wtorek, 14 sierpnia 2012

XLIV

Brązowo–szara sowa wleciała wraz z innymi ptasimi listonoszami przez jedno z otwartych okien Wielkiej Sali i wylądowała nieopodal miski z owsianką, którą ze smakiem spożywała Sophie Thompson. Podała dziewczynie kopertę i zaczęła skubać niewielką bułkę, leżącą na stole. Krukonka pogłaskała zwierzątko po główce i zabrała się za czytanie wiadomości.

Kochana Sophie!

Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin!
Moja mała córeczka wreszcie dorosła, kiedy Kochanie to zleciało…
Wiesz dobrze, że nie nigdy nie byłam nigdy dobra w składaniu życzeń, dlatego takie najprostsze wydają się najlepsze. Tom również życzy Ci wszystkiego najlepszego. Przesyłamy Ci jeszcze czek na drobną sumę do Gringotta; kompletnie nie wiem, co by Ci się mogło przydać, więc pieniądze będą najlepszym wyjściem.
Bardzo zaskoczył mnie Twój ostatni list. Nie spodziewałam się, że będziesz chciała pisać podanie do Ministra Magii, aby pozwolił Ci rok wcześniej podchodzić do egzaminów. Dużo z tym zachodu, zwłaszcza, że masz mało czasu na powtórzenie materiału. Jesteś już pełnoletnia, a wiem również, że dojrzałością prześcigasz nawet niektórych starszych, dlatego też nie martwię się, że Twoja decyzja Sophie będzie przemyślana. Porozmawiaj z dyrektorem, w końcu to on musi podpisać niezbędne dokumenty, które pozwolą Ci przystąpić do OWeTeMów. Napisz mi zaraz, jaka jest decyzja w tej sprawie.
Całuję i ściskam Cię mocno (Tom również). Jeszcze raz wszystkiego naj.
Mama.

Sophie złożyła kartkę na pół, a czek schowała do kieszeni mundurka, tak aby się nie zgniótł i nie zgubił. Westchnęła ciężko i wzięła się za jedzenie zimnego już śniadania. Sowa, kiedy wzbiła się w powietrze,zostawiła jej jedno z piór w na talerzyku obok sałatki warzywnej.
Na pomysł z napisaniem OWuTeMów rok wcześniej niż powinna, wpadła kilkanaście dni temu; pod prysznicem. Kiedy doznała olśnienia, poczuła coś w rodzaju euforii, ale również niepewności i strachu. Czytała gdzieś, że możliwe jest pisanie egzaminów rok wcześniej, musiałby być jednak poważne powody, dla których student nie mógł już kontynuować nauki. Argumentów było kilka – praca nad eliksirem dla mamy, jej choroba, zraniona miłość do Snape’a – to chyba był najpewniejszy dowód tego, że chciała wcześniej ukończyć Hogwart. Nie mogła już znieść jego obecności blisko siebie, zranił ją dogłębnie. Myślała, że już nie będą mieć przed sobą tajemnic – pomyliła się.Nie rozumiała jak można było nie pamiętać, że spało się z jakąś kobietą. Może niejaka Monique nie była jedyna…
– Wszystkiego najlepszego, Sophie – z zamyślenia wyrwał ją głos Bobby’ego Hopkinsa. Przysiadł się na pustym miejscu, które jeszcze niedawno zajmowała Luiza Velde – siódmoroczna Krukonka. Na stoliku pojawiła się mała paczuszka.
– Eeee… Dziękuję – uśmiechnęła się nieśmiało do blondyna.– Nie trzeba było – bąknęła zmieszana, próbując otworzyć podarek.
– Drobnostka – wyszczerzył się. – To nic wielkiego.
– Och! Pudełko lodowych czekoladek; uwielbiam je! –uściskała gorąco chłopaka, całując go przy tym w policzek.
Wyglądał na lekko zawstydzonego.
– Chodźmy już, bo McGonagall nam głowy pourywa za spóźnienie.
– Już idę, zaniosę tylko prezent do dormitorium.
– Zajmę nam jak najlepsze miejsca – zaoferował się.
– W porządku – podniosła się ze swojego miejsca i zniknęła po chwili w tłumie wychodzących uczniów.

*

Severus zgniótł jajko na miękko, które właśnie obierał; żółtko spłynęło mu po palcach i skapywało na obrus, którym był przykryty stół.
Przeklęty Hopkins! Jak nie Edwards, to teraz ten przygłup Hopkins… Cholera, niech to wszystko weźmie!
Obserwował jak brązowo–szara sowa przynosi jej urodzinowy list, i jak uważnie go czyta, lekko się przy tym uśmiechając. Lubił, gdy w ten sposób układała usta; niby starała się być poważna, ale jednak cień rozbawiania zawsze pozostawiał. Schowała go do jednaj z kieszeni mundurka i zabrała się zakończenie śniadania, gdy pojawił się ten przygłup Hopkins. Zaskoczył ją swoim zachowaniem, ale ona nie miała skrupułów rzucać się mu na szyję. I to za, co? Za pudełko lodowych cukierków. On w dzieciństwie też je lubił, ale nie znaczyło to, że rzucał się na osobę, od której dostawał.
Lily była nietykalna…
Cisnął resztkami jajka na talerz i nie zwracając uwagi na nikogo, wyszedł bocznymi drzwiami z Wielkiej Sali.
Monique od czasu ślubu Riddle’a zapadła się pod ziemię. Jakby w ogóle nie istniała, a to, co wydarzyło się niecałe trzy tygodnie temu była złym snem. Koszmarem, który nie dawał żyć Severusowi. Na dodatek Albus jak zwykle machał ręką na to, co mówił mu jego szpieg. Bagatelizował każdą, nawet najmniejszą informację. Nadmienił mu tylko o pewnym planie, który ma wobec panny Thopmson, jednakże, gdy Snape pytał o jakieś szczegóły, Dumbledore milczał jak zaklęty.
– Dowiesz się w swoim czasie, Severusie – poklepał go po ramieniu. – Próbuję naprawić to, co zepsułeś.
Snape zastanawiał się, co też wymyślił ten stary czarodziej, ale żadne sensowne pomysły nie przychodziły mu do głowy.

*

Zajęcia z czwartorocznymi Gryfonami zakończyły się wybuchem dwóch kociołków, wlepieniem czterech szlabanów i odebraniem siedemdziesięciu punktów. Humor trochę się mu poprawił, gdy Levkov najpierw zbladł, a później zzieleniał ze strachu, kiedy nachylił się nad jego kociołkiem i kaszlnął niechcący. Niestety jego dobry nastrój prysł momentalnie, kiedy zobaczył Edwardsa, Thompsin i Hopkinsa stojących przed klasą i śmiejących się na całe gardło. Zmierzył ich wzrokiem Bazyliszka, na co Sophie odwróciła się do niego plecami i poprawiła Edwardsowi krawat.
Cholera jasna! Przestań się wydurniać, ty głupia dziewucho! – chciał powiedzieć, ale głos zatrzymał się gdzieś w środku i nie chciał wyjść na światło dzienne. Przybrał obojętny wyraz twarzy, kiedy po dzwonku wszyscy weszli do klasy. Nie obeszło, no może trochę, że Krukonka usiadła z Hopkinsem, a Edwards przysiadł się do panny Ivonne Bradfort – swojej nowej zdobyczy, która zajmowała wcześniejszą ławkę.
Zaczęła się lekcja.
Snape cały czas uważnie obserwował swoich uczniów czytających informacje na temat eliksiru prawdy. Hopkins był nienaturalnie nachylony w stronę Sophie i spoglądał bardziej na jej biust, niż na tekst w podręczniku, którego bądź, co bądź zapomniał. Miał ochotę trzepnąć go porządnie jakimś pogrzebaczem znalezionym w pokoju życzeń, ale musiał się powstrzymać – za dużo narobiłby problemów. Dziewczyna natomiast przesunęła się na skraj ławki i gdyby Krukon zbliżył się do niej jeszcze bardziej, to z pewnością spadłaby z krzesła. Może to by była jakaś nauczka!
Przerwał w im czytanie w połowie przeznaczonego na to czasu i zaczął pytać o informacje, jakie powinni wyłowić z tekstu. Tak dla uściślenia pytał tylko Hopkinsa.
Sophie ciskała gromy w jego stronę i próbowała przekazać mu mentalnie jakąś wiadomość, ale brutalnie wypchnął ją ze swojego umysłu i na dodatek wysłał jej ich ostatni pocałunek. Dziewczyna w jednej chwili zbladła i spuściła wzrok. Widocznie bardziej zajmujące stało się czytanie podręcznika.
Wiedział, że tę bitwę już wygrał…
Na koniec zajęć drugiej lekcji, dla dopełnienia przyjemności płynącej z dręczenia uczniów, wlepił Hopkinsowi szlaban. Dzień nie był taki zły jak sobie na początku to założył.

*

Wygodny, stary fotel idealnie przypasował się już do ciała Severusa Snape’a, który lubił w nim spędzać wolne chwile na czytaniu gazety czy książek. Zwłaszcza, że odbył dzisiaj trzy szlabany w tym jeden z tym matołem Hopkinsem. Każde zanurzenie się w miękkości tego wysłużonego mebla, przynosiło ulgę. Dzisiejszego wieczoru było podobnie.
Usadowił się w nim z książką i oddawał się lekturze, popijając z kubka herbatę owocową. Smakowity, parujący płyn niwelował chłód panujący w lochach, dzięki temu mógł jakoś przetrwać chłodniejsze dni, gdy nie chciało mu się rozpalić w kominku.
Nagły przeciąg zgasił część świec znajdujących się w pomieszczeniu, nadając mu surowości. Zirytowany Severus wstał niechętnie z fotela i ruszył w stronę drzwi, jednak zanim doszedł, otworzyły się one z hukiem, a za nimi pojawiła się Sophie Thompson!
– Jak pan śmie straszyć czymkolwiek Bobby’ego! – krzyknęła z furią w głosie. Wpatrywała się w niego tak intensywnie jakby samym tylko spojrzeniem chciała go zgładzić.
– Nie rozumiem, o co ci chodzi, Thompson – podtrzymał kontakt wzrokowy. Włosy miała lekko potargane, a palce poplamione atramentem. Oddychała też ciężej – musiała przebiec całą drogę z Wieży Ravenclawu do lochów.
– Pan doskonale rozumie o, co mi chodzi! – weszła do środka bez jego zgody, pozostawiając drzwi otwarte na oścież. – Niech pana nie obchodzi moje życie! Nie ma już NAS!
– A czy w ogóle kiedyś byliśmy MY? – spytał zaskoczony. – Nie przypominam sobie, żeby coś nas łączyło. Nie powinnaś, odnieść NIGDY takiego wrażenia, że mi na tobie zależało.
Wydawała się być zaskoczona jego słowami, ale ukryła to skrzętnie w sobie, odwracają się do niego tyłem. A więc tylko się nią bawił, pozwolił jej na zwrócić siebie uwagę… Kim dla niego była? Dlaczego się nią zainteresował? Wystarczająco dobrze bawił się, kosztem innych uczniów. Poczuła dziwne ukucie żalu. Musi być silna. Najlepiej będzie jak już sobie stąd pójdzie.
– Uważaj, żeby cukierki nie były nasączone Amotencją – szepnął jej do ucha, czując świeży zapach kwiatów i kokosa.
Jego oddech przyprawił ją o dreszcz.
– Hopkins wie tyle o Amortencji, co pan na temat wróżbiarstwa – rzuciła oschle. – Traktuję Bobby’ego jak kolegę, a z resztą, co to pana obchodzi. Jestem od dzisiaj pełnoletnia i odpowiadam sama za siebie – próbowała go wyminąć, ale złapał ją mocno za ramię.
– To boli – syknęła, spoglądając gniewnie na niego.
– Wszystkiego najlepszego, Sophie – powiedział miękko.
Pochylił się do przodu, objął ją drugą dłonią za szyję, przyciągnął bliżej i zakrył wargami jej usta.
Przez kilka sekund wydawała się oszołomiona, próbowała się wyrwać. Wyczuł przeszywający ją dreszcz i wzmocnił uścisk. Oparła mu dłoń na ramieniu i rozchyliła lekko usta.
Niespodziewanie uniósł ją do góry i jednym sprawnym ruchem posadził ją na biurku. Usłyszał cichutki, kobiecy jęk. Ten dźwięk go oszołomił. Czuł, jak cały się napina i nabrzmiewa pożądaniem. Przysunął się jeszcze bardziej w stronę Sophie. Czekał z utęsknieniem na to, kiedy oplecie swoimi nogami jego biodra.
Znieruchomiała, kiedy poczuła jego podniecenie pomiędzy swoimi udami. Upomniała się, że przecież podjęła decyzję. Nie powinni się już więcej całować. Tak będzie lepiej. Ale nawet, gdy powtarzała sobie wszystkie rozsądne argumenty, wiedziała, że dzisiejszego wieczoru nie zdoła się oprzeć pokusie. Była zbyt roztrzęsiona, tym jak łatwo znów ją zniewolił.
Może powinna dać mu szansę i przyjąć to, co jej ofiarował, zwłaszcza, że Severus przesunął dłonie na jej plecy i zwolnił uścisk. Drżała z pragnienia, ogarnięta nieznanym szaleństwem. Porwana niepohamowanym pożądaniem, które tylko niejasno pojmowała, z całej siły chwyciła się ramion Severusa i odwzajemniła jego pocałunki. Oderwał się od niej i ujął jej twarz w dłonie.
– Powtórz moje imię – poprosił ochrypłym głosem.
W słabym świetle świec, w jego twarzy nie zobaczyła już nienawiści, tylko gorące, niepowstrzymane pożądanie, równie silne jak to, które ją ogarnęło.
– Severusie – zadrżała już nie ze zdenerwowania, tylko w gorączkowym oczekiwaniu. – Severusie...
Odsunął ręce od jej twarzy i objął ją w talii. A potem pochylił głowę i wilgotnymi, spragnionymi ustami zaczął całować i kąsać jej szyję. Rozkoszne podniecenie niemal odebrało jej oddech. Właśnie tego potrzebowała. Ta desperacka, wszechogarniająca namiętność zatrze w jej pamięci wspomnienie satysfakcjonującego wyrazu twarzy Monique i jej sporego już brzucha dumnie wypiętego w jej stronę. Przed oczami stanęła jej ta scena, w której uczestniczyła na weselu swojej mamy. On ma już swoją wybrankę, a dziecko jest w drodze. Zimna fala przeszyła jej ciało, momentalnie oderwała się od Severusa.
Przez chwilę nie wiedział, co się z nim dzieje i dlaczego nagle dziewczyna mu się oparła. Przytrzymał ją, kiedy zsunęła się z biurka, widocznie jej nogi odmówiły posłuszeństwa. Ból w lędźwiach przypominał mu nadal o tym, że miał niesamowitą ochotę skończyć ten wieczór w sypialni. Nie mógł jednak nadużywać jej zaufania.
Sophie wyswobodziła się już zupełnie z jego uścisku.
– Porozmawiamy, kiedy już do końca uporządkuję swoje życie, profesorze – powiedziała cicho.
– Więc jest jakaś szansa dla n a s? – spojrzał na nią z nadzieją.
– Sam pan powiedział, ze nie ma n a s... I nigdy nie było. A to, co się wydarzyło przed chwilą… Cóż to kolejne doświadczenie. Mam nadzieję, że przyjemne – podniosła dumnie głowę i opuściła jego kwatery.
Stał tam jeszcze chwilę bez siły z mocno bijącym sercem. Nie wiedział jak interpretować jej słowa, ale czuł, że kryła się w nich jakaś obietnica.
Poruszy niebo i ziemię, żeby tylko znaleźć Monique i przyprzeć ją do muru, żeby powiedziała całą prawdę Sophie. Będzie starać się znów odbudować zaufanie Krukonki, choćby nie wiedział jak dużo wysiłku będzie to kosztować…

*

Ha, ha! Myślałyście, że będzie WielkaNoc:D A tu LIPA!

To już 2 lata minęło w piątek:)
Nie wierzę, że udało mi się tyle przetrwać, choć Wen był kapryśny!
Dziękuję WSZYSTKIM czytelnikom, tym stałym i tym przelotnym.

Krytykujcie:P

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz