Brązowo–szara
sowa wleciała wraz z innymi ptasimi listonoszami przez jedno z otwartych okien
Wielkiej Sali i wylądowała nieopodal miski z owsianką, którą ze smakiem
spożywała Sophie Thompson. Podała dziewczynie kopertę i zaczęła skubać
niewielką bułkę, leżącą na stole. Krukonka pogłaskała zwierzątko po główce i
zabrała się za czytanie wiadomości.
Kochana Sophie!
Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin!
Moja mała córeczka wreszcie dorosła, kiedy Kochanie to zleciało…
Wiesz dobrze, że nie nigdy nie byłam nigdy dobra w składaniu życzeń,
dlatego takie najprostsze wydają się najlepsze. Tom również życzy Ci
wszystkiego najlepszego. Przesyłamy Ci jeszcze czek na drobną sumę do
Gringotta; kompletnie nie wiem, co by Ci się mogło przydać, więc pieniądze będą
najlepszym wyjściem.
Bardzo zaskoczył mnie Twój ostatni list. Nie spodziewałam się, że
będziesz chciała pisać podanie do Ministra Magii, aby pozwolił Ci rok wcześniej
podchodzić do egzaminów. Dużo z tym zachodu, zwłaszcza, że masz mało czasu na
powtórzenie materiału. Jesteś już pełnoletnia, a wiem również, że dojrzałością
prześcigasz nawet niektórych starszych, dlatego też nie martwię się, że Twoja decyzja
Sophie będzie przemyślana. Porozmawiaj z dyrektorem, w końcu to on musi
podpisać niezbędne dokumenty, które pozwolą Ci przystąpić do OWeTeMów. Napisz
mi zaraz, jaka jest decyzja w tej sprawie.
Całuję i ściskam Cię mocno (Tom również). Jeszcze raz wszystkiego naj.
Mama.
Sophie
złożyła kartkę na pół, a czek schowała do kieszeni mundurka, tak aby się nie
zgniótł i nie zgubił. Westchnęła ciężko i wzięła się za jedzenie zimnego już
śniadania. Sowa, kiedy wzbiła się w powietrze,zostawiła jej jedno z piór w na
talerzyku obok sałatki warzywnej.
Na pomysł
z napisaniem OWuTeMów rok wcześniej niż powinna, wpadła kilkanaście dni temu;
pod prysznicem. Kiedy doznała olśnienia, poczuła coś w rodzaju euforii, ale
również niepewności i strachu. Czytała gdzieś, że możliwe jest pisanie
egzaminów rok wcześniej, musiałby być jednak poważne powody, dla których
student nie mógł już kontynuować nauki. Argumentów było kilka – praca nad
eliksirem dla mamy, jej choroba, zraniona miłość do Snape’a – to chyba był
najpewniejszy dowód tego, że chciała wcześniej ukończyć Hogwart. Nie mogła już
znieść jego obecności blisko siebie, zranił ją dogłębnie. Myślała, że już nie
będą mieć przed sobą tajemnic – pomyliła się.Nie rozumiała jak można było nie
pamiętać, że spało się z jakąś kobietą. Może niejaka Monique nie była jedyna…
–
Wszystkiego najlepszego, Sophie – z zamyślenia wyrwał ją głos Bobby’ego
Hopkinsa. Przysiadł się na pustym miejscu, które jeszcze niedawno zajmowała
Luiza Velde – siódmoroczna Krukonka. Na stoliku pojawiła się mała paczuszka.
– Eeee…
Dziękuję – uśmiechnęła się nieśmiało do blondyna.– Nie trzeba było – bąknęła
zmieszana, próbując otworzyć podarek.
–
Drobnostka – wyszczerzył się. – To nic wielkiego.
– Och!
Pudełko lodowych czekoladek; uwielbiam je! –uściskała gorąco chłopaka, całując
go przy tym w policzek.
Wyglądał
na lekko zawstydzonego.
– Chodźmy
już, bo McGonagall nam głowy pourywa za spóźnienie.
– Już
idę, zaniosę tylko prezent do dormitorium.
– Zajmę
nam jak najlepsze miejsca – zaoferował się.
– W
porządku – podniosła się ze swojego miejsca i zniknęła po chwili w tłumie
wychodzących uczniów.
*
Severus
zgniótł jajko na miękko, które właśnie obierał; żółtko spłynęło mu po palcach i
skapywało na obrus, którym był przykryty stół.
Przeklęty
Hopkins! Jak nie Edwards, to teraz ten przygłup Hopkins… Cholera, niech to
wszystko weźmie!
Obserwował
jak brązowo–szara sowa przynosi jej urodzinowy list, i jak uważnie go czyta,
lekko się przy tym uśmiechając. Lubił, gdy w ten sposób układała usta; niby
starała się być poważna, ale jednak cień rozbawiania zawsze pozostawiał.
Schowała go do jednaj z kieszeni mundurka i zabrała się zakończenie śniadania,
gdy pojawił się ten przygłup Hopkins. Zaskoczył ją swoim zachowaniem, ale ona
nie miała skrupułów rzucać się mu na szyję. I to za, co? Za pudełko lodowych
cukierków. On w dzieciństwie też je lubił, ale nie znaczyło to, że rzucał się
na osobę, od której dostawał.
Lily była
nietykalna…
Cisnął
resztkami jajka na talerz i nie zwracając uwagi na nikogo, wyszedł bocznymi
drzwiami z Wielkiej Sali.
Monique
od czasu ślubu Riddle’a zapadła się pod ziemię. Jakby w ogóle nie istniała, a
to, co wydarzyło się niecałe trzy tygodnie temu była złym snem. Koszmarem,
który nie dawał żyć Severusowi. Na dodatek Albus jak zwykle machał ręką na to,
co mówił mu jego szpieg. Bagatelizował każdą, nawet najmniejszą informację.
Nadmienił mu tylko o pewnym planie, który ma wobec panny Thopmson, jednakże,
gdy Snape pytał o jakieś szczegóły, Dumbledore milczał jak zaklęty.
– Dowiesz
się w swoim czasie, Severusie – poklepał go po ramieniu. – Próbuję naprawić to,
co zepsułeś.
Snape
zastanawiał się, co też wymyślił ten stary czarodziej, ale żadne sensowne
pomysły nie przychodziły mu do głowy.
*
Zajęcia z
czwartorocznymi Gryfonami zakończyły się wybuchem dwóch kociołków, wlepieniem
czterech szlabanów i odebraniem siedemdziesięciu punktów. Humor trochę się mu
poprawił, gdy Levkov najpierw zbladł, a później zzieleniał ze strachu, kiedy
nachylił się nad jego kociołkiem i kaszlnął niechcący. Niestety jego dobry
nastrój prysł momentalnie, kiedy zobaczył Edwardsa, Thompsin i Hopkinsa
stojących przed klasą i śmiejących się na całe gardło. Zmierzył ich wzrokiem
Bazyliszka, na co Sophie odwróciła się do niego plecami i poprawiła Edwardsowi
krawat.
Cholera
jasna! Przestań się wydurniać, ty głupia dziewucho! – chciał
powiedzieć, ale głos zatrzymał się gdzieś w środku i nie chciał wyjść na
światło dzienne. Przybrał obojętny wyraz twarzy, kiedy po dzwonku wszyscy
weszli do klasy. Nie obeszło, no może trochę, że Krukonka usiadła z Hopkinsem,
a Edwards przysiadł się do panny Ivonne Bradfort – swojej nowej zdobyczy, która
zajmowała wcześniejszą ławkę.
Zaczęła
się lekcja.
Snape
cały czas uważnie obserwował swoich uczniów czytających informacje na temat
eliksiru prawdy. Hopkins był nienaturalnie nachylony w stronę Sophie i
spoglądał bardziej na jej biust, niż na tekst w podręczniku, którego bądź, co
bądź zapomniał. Miał ochotę trzepnąć go porządnie jakimś pogrzebaczem znalezionym
w pokoju życzeń, ale musiał się powstrzymać – za dużo narobiłby problemów.
Dziewczyna natomiast przesunęła się na skraj ławki i gdyby Krukon zbliżył się
do niej jeszcze bardziej, to z pewnością spadłaby z krzesła. Może to by była
jakaś nauczka!
Przerwał
w im czytanie w połowie przeznaczonego na to czasu i zaczął pytać o informacje,
jakie powinni wyłowić z tekstu. Tak dla uściślenia pytał tylko Hopkinsa.
Sophie
ciskała gromy w jego stronę i próbowała przekazać mu mentalnie jakąś wiadomość,
ale brutalnie wypchnął ją ze swojego umysłu i na dodatek wysłał jej ich ostatni
pocałunek. Dziewczyna w jednej chwili zbladła i spuściła wzrok. Widocznie
bardziej zajmujące stało się czytanie podręcznika.
Wiedział,
że tę bitwę już wygrał…
Na koniec
zajęć drugiej lekcji, dla dopełnienia przyjemności płynącej z dręczenia
uczniów, wlepił Hopkinsowi szlaban. Dzień nie był taki zły jak sobie na
początku to założył.
*
Wygodny,
stary fotel idealnie przypasował się już do ciała Severusa Snape’a, który lubił
w nim spędzać wolne chwile na czytaniu gazety czy książek. Zwłaszcza, że odbył
dzisiaj trzy szlabany w tym jeden z tym matołem Hopkinsem. Każde zanurzenie się
w miękkości tego wysłużonego mebla, przynosiło ulgę. Dzisiejszego wieczoru było
podobnie.
Usadowił
się w nim z książką i oddawał się lekturze, popijając z kubka herbatę owocową.
Smakowity, parujący płyn niwelował chłód panujący w lochach, dzięki temu mógł
jakoś przetrwać chłodniejsze dni, gdy nie chciało mu się rozpalić w kominku.
Nagły
przeciąg zgasił część świec znajdujących się w pomieszczeniu, nadając mu
surowości. Zirytowany Severus wstał niechętnie z fotela i ruszył w stronę
drzwi, jednak zanim doszedł, otworzyły się one z hukiem, a za nimi pojawiła się
Sophie Thompson!
– Jak pan
śmie straszyć czymkolwiek Bobby’ego! – krzyknęła z furią w głosie. Wpatrywała
się w niego tak intensywnie jakby samym tylko spojrzeniem chciała go zgładzić.
– Nie
rozumiem, o co ci chodzi, Thompson – podtrzymał kontakt wzrokowy. Włosy miała
lekko potargane, a palce poplamione atramentem. Oddychała też ciężej – musiała
przebiec całą drogę z Wieży Ravenclawu do lochów.
– Pan
doskonale rozumie o, co mi chodzi! – weszła do środka bez jego zgody,
pozostawiając drzwi otwarte na oścież. – Niech pana nie obchodzi moje życie!
Nie ma już NAS!
– A czy w
ogóle kiedyś byliśmy MY? – spytał zaskoczony. – Nie przypominam sobie, żeby coś
nas łączyło. Nie powinnaś, odnieść NIGDY takiego wrażenia, że mi na tobie
zależało.
Wydawała
się być zaskoczona jego słowami, ale ukryła to skrzętnie w sobie, odwracają się
do niego tyłem. A więc tylko się nią bawił, pozwolił jej na zwrócić siebie
uwagę… Kim dla niego była? Dlaczego się nią zainteresował? Wystarczająco dobrze
bawił się, kosztem innych uczniów. Poczuła dziwne ukucie żalu. Musi być silna.
Najlepiej będzie jak już sobie stąd pójdzie.
– Uważaj,
żeby cukierki nie były nasączone Amotencją – szepnął jej do ucha, czując świeży
zapach kwiatów i kokosa.
Jego
oddech przyprawił ją o dreszcz.
– Hopkins
wie tyle o Amortencji, co pan na temat wróżbiarstwa – rzuciła oschle. – Traktuję
Bobby’ego jak kolegę, a z resztą, co to pana obchodzi. Jestem od dzisiaj
pełnoletnia i odpowiadam sama za siebie – próbowała go wyminąć, ale złapał ją
mocno za ramię.
– To boli
– syknęła, spoglądając gniewnie na niego.
–
Wszystkiego najlepszego, Sophie – powiedział miękko.
Pochylił
się do przodu, objął ją drugą dłonią za szyję, przyciągnął bliżej i zakrył
wargami jej usta.
Przez
kilka sekund wydawała się oszołomiona, próbowała się wyrwać. Wyczuł
przeszywający ją dreszcz i wzmocnił uścisk. Oparła mu dłoń na ramieniu i
rozchyliła lekko usta.
Niespodziewanie
uniósł ją do góry i jednym sprawnym ruchem posadził ją na biurku. Usłyszał
cichutki, kobiecy jęk. Ten dźwięk go oszołomił. Czuł, jak cały się napina i
nabrzmiewa pożądaniem. Przysunął się jeszcze bardziej w stronę Sophie. Czekał z
utęsknieniem na to, kiedy oplecie swoimi nogami jego biodra.
Znieruchomiała,
kiedy poczuła jego podniecenie pomiędzy swoimi udami. Upomniała się, że
przecież podjęła decyzję. Nie powinni się już więcej całować. Tak będzie
lepiej. Ale nawet, gdy powtarzała sobie wszystkie rozsądne argumenty,
wiedziała, że dzisiejszego wieczoru nie zdoła się oprzeć pokusie. Była zbyt
roztrzęsiona, tym jak łatwo znów ją zniewolił.
Może
powinna dać mu szansę i przyjąć to, co jej ofiarował, zwłaszcza, że Severus
przesunął dłonie na jej plecy i zwolnił uścisk. Drżała z pragnienia, ogarnięta
nieznanym szaleństwem. Porwana niepohamowanym pożądaniem, które tylko niejasno
pojmowała, z całej siły chwyciła się ramion Severusa i odwzajemniła jego
pocałunki. Oderwał się od niej i ujął jej twarz w dłonie.
– Powtórz
moje imię – poprosił ochrypłym głosem.
W słabym
świetle świec, w jego twarzy nie zobaczyła już nienawiści, tylko gorące,
niepowstrzymane pożądanie, równie silne jak to, które ją ogarnęło.
–
Severusie – zadrżała już nie ze zdenerwowania, tylko w gorączkowym oczekiwaniu.
– Severusie...
Odsunął
ręce od jej twarzy i objął ją w talii. A potem pochylił głowę i wilgotnymi,
spragnionymi ustami zaczął całować i kąsać jej szyję. Rozkoszne podniecenie
niemal odebrało jej oddech. Właśnie tego potrzebowała. Ta desperacka,
wszechogarniająca namiętność zatrze w jej pamięci wspomnienie
satysfakcjonującego wyrazu twarzy Monique i jej sporego już brzucha dumnie
wypiętego w jej stronę. Przed oczami stanęła jej ta scena, w której uczestniczyła
na weselu swojej mamy. On ma już swoją wybrankę, a dziecko jest w drodze. Zimna
fala przeszyła jej ciało, momentalnie oderwała się od Severusa.
Przez
chwilę nie wiedział, co się z nim dzieje i dlaczego nagle dziewczyna mu się
oparła. Przytrzymał ją, kiedy zsunęła się z biurka, widocznie jej nogi odmówiły
posłuszeństwa. Ból w lędźwiach przypominał mu nadal o tym, że miał niesamowitą
ochotę skończyć ten wieczór w sypialni. Nie mógł jednak nadużywać jej zaufania.
Sophie
wyswobodziła się już zupełnie z jego uścisku.
–
Porozmawiamy, kiedy już do końca uporządkuję swoje życie, profesorze –
powiedziała cicho.
– Więc
jest jakaś szansa dla n a s? – spojrzał na nią z nadzieją.
– Sam pan
powiedział, ze nie ma n a s... I nigdy nie było. A to, co się wydarzyło przed
chwilą… Cóż to kolejne doświadczenie. Mam nadzieję, że przyjemne – podniosła
dumnie głowę i opuściła jego kwatery.
Stał tam
jeszcze chwilę bez siły z mocno bijącym sercem. Nie wiedział jak interpretować
jej słowa, ale czuł, że kryła się w nich jakaś obietnica.
Poruszy
niebo i ziemię, żeby tylko znaleźć Monique i przyprzeć ją do muru, żeby
powiedziała całą prawdę Sophie. Będzie starać się znów odbudować zaufanie
Krukonki, choćby nie wiedział jak dużo wysiłku będzie to kosztować…
*
Ha, ha!
Myślałyście, że będzie WielkaNoc:D A tu LIPA!
To już 2
lata minęło w piątek:)
Nie
wierzę, że udało mi się tyle przetrwać, choć Wen był kapryśny!
Dziękuję
WSZYSTKIM czytelnikom, tym stałym i tym przelotnym.
Krytykujcie:P
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz