los mógł się jeszcze kiedykolwiek do niego uśmiechnąć.
Wstał. Powoli podszedł do szafki i wyjął z niej butelkę. Przez kilka minut wahał się, czy dobrze robi nalewając sobie szklaneczkę złocistego płynu, ale wspomnienie Lily tak bardzo go przytłaczało. Jednym haustem wypił jej zawartość, potem jeszcze kilka razy postąpił tak samo. Przyjemne pieczenie drażniło go w gardle, zatęsknił za tym uczuciem. Ciepłem, które rozchodziło się leniwie po jego ciele zastępując prawdziwe ciepło, którego tak bardzo potrzebował. Chciał nalać sobie jeszcze jedną kolejkę, jednakże ostatki zdrowego rozsądku nie pozwoliły mu na to.Odstawił butelkę na miejsce i lekko chwiejnym krokiem wrócił do sprawdzania prac średniorocznych, ciężko opadł na fotel. Próbował skoncentrować się na OWUTEMach, ale jego wzrok cały czas skupiony był na zamkniętych drzwiczkach od barku. Zaklął cicho pod nosem. Odwrócił głowę w drugą stronę, gdzie dostrzegł odpakowany prezent od Sophie. Na zielonym papierze znajdowały się miliony szklanych drobinek. Położył go tam dokładnie tydzień temu, kiedy przyszła do niego i go mu dała, a on ze złości rzucił nim w drzwi. Usłyszał brzdęk tłuczonego szkła, gdy już trochę ochłonął postanowił naprawić wyrządzoną szkodę. Niestety „reparo” czy jakieś inne znane mu zaklęcie naprawiające nie działały. Mógł iść do Filiusa, ale nie był na tyle zdesperowany żeby prosić o pomoc karłowatego czarodzieja. A może był? Delikatnie ujął w dłonie papier i popędził w stronę wieży Ravenclawu. Alkohol szumiał w głowie utrudniając racjonalne myślenie, a może właśnie dzięki niemu podjął wreszcie jedną z ważniejszych decyzji. Musiał naprawić to, co zepsuł. Lily nie żyła, ale Sophie nadal była w zasięgu jego możliwości. Zachował się jak palant tamtego wieczoru. Ona chciała dobrze, a on…
„– Czyli dzisiaj nici z przygotowań? – zrobiła usta w podkówkę.
– Thompson! Nie rozumiesz jak się do ciebie mówi? – warknął, wstając zza biurka. – Mam cię własnoręcznie wyrzucić?
– Właściwie… to… To jest prezent dla pana Profesora – nieśmiało wyciągnęła ręce z podarunkiem.
– Prezent? Thompson, czyś ty na głowę upadła?
– No, bo… Bo to jest pamiątka dla pana Profesora z Hiszpanii – powiedziała cicho. – Do niczego nie zobowiązuje –dodała szybko.
– Na brodę Merlina! Thompson, zabierz stąd ten swój prezent i wynoś się! Nie potrzebuje tego typu podchodów! – wydarł się na całe gardło.
– W takim razie, żyj sobie sam w tym swoim grubym pancerzu TY WSTRĘTNY, NIECZUŁY, NIETOPERZU! – krzyknęła równie głośno, po czym wybiegła z płaczem z jego komnaty trzaskając drzwiami.”
Miała rację! Jest wstrętny, nieczuły i nie potrafi nikomu podarować chociażby odrobiny czułości. Nawet sobie. Dwanaście lat temu postanowił, że właśnie taki będzie zimny, niedostępny, cyniczny, w kilka miesięcy do perfekcji opanował Oklumencję i Legilimencję, uczył się dyscypliny, pokonywał trudności losu. Powoli i wytrwale zdobywał zaufanie Czarnego Pana. Szybciej niż Lucjusz stanął w Wewnętrznym Kręgu Śmierciożerców, ale co mu za to przyszło? Nienawiść ze strony Lily, pogardliwe spojrzenia nauczycieli Hogwartu, niechęć do życia. Tylko Albus zobaczył w nim to coś, co pozwoliło mu zaufać Severusowi, albo jemu się tak wydawało. Teraz nie mógł popełnić podobnych błędów. Był mężczyzną, dojrzałym mężczyzną, a nie szczeniakiem, którym rządzą hormony.
Kilkoro drugorocznych Puchonów na widok nauczyciela eliksirów uciekło z krzykiem, a Filch z Panią Norris na rękach ze zdziwieniem wpatrywał się w biegnącego Snape’a.
Zziajany dopadł w końcu do drzwi gabinetu Flitwicka. Zapukał głośno. Odpowiedziała mu tylko głucha cisza. Ponowił czynność jeszcze kilka razy, ale nadal nikt nie zaprosił go od środka.Już miał odchodzić, kiedy zza rogu wyszła Sophie Thompson w towarzystwie nauczyciela zaklęć. Widok był trochę dziwaczny, ponieważ młoda Krukonka trzymała na rękach opiekuna swojego domu, który w dodatku smacznie sobie spał!
– Thompson, do cholery, co to ma znaczyć? Czyżby Flitwick był twoją kolejną zdobyczą? – zapytał akcentując ostatnie słowo. – Nie wiedziałem, że w niższych też gustujesz?
– Profesorze, mógłby Pan zostawić dla siebie te komentarze – spojrzała na niego lodowato. – Właśnie wracam z profesorem Flitwickiem od pani Pomfrey, bo Pańscy wychowankowie postanowili trochę się rozerwać i znaleźli sobie obiekt do zabawy – wskazała na śpiącego nauczyciela zaklęć. – Gdyby nie moja szybka interwencja, w tym momencie można już byłoby szykować ceremonię pogrzebową dla profesora Flitwicka. A teraz przepraszam, bo muszę zanieść chorego do jego łóżka. Taka pozycja nie służy jego nadwerężonemu kręgosłupowi – ominęła lekko oszołomionego jej zachowaniem Severusa, otworzyła zaklęciem drzwi, po czym zamknęły się one z cichym trzaśnięciem.
Postanowił, że na nią poczeka. Musiał się dowiedzieć, kto spowodował atak na Filiusa. Mijały minuty, a dziewczyna nadal siedziała w gabinecie swojego opiekuna. Zapomniał już właściwie po, co tu przyszedł. A prezent, a właściwie jego resztki zostały zmniejszone i włożone pospiesznie do kieszeni szaty, kiedy ujrzał swoją uczennicę idącą korytarzem. Nie mógł dłużej czekać. Z impetem wszedł do gabinetu swojego kolegi z pracy i oniemiał! Sophie Thompson siedziała przy biurku nauczyciela zaklęć i czytała z zaciekawieniem jakąś opasłą książkę. Nawet nie zwróciła uwagi, że Mistrz Eliksirów stanął naprzeciwko niej i wpatrywał się w nią ciskając pod nosem przekleństwami.
– Dobrze się bawisz? – zapytał w końcu.
– Słucham? – odpowiedziała mu pytaniem na pytanie podnosząc głowę znad lektury.
– Pytam, czy dobrze się bawisz? Thompson, nie wiem, dlaczego akurat Tiara przydzieliła cię do Ravenclawu, ale w zupełności twoje roztargnienie pasowałoby do ucznia Pomony Sprout – zironizował.
– Nie rozumiem, do czego zmierza pan, profesorze? Muszę poczekać chwilę aż leki zaczną działać, a dopiero wtedy mogę zawiadomić panią Pomfrey, że profesor Flitwick spokojnie i bez bólu prześpi noc – poinformowała go o swoim zadaniu. – Do tej pory zmuszona jestem tu siedzieć i postanowiłam przejrzeć jakąś pozycję na temat zaklęć, a pan, profesorze mi to utrudnia.
– Doprawdy? – uniósł lekko brew ku górze. – Przecież nie siedzę ci na książce, ani ci jej nie zabieram, więc nie wiem naprawdę, Thompson o, co ci chodzi?
– Niech pan nie udaje wariata, profesorze. Przyszedł pan tu tylko po to żeby profesor Flitwick pomógł panu naprawić flakonik, który panu podarowałam. Wyrzuty sumienia, co, Snape?
„Przejrzała go! Skąd wiedziała, jaki był cel jego wizyty?” – myślał gorączkowo, ale nie dał tego po sobie poznać.
– Thompson, jak Ty się odzywasz do nauczyciela? – posłał jej gniewne spojrzenie. Dwadzieścia punktów stracił twój dom! Jesteś bardzo bezczelna, panno Thompson!
– Nie mniej niż pan, profesorze Snape! – wstała gwałtownie zza biurka i podeszła do niego.
Stali blisko siebie, ale jakby daleko. Sophie wpatrywała się w lekko zamglone oczy Mistrza Eliksirów. Nie istniało nic prócz nich. Świat jakby się zatrzymał. Severus poczuł nagle chęć przytulenia swojej uczennicy. Ognista znów dała o sobie znać, bo choć już trochę wytrzeźwiał to i tak alkohol nadal „grał” mu w żyłach.
– Przepraszam, Sophie – wziął ją w ramionach. – Byłem głupi. Tak cholernie głupi! – wyszeptał jej do ucha.
– Profesorze! Jest pan pijany! – próbowała go odepchnąć, ale Severus był za silny.
– Uspokój się. Chyba nie chcesz obudzić tego biedaka Fitwicka? Daj ponieść się chwili – powiedział cicho swoim aksamitnym głosem.
Wzdłuż kręgosłupa Sophie przeszedł przyjemny dreszcz na dźwięk jego słów. Nie mogła dłużej się na niego gniewać.Odwzajemniła czułość, wtulając się w jego tors. Mistrz Eliksirów odczytał ten znak jako przyzwolenie na coś więcej niż tylko przytulenie. Dotknął palcem jej podbródka i bardzo łagodnie zmusił, by podniosła twarz. Napotkała jego wzrok i serce stanęło jej w piersi, bo czarne tęczówki spoglądały na nią z taką czułością, że zaparło jej oddech. Odgarnął hebanowy lok, który opadł jej na czoło. Zarumieniła się. Nachylił się lekko i ledwie musnął ustami jej wargi. Cicho westchnęła, zarzucając mu ręce na szyję. Ich pocałunek z każdą chwilą stawał się, co raz bardziej intensywniejszy. Krukonce nie przeszkadzało, że od Mistrza Eliksirów czuć Ognistą. Ich języki raz się łączyły w namiętnym tańcu pożądania, innym razem walczyły o dominację nad sobą, ale zawsze dochodziło do remisu.
– Dosyć! – w końcu przerwała tą przyjemną dla obojga grę zmysłów.
– Faktycznie. Powinnaś sprawdzić, co z Filiusem – ponaglił ją spoglądając na jej nabrzmiałe, lekko wilgotne usta.
Dziewczyna skierowała się w stronę sypialni nauczyciela zaklęć. Severus przez chwilę został sam. Czuł się wspaniale. Jej ciepło, zapach, delikatny dotyk, słodki acz namiętny pocałunek stał się dopełnieniem czegoś, za czym tęsknił od dawna. Uśmiechnął się nieznacznie. Wróciła za chwilę.
– Profesor Flitwick dostał podwójną dawkę eliksiru Słodkiego Snu i z pewnością się do jutra rana nie obudzi – uśmiechnęła się.
– Więc, kto to był? Którzy uczniowie go napadli? – zapytał poważnie.
– Alexander Carrow, Nicenta Macnair, Agatgel Flous, Ian Drummn, Poxisus Hu – jednym tchem podała mu listę oprawców. – Zaatakowali go niedaleko składziku mioteł do Quidditcha. To był straszny widok. Najpierw ogłuszyli go drętwotą, później pozbawili różdżki, profesor Flitwick szybował w powietrzu obijając się o ściany, a oni się z tego śmiali – powiedziała bezradna. – Nie mogłam patrzeć jak mordują człowieka, bo jestem pewna, że gdybym nie użyła Ekspeliarmusa to Carrow nie wahałby się w wypowiedzeniu Avady Kedavry. On jest synem Śmierciożercy!
– Ciekawe? – zamyślił się. – A skąd ty to wszystko wiesz? Co zrobili na twój widok? – zapytał. Musiał wiedzieć jak najwięcej informacji na ten temat. Nie mógł nikogo bezpodstawnie oskarżać.„Skąd Sophie wiedziała, że Carrow służy Czarnemu Panu?” – przeleciało mu przez myśl.
– Byłam we właściwym miejscu o właściwej porze. Jutro z samego rana pójdę do dyrektora i wszystko mu powiem! Może pan profesor ze mną iść jak chce. Teraz jednak pragnę tylko miękkiego łóżka i ciepłej pościeli – ziewnęła.
– Thompson, dziękuję za pozwolenie – zironizował. Odprowadzę cię – zaproponował.
– Nie trzeba! Doskonale znam drogę! – odburknęła.
– Nie zachowuj się jak rozpieszczona jedynaczka! Jeśli oni wiedzą, że to ty utrudniłaś im zabawę to mogą na ciebie gdzieś czekać i zrobić ci krzywdę, a wtedy sobie tego nie wybaczę – powiedział do niej, przepuszczając ją w drzwiach.
– Jeśli profesor nalega – rzuciła zaklęcie na drzwi do gabinetu Flitwicka.
Kilka minut później pożegnali się namiętnym pocałunkiem pod drzwiami dormitorium Krunkonki. Dziewczyna nalegałaby Mistrz Eliksirów został u niej na noc, jednakże nauczyciel grzecznie odmówił, choć trudno mu się było rozstać z tą dziewczyną to wiedział, że zostanie w tym momencie było zbyt dużym ryzykiem dla nich obojga…

"Trudno tak razem być nam ze sobą
bez siebie nie jest lżej
lecz trzeba nam
trzeba dbać o tą miłość
nie wolno stracić jej
nam nie wolno stracić je"

*


Dziękuję za miłe słowa pod ostatnim rozdziałem:)
Rozdział o dziwo mi się podoba, choć w zamyśle miał zupełnie inaczej wyglądać, ale i z takiego obrotu sprawy jestem zadowolona! Uwielbiam sytuację, kiedy Sophie "kłóci się" z Sevem, no i te jego przemyślenia przy Ognistej:D
Zauważyłam, że V rozdział też był opublikowany 06.02 znów kolejna rocznica!!

Dedykacja dla:

Merimaat: <TU> chciałaś kawałek tortu z Sevem, więc PROSZĘ:) SMACZNEGO!
Panny Rickman: dawno nie było Ognistej i lekko zamroczonego Seva, więc wracam do tradycji:D
Bell i Hidney: no dobra wybaczam polecenie i dziękuję za powrót do Mel i Seva:)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz