Długi weekend!
Kilkadziesiąt świec wetkniętych w dwanaście lichtarzy stojących w półokręgu na stole, oświetlało srebrzystą łuną, zazwyczaj ponurą o poranku pracownię Mistrza Eliksirów. Światło padające z niewielkich okienek usytuowanych przy samym suficie nie było na tyle silne, by mógł spokojnie analizować materiały biologiczne, które przechowywał od kilku dni, zabezpieczone różnymi zaklęciami, by nie straciły na swej świeżości.
Zaklął
szpetnie, uderzając pięścią tak mocno w blat, że szklane menzurki dźwięcznie zatańczyły,
wydając melodię, podobną do odgłosu dzwoneczków przymocowanych do wieńca z
ostrokrzewu powieszonego na drzwiach Hogwartu w okresie świąt Bożego Narodzenia.
Żadna z próbek
krwi nie dawała jednoznacznej odpowiedzi jaka substancja mogła spowodować
omdlenie Sophie. Zostały odkryte cztery trucizny. Jedna gorsza od drugiej…
Severus
przetarł zmęczone oczy i upił łyk zimnej już kawy, krzywiąc się lekko.
Pracował nad
mikroskopem prawie cały ranek, sprawdzając kropelka po kropelce jak krew z
probówki reaguje na różne ingerenta. Zastanawiał się nad tym, skąd tak silna mieszanka
mogła znaleźć się na plaży. Kto ją tam umieścił? Czy faktycznie miała być
przeznaczona dla Sophie? To wszystko stawało się takie skomplikowane – myślał
gorączkowo – a na dodatek Albus nalegał, by jak najszybciej porozmawiać z
dziewczyną o Zakonie Feniksa.
Czasu
praktycznie nie było. Musiał sobie tak ułożyć plan dnia, by jeszcze mógł spać
przynajmniej cztery godziny. Najlepiej sześć. Przed Czarnym Panem należało
zachować trzeźwość umysłu. A jak miała to robić Sophie? Nie chciał narażać jej
na niebezpieczeństwo. Wystarczająco dużo przeszła w minionym roku, żeby teraz
dokładać jej nowych obowiązków związanych z działalnością Zakonu Feniksa. Albus
był głupcem, że chciał się wysługiwać akurat nią!
Sophie powinna się uczyć, w spokoju zdobywać wykształcenie, o którym marzyła, a nie zajmować się kaprysami dwóch zbzikowanych czarodziejów…
Sophie powinna się uczyć, w spokoju zdobywać wykształcenie, o którym marzyła, a nie zajmować się kaprysami dwóch zbzikowanych czarodziejów…
Wyższe dobro
liczyło się na pierwszym miejscu!
– Mógłbyś pukać! – warknął, słysząc ciche szuranie butów Albusa.
– Też się cieszę, że cię widzę, Severusie – odezwał się wesoło siwowłosy mag. – Czemu nie było cię na śniadaniu? Czyżbyś wczoraj znów szukał…
– Mam dużo pracy! – odburknął, chowając ingerencje do jednego z kuferków stojących na stole niedaleko mikroskopu.
– Mógłbyś pukać! – warknął, słysząc ciche szuranie butów Albusa.
– Też się cieszę, że cię widzę, Severusie – odezwał się wesoło siwowłosy mag. – Czemu nie było cię na śniadaniu? Czyżbyś wczoraj znów szukał…
– Mam dużo pracy! – odburknął, chowając ingerencje do jednego z kuferków stojących na stole niedaleko mikroskopu.
Gdyby Albus
nie był tak nachalny i ciekawski, to z pewnością Severus nie kryłby się z tym,
co zawierały fiolki. Dopóki sam nie przeprowadzi śledztwa w tej sprawie, nie
skonsultuje się z nikim. Im miej osób wiedziało o tym incydencie, tym on mógł
czuć się bezpieczniej.
– Co tam chowasz przede mną? – zagadnął, patrząc mężczyźnie przez ramię.
– Co tam chowasz przede mną? – zagadnął, patrząc mężczyźnie przez ramię.
– Nic w a ż
n e g o. To tylko trucizna, która niechybnie trafi do twojego pucharka, gdy
przez przypadek potknę się w Wielkiej Sali, przed śniadaniem, o szerokie rękawy
Sybilli.
Dumbledore o
mały włos nie przewrócił, by oczami.
– Skoro
przeznaczyłeś to dla mnie, to przynajmniej chciałbym upewnić się, czy na pewno
na mnie podziała – Albus prawie zepchnął z taboretu zdezorientowanego Severusa
i usadowił się wygodnie, poprawiając swoje okulary połówki, które zsunęły się
nieznacznie z haczykowatego nosa. Nachylił się lekko w stronę okularu mikroskopu,
przymykając lewe oko, a prawym lustrując powiększoną próbkę. Westchnął
kilkakrotnie i podrapał się kilkakrotnie po czole.
Lekko
ironiczny uśmiech pojawił się na twarzy Mistrza Eliksirów.
– Nie rób ze
mnie idioty, Severusie! To jest krew. Ludzka krew! Zamierzasz bawić się w
patrzenie jak działa na nią trucizna?
– Poniekąd…
– Czyja to
krew? Chyba nie twoja?
– Albusie, jeśli
mi ufasz…
– Ufam ci,
ale lepiej żebym wiedział jak mam rozmawiać z ministrami, gdy zajdzie taka
potrzeba…
Chcąc nie chcąc Severus opowiedział dyrektorowi resztę wydarzeń z konferencji. Omijając oczywiście pluskanie się w morzu w blasku księżyca i późniejsze igraszki z Sophie. Nie sądził by takie informacje były Albusowi i komukolwiek innemu potrzebne do szczęścia.
Chcąc nie chcąc Severus opowiedział dyrektorowi resztę wydarzeń z konferencji. Omijając oczywiście pluskanie się w morzu w blasku księżyca i późniejsze igraszki z Sophie. Nie sądził by takie informacje były Albusowi i komukolwiek innemu potrzebne do szczęścia.
Może t y l k
o jemu…
Od tamtego
dnia minęło już trochę czasu, ale nadal wspomnienia odznaczały się w jego
umyśle żywymi kolorami i miękkimi kształtami, aromatycznym zapachem nocnego,
morskiego powietrza, wpadającego przez okno. Pamiętał doskonale jak Sophie
reagowała na jego dotyk, jak wspaniale smakowała. Rozkoszne dźwięki wyryły się
w jego pamięci i brzmiały jak najpiękniejsza sonata.
Jakże s ł a b
y był pod jej wpływem…
Działała na
niego jak n a r k o t y k – pobudzała wszystkie komórki, każdy skrawek jego
ciała podporządkował się jej, wodziła gwałtownie jego zmysłami, zmuszając do
intensywnej pracy. Gdy nastąpiło apogeum, czuł się tak cudownie odprężony –
narodził się ponownie…
– To dość
specyficzne, nie uważasz, Severusie? – Albus odezwał się, wycierając rękawem
dość kwiecistej szaty swoje okulary połówki.
Zero
reakcji…
– Severusie!
– T-tak… Coś do mnie mówiłeś?
– T-tak… Coś do mnie mówiłeś?
Albus
popatrzył ze zdziwieniem na swojego podwładnego. Znali się przecież z Severusem
nie od dziś. Pamiętał dokładnie jego zaangażowanie w każdą sprawę, którą mu
zlecił. Niezależnie czy dotyczyła kwestii ściśle związanych z Hogwartem czy też
miał zająć się wydobywaniem informacji od Toma. Zawsze, ale to zawsze był
skupiony na swoim zadaniu. Wszystko zmieniło się po konferencji…
Nie chciał
go naciskać, chociaż bardzo ciekawiło Albusa, co też trapi Severusa. Był dla
niego jak bratanek lub siostrzeniec, którego nigdy nie miał. Chociaż nie
utrzymywali z Aberforthem kontaktów przez bardzo długi czas, to wiedział, że
jego brat nigdy się nie ożenił.
Ariana…
Nawet po tylu
latach pamięć o siostrze bolała go bardzo…
Dlatego też
jakaś cząstka jego jestestwa, na swój zwariowany sposób, troszczyła się o tego
chłopaka. W młodości zbłądził… wiedział o tym… kajał się… Ale kto nie był młody
i głupi?
Nawet on
sam, pomimo wrodzonej mądrości, nie potrafił zatrzymać pędzącej machiny
zdarzeń, która niczym oślizgły robal toczyła jego rodzinę, wyniszczając powoli
ojca, matkę, a potem rodzeństwo. Tylko jakimś cudem nie stał się oziębłym,
zgorzkniałym starcem. Potrafił jakoś w tym nieszczęściu odnaleźć się i
ostatecznie nie oszaleć. Na dodatek pomagał innym, jakby chciał odkupić
wszelkie młodzieńcze winy, które popełnił.
–
Dumbledore! – Snape dość mocno szarpnął go za rękaw szaty. – I kto tu, kogo nie
słucha?
– Och,
przepraszam – dyrektor lekko się zmieszał. – Powinieneś porozmawiać z panną Thompson…
zarówno o Zakonie jak i o tym, co odkryłeś…
– Wiem, co
mam robić! – warknął zdenerwowany. – Muszę przygotować się do zajęć!
– Tak, tak…
Już idę – stęknął starzec, wstając z dość twardego taboretu.
*
Severus z
jakimś rozrzewnieniem obserwował uczniów zajadających ze smakiem śniadanie.
Omiótł wzrokiem najpierw stół Gryffindoru, wzdychając prawie bezgłośnie, gdy
zobaczył bliźniaków Weasley nachylających się nad sobą i szepczących sobie coś
do ucha, wybuchając, co chwila śmiechem. Wiedział już, że po raz kolejny
obmyślają jak tu umilić czas nauczycielom, ku uciesze swoich kolegów. Miał
nadzieję, ze jemu w tym tygodniu odpuszczą, bo inaczej złoży niezapowiedzianą
wizytę w Norze. Puchoni zajęci byli raczej pochłanianiem tego, co znajdowało
się na ich stole. Z nimi miał najmniej problemów – każdy uczeń domu Helgi
Hufflepuff na jego widok bladł i trzęsły mu się kolana. Większość z nich
uciekała w popłochu, kiedy szedł korytarzem.
Prawidłowa
reakcja.
O swoich
wychowanków nie musiał się obawiać. Darzyli go większym lub mniejszym
szacunkiem, jednak nikt nie odważył się podważać jego słów, naruszać zakazów.
Wreszcie
skierował swój wzrok na stół, przy którym siedzieli Krukoni. Jakby machinalnie
zaczął szukać w tym tłumie oblicza Sophie. Bezskutecznie… dopiero po chwili
zorientował się, że przecież nigdzie nie znajdzie orzechowych oczu i
delikatnego uśmiechu. Nie mógł się przyzwyczaić do tego, że już nie będzie
przemieszczać się po ciemnych, szkolnych korytarzach, że nie wpadnie
przypadkiem na niego w lochach…
Nie odzywał
się do niej od czasu, kiedy rozstali się trzy tygodnie temu. Sądził, że gdy
ograniczy kontakty z Sophie do minimum, to łatwiej mu będzie skupić się na sprawach
codziennych, ale to nie było takie proste. Może za dnia nie odczuwał tego tak
bardzo, bo rzucał się w wir pracy, jednakże nocami uporczywie nawiedzały go
przeróżne wizje panny Thomposon. Niekoniecznie całkowicie ubranej…
Intensywnie
zaczął kroić plasterek szynki, by zająć czymś myśli, które w tym momencie
zrobiły się dziwnie nie na miejscu. Skupienie uwagi na jedzeniu było najlepszym
rozwiązaniem tej sytuacji!
Poranna
poczta zachwycała swoją punktualnością. Wraz z wybiciem godziny ósmej
trzydzieści przez wysokie okna Wielkiej Sali otwarte na oścież, oprócz świeżego
powietrza, do środka wpadła cała chmara sów. Ich ilość była imponująca, a
dźwięk trzepotu ich skrzydeł przypominał szum letniego deszczu. Od
śnieżnobiałych po smoliście czarne. Nie zabrakło też ptaków w odcieniach
pośrednich, a i w powietrzu unosiły się brązowe piórka.
Za każdym
razem, gdy pojawiały się, budziły w uczniach emocje – najczęściej dzika
euforię, choć zdarzały się krzyki rozpaczy i głośny płacz. Nikt nie mógł
usiedzieć spokojnie na swoim miejscu, mając nadzieję na otrzymanie listu z
domu.
Bliźniacy
Weasley najwidoczniej zbytnio nie przejęli się wyjcem od matki. Głos Molly
Weasley roznosił się po Wielkiej Sali, wprowadzając większość uczniów
(najbardziej Ślizgonów) w doskonały humor. Gdyby te wrzaski robiły na nich
jakieś wrażenie i przez to ich zachowanie ulegałoby poprawie, to Severus nie
miałby nic przeciwko temu, żeby wysłuchiwać jej prawideł, ale to nic, a nic nie
pomagało, więc kobieta mogłaby sobie to wreszcie odpuścić. Jego uszy tego nie
tolerowały!
Przez to nie
zauważył jak niewielka, brązowa sówka chwiejąc się, leci w jego stronę, a
właściwie w kierunku talerza z owsianką nauczycielki wróżbiarstwa Sybilli
Trelawney. Ostatkiem sił próbowała zmienić tor lotu, by wylądować w bezpiecznym
miejscu, ale niestety trafiła idealnie w zamyśloną Sybillę, której wrzask
rozniósł się echem po Wielkiej Sali, wzbudzając zainteresowanie nie tylko wśród
nauczycieli, ale też i uczniów.
Okulary z
grubymi szkłami zsunęły się jej z nosa i spadły gdzieś pod stół, na kamienną
posadzkę. Kartka z listem podzieliła ich los.
– Sybillo,
uspokój się! – krzyknął na nią, odciągając od niej przestraszone stworzenie,
najwidoczniej wdzięczne Severusowi za uratowanie życia.
Kiedy
odstawił sówkę w bezpieczne miejsce, z dala od nauczycielki wróżbiarstwa,
ptaszek poczłapał w kierunku jego talerza i zaczął dziobać ze smakiem resztki
jego niedojedzonej bułki.
– Kłopoty!
Kłopoty nadchodzą! – spojrzała na niego mrużąc powieki, grzechocząc
bransoletkami znajdującymi się w zatrważającej ilości na jej nadgarstkach, gdy
złapała go za poły surduta.
– Idź do
diabła! – odwarknął, odpychając ją od siebie.
Przychylił
się, by podnieść list, napotykając zatroskany wzrok Albusa.
Profesor Eliksirów Severus Snape
Wielka Sala, Szkoła Magii i Czarodziejstwa
Hogwart, Szkocja
Na awersie
koperty widniały jego dane, pisane zgrabnym kobiecym pismem nienależącym do Sophie. Więc kto w tak konwencjonalny
sposób chciał wysłać mu wiadomość? Nie dowie się wcześniej niż dopiero po
przełamaniu pieczęci z nieznanym mu herbem. Schował do wewnętrznej kieszeni
list i udał się do swoich kwater przygotować się do zajęć, które miały
rozpocząć się za piętnaście minut.
Dopiero wieczorem
znalazł chwilę czasu na wzięcie spokojnego oddechu i zapoznanie się z treścią listu. Usiadł
wygodnie w fotelu, spoglądając na wesołe płomyki tańczące w kominku. Przełamał
pieczęć z nieznanym mu herbem, wyjął z wnętrza koperty niewielki kawałek
pergaminu, przecierając oczy ze zdumienia, zagłębił się w jego treści.
Szanowny Panie,
Zapewne jest Pan zaskoczony listem ode mnie (w sumie ja
też).
Miałam pewne wątpliwości, zasiadając do jego pisania, co
też Pan na to powie, ale żywię nadzieję, że jest Pan w stanie w pełni zrozumieć
troskę śmiertelnie chorej matki o swoją córkę. Nie jest mi łatwo przelać na
papier uczucia jakie mną w tym momencie targają.
Sophie dosyć dużo mi o Panu opowiadała, wiem też co
zdarzyło się podczas wyjazdu do Grecji. Nie potępiam Was, bo ja też byłam
młoda. Jednak z racji, że Pan jest starszy od Sophie, jakby naturalnym było, że
powinien Pan jej przedstawić konsekwencje współżycia płciowego. Nie zwalam na
Pana całej winy, bo znam doskonale swoją córkę i doskonale wiem, że jak sobie
coś postanowi, to musi to dostać!
Zdaję sobie sprawę, że decydując się na taki krok, musi
Pan czuć coś więcej do Sophie, a jeśli jest inaczej, to jest Pan zwyczajnie
sukinsynem!
Przemilczę kwestię Pańskiej przeszłości, bo przecież nie
oto chodzi, by tkwić ciągle we wspomnieniach i rozpamiętywać błędy, ale iść na
przód, ku nowej lepszej przyszłości.
Bardzo chciałabym poznać Pana i uciąć krótką rozmowę,
gdyż wcześniej ta sztuka nam się nie udała. Zapraszam Pana w najbliższą sobotę
na siedemnastą na kolację (nadal mieszkamy u mojego teścia). Będę zawiedziona,
kiedy nie pojawi się Pan u nas.
Z poważaniem.
Isabelle Thompson.
Severus nie
umiał opisać emocji jakie znajdowały się w tym momencie w jego umyśle po
przeczytaniu listu. Był zaskoczony bezpośredniością Isabelle Thompson. Nie
dziwił się wcale po kim Sophie odziedziczyła życiową mądrość i spojrzenie na
pewne sprawy. Jej matka była mądrą kobietą.
Powinien
przewidzieć, że zaproponuje mu spotkanie. Jeśli jest równie przenikliwa jak
Sophie to nie łatwo mu będzie ukryć uczucia wobec dziewczyny. O ile wobec
swojej byłej uczennicy mógł zastosować garść ironii i odjąć jej punkty, to
sądził, że na Isabelle nie zrobi to większego wrażenia.
Był w
kropce!
Proszenie
Albusa o radę zdecydowanie nie wchodziło w grę. On znał już te jego tajemnicze
wskazówki! Równie dobrze mógł iść kupić sobie ciasteczko z wróżbą!
Czymże było
spotkanie z Isabelle Thompson, wobec tego, co wyprawiał z Czarnym Panem?
Czarnego Pana dużo łatwiej zwieść… – pomyślał
kwaśno, wsuwając kartkę z listem do wewnętrznej kieszeni surduta.
Potrzebował odrobiny
relaksu!
Gdyby nie
wydarzenia sprzed kilku tygodni, to zapewne trafiłby do którejś tęsknie
patrzącej dziwki z Nocturnu, ale miał swoje z a s a d y. Odebranie Sophie niewinności
do czegoś go zobowiązywało. Nie mógł tak po prostu iść z kimś innym do łóżka.
Za to z chęcią by odwiedził pannę Thompson, nawet za kwadrans jedenasta
wieczorem. Ufnie wtuliłaby się w jego ramiona, a on z ochotą by to przyjął.
Chciał zapomnieć o świecie zewnętrznym i tkwić tam razem z nią do skończenia świata,
nie przejmując się Dumbledore’em i Lordem Voldemortem.
Na razie
pozostawał mu jedynie zimny prysznic i mugolski kryminał.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz