Sophie
spoglądała ukradkiem na stół nauczycielski. Opiekun jej domu wesoło rozmawiał z
Hagridem, pani Pomfrey uważnie oglądała wędliny leżące na talerzu obok niej,
wicedyrektor McGonagall zajęta była swoją jajecznicą, zaś dyrektor spożywał
tosty z konfiturą malinową.
Snape’a
nie było.
Krukonce
zrobiło się smutno, ponieważ nie widziała się z Mistrzem Eliksirów już od kilku
dni. „Widocznie miał inne plany na dzisiejszy poranek” – westchnęła nad miską
owsianki. Na duchu podnosiła ją jednak myśl, że pierwsze zajęcia to właśnie
eliksiry, więc odbije sobie jego nieobecność na śniadaniu. Poprawiła czarny
mundurek z granatowymi lamówkami i wyszła z Wielkiej Sali po książki na zajęcia
ze Snapem, szturchając Marka Edwardsa w ramię żeby się pospieszył.
***
Zadzwonił
dzwonek obwieszczający rozpoczęcie lekcji. W lochach pod salą eliksirów
tłoczyła się grupka uczniów. Sophie stanęła z boku pod ścianą i grzecznie
czekała na pojawienie się ulubionego profesora. Minuty mijały, a na horyzoncie
nie pojawił się nikt, kto by mógł przypominać Mistrza Eliksirów. Dziewczyna
zaczęła niepokoić się nieobecnością profesora.
– Sophie,
nie wiesz, dlaczego Snape’a jeszcze nie ma? – zapytała niebieskooka Gryfonka –
Giovanna Vasco podchodząc do koleżanki.
Niegrzeczna
odpowiedź cisnęła jej się na usta, ale postanowiła, że zachowa ją dla Postrachu
hogwarckich korytarzy.
– Nie
wiem. Może Dumbledore dłużej zatrzymał go w swoim gabinecie i pasie dropsami.
Włoszka
zachichotała.
– Na śniadaniu
też go nie było – zauważył Bobby Hopkins.
– A od
kiedy tak cię obchodzi Nietoperz? – sarknął Mark Edwards.
– Na
wroga trzeba mieć wyczulone zawsze wszystkie zmysły – blondyn głośno przełknął
ślinę.
– Przestańcie
już! – wtrąciła gniewnie Sophie. – Zostańcie tu, a ja pójdę sprawdzić, co się
stało. Mark, powiedziałam, że MASZ TU ZOSTAĆ! – spiorunowała przyjaciela
wzrokiem.
Prawie
biegiem przemierzyła odległość dzieląca salę eliksirów od prywatnych kwater Snape’a.
Stanęła zdyszana przed drzwiami i głośno w nie zapukała.
Odpowiedziała
jej głucha cisza.
Złapała
za klamkę i energicznie próbowała otworzyć drzwi – „Alohomora” nie skutkowała.
„Och, dlaczego właśnie teraz musiałeś ustanowić hasło?” – westchnęła poirytowana.
Nagle na drzwiach pojawił się napis: „Kaprys Dumbledore’a”. Krukonka
wypowiedziała go na głos, a drzwi momentalnie się otworzyły. Kiedy weszła do
środka uderzył ją zapach spalenizny, na podłodze dostrzegła smugi krwi
prowadzące do sypialni profesora. Głośno jęknęła. Do głowy zaczęły przychodzić
jej najgorsze scenariusze łącznie ze śmiercią Severusa. Tego by już nie
przeżyła. Najpierw mama, teraz Severus. Nie zauważyła żadnych widocznych śladów
walki czy wybuchu kociołka. A może Mistrzowi Eliksirów zagraża ten sam
mężczyzna, na którego rzuciła kiedyś „Drętwotę”. Wyjęła różdżkę z kieszeni
szaty. Powoli, niczym kot skradała się w stronę jego sypialni. Żołądek skręcił
jej się w ósemkę, a serce próbowało wyrwać się z piersi. „Wszystko będzie
dobrze” – tłumaczyła sobie spokojnie, choć nie wierzyła w to zbytnio. Uchyliła
drzwi, które na szczęście nie były zabezpieczone hasłem. Przed swoimi oczami
ujrzała najpierw ciemne meble potem łóżko i… ciało Mistrza Eliksirów.
Nogi
momentalnie się pod nią ugięły.
Severus
leżał na brzuchu, twarzą zwróconą na pościel. Jego ubranie przypominało sitko,
a na ciele znajdowały się liczne oparzenia i rany. Zaschła krew znajdowała się
wszędzie – zlepiła nawet włosy. Sophie podeszła bliżej. Nachyliła się nad
nauczycielem i delikatnie sprawdziła jego funkcje życiowe, oddychał. Naprawdę
duży kamień spadł dziewczynie z serca. Obejrzała uważnie każdy skrawek ciała.
Wszędzie były bąble po oparzeniach. Za pomocą „Wingardium Leviosa” ułożyła
profesora w korzystniejszej pozycji niż w tej, w której go znalazła. Był dużo
bledszy niż zwykle. Sińce pod oczami miały brunatnofioletowy kolor.
Dopiero,
kiedy nieprzytomny został położony na wznak Kukonka dostrzegła ogromną,
szarpaną ranę na lewej łydce. Zaklęła cicho pod nosem. „Gdzieś ty się włóczył,
Snape?” Pojawiły się już gdzieniegdzie strupy, ale noga nadal była mocno
spuchnięta, a w niektórych miejscach krew się jeszcze sączyła. Zaklęciem
„Estanca sangre[1]” powstrzymała krwawienie. Delikatnie odsunęła mu
włosy z rozpalonego czoła. Czule pogłaskała mężczyznę po policzku. Wyczuła
lekki zarost pod palcami. Zachichotała, gdy pomyślała o tym, co powie jak się
obudzi. Nie będzie zadowolony, że jego uczennica widzi go w takim stanie.
Nakryła nauczyciela kołdrą, a na czoło położyła chłodzący kompres.
– Zaraz
tu wrócę, nie ucieknij mi czasem – powiedziała do leżącego Snape’a, po czym
wyszła po cichu zamykając drzwi i rzucając zabezpieczające zaklęcia na drzwi.
Wróciła
po kwadransie. Odwołała dzisiejsze eliksiry we wszystkich klasach, czym
wzbudziła powszechną radość. Dyrektor nie był jednak tak zadowolony jak
uczniowie. Kazał Krukonce iść do pani Pomfre y po potrzebne eliksiry, a sam
udał się do kwater Severusa. Widok, jaki tam zobaczył nie zachęcał do oglądania
chorego. Pęcherze i rany pokrywały prawie całe ciało, jedynie twarz była wolna
od bąbli.
– Nie
wygląda to najlepiej, prawda dyrektorze? – zapytała Sophie stawiając buteleczki
z lekami na szafce.
– Tak –
przyznał. – Co mówiła Poppy?
–
Powiedziała, że przyjdzie zobaczyć profesora jak tylko ułoży eliksiry w szafce.
Od czego profesor Snape może mieć taką ranę? – odkryła kawałek kołdry i
pokazała dyrektorowi poszarpaną nogę Mistrza Eliksirów.
– Nagini…
–
Słucham?
– Nic,
podejrzewam, że Severusa ukąsił wąż.
Sophie
zrobiła się blada jak szpitalna ściana.
– Wąż!
Czy profesor Snape um… umrze?
– Musimy
poczekać na Poppy. Zmień mu okład na chłodniejszy.
Dziewczyna
posłusznie spełniła prośbę dyrektora.
– Co się
dzieje, Albusie? – nagle do sypialni Severusa wpadła zdyszana pielęgniarka.
– O,
Poppy dobrze, że już jesteś, chodź musimy porozmawiać w cztery oczy –
powiedział spokojnie staruszek.
– Pozwól
Albusie, że najpierw zobaczę swojego pacjenta – oznajmiła chłodno kobieta.
Dyrektor
tylko ciężko westchnął, ale nic nie odezwał się na te słowa.
– Powiem
ci Albusie, że nienajlepiej to wygląda – powiedziała cicho pielęgniarka, kiedy
wyszli z sypialni Severusa. – Rana po ukąszeniu jest głęboka, a kość
prześwituje spomiędzy mięśni. Severus stracił dużo krwi, oparzenia po klątwie
nie są-głębokie, ale nie wiadomo jak długo się będą goić. Panna Thompson bardzo
dobrze zrobiła, że zatamowała krwawienie, choć boję się pomyśleć, co jad
uczynił już w jego organizmie. Nie wiadomo, co by było gdyby ktoś znalazł go
później. Podałam Severusowi resztki eliksiru Wiggenowego, ale prawie na nic mu
to nie pomogło. Niestety nie mam na składzie maści Uliana[2] ani tym
bardziej eliksiru Novatio Blood – westchnęła smutno. – Jeśli stan Severusa nie
poprawi się do jutra rana, trzeba będzie go przetransportować do św. Munga.
– Ja mogę
przygotować maść Uliana i Novatio Blood, ale także inne potrzebne profesorowi
leki. Słyszałam, że na oczyszczenie krwi z jadu węża najlepsza jest mikstura o
nazwie Pureserum[3] można ją podać nawet, kiedy jad już
rozprzestrzenił się po ciele chorego – nagle do rozmowy wtrąciła się Sophie. –
Przepraszam, jeśli w czymś przeszkodziłam – dodała dziewczyna szybko.
– Że też
o tym nie pomyślałam! – twarz pielęgniarki nagle się rozpromieniła.
– Sophie,
bez pomocy i nadzoru kogoś bardziej doświadczonego nie dasz sobie rady – Albus
próbował zgasić zapał Krukonki.
– O ile
dobrze się orientuję, dyrektorze to pańskim konikiem jest transmutacja, a nie
eliksiry. Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, jaką wiedzę posiadam i jak ją
mogę wykorzystać. Jest pięćdziesiąt procent szansy, że profesor Snape przeżyje
z eliksirem czy bez niego. Moim zdaniem warto jest ryzykować – powiedziała
twardo.
Poppy
była pod wrażeniem dojrzałych słów panny Thompson.
– Poppy,
moja droga idź sprawdź, co z Severusem – rozkazał kobiecie Dumbledore – ja
muszę poważanie porozmawiać z Sophie.
– Dobrze.
Pielęgniarka
skinęła głową i udała się do chorego.
Nastała
niezręczna cisza. Sophie nie zważając na konwenanse usiadła w jednym z foteli w
prywatnym gabinecie Mistrza Eliksirów. W końcu czuła się tutaj tak samo dobrze
jak u siebie w dormitorium.
Musiała
go bronić!
Teraz to
było jej celem.
Przyrzekła
sobie, że jeśli się tylko obudzi, powie mu, jak dla niej jest bliski, że nie
obchodzi ją, co będzie mówić szkoła na ich temat, co on o tym myśli. Chciała
być z nim. Dzielić radości, smutki, pomagać przezwyciężać problemy, jego zły
humor. Po prostu iść z nim przez życie.
– Panno
Thompson – zaczął dyrektor – proszę nie podważać moich kompetencji i wiedzy na
temat eliksirów. Jestem starszy, mam więcej doświadczenia od ciebie, więcej
przeżyłem – próbował jej tłumaczyć.
– To
sprawka Volde… to znaczy Czarnego Pana, prawda? Gdzie pan wysłał profesora
Snape’a? – przenikliwy wzrok Sophie przeszył Dumbledore’a na wylot.
– Jesteś
tylko uczennicą, panno Thompson! Nie możesz wiedzieć takich rzeczy. To sprawy
pomiędzy mną, a Severusem!
–
Najpierw profesor Flitwick, teraz profesor Snape, a może za kilka dni na teren
szkoły wpadnie grupa Śmierciożerców i powybija wszystkich. Nie można do tego
dopuścić! Bez takiego doskonałego Mistrza Eliksirów jest pan dyrektorze nikim,
bo z transmutacją niewiele można zdziałać – mówiła bardzo spokojnie.
Jakaś
wewnętrzna siła podpowiadała jej, co na dyrektorze zrobi największe wrażenie.
– Dosyć
tego, Thompson! Na za dużo sobie pozwalasz! – Albus walnął pięścią w blat
biurka. – Gdybyś poznała prawdę nie byłabyś taka chętna do pomocy Severusowi.
On nie jest tym, kogo widzisz, za kogo go uważasz.
–
Podobnie jest z panem, dyrektorze – odburknęła. – Nawet nie umie sobie pan
poradzić z grupką Ślizgonów nabuzowanych hormonami.
Dyrektor
miał już jej wlepić szlaban, gdy do pomieszczenia wpadła przerażona pani
Pomfey.
–
Albusie, Severus miał zapaść! Musimy natychmiast podać mu potrzebne leki.
– Nieeee!
– dziewczyna poderwała się z fotela i popędziła do sypialni Severusa.
Uklękła
przy łóżku i wzięła w swoje ręce zimną dłoń Severusa, jeszcze bledszą niż
zwykle. Gładziła ją chwilę czule wpatrując się w twarz mężczyzny. Maska z
tlenem zakrywała usta i pozwalała spokojnie oddychać Mistrzowi Eliksirów. Był
słaby i kruchy niczym flakonik podarowany mu przez Sophie. Podmuch wiatru
mógłby go w tej chwili przewrócić, gdyby się podniósł. Odgarnęła mu włosy z
czoła i policzków.
– Kochany
mój, nie umieraj. Zrobię dla ciebie wszystko. Zrób to dla mnie, dla siebie, dla
nas – łzy stanęły jej w oczach.
Przytuliła
się do bezwładnego ciała. Łzy leciały jej ciurkiem.
Całą
sytuację obserwowali Albus i Poppy.
– Zaufaj
tej dziewczynie. Przecież go nie zabije. Nie możemy go stracić, wiesz o tym
dobrze – szepnęła mu do ucha.
–
Dyrektorze – zwróciła się do Dumbledore’a – pan nigdy nikogo nie kochał, nigdy
nie zależało panu na nikim? –zapytała łkając. Dwie duże łzy spłynęły jej po
policzkach.
Nagle jak
z pod ziemi wyrosła nauczycielka transmutacji.
–
Albusie, nie bądź katem – Minerwa McGonagall skarciła go zaraz po wejściu do
sypialni. – Chcesz wywołać kolejną wojnę?
Niezdecydowanie
pojawiło się na twarzy starca.
– Panno
Thompson proszę działać, ale jeśli Severus umrze nie będę się wahał, wtrącić
cię do Azkabanu –powiedział zimno dyrektor, po czym odwrócił się na pięcie i
opuścił kwatery Mistrza Eliksirów.
–
Dziękuję – szybko wytarła łzy i popędziła do pracowni.
– Idź,
idź dziecko. My z nim zostaniemy – ponagliły ją Poppy i Minerwa.
***
Nareszcie!
Niech Merlin ma w opiece tego starego Dropsa, jak Severus się obudzi i dowie
się, co ten idiota chciał mu zrobić – Sophie zatrzasnęła głośno drzwi i rzuciła
zaklęcia zabezpieczające.
Zapaliła
gaz pod trzema dużymi mosiężnymi kociołkami. Swoją pracę rozpoczęła od
przygotowania Pureserum. Wymyśliła tą nazwę na poczekaniu, nawet nie sądziła,
że pani Pomfrey znająca przecież doskonale na leczniczych substancjach, da się
na nią nabrać. Dziękowała teraz mamie, że pozwoliła jej analizować i ulepszać
jej notatki ze szkoły i pracy.
Do
pierwszego kociołka nalała sto pięćdziesiąt mililitrów źródlanej wody i
wrzuciła do niej miąższ z rozciętych kolców jeżowca, do kolejnego ususzone kwiaty
ptasiego rdestu, które po paru chwilach rozgniotła tłuczkiem i pozwoliła im się
skawalić, w trzecim miała rozrobić w pięćdziesięciu mililitrach krwi jednorożca
właśnie wspomniane kwiaty ptasiego rdestu. Wcześniej zniosła wszystkie
zabezpieczenia z pomieszczeń przylegających do kwater Snape’a nawet ze
składziku z ingerencjami. Przeszukała wszystkie półki, ale nie znalazła
pożądanego składnika. Zaklęła cicho pod nosem. Przemieszała cztery razy według
wskazówek zegara wywar w pierwszym kociołku i usiadła bezradna na taborecie
przy stole. Chwilę zastanawiała się, czym można byłoby zastąpić krew
jednorożca. Początkowo nie brała pod uwagę wykorzystania swojej krwi jako
surowca. Myślała, że składzik Mistrza Eliksirów nie ma braków, jednak się
pomyliła. Mogła poprosić o pomoc Dumbledore’a, ale nie było na to czasu. W
jednej ze szuflad wykryła idealne narzędzie do nacięcia sobie nadgarstka –
srebrny sztylet. Odkaziła do w gotującej się wodzie i przystąpiła do działania.
Zmniejszyła gaz pod kociołkami, usiadła ponownie na taborecie i jednym pewnym
ruchem przecięła sobie lewą rękę. Syknęła z bólu. Przygryzła dolną wargę i
patrzyła jak pięćdziesiąt mililitrów czerwonego płynu skapuje do menzurki. Jej
dziewicza krew na coś w końcu się przydała, dziękowała w tym momencie
niebiosom, że Severus był na tyle opanowany i do niczego więcej nie doszło. Po
oddaniu krwi uleczyła nadgarstek i wróciła do kociołków. Niewielka blizna
pozostała w miejscu rozcięcia. Trochę kręciło jej się w głowie, ale poprosiła
skrzata o przyniesienie lekkiego lunchu by uzupełnić niedobory witamin.
Odcedziła wywar z pierwszego kociołka i przelała go do czystego naczynia. Mogła
swobodnie zająć się resztą składników. Do swojej krwi dodała ptasiego rdestu i
mieszała dopóki kolor nie zmienił się na granatowy. Kwiaty dziewanny
spowodowały, że z kociołka zaczęła ulatniać się amarantowa mgiełka, a eliksir
zgęstniał. Rozcieńczyła go wlewając wywar z kolców jeżowca. Teraz mikstura
musiała gotować się na wolnym ogniu całą godzinę. W między czasie skrzat
przyniósł jej posiłek, więc Krukonka mogła sobie zrobić przerwę. Przeciągnęła
się jak kotka, prostując obolałe plecy. Po jedzeniu rozpoczęła pracę nad maścią
Uliana. Podgrzała śluz z aloesu wrzuciła do tego sproszkowaną korę z drzewa
Wiggenowego i dziesięć kwiatów ślazu dzikiego. Po zagotowaniu pokroiła w
plasterki korzeń żywokostu lekarskiego. To również znalazło się w kociołku. Duże
bańki wydobywały się z naczynia, w którym znajdowała się maść. Kiedy któraś z
nich pękła w powietrzu czuło się zapach ozonu. Wrzuciła cztery listki mięty, a
w międzyczasie osiem razy mieszała przeciwnie do ruchów wskazówek zegara
Pureserum. Ziewnęła i spojrzała na zegarek znajdujący się nad niewielką blizną
na lewej ręce – dochodziła szesnasta.
Traciła
poczucie czasu, kiedy oddawała się ulubionemu zajęciu mogła to robić godzinami
i żadna siła nie potrafiłaby ja od tego odciągnąć. Dziś było podobnie. Eliksiry
wesoło bulgotały w kociołkach, wzajemnie się prześcigając w wytarzaniu
kolorowych oparów.
Zmniejszyła
ogień pod nimi i postanowiła sprawdzić, co z Severusem. Weszła po cichutku do
jego sypialni. Pani Pomfrey drzemała na fotelu z „Prorokiem Codziennym” na
kolanach. Sophie na ten widok uśmiechnęła się lekko. „Niech się prześpi, miała
ciężki poranek” – przykryła pielęgniarkę wyczarowanym kocem. Severus nadal był
nieprzytomny. Wydawało jej się, że gorączka w ogóle nie spadła, a może jeszcze
bardziej się podniosła. Był już przebrany w czarną, cienką piżamę. Dziewczyna
zmieniła mu kompres i delikatnie pogłaskała po policzku.
– Och,
panna Thompson. Czy eliksiry są już gotowe? – usłyszała cichy zdenerwowany głos
Poppy Pomfrey. – Jakoś tak mi się oczy przymknęły – wyglądała na trochę
zmieszaną tym, że zasnęła.
– Już
prawie. Nie wiem jak profesor Snape wytrzymuje tyle stojąc bez bólów
kręgosłupa. Mnie po kilku godzinach dokuczają plecy – rzuciła kwaśno,
przeciągając się. – Brakuje mi łez feniksa, ale myślę, że dyrektor zgodzi się
żeby Fawkes nam pomógł. Pójdę zaraz do niego i się zapytam.
– Albus
nie powinien tak postąpić, ale to w końcu on tu jest dyrektorem – westchnęła
kobieta.
Sophie
nie odezwała się nic na słowa pielęgniarki.
– Do
zobaczenia, pani Pomfrey.
– Do
zobaczenia.
Krukonka
nie od razu skierowała się do gabinetu Dropsa, najpierw poszła sprawdzić
jeszcze jak się mają eliksiry. Pureserum zmienił kolor na liliowy, a do maści
dodała pyłku nagietka, aby zagęścić substancję i wyłączyła gaz pod kociołkiem.
Miała jeszcze ponad dwadzieścia minut do dodania kolejnego składnika, więc
zamknęła szczelnie pracownię i udała się schodami do gabinetu Dropsa.
–
Przepraszam dyrektorze, że przeszkadzam, ale chciałabym zadać panu jedno
pytanie – Sophie niepewnie weszła do włości Albusa.
– Czy
przygotowałaś już eliksiry dla Severusa? – zapytał obojętnie. A może chcesz mi
powiedzieć, że właśnie…
–
Profesor Snape nadal żyje i będzie żyć! – powiedziała hardo. – Nie będę owijać
w bawełnę, potrzebuję kilka łez Faweksa. Są mi potrzebne do całkowitego
ukończenia eliksiru.
– Jest do
twojej dyspozycji, panno Thompson – odezwał się chłodno i opuścił swój gabinet
tylnymi drzwiami.
„Wyszedł,
po prostu sobie wyszedł! Co za niewdzięcznik!” – w dziewczynie wszystko się
gotowało. Podeszła powoli do feniksa. Zachwyciła się jego złoto–czerwonym
upierzeniem. Pogłaskała go po bujnym grzebieniu.
– Piękny
jesteś.
Ptak
zaskrzeczał coś po swojemu i ufnie skierował swoją główkę pod palce dziewczyny.
– Faweks,
musisz mi pomóc, maleńki. Potrzebuję zaledwie pięciu kropel twoich łez. Bądź
dobry i podaruj mi je – uśmiechnęła się najładniej jak umiała.
Feniks
spojrzał na Sophie swoimi małymi, mądrymi oczkami.
Dziewczyna
ledwo zdążyła podstawić mała probówkę wyjętą z kieszeni szkolnej szaty.
Spłynęło do niej dokładnie tyle łez, ile potrzebowała. Zadowolona pogłaskała
ptaka po piórach i uradowana opuściła gabinet Dumbledore’a.
***
W sypialni
Severusa zebrała się całkiem spora grupka ludzi. Jeszcze nigdy w tym
pomieszczeniu nie było na raz tyle osób. Sophie siedziała na łóżku chorego,
zaraz za nią znajdowała się Poppy Pomfrey, później Minerwa McGonagall, a na
samym końcu pod ścianą stał Albus Dumbledore. Po chwili przybiegli jeszcze
Filius Flitwick i Pomona Sprout. Wokoło unosiły się zapalone świece nadając
sytuacji jeszcze większej powagi. Mistrz Eliksirów w tym świetle wyglądał na
dużo starszego niż był w rzeczywistości. Przypominał ducha. Szarawobiała cera
połyskiwała w blasku płomienia świecy, zamknięte powieki jak i wąskie usta były
sine. Prawa noga spuchła do tego stopnia, że wyglądała jak drewniane wiaderko
do noszenia wody.
– Panno
Thomson, jesteś pewna, że ten eliksir pomoże Severusowi? – zapytała cicho
Minerwa McGonagall.
– Pani
profesor, nie ma stuprocentowej pewności, że eliksir zadziała. Pracowałam nad
nim dopiero od miesiąca.
Szczere
zdumienie pojawiło się na twarzy nauczycielki transmutacji.
– Wiem,
że to za mało czasu żebym cokolwiek mogła sprawdzić, ale zawsze w naszym sercu
musi pozostawać jakaś nadzieja, jasny promyczek, dzięki, któremu mamy ochotę
żyć dalej – westchnęła ciężko.
Profesor
zielarstwa wytarła nos w chusteczkę usłyszawszy słowa Krukonki.
– Jest
pan gotowy, profesorze Flitwick? – odwróciła się do karłowatego czarodzieja.
– Tak,
tak, panno Thompson.
Ustalili,
że kiedy Krukonka poda eliksir Severusowi, Filius odczaruje zaklęcie tamowania
krwi, aby jad, który pozostał w ciele nauczyciela mógł spokojnie wypłynąć. Poppy
Pomfrey miała trzymać probówkę na truciznę. Dyrektor, jego zastępca jak i
profesor zielarstwa mieli być tu tylko jako świadkowie.
Sophie
przysunęła się do swojego profesora od eliksirów. Uśmiechnęła się do niego i po
raz kolejny tego dnia odgarnęła mu włosy z rozgrzanego czoła. Odchyliła jego
głowę i lekko rozchyliła wąskie usta. Powoli wlewała mu do gardła eliksir, tak
aby się nie zachłysnął. W duchu modliła się, żeby zielona substancja pomogła
przywrócić Severusa do zdrowia. Kiedy cała zawartość buteleczki została wypita
dziewczyna krzyknęła:
– Teraz,
profesorze Flitwick!
Nauczyciel
zaklęć wykonał kilka skomplikowanych ruchów różdżką, a z rany popłynęła czarna
ciecz.
Chory
momentalnie wzdrygnął się i zakaszlał, kiedy ostatnia kropla trucizny skapnęła do
probówki. Sześć par oczu zwróciło swój wzrok w jego stronę. Brązowe tęczówki
Krukonki z nadzieją spoglądały na twarz Mistrza Eliksirów. Snape powoli
otworzył oczy, ale zaraz je zamknął.
–
Thompson, nawet w piekle musisz mnie prześladować – wychrypiał, ale zaraz
zamilkł.
Miała
ochotę rzucić się na niego i pocałować z radości, ale stwierdziła, że zrobi to
w bardziej kameralnym towarzystwie. Odwróciła się do oniemiałego dyrektora i
chciała powiedzieć mu: „a nie mówiłam!”, ale pierwsza odezwała się Poppy Pomfrey:
– Panno
Thompson, to… to… to było niesamowite. Nawet ja czegoś takiego nie umiałabym
zrobić, a mam naprawdę długie doświadczenie w leczeniu. Niezwykłe połączenie
dwóch dziedzin magii.
Dyrektor
podszedł do łóżka Mistrza Eliksirów.
– To nic
nie znaczy, Severus jest nadal nieprzytomny.
Musieli
mu to przyznać. Snape, co prawda oddychał już miarowo, co pokazywała aparatura,
ale nadal miał zamknięte oczy.
– Więc,
dlaczego się odezwał? – zapytała przejęta Minerwa McGonagall.
– Czasem
tak bywa, że eliksir działa tylko przez chwilę – wytłumaczyła im pielęgniarka.
– Jad mógł do tej pory tak spustoszyć organizm Severusa, że nawet tak dobry lek
jak Pureserum mógł zawieść.
– Przykro
mi, Sophie – Minerwa McGonagall zwróciła się do Krukonki.
– Ja w to
nie wierzę! – krzyknęła dziewczyna. – Myślicie, że eliksir powinien działać, o
tak – pstryknęła głośno palcami. – Do tego trzeba czasu.
– Chory
potrzebuje teraz snu, jeśli eliksir ma zadziałać – rozległ się wojowniczy głos
Poppy Pomfrey.
Groźna
mina powędrowała w stronę Dumbledore’a.
– Masz
czas do jutra, panno Thompson. Później będę musiał ukarać cię za
niesubordynację i zbyt długi język. Pan Filch z pewnością się ucieszy –
powiedział zimno. – Dajmy Severusowi odpocząć – ostatni raz spojrzał na
nauczyciela eliksirów.
Wyszli.
Sophie
została sama w sypialni. Napięcie jednak jej nie opuściło. Przez chwilę nerwowo
chodziła po pokoju i zastanawiała się, gdzie popełniła błąd. Robiła wszystko
według instrukcji swojej mamy i notatek, które sporządzała z pomocą ksiąg
znajdujących się w bibliotece, i nawet eliksir przybrał odpowiedni kolor.
Przycupnęła na łóżku Severusa i wpatrywała się w niego uważnie. Wahała się, czy
ona może zaaplikować maść Uliana, w końcu po przeanalizowaniu wszystkich „za” i
„przeciw” zdecydowała się poczekać z podaniem kolejnego leku. Dotknęła
delikatnie jego czoła – nadal było rozpalone. „Coś musiałam przeoczyć!” –
powiedziała na głos. Jednym sprawnym ruchem ręki odkryła kołdrę, którą
przykryty był Snape. Jej wzrok od razu powędrował na ranę na nodze. Pomimo
podania Pureserum z łydki nadal nie zeszła opuchlizna, a nawet posunęła się
dalej, w stronę kolana i uda. Zaklęła cicho pod nosem. Spojrzała na nią. W
ranie tkwiło coś na kształt grubego czegoś. Sophie nie potrafiła określić, co
to mogło być. Uważnie obejrzała nogę pod kątem wyjęcia ciała obcego, które
tkwiło bardzo głęboko. Kucnęła przy nim, w skupieniu patrzyła na ów obiekt w
nodze Severusa. Położyła dłonie w odległości kilku cali od rany, czuła jak
przyjemna fala ciepła przechodzi przez jej ciało ,a usta wymawiają cicho
łacińską inkantację. Była jak w transie. Nagle poczuła w swojej ręce jakiś
przedmiot. Odwróciła dłoń i otworzyła ją, na jej wewnętrznej stronie znajdował
się… ząb węża! Z rany ponownie zaczął sączyć się jad. Zapełnił drugą probówkę,
którą wcześniej przyniosła Poppy Pomfrey. Sophie szybko przełożyła kieł gada do
słoiczka ze specjalną substancją, która go zakonserwuje i zaniosła na jedną z
półek do składziku Mistrza Eliksirów. Usłyszała dosyć głośne mamrotanie dobiegające
z jego sypialni. Pobiegła szybko sprawdzić, cosię stało. Stanęła w drzwiach i
patrzyła na leżącego profesora eliksirów. Spał. Nikogo więcej nie było w
pomieszczeniu. „Dziwne” – pomyślała. Podeszła do mężczyzny, zabrała z jego
czoła niemalże suchy okład i zmieniła na mokry. Severus był bardzo rozpalony.
Czerwone rumieńce wyglądały dziwnie na lekko zapadniętych policzkach mężczyzny.
***
Od
podania Pureserum minęło ponad cztery godziny. Stan Snape’a się nie poprawiał.
Nadal leżał w gorączce, a do tego jego ciałem, co chwila wstrząsała fala
dreszczy. W między czasie Sophie zaaplikowała mu jeszcze dwie buteleczki
eliksiru pieprzowego oraz była zmuszona trzy razy za pomocą magii zmieniać mu
piżamę na suchą. Żeby zabić czas bawiła się kolorami ubrania, aż w końcu
wybrała wściekle amarantową barwę. Od razu zrobiło jej się przyjemniej na
duszy.
Usiadła w
fotelu.
Poczuła
nagle głód. Głośne burczenie wyrwało jej się z brzucha. Dopiero teraz zdała
sobie sprawę, że od dawna nic nie jadła, a na zegarze wskazówki pokazywały wpół
do dwunastej. Przywołała skrzata i poprosiła go o kilka kanapek o ciepłą
herbatę. Zanim skrzat przyniósł jej posiłek, zamknęła kilkoma mocnymi
zaklęciami drzwi do prywatnych kwater Severusa, przetransmutowała fotel w coś
bardziej podobnego do łóżka, a dwie puste flakoniki po eliksirach w poduszkę i
kołdrę do przykrycia. Wypalone ogarki zamieniła na całkiem nowe świece. W
pokoju od razu zrobiło się przyjemniej. Po jedzeniu nie miała już siły na nic.
Przebrała się w piżamę i wślizgnęła się pod kołdrę. Jeszcze przez chwilę
słyszała spokojny oddech Severusa, a potem Morfeusz zabrał ją do swojej krainy
pełnej snów.
***
Głośne
skrzypnięcie wyrwało ją ze snu. Sophie momentalnie poderwała się na nogi.
Przetarła dłońmi zaspane oczy. Nie patrząc na nic rzuciła się w kierunku łóżka
profesora.
*
Czyżby
rekord?
8 pełnych
stron Worda i 9 troszeczkę, ale inaczej nie miałoby sensu...
Sądzę, że
znów pojawi się wiele pytań po tej notce. I tak miało być!
Myślę, że
w kolejnym rozdziale, a już na pewno w jeszcze następnym wytłumaczę wszystko.
Będzie ból, rozpacz, żal, krzyk, ale też miłość, pożądanie i wiele innych
emocji:P
Dedykacja
dla:
Merimaat - za
ostatni komentarz. Bardzo mi pomógł. Dziękuję:*
–––––––––––––––
[1] -
Estanca sangre - (hiszp.) estancar - zatamować, sangre - krew [tu:] tamuj krew
[2] -
maść Uliana - Ulian Gregorowicz (1645 - 1760) rosyjski czarodziej zamieszkały
na dalekiej Syberii. Od jego imienia wzięła nazwę maść na oparzenia i rany.
[3] -
Pureserum - (ang.) pure - czysty, serum - surowica. Nie przyzwyczajać się do
składu. Z pewnością ulegnie zmianie!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz