wtorek, 14 sierpnia 2012

XXXIX

Sophie spoglądała ukradkiem na stół nauczycielski. Opiekun jej domu wesoło rozmawiał z Hagridem, pani Pomfrey uważnie oglądała wędliny leżące na talerzu obok niej, wicedyrektor McGonagall zajęta była swoją jajecznicą, zaś dyrektor spożywał tosty z konfiturą malinową.
Snape’a nie było.
Krukonce zrobiło się smutno, ponieważ nie widziała się z Mistrzem Eliksirów już od kilku dni. „Widocznie miał inne plany na dzisiejszy poranek” – westchnęła nad miską owsianki. Na duchu podnosiła ją jednak myśl, że pierwsze zajęcia to właśnie eliksiry, więc odbije sobie jego nieobecność na śniadaniu. Poprawiła czarny mundurek z granatowymi lamówkami i wyszła z Wielkiej Sali po książki na zajęcia ze Snapem, szturchając Marka Edwardsa w ramię żeby się pospieszył.

***

Zadzwonił dzwonek obwieszczający rozpoczęcie lekcji. W lochach pod salą eliksirów tłoczyła się grupka uczniów. Sophie stanęła z boku pod ścianą i grzecznie czekała na pojawienie się ulubionego profesora. Minuty mijały, a na horyzoncie nie pojawił się nikt, kto by mógł przypominać Mistrza Eliksirów. Dziewczyna zaczęła niepokoić się nieobecnością profesora.
– Sophie, nie wiesz, dlaczego Snape’a jeszcze nie ma? – zapytała niebieskooka Gryfonka – Giovanna Vasco podchodząc do koleżanki.
Niegrzeczna odpowiedź cisnęła jej się na usta, ale postanowiła, że zachowa ją dla Postrachu hogwarckich korytarzy.
– Nie wiem. Może Dumbledore dłużej zatrzymał go w swoim gabinecie i pasie dropsami.
Włoszka zachichotała.
– Na śniadaniu też go nie było – zauważył Bobby Hopkins.
– A od kiedy tak cię obchodzi Nietoperz? – sarknął Mark Edwards.
– Na wroga trzeba mieć wyczulone zawsze wszystkie zmysły – blondyn głośno przełknął ślinę.
– Przestańcie już! – wtrąciła gniewnie Sophie. – Zostańcie tu, a ja pójdę sprawdzić, co się stało. Mark, powiedziałam, że MASZ TU ZOSTAĆ! – spiorunowała przyjaciela wzrokiem.
Prawie biegiem przemierzyła odległość dzieląca salę eliksirów od prywatnych kwater Snape’a. Stanęła zdyszana przed drzwiami i głośno w nie zapukała.
Odpowiedziała jej głucha cisza.
Złapała za klamkę i energicznie próbowała otworzyć drzwi – „Alohomora” nie skutkowała. „Och, dlaczego właśnie teraz musiałeś ustanowić hasło?” – westchnęła poirytowana. Nagle na drzwiach pojawił się napis: „Kaprys Dumbledore’a”. Krukonka wypowiedziała go na głos, a drzwi momentalnie się otworzyły. Kiedy weszła do środka uderzył ją zapach spalenizny, na podłodze dostrzegła smugi krwi prowadzące do sypialni profesora. Głośno jęknęła. Do głowy zaczęły przychodzić jej najgorsze scenariusze łącznie ze śmiercią Severusa. Tego by już nie przeżyła. Najpierw mama, teraz Severus. Nie zauważyła żadnych widocznych śladów walki czy wybuchu kociołka. A może Mistrzowi Eliksirów zagraża ten sam mężczyzna, na którego rzuciła kiedyś „Drętwotę”. Wyjęła różdżkę z kieszeni szaty. Powoli, niczym kot skradała się w stronę jego sypialni. Żołądek skręcił jej się w ósemkę, a serce próbowało wyrwać się z piersi. „Wszystko będzie dobrze” – tłumaczyła sobie spokojnie, choć nie wierzyła w to zbytnio. Uchyliła drzwi, które na szczęście nie były zabezpieczone hasłem. Przed swoimi oczami ujrzała najpierw ciemne meble potem łóżko i… ciało Mistrza Eliksirów.
Nogi momentalnie się pod nią ugięły.
Severus leżał na brzuchu, twarzą zwróconą na pościel. Jego ubranie przypominało sitko, a na ciele znajdowały się liczne oparzenia i rany. Zaschła krew znajdowała się wszędzie – zlepiła nawet włosy. Sophie podeszła bliżej. Nachyliła się nad nauczycielem i delikatnie sprawdziła jego funkcje życiowe, oddychał. Naprawdę duży kamień spadł dziewczynie z serca. Obejrzała uważnie każdy skrawek ciała. Wszędzie były bąble po oparzeniach. Za pomocą „Wingardium Leviosa” ułożyła profesora w korzystniejszej pozycji niż w tej, w której go znalazła. Był dużo bledszy niż zwykle. Sińce pod oczami miały brunatnofioletowy kolor.
Dopiero, kiedy nieprzytomny został położony na wznak Kukonka dostrzegła ogromną, szarpaną ranę na lewej łydce. Zaklęła cicho pod nosem. „Gdzieś ty się włóczył, Snape?” Pojawiły się już gdzieniegdzie strupy, ale noga nadal była mocno spuchnięta, a w niektórych miejscach krew się jeszcze sączyła. Zaklęciem „Estanca sangre[1]” powstrzymała krwawienie. Delikatnie odsunęła mu włosy z rozpalonego czoła. Czule pogłaskała mężczyznę po policzku. Wyczuła lekki zarost pod palcami. Zachichotała, gdy pomyślała o tym, co powie jak się obudzi. Nie będzie zadowolony, że jego uczennica widzi go w takim stanie. Nakryła nauczyciela kołdrą, a na czoło położyła chłodzący kompres.
– Zaraz tu wrócę, nie ucieknij mi czasem – powiedziała do leżącego Snape’a, po czym wyszła po cichu zamykając drzwi i rzucając zabezpieczające zaklęcia na drzwi.
Wróciła po kwadransie. Odwołała dzisiejsze eliksiry we wszystkich klasach, czym wzbudziła powszechną radość. Dyrektor nie był jednak tak zadowolony jak uczniowie. Kazał Krukonce iść do pani Pomfre y po potrzebne eliksiry, a sam udał się do kwater Severusa. Widok, jaki tam zobaczył nie zachęcał do oglądania chorego. Pęcherze i rany pokrywały prawie całe ciało, jedynie twarz była wolna od bąbli.
– Nie wygląda to najlepiej, prawda dyrektorze? – zapytała Sophie stawiając buteleczki z lekami na szafce.
– Tak – przyznał. – Co mówiła Poppy?
– Powiedziała, że przyjdzie zobaczyć profesora jak tylko ułoży eliksiry w szafce. Od czego profesor Snape może mieć taką ranę? – odkryła kawałek kołdry i pokazała dyrektorowi poszarpaną nogę Mistrza Eliksirów.
– Nagini…
– Słucham?
– Nic, podejrzewam, że Severusa ukąsił wąż.
Sophie zrobiła się blada jak szpitalna ściana.
– Wąż! Czy profesor Snape um… umrze?
– Musimy poczekać na Poppy. Zmień mu okład na chłodniejszy.
Dziewczyna posłusznie spełniła prośbę dyrektora.
– Co się dzieje, Albusie? – nagle do sypialni Severusa wpadła zdyszana pielęgniarka.
– O, Poppy dobrze, że już jesteś, chodź musimy porozmawiać w cztery oczy – powiedział spokojnie staruszek.
– Pozwól Albusie, że najpierw zobaczę swojego pacjenta – oznajmiła chłodno kobieta.
Dyrektor tylko ciężko westchnął, ale nic nie odezwał się na te słowa.
– Powiem ci Albusie, że nienajlepiej to wygląda – powiedziała cicho pielęgniarka, kiedy wyszli z sypialni Severusa. – Rana po ukąszeniu jest głęboka, a kość prześwituje spomiędzy mięśni. Severus stracił dużo krwi, oparzenia po klątwie nie są-głębokie, ale nie wiadomo jak długo się będą goić. Panna Thompson bardzo dobrze zrobiła, że zatamowała krwawienie, choć boję się pomyśleć, co jad uczynił już w jego organizmie. Nie wiadomo, co by było gdyby ktoś znalazł go później. Podałam Severusowi resztki eliksiru Wiggenowego, ale prawie na nic mu to nie pomogło. Niestety nie mam na składzie maści Uliana[2] ani tym bardziej eliksiru Novatio Blood – westchnęła smutno. – Jeśli stan Severusa nie poprawi się do jutra rana, trzeba będzie go przetransportować do św. Munga.
– Ja mogę przygotować maść Uliana i Novatio Blood, ale także inne potrzebne profesorowi leki. Słyszałam, że na oczyszczenie krwi z jadu węża najlepsza jest mikstura o nazwie Pureserum[3] można ją podać nawet, kiedy jad już rozprzestrzenił się po ciele chorego – nagle do rozmowy wtrąciła się Sophie. – Przepraszam, jeśli w czymś przeszkodziłam – dodała dziewczyna szybko.
– Że też o tym nie pomyślałam! – twarz pielęgniarki nagle się rozpromieniła.
– Sophie, bez pomocy i nadzoru kogoś bardziej doświadczonego nie dasz sobie rady – Albus próbował zgasić zapał Krukonki.
– O ile dobrze się orientuję, dyrektorze to pańskim konikiem jest transmutacja, a nie eliksiry. Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, jaką wiedzę posiadam i jak ją mogę wykorzystać. Jest pięćdziesiąt procent szansy, że profesor Snape przeżyje z eliksirem czy bez niego. Moim zdaniem warto jest ryzykować – powiedziała twardo.
Poppy była pod wrażeniem dojrzałych słów panny Thompson.
– Poppy, moja droga idź sprawdź, co z Severusem – rozkazał kobiecie Dumbledore – ja muszę poważanie porozmawiać z Sophie.
– Dobrze.
Pielęgniarka skinęła głową i udała się do chorego.
Nastała niezręczna cisza. Sophie nie zważając na konwenanse usiadła w jednym z foteli w prywatnym gabinecie Mistrza Eliksirów. W końcu czuła się tutaj tak samo dobrze jak u siebie w dormitorium.
Musiała go bronić!
Teraz to było jej celem.
Przyrzekła sobie, że jeśli się tylko obudzi, powie mu, jak dla niej jest bliski, że nie obchodzi ją, co będzie mówić szkoła na ich temat, co on o tym myśli. Chciała być z nim. Dzielić radości, smutki, pomagać przezwyciężać problemy, jego zły humor. Po prostu iść z nim przez życie.
– Panno Thompson – zaczął dyrektor – proszę nie podważać moich kompetencji i wiedzy na temat eliksirów. Jestem starszy, mam więcej doświadczenia od ciebie, więcej przeżyłem – próbował jej tłumaczyć.
– To sprawka Volde… to znaczy Czarnego Pana, prawda? Gdzie pan wysłał profesora Snape’a? – przenikliwy wzrok Sophie przeszył Dumbledore’a na wylot.
– Jesteś tylko uczennicą, panno Thompson! Nie możesz wiedzieć takich rzeczy. To sprawy pomiędzy mną, a Severusem!
– Najpierw profesor Flitwick, teraz profesor Snape, a może za kilka dni na teren szkoły wpadnie grupa Śmierciożerców i powybija wszystkich. Nie można do tego dopuścić! Bez takiego doskonałego Mistrza Eliksirów jest pan dyrektorze nikim, bo z transmutacją niewiele można zdziałać – mówiła bardzo spokojnie.
Jakaś wewnętrzna siła podpowiadała jej, co na dyrektorze zrobi największe wrażenie.
– Dosyć tego, Thompson! Na za dużo sobie pozwalasz! – Albus walnął pięścią w blat biurka. – Gdybyś poznała prawdę nie byłabyś taka chętna do pomocy Severusowi. On nie jest tym, kogo widzisz, za kogo go uważasz.
– Podobnie jest z panem, dyrektorze – odburknęła. – Nawet nie umie sobie pan poradzić z grupką Ślizgonów nabuzowanych hormonami.
Dyrektor miał już jej wlepić szlaban, gdy do pomieszczenia wpadła przerażona pani Pomfey.
– Albusie, Severus miał zapaść! Musimy natychmiast podać mu potrzebne leki.
– Nieeee! – dziewczyna poderwała się z fotela i popędziła do sypialni Severusa.
Uklękła przy łóżku i wzięła w swoje ręce zimną dłoń Severusa, jeszcze bledszą niż zwykle. Gładziła ją chwilę czule wpatrując się w twarz mężczyzny. Maska z tlenem zakrywała usta i pozwalała spokojnie oddychać Mistrzowi Eliksirów. Był słaby i kruchy niczym flakonik podarowany mu przez Sophie. Podmuch wiatru mógłby go w tej chwili przewrócić, gdyby się podniósł. Odgarnęła mu włosy z czoła i policzków.
– Kochany mój, nie umieraj. Zrobię dla ciebie wszystko. Zrób to dla mnie, dla siebie, dla nas – łzy stanęły jej w oczach.
Przytuliła się do bezwładnego ciała. Łzy leciały jej ciurkiem.
Całą sytuację obserwowali Albus i Poppy.
– Zaufaj tej dziewczynie. Przecież go nie zabije. Nie możemy go stracić, wiesz o tym dobrze – szepnęła mu do ucha.
– Dyrektorze – zwróciła się do Dumbledore’a – pan nigdy nikogo nie kochał, nigdy nie zależało panu na nikim? –zapytała łkając. Dwie duże łzy spłynęły jej po policzkach.
Nagle jak z pod ziemi wyrosła nauczycielka transmutacji.
– Albusie, nie bądź katem – Minerwa McGonagall skarciła go zaraz po wejściu do sypialni. – Chcesz wywołać kolejną wojnę?
Niezdecydowanie pojawiło się na twarzy starca.
– Panno Thompson proszę działać, ale jeśli Severus umrze nie będę się wahał, wtrącić cię do Azkabanu –powiedział zimno dyrektor, po czym odwrócił się na pięcie i opuścił kwatery Mistrza Eliksirów.
– Dziękuję – szybko wytarła łzy i popędziła do pracowni.
– Idź, idź dziecko. My z nim zostaniemy – ponagliły ją Poppy i Minerwa.

***

Nareszcie! Niech Merlin ma w opiece tego starego Dropsa, jak Severus się obudzi i dowie się, co ten idiota chciał mu zrobić – Sophie zatrzasnęła głośno drzwi i rzuciła zaklęcia zabezpieczające.
Zapaliła gaz pod trzema dużymi mosiężnymi kociołkami. Swoją pracę rozpoczęła od przygotowania Pureserum. Wymyśliła tą nazwę na poczekaniu, nawet nie sądziła, że pani Pomfrey znająca przecież doskonale na leczniczych substancjach, da się na nią nabrać. Dziękowała teraz mamie, że pozwoliła jej analizować i ulepszać jej notatki ze szkoły i pracy.
Do pierwszego kociołka nalała sto pięćdziesiąt mililitrów źródlanej wody i wrzuciła do niej miąższ z rozciętych kolców jeżowca, do kolejnego ususzone kwiaty ptasiego rdestu, które po paru chwilach rozgniotła tłuczkiem i pozwoliła im się skawalić, w trzecim miała rozrobić w pięćdziesięciu mililitrach krwi jednorożca właśnie wspomniane kwiaty ptasiego rdestu. Wcześniej zniosła wszystkie zabezpieczenia z pomieszczeń przylegających do kwater Snape’a nawet ze składziku z ingerencjami. Przeszukała wszystkie półki, ale nie znalazła pożądanego składnika. Zaklęła cicho pod nosem. Przemieszała cztery razy według wskazówek zegara wywar w pierwszym kociołku i usiadła bezradna na taborecie przy stole. Chwilę zastanawiała się, czym można byłoby zastąpić krew jednorożca. Początkowo nie brała pod uwagę wykorzystania swojej krwi jako surowca. Myślała, że składzik Mistrza Eliksirów nie ma braków, jednak się pomyliła. Mogła poprosić o pomoc Dumbledore’a, ale nie było na to czasu. W jednej ze szuflad wykryła idealne narzędzie do nacięcia sobie nadgarstka – srebrny sztylet. Odkaziła do w gotującej się wodzie i przystąpiła do działania. Zmniejszyła gaz pod kociołkami, usiadła ponownie na taborecie i jednym pewnym ruchem przecięła sobie lewą rękę. Syknęła z bólu. Przygryzła dolną wargę i patrzyła jak pięćdziesiąt mililitrów czerwonego płynu skapuje do menzurki. Jej dziewicza krew na coś w końcu się przydała, dziękowała w tym momencie niebiosom, że Severus był na tyle opanowany i do niczego więcej nie doszło. Po oddaniu krwi uleczyła nadgarstek i wróciła do kociołków. Niewielka blizna pozostała w miejscu rozcięcia. Trochę kręciło jej się w głowie, ale poprosiła skrzata o przyniesienie lekkiego lunchu by uzupełnić niedobory witamin. Odcedziła wywar z pierwszego kociołka i przelała go do czystego naczynia. Mogła swobodnie zająć się resztą składników. Do swojej krwi dodała ptasiego rdestu i mieszała dopóki kolor nie zmienił się na granatowy. Kwiaty dziewanny spowodowały, że z kociołka zaczęła ulatniać się amarantowa mgiełka, a eliksir zgęstniał. Rozcieńczyła go wlewając wywar z kolców jeżowca. Teraz mikstura musiała gotować się na wolnym ogniu całą godzinę. W między czasie skrzat przyniósł jej posiłek, więc Krukonka mogła sobie zrobić przerwę. Przeciągnęła się jak kotka, prostując obolałe plecy. Po jedzeniu rozpoczęła pracę nad maścią Uliana. Podgrzała śluz z aloesu wrzuciła do tego sproszkowaną korę z drzewa Wiggenowego i dziesięć kwiatów ślazu dzikiego. Po zagotowaniu pokroiła w plasterki korzeń żywokostu lekarskiego. To również znalazło się w kociołku. Duże bańki wydobywały się z naczynia, w którym znajdowała się maść. Kiedy któraś z nich pękła w powietrzu czuło się zapach ozonu. Wrzuciła cztery listki mięty, a w międzyczasie osiem razy mieszała przeciwnie do ruchów wskazówek zegara Pureserum. Ziewnęła i spojrzała na zegarek znajdujący się nad niewielką blizną na lewej ręce – dochodziła szesnasta.
Traciła poczucie czasu, kiedy oddawała się ulubionemu zajęciu mogła to robić godzinami i żadna siła nie potrafiłaby ja od tego odciągnąć. Dziś było podobnie. Eliksiry wesoło bulgotały w kociołkach, wzajemnie się prześcigając w wytarzaniu kolorowych oparów.
Zmniejszyła ogień pod nimi i postanowiła sprawdzić, co z Severusem. Weszła po cichutku do jego sypialni. Pani Pomfrey drzemała na fotelu z „Prorokiem Codziennym” na kolanach. Sophie na ten widok uśmiechnęła się lekko. „Niech się prześpi, miała ciężki poranek” – przykryła pielęgniarkę wyczarowanym kocem. Severus nadal był nieprzytomny. Wydawało jej się, że gorączka w ogóle nie spadła, a może jeszcze bardziej się podniosła. Był już przebrany w czarną, cienką piżamę. Dziewczyna zmieniła mu kompres i delikatnie pogłaskała po policzku.
– Och, panna Thompson. Czy eliksiry są już gotowe? – usłyszała cichy zdenerwowany głos Poppy Pomfrey. – Jakoś tak mi się oczy przymknęły – wyglądała na trochę zmieszaną tym, że zasnęła.
– Już prawie. Nie wiem jak profesor Snape wytrzymuje tyle stojąc bez bólów kręgosłupa. Mnie po kilku godzinach dokuczają plecy – rzuciła kwaśno, przeciągając się. – Brakuje mi łez feniksa, ale myślę, że dyrektor zgodzi się żeby Fawkes nam pomógł. Pójdę zaraz do niego i się zapytam.
– Albus nie powinien tak postąpić, ale to w końcu on tu jest dyrektorem – westchnęła kobieta.
Sophie nie odezwała się nic na słowa pielęgniarki.
– Do zobaczenia, pani Pomfrey.
– Do zobaczenia.
Krukonka nie od razu skierowała się do gabinetu Dropsa, najpierw poszła sprawdzić jeszcze jak się mają eliksiry. Pureserum zmienił kolor na liliowy, a do maści dodała pyłku nagietka, aby zagęścić substancję i wyłączyła gaz pod kociołkiem. Miała jeszcze ponad dwadzieścia minut do dodania kolejnego składnika, więc zamknęła szczelnie pracownię i udała się schodami do gabinetu Dropsa.
– Przepraszam dyrektorze, że przeszkadzam, ale chciałabym zadać panu jedno pytanie – Sophie niepewnie weszła do włości Albusa.
– Czy przygotowałaś już eliksiry dla Severusa? – zapytał obojętnie. A może chcesz mi powiedzieć, że właśnie…
– Profesor Snape nadal żyje i będzie żyć! – powiedziała hardo. – Nie będę owijać w bawełnę, potrzebuję kilka łez Faweksa. Są mi potrzebne do całkowitego ukończenia eliksiru.
– Jest do twojej dyspozycji, panno Thompson – odezwał się chłodno i opuścił swój gabinet tylnymi drzwiami.
„Wyszedł, po prostu sobie wyszedł! Co za niewdzięcznik!” – w dziewczynie wszystko się gotowało. Podeszła powoli do feniksa. Zachwyciła się jego złoto–czerwonym upierzeniem. Pogłaskała go po bujnym grzebieniu.
– Piękny jesteś.
Ptak zaskrzeczał coś po swojemu i ufnie skierował swoją główkę pod palce dziewczyny.
– Faweks, musisz mi pomóc, maleńki. Potrzebuję zaledwie pięciu kropel twoich łez. Bądź dobry i podaruj mi je – uśmiechnęła się najładniej jak umiała.
Feniks spojrzał na Sophie swoimi małymi, mądrymi oczkami.
Dziewczyna ledwo zdążyła podstawić mała probówkę wyjętą z kieszeni szkolnej szaty. Spłynęło do niej dokładnie tyle łez, ile potrzebowała. Zadowolona pogłaskała ptaka po piórach i uradowana opuściła gabinet Dumbledore’a.

***

W sypialni Severusa zebrała się całkiem spora grupka ludzi. Jeszcze nigdy w tym pomieszczeniu nie było na raz tyle osób. Sophie siedziała na łóżku chorego, zaraz za nią znajdowała się Poppy Pomfrey, później Minerwa McGonagall, a na samym końcu pod ścianą stał Albus Dumbledore. Po chwili przybiegli jeszcze Filius Flitwick i Pomona Sprout. Wokoło unosiły się zapalone świece nadając sytuacji jeszcze większej powagi. Mistrz Eliksirów w tym świetle wyglądał na dużo starszego niż był w rzeczywistości. Przypominał ducha. Szarawobiała cera połyskiwała w blasku płomienia świecy, zamknięte powieki jak i wąskie usta były sine. Prawa noga spuchła do tego stopnia, że wyglądała jak drewniane wiaderko do noszenia wody.
– Panno Thomson, jesteś pewna, że ten eliksir pomoże Severusowi? – zapytała cicho Minerwa McGonagall.
– Pani profesor, nie ma stuprocentowej pewności, że eliksir zadziała. Pracowałam nad nim dopiero od miesiąca.
Szczere zdumienie pojawiło się na twarzy nauczycielki transmutacji.
– Wiem, że to za mało czasu żebym cokolwiek mogła sprawdzić, ale zawsze w naszym sercu musi pozostawać jakaś nadzieja, jasny promyczek, dzięki, któremu mamy ochotę żyć dalej – westchnęła ciężko.
Profesor zielarstwa wytarła nos w chusteczkę usłyszawszy słowa Krukonki.
– Jest pan gotowy, profesorze Flitwick? – odwróciła się do karłowatego czarodzieja.
– Tak, tak, panno Thompson.
Ustalili, że kiedy Krukonka poda eliksir Severusowi, Filius odczaruje zaklęcie tamowania krwi, aby jad, który pozostał w ciele nauczyciela mógł spokojnie wypłynąć. Poppy Pomfrey miała trzymać probówkę na truciznę. Dyrektor, jego zastępca jak i profesor zielarstwa mieli być tu tylko jako świadkowie.
Sophie przysunęła się do swojego profesora od eliksirów. Uśmiechnęła się do niego i po raz kolejny tego dnia odgarnęła mu włosy z rozgrzanego czoła. Odchyliła jego głowę i lekko rozchyliła wąskie usta. Powoli wlewała mu do gardła eliksir, tak aby się nie zachłysnął. W duchu modliła się, żeby zielona substancja pomogła przywrócić Severusa do zdrowia. Kiedy cała zawartość buteleczki została wypita dziewczyna krzyknęła:
– Teraz, profesorze Flitwick!
Nauczyciel zaklęć wykonał kilka skomplikowanych ruchów różdżką, a z rany popłynęła czarna ciecz.
Chory momentalnie wzdrygnął się i zakaszlał, kiedy ostatnia kropla trucizny skapnęła do probówki. Sześć par oczu zwróciło swój wzrok w jego stronę. Brązowe tęczówki Krukonki z nadzieją spoglądały na twarz Mistrza Eliksirów. Snape powoli otworzył oczy, ale zaraz je zamknął.
– Thompson, nawet w piekle musisz mnie prześladować – wychrypiał, ale zaraz zamilkł.
Miała ochotę rzucić się na niego i pocałować z radości, ale stwierdziła, że zrobi to w bardziej kameralnym towarzystwie. Odwróciła się do oniemiałego dyrektora i chciała powiedzieć mu: „a nie mówiłam!”, ale pierwsza odezwała się Poppy Pomfrey:
– Panno Thompson, to… to… to było niesamowite. Nawet ja czegoś takiego nie umiałabym zrobić, a mam naprawdę długie doświadczenie w leczeniu. Niezwykłe połączenie dwóch dziedzin magii.
Dyrektor podszedł do łóżka Mistrza Eliksirów.
– To nic nie znaczy, Severus jest nadal nieprzytomny.
Musieli mu to przyznać. Snape, co prawda oddychał już miarowo, co pokazywała aparatura, ale nadal miał zamknięte oczy.
– Więc, dlaczego się odezwał? – zapytała przejęta Minerwa McGonagall.
– Czasem tak bywa, że eliksir działa tylko przez chwilę – wytłumaczyła im pielęgniarka. – Jad mógł do tej pory tak spustoszyć organizm Severusa, że nawet tak dobry lek jak Pureserum mógł zawieść.
– Przykro mi, Sophie – Minerwa McGonagall zwróciła się do Krukonki.
– Ja w to nie wierzę! – krzyknęła dziewczyna. – Myślicie, że eliksir powinien działać, o tak – pstryknęła głośno palcami. – Do tego trzeba czasu.
– Chory potrzebuje teraz snu, jeśli eliksir ma zadziałać – rozległ się wojowniczy głos Poppy Pomfrey.
Groźna mina powędrowała w stronę Dumbledore’a.
– Masz czas do jutra, panno Thompson. Później będę musiał ukarać cię za niesubordynację i zbyt długi język. Pan Filch z pewnością się ucieszy – powiedział zimno. – Dajmy Severusowi odpocząć – ostatni raz spojrzał na nauczyciela eliksirów.
Wyszli.
Sophie została sama w sypialni. Napięcie jednak jej nie opuściło. Przez chwilę nerwowo chodziła po pokoju i zastanawiała się, gdzie popełniła błąd. Robiła wszystko według instrukcji swojej mamy i notatek, które sporządzała z pomocą ksiąg znajdujących się w bibliotece, i nawet eliksir przybrał odpowiedni kolor. Przycupnęła na łóżku Severusa i wpatrywała się w niego uważnie. Wahała się, czy ona może zaaplikować maść Uliana, w końcu po przeanalizowaniu wszystkich „za” i „przeciw” zdecydowała się poczekać z podaniem kolejnego leku. Dotknęła delikatnie jego czoła – nadal było rozpalone. „Coś musiałam przeoczyć!” – powiedziała na głos. Jednym sprawnym ruchem ręki odkryła kołdrę, którą przykryty był Snape. Jej wzrok od razu powędrował na ranę na nodze. Pomimo podania Pureserum z łydki nadal nie zeszła opuchlizna, a nawet posunęła się dalej, w stronę kolana i uda. Zaklęła cicho pod nosem. Spojrzała na nią. W ranie tkwiło coś na kształt grubego czegoś. Sophie nie potrafiła określić, co to mogło być. Uważnie obejrzała nogę pod kątem wyjęcia ciała obcego, które tkwiło bardzo głęboko. Kucnęła przy nim, w skupieniu patrzyła na ów obiekt w nodze Severusa. Położyła dłonie w odległości kilku cali od rany, czuła jak przyjemna fala ciepła przechodzi przez jej ciało ,a usta wymawiają cicho łacińską inkantację. Była jak w transie. Nagle poczuła w swojej ręce jakiś przedmiot. Odwróciła dłoń i otworzyła ją, na jej wewnętrznej stronie znajdował się… ząb węża! Z rany ponownie zaczął sączyć się jad. Zapełnił drugą probówkę, którą wcześniej przyniosła Poppy Pomfrey. Sophie szybko przełożyła kieł gada do słoiczka ze specjalną substancją, która go zakonserwuje i zaniosła na jedną z półek do składziku Mistrza Eliksirów. Usłyszała dosyć głośne mamrotanie dobiegające z jego sypialni. Pobiegła szybko sprawdzić, cosię stało. Stanęła w drzwiach i patrzyła na leżącego profesora eliksirów. Spał. Nikogo więcej nie było w pomieszczeniu. „Dziwne” – pomyślała. Podeszła do mężczyzny, zabrała z jego czoła niemalże suchy okład i zmieniła na mokry. Severus był bardzo rozpalony. Czerwone rumieńce wyglądały dziwnie na lekko zapadniętych policzkach mężczyzny.

***

Od podania Pureserum minęło ponad cztery godziny. Stan Snape’a się nie poprawiał. Nadal leżał w gorączce, a do tego jego ciałem, co chwila wstrząsała fala dreszczy. W między czasie Sophie zaaplikowała mu jeszcze dwie buteleczki eliksiru pieprzowego oraz była zmuszona trzy razy za pomocą magii zmieniać mu piżamę na suchą. Żeby zabić czas bawiła się kolorami ubrania, aż w końcu wybrała wściekle amarantową barwę. Od razu zrobiło jej się przyjemniej na duszy.
Usiadła w fotelu.
Poczuła nagle głód. Głośne burczenie wyrwało jej się z brzucha. Dopiero teraz zdała sobie sprawę, że od dawna nic nie jadła, a na zegarze wskazówki pokazywały wpół do dwunastej. Przywołała skrzata i poprosiła go o kilka kanapek o ciepłą herbatę. Zanim skrzat przyniósł jej posiłek, zamknęła kilkoma mocnymi zaklęciami drzwi do prywatnych kwater Severusa, przetransmutowała fotel w coś bardziej podobnego do łóżka, a dwie puste flakoniki po eliksirach w poduszkę i kołdrę do przykrycia. Wypalone ogarki zamieniła na całkiem nowe świece. W pokoju od razu zrobiło się przyjemniej. Po jedzeniu nie miała już siły na nic. Przebrała się w piżamę i wślizgnęła się pod kołdrę. Jeszcze przez chwilę słyszała spokojny oddech Severusa, a potem Morfeusz zabrał ją do swojej krainy pełnej snów.

***

Głośne skrzypnięcie wyrwało ją ze snu. Sophie momentalnie poderwała się na nogi. Przetarła dłońmi zaspane oczy. Nie patrząc na nic rzuciła się w kierunku łóżka profesora.

*

Czyżby rekord?
8 pełnych stron Worda i 9 troszeczkę, ale inaczej nie miałoby sensu...
Sądzę, że znów pojawi się wiele pytań po tej notce. I tak miało być!
Myślę, że w kolejnym rozdziale, a już na pewno w jeszcze następnym wytłumaczę wszystko. Będzie ból, rozpacz, żal, krzyk, ale też miłość, pożądanie i wiele innych emocji:P

Dedykacja dla:
Merimaat - za ostatni komentarz. Bardzo mi pomógł. Dziękuję:*

–––––––––––––––
[1] - Estanca sangre - (hiszp.) estancar - zatamować, sangre - krew [tu:] tamuj krew
[2] - maść Uliana - Ulian Gregorowicz (1645 - 1760) rosyjski czarodziej zamieszkały na dalekiej Syberii. Od jego imienia wzięła nazwę maść na oparzenia i rany.
[3] - Pureserum - (ang.) pure - czysty, serum - surowica. Nie przyzwyczajać się do składu. Z pewnością ulegnie zmianie!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz