wtorek, 14 sierpnia 2012

XXXVII

Uwaga!
Rozdział zawiera wątek erotyczny!
Jeśli nie jesteś pełnoletni czytasz go na własną odpowiedzialność! W razie problemów i wątpliwości skonsultuj się z lekarzem lub farmaceutą!
Życzę przyjemnej lektury pełnoletnim czytelnikom:)


Spokojne, miarowe tętno z każdą minutą stawało się przyspieszone i nierówne. Lekki, chłodny wiatr połączony z coraz cieplejszymi promieniami wiosennego słońca towarzyszyły Sophie podczas codziennego joggingu. Chociaż z początku była sceptycznie nastawiona dobiegania to kłótnia ze Snapem skutecznie przekonała ją do tego, że naśladowanie profesora wyjdzie jej na zdrowie. Lepiej spała, nie musiała wypijać hektolitrów kawy, jak to mieli w zwyczaju jej koledzy no i zeszczuplała. Z Mistrzem Eliksirów przeważnie się mijali, ponieważ po tym, co jej zrobił tamtej nocy, nie chciała go więcej widywać. Zmuszała się do uprzejmości podczas lekcji, czy na szkolnych korytarzach, ale kiedy miała pójść na przygotowania do konkursu poprostu sobie odpuściła. Myślała, że Postrach hogwartckich korytarzy zrobi to samo, jednak się przeliczyła. Każdego wieczoru dostawała kilkanaście listów, w których Snape namawiał ją do przybycia do lochów. Nigdy nie odpisała. Było jej żal Hermesa, bo biedak latał w te i we w te na marne. Miała nadzieję, że pasywne zachowanie zmusi w końcu profesora do przyjścia i przeproszenia jej, ale i tu Mistrz Eliksirów zachował się jak ostatni dupek. Do wczoraj… Musiała przyznać, że ją zaskoczył. Przeprosił i do tego pocałował w taki sposób, że dziewczyna miała ochotę wykorzystać w praktyce którąś radę z książki, którą pożyczyła od dziadka. Tęskniła za jego ironicznym dowcipem, chłodnym usposobieniem i czarnymi oczami. Był ostoją. Osobą, z którą można ufać, nawet pomimo tego, że reagował na jej czułość z taka rezerwą.
Zachłysnęła się rześkim, wiosennym powietrzem, kiedy wyszła na szkolne błonia. Odziana w stary, wysłużony dres i wygodne buty zachwycała się ciepłą kwietniową pogodą biegnąc wzdłuż plaży. Bobby prawie przewrócił Sophie, kiedy dziękował za samosprawdzające błędy ortograficzne pióro. Zawsze o takim marzył, jednak nikt z jego bliskich nie obdarował go tak potrzebnym prezentem. Przez kilka dni Krukonka wysłuchiwała litanii podziękowań aż w końcu musiała powiedzieć koledze kilka otrzeźwiających słów. Ten tylko się na nią spojrzał i bąknął coś o specyficznym humorze dziewczyny, który ma odkąd intensywnie uczęszcza na przygotowania do konkursu z eliksirów. W duchu przyznała mu rację. Zmieniła się. Co raz bardziej zwracała uwagę na to, co na siebie zakłada, jakiego słownictwa używa. Nie dała się już wykorzystywać młodszym rocznikom, na złośliwe uwagi odpowiadała równie ciętymi ripostami. A to wszystko dla Niego – zimnego, nieczułego Nietoperza z lochów.
Nie bała się powiedzieć Markowi, kiedy wręczała mu pamiątkę z Hiszpanii – kamień księżycowy, że jego zachowanie po prostu ją wkurza. Odkąd się rozstali, chłopak miał, co tydzień inną ukochaną. Obnosił się z tym na korytarzu irytując wszystkich, a zwłaszcza Snape'a. Za każdym razem, gdy widział Edwardsa z dziewczyną odejmował mu punkty. Sophie natomiast robiło się żal tych wszystkich nieszczęśliwe zakochanych w jej koledze panienek. Z autopsji znała to uczucie bezsilności, pustki, kiedy Mistrz Eliksirów ją odrzucał. Ale teraz wiedziała, że chce o niego walczyć, o nich. Nawet sam Lord Voldemort jej w tym nie przeszkodzi!

*

Szła właśnie do gabinetu dyrektora, miała dwugodzinną przerwę obiadową pomiędzy transmutacją, a eliksirami, dlatego postanowiła, że jeszcze przed posiłkiem załatwi sprawę profesora Flitwicka i jego oprawców. Mistrz zaklęć czuł się i wyglądał znacznie lepiej niż poprzedniego wieczoru, kiedy Krukonka znalazła go nieprzytomnego na korytarzu. Pani Pomfrey akurat podawał mu niezbędne eliksiry do wyzdrowienia, ale zabroniła mu jeszcze wstawać. Poprosiła Sophie o to żeby poczekała dopóki lekarstwa nie zaczną działać. Pielęgniarka musiała wracać do Skrzydła Szpitalnego, ponieważ kilkoro uczniów dostało dziwnej wysypki po lekcjach zielarstwa. Dziewczyna z chęcią została, gdyż lubiła opiekuna swojego domu. Może nie tak bardzo jak Mistrza Eliksirów, ale karłowaty nauczyciel emanował dobrocią, spokojem, opanowaniem w kontaktach z uczniami. Zupełne przeciwieństwo jego kolegi mieszkającego w lochach.
„Czekoladowe muffinki dla chłopca i dla dziewczynki” – Sophie delikatnie uśmiechnęła się, kiedy wypowiadała hasło równouprawniające ja do wejścia do gabinetu dyrektora. Chimera odsunęła się ukazując długie, kręte schody.
– Dzień dobry, dyrektorze! O, dzień dobry profesorze Snape! – przywitała się po wejściu do włości Dumbledore’a.
– Dzień dobry, Sophie – odpowiedział jej dyrektor, za to Mistrz Eliksirów odburknął jej coś niezrozumiale, na co ona wysłała mu w myślach: „Mówiłam, żeby pan profesor został u mnie wczoraj, a tak od samego rana jest popsuty humor.” – uśmiechnęła się do niego.
– Thompson, nie pozwalaj sobie! – wrzasnął poirytowany.
– Kochane dzieci, uspokójcie się, Sophie, Severusie usiądźcie – wskazał im dwa fotele naprzeciwko swojego biurka.
– Dziękuję postoję – odwarknął zdenerwowany Severus.
– Już chyba wiem, co cię do mnie sprowadza, panno Thompson – zaczął Albus, kiedy dziewczyna zajęła jeden z foteli. – Jak się czuje Filius? – zapytał.
– Dobrze, w miarę dobrze,dyrektorze. Pani Pomfrey robi wszystko żeby ulżyć mu w bólu. Rano chciał już normalnie prowadzić zajęcia, ale pani Pomfrey dała mu kilka fiolek eliksirów i zanim zdążył wstać zmorzył go sen…
– Pracoholik – wtrącił Mistrz Eliksirów.
– Taki sam jak ty, Severusie! Daj jej skończyć – skarcił go.
– Wracając, to obawiam się, że rekonwalescencja zabierze dosyć dużo czasu. Alexander Carrow, Nicenta Macnair, Agatgel Flous, Ian Drummn, Poxisus Hu nie byli delikatni w swojej zabawie, ale proszę zapytać się pani Pomfrey. Nie chcę być wścibska ani tym bardziej niegrzeczna, ale czy będą wyciągnięte wnioski z tego, co przytrafiło się profesorowi Flitwickowi? Sadząc po metodach wychowawczych profesora Snape’a nie jestem do końca pewna skuteczności kary, jaką zastosuje wobec swoich uczniów, dlatego postanowiłam skonsultować się z panem, dyrektorze – powiedziała stanowczym głosem, pozbawionym emocji.
– Thompson, masz coś do moich metod? – odezwał się młodszy czarodziej głosem pełnym jadu.
– Oczywiście! Profesorze, faworyzuje pan swoich uczniów zapominając o innych. Ile razy odebrał pan profesor punkty Markowi Edwardsowi, Bobby’emu Hopkinsowi, Jelenie Kowaliewnej czy Giovannie Vasco? O szlabanach nie wspomnę.
– Thompson, nie pozwalaj sobie! –wydarł się.
– Ja mam sobie nie pozwalać? – żachnęła się. – To pańska wina, profesorze, że pańscy wychowankowie robią, co chcą. Gdyby pan oceniał ich bardziej surowo i karał za niecne występki, to ta banda dwa razy by się zastanowiła zanim coś głupiego wpadłoby im do głowy – Sophie wstała i intensywnie zaczęła wpatrywać się w nauczyciela.
– Coś mi zarzucasz? Twierdzisz, że moi podopieczni nie przestrzegają zasad? – spojrzał się w brązowe oczy swojej uczennicy, wydawało mu się, że tęczówki stały się teraz niemal czarne.
Próbował wedrzeć się do jej umysłu, ale go blokowała – spryciara. Nagle poczuł, że unosi się do góry. Momentalnie przerwał więź myśli, jaka łączyła go z Sophie, ale nadal pozostawał kilkanaście stóp nad podłogą.
– Thompson, do cholery, postaw mnie natychmiast na ziemi! – krzyczał.
– Niesamowite – Albus aż usiadł ze zdziwienia.
– Albusie, na gacie Merlina, zrób coś! Ona może mnie zabić! – jęknął.
– Nie zabije cię! Uwierz mi. Jej podświadomość wie, z kim ma do czynienia. Zachowuj się spokojnie i nie irytuj się tak. To jeszcze bardziej działa na siły Sophie, bo myśli, że przed nią stoi wróg – dyrektor poinstruował młodszego kolegę.
– Idź do diabła, Dumbledore! Thompson, masz mnie natychmiast puścić! – Mistrz Eliksirów zaczął wymachiwać rękami i nogami w powietrzu, co spowodowało, że poszybował prawie pod sam sufit i obracał się w różne strony.
Poczuł, jednak, że moc, która utrzymuje go w górze zaczyna słabnąć. Uradowany czekał aż jego uczennica powoli postawi go na ziemi, ale przeliczył się. Głuche, głośne uderzenie ciała o podłogę wyrwało Sophie z transu. Z przerażeniem spojrzała się na podnoszącego się z podłogi i rzucającego przekleństwami na prawo i lewo Snape’a. Zdołała wydusić z siebie krótkie „przepraszam” i zemdlała.
– No i co żeś narobił, Severusie? Szybko zanoś pannę Thompson do Skrzydła Szpitalnego – rozkazał mu Albus.

*

Tępy, ostry ból rozchodził się lotem błyskawicy od potylicy w kierunku skroni i na odwrót. Jaskrawe światło nocnej lampki raziło nawet przez zamknięte powieki, a charakterystyczny zapach leczniczych eliksirów drażnił pole węchowe Krukonki powodując skurcz żołądka i odruch wymiotny.
Obrazy z rozmowy powoli przemieszczały się w podświadomości dziewczyny w logiczna całość. Nie powinna tak zareagować na słowa Snape’a, jednak za bardzo faworyzował swoich uczniów, dlatego ktoś musiał mu otworzyć oczy, że Ślizgoni są fałszywymi, krnąbrnymi, stawiającymi na końcu listy uczucia ludźmi. Severus był Slizgonem, wiec posiadał te same cechy, co jego wychowankowie, ale on starał się to zmienić. Od czasu do czasu ją przytulił, czasem się uśmiechnął, lecz tak ironicznie, jak do innych, tylko szczerze. Zdejmował wtedy maskę obojętności, którą zmuszony był nosić, na co dzień, aby uczniowie czuli do niego szacunek i respekt. Bukiecik niezapominajek, choć już zasuszony stał cały czas na honorowym miejscu w pokoju Krukonki. Z zamyśleń wyrwał ją spokojny głos pani Pomfrey.
– Panno Thompson, proszę się obudzić.
Uchyliła lekko powieki, ale zaraz je zamknęła – światło lampki za bardzo ja raziło.
– Boli mnie głowa – wyszeptała.
– Nie dziwię ci się, dziecko. Zaledwie siłami myśli podnieść dorosłego mężczyznę. Albus był z ciebie dumny, gdy z Severusem cię tu doprowadzili, a raczej przynieśli.
– No właśnie, co z profesorem Snapem? – zapytała, otwierając szeroko oczy.
– Jest trochę poobijany, ale wyjdzie z tego. Najważniejsze, że język nie ucierpiał, bo to byłaby istna tragedia dla niego – w głosie pielęgniarki można było usłyszeć nutkę ironii. Wrócił już do siebie.
– Faktycznie, ma pani rację.
– Dostaniesz zaraz dawkę leków i wrócisz do swojego dormitorium, bo nie ma potrzeby żebyś zajmowała łóżko, ale na jutro wypiszę ci jeszcze zwolnienie.
– Dobrze, dziękuję – uśmiechnęła się.
Po pół godzinie zaopatrzona w całą masę fiolek z eliksirami leczniczymi i całą litanią, jak ma je stosować oraz zwolnieniem na kolejny dzień Sophie kierowała się do wieży Ravenclawu. Głowa już całkowicie przestała ją boleć, ale nie wiedziała, czy stało się to samoistnie czy też zasługą są specyfiki, które zażyła w Skrzydle Szpitalnym.
– Dobry wieczór, sir Nicholasie – ukłoniła się grzecznie przed mijającym ją duchem.
– Dobry wieczór, Sophie. Już cię Madame Pomfrey wypuściła ze Skrzydła Szpitalnego? Wyglądasz dużo lepiej niż Severus i przynajmniej się nie wydzierasz na wszystkich – uśmiechnął się nieznacznie.
– Dziękuję, sir Nicholasie – powiedziała na odchodne.
„Skąd oni to wszystko wiedzą? W tej szkole nie da się nic ukryć!” – westchnęła poirytowana.
Szara Dama zadała wyjątkowo łatwe pytanie uczennicy domu Rowery i wpuściła ją do środka po otrzymaniu poprawnej odpowiedzi. W Pokoju Wspólnym siedziało kilka osób i odrabiało prace domowe na kolejny dzień, a przy tym wesoło rozmawiali. Na widok Sophie wszyscy umilkli. Dopiero, kiedy chciała udać się do swojego dormitorium usłyszała za sobą:
– Sophie, to było klawe! – rudy chłopak o imieniu Liam z siódmego roku podszedł do niej i poklepał ją po plecach.
– Ale, co? – zapytała zdziwiona.
– No latanie Snape’a. Sir Nicholas streścił nam pokrótce, co mu zrobiłaś, podobno bardzo się wydzierał. Nawet bliźniacy Weasley by czegoś takiego nie wymyślili, a przecież to największe psikusy od czasów Huncwotów – uśmiechnął się od ucha do ucha.
– Od czasu, kogo? – zrobiła duże oczy.
– Taka mądra, a nie wie, kim byli Huncwoci – przewrócił oczami.
– Wiesz, co Liam, nie chcę być nieuprzejma, ale jestem zmęczona. Kiedy indziej opowiesz mi o tych Huncwotach czy jak oni się nazywali.
– W porządku. Nie sądziłem, że jesteś taka zabawna.
– Ja też nie. Dobranoc wszystkim – pożegnała się.
Otworzyła powoli drzwi do swojej komnaty i zapaliła małą lampkę przy łóżku. Postawiła fiolki z eliksirami na komodzie, zrzuciła z siebie ubranie i zupełnie naga poszła do łazienki wziąć prysznic. Zmyła z siebie cały dzień, wszelkie kłopoty, które ją dotknęły. Kokosowy żel i powstała z niego piana delikatnie muskały ciało Krukonki, a zapach roztaczający się wokoło przyjemnie drażnił zmysły. Mogłaby brać godzinami prysznic gdyby nie troska o środowisko. Szybko wytarła się i owinęła suchym ręcznikiem. Wyszczotkowała dokładnie zęby i zgasiła światło w łazience. Kiedy weszła do dormitorium momentalnie serce stanęło jej w piersi. Na jej łóżku we własnej osobie siedział… Severus Snape!
– Profesorze! – krzyknęła. – Co profesor tu robi?
– Siedzę, nie widać? – uniósł lekko brew. – Nie wiedziałem, że lubujesz się w różowych ręcznikach, Thompson?
– To moja sprawa, jakie mam ręczniki! Wie pan, profesorze, że nie wolno przebywać z uczennicami w ich dormitoriach? Złamał pan regulamin! Powinnam iść z tym do dyrektora.
– W takim stroju? – Severus nie mógł sobie odmówić spojrzenia na smukłe ciało Sophie.
– Nawet i w takim stroju! – odburknęła.
– Nie masz mi nic do powiedzenia?– zapytał wstając.
– Nie!
– Jesteś pewna?
– Tak! Niech pan profesor tak na mnie nie patrzy!
– Znaczy jak? – musnął ustami jej wargi.
– Lubieżnie. Tak jakby chciał w tej chwili… – westchnęła, gdy zaczął całować jej szyję.
Wzdrygnęła się, kiedy położył dłonie na jej talii i próbował ściągnąć z niej ręcznik. Nie była mu dłużna, szarpnęła porządnie za koszulę i rozerwała ją tuż przy guzikach. Dziękowała, że nie miał na sobie surduta, bo znaczniej trudniej byłoby go rozebrać. Delikatnie pieściła jego tors, by za chwilę zająć się plecami. Wyczuła pod opuszkami palców mniejsze lub większe blizny. Z lubością dotykała i uczyła się ich na pamięć. Nie wiedziała, kto mu je zrobił, ale była przekonana o tym, że kiedy spotka tą osobę osobiście, sprawi, że zapłaci za krzywdy Severusa. Znów cichutko jęknęła czując dłonie w okolicach piersi. Ręcznik opadł momentalnie na podłogę. Stała przed nim kompletnie naga, ale nie przeszkadzało jej to. Chciała go, pragnęła by zatopił się w niej. Kochała go szalenie.
– Ślicznie wyglądasz. Poranne bieganie ci służy – uśmiechnął się najładniej jak potrafił.
– Dziękuję.
Lekko pchnął ją na łóżko. Poddała się temu bez szemrania. Zdjął z siebie spodnie, a oczom Sophie ukazało się lekkie wybrzuszenie na jego czarnych bokserkach. Wiedziała, co to oznacza. Pożądał jej. Z ulgą przyznała, że książka od dziadka przydała jej się teraz, przynajmniej wiedziała, co ma robić.
Nachylił się nad nią i subtelnie przejechał palcem po sterczącym już sutku prawej piersi, a lewą obsypał deszczem delikatnych pocałunków. Tak pięknie pachniała. Kokos mieszał się z zapachem jej ciała – ciała kobiety, którą trzymał w ramionach i kochał do utraty tchu. Musiał się przyznać, że niewinny romans, który kazał mu rozpocząć Czarny Pan przerodził się w gorące uczucie, którego nie mógł się pozbyć za żadne skarby. Po prostu nie chciał.
Każdy cal jej brzucha domagał się czułości, więc Severus podarował jej wszystko, co w tej chwili mógł. Zwinnym językiem kreślił znaki pożądania w okolicy pępka. Na chwilę oderwał się od niej by spojrzeć jej w oczy. Lekko zamglone spoglądały na niego z taką czułością, że serce w nim zamarło. Dyszała cicho, kiedy zatopił swoje palce w jej kobiecości. Była bardzo podniecona. Poruszał się powoli, wiedział, że gwałtowne ruchy mogłyby ją przestraszyć.
– Sevesusie, jesteś wspaniały – szepnęła mu do ucha podnosząc się lekko i przerywając jego pieszczoty. – Pozwól, że ja zajmę się teraz tobą.
Zaskoczyła go. Nie sądził, że w tej małej, przemądrzałej od czasu do czasu Krukonce drzemie taka siła. Obsypała go całym koszem pocałunków. Nieśmiało, choć z pewną dozą odwagi zsunęła z niego majtki, a jej oczom ukazał się jego sztywny członek.
– Oooo…
– Kochanie, co się stało? Nie podoba ci się? – po chwili stwierdził, że palnął głupotę. „Ona nigdy nie widziała nagiego mężczyzny!” – uzmysłowił sobie.
– Och, nie – zmieszała się. – Tylko, że inaczej sobie go wyobrażałam – powiedziała nieśmiało. – Jest taki, duży i …sztywny.
– To normalne. Jesteś pewna, że chcesz go dotknąć?
– Z chęcią, Severusie – na jej twarzy pojawił się szczery uśmiech.
Dotykała go wspaniale. Pieszczoty w początku nieśmiałe z każdą minutą stawały się, co raz bardziej intensywne i pozbawione barier. Ciężko oddychał, jak podczas wspólnego biegania. Czuł, że zaraz eksploduje. Gonitwa myśli, co zrobić żeby nie skończyć wcześniej od niej. Złapał ją za nadgarstki i odsunął jej dłonie jak najdalej można było.
– Nie podoba ci się? – spytała przerażona.
– Jest idealnie, ale pozwól, że ja teraz trochę zajmę się tobą – powiedział lekko ochrypłym głosem.
Znów wsunął w nią palce. Teraz poruszał się w niej pewniej, ale nadal poznawał jej reakcję na dotyk.  Wygięła się lekko w łuk, aby dać mu więcej miejsca i swobody. Nie musiał długo czekać na spełnienie. Głośny okrzyk satysfakcji wydobył się z jej gardła, chwilę pot ym jak poczuł wyraźne skurcze targające jej kobiecością. Jego imię zostało wypowiedziane z taką ekspresją, że brzmiało jak najpiękniejsza muzyka.Oczywiście, że chciał całkowicie zatopić się w niej, ale wiedział, że ona nie-jest jeszcze na to gotowa. Dał jej namiastkę czegoś, co w przyszłości może się rozwinąć. Zasiał w niej ziarenko pożądania, które miał nadzieje pewnego dnia wykiełkuje i wyrośnie z niego piękny kwiat ich wspólnej miłości. Chwilę później zupełnie, co innego zaprzątało jego głowę. Pieszczoty, które zaserwowała mu spowodowały nieziemskie uczucie błogości i spełnienia rozchodzące się od czubków palców po końcówki włosów. Kiedy doszedł do siebie jednym ruchem różdżki oczyścił łóżko Sophie z życiodajnego nektaru i przytulił się do swojej ukochanej szepcząc jej do ucha najpiękniejsze słowa jakie tylko znał. Nie mięło kilka minut, a oboje znaleźli się w krainie Morfeusza. Szczęśliwi, że mają siebie.
*

Ha!
Zaskoczyłam was:D
Siebie też!
To był impuls spowodowany urodzinami Alana, więc nie wiem jak wena sobie z tym poradziła. Bardzo proszę o konstruktywną krytykę, ponieważ to moja pierwsza scena erotyczna tego typu...
Rok temu też była notka, ale wtedy żyłam w nieświadomości, o do urodzin naszego wspaniałego i utalentowanego Alana, ale dzisiaj się poprawiam.
STO LAT ALANOWI i żeby przyjechał do Polski:D:D:D
Dużo seksapilu, który w nim tak ubóstwiamy *.*

  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz