wtorek, 14 sierpnia 2012

LIII

  
Długi weekend!


Kilkadziesiąt świec wetkniętych w dwanaście lichtarzy stojących w półokręgu na stole, oświetlało srebrzystą łuną, zazwyczaj ponurą o poranku pracownię Mistrza Eliksirów. Światło padające z niewielkich okienek usytuowanych przy samym suficie nie było na tyle silne, by mógł spokojnie analizować materiały biologiczne, które przechowywał od kilku dni, zabezpieczone różnymi zaklęciami, by nie straciły na swej świeżości.
Zaklął szpetnie, uderzając pięścią tak mocno w blat, że szklane menzurki dźwięcznie zatańczyły, wydając melodię, podobną do odgłosu dzwoneczków przymocowanych do wieńca z ostrokrzewu powieszonego na drzwiach Hogwartu w okresie świąt Bożego Narodzenia.
Żadna z próbek krwi nie dawała jednoznacznej odpowiedzi jaka substancja mogła spowodować omdlenie Sophie. Zostały odkryte cztery trucizny. Jedna gorsza od drugiej…
Severus przetarł zmęczone oczy i upił łyk zimnej już kawy, krzywiąc się lekko.
Pracował nad mikroskopem prawie cały ranek, sprawdzając kropelka po kropelce jak krew z probówki reaguje na różne ingerenta. Zastanawiał się nad tym, skąd tak silna mieszanka mogła znaleźć się na plaży. Kto ją tam umieścił? Czy faktycznie miała być przeznaczona dla Sophie? To wszystko stawało się takie skomplikowane – myślał gorączkowo – a na dodatek Albus nalegał, by jak najszybciej porozmawiać z dziewczyną o Zakonie Feniksa.
Czasu praktycznie nie było. Musiał sobie tak ułożyć plan dnia, by jeszcze mógł spać przynajmniej cztery godziny. Najlepiej sześć. Przed Czarnym Panem należało zachować trzeźwość umysłu. A jak miała to robić Sophie? Nie chciał narażać jej na niebezpieczeństwo. Wystarczająco dużo przeszła w minionym roku, żeby teraz dokładać jej nowych obowiązków związanych z działalnością Zakonu Feniksa. Albus był głupcem, że chciał się wysługiwać akurat nią!
Sophie powinna się uczyć, w spokoju zdobywać wykształcenie, o którym marzyła, a nie zajmować się kaprysami dwóch zbzikowanych czarodziejów…
Wyższe dobro liczyło się na pierwszym miejscu!
– Mógłbyś pukać! – warknął, słysząc ciche szuranie butów Albusa.
– Też się cieszę, że cię widzę, Severusie – odezwał się wesoło siwowłosy mag. – Czemu nie było cię na śniadaniu? Czyżbyś wczoraj znów szukał…
– Mam dużo pracy! – odburknął, chowając ingerencje do jednego z kuferków stojących na stole niedaleko mikroskopu.
Gdyby Albus nie był tak nachalny i ciekawski, to z pewnością Severus nie kryłby się z tym, co zawierały fiolki. Dopóki sam nie przeprowadzi śledztwa w tej sprawie, nie skonsultuje się z nikim. Im miej osób wiedziało o tym incydencie, tym on mógł czuć się bezpieczniej.
– Co tam chowasz przede mną? – zagadnął, patrząc mężczyźnie przez ramię.
– Nic w a ż n e g o. To tylko trucizna, która niechybnie trafi do twojego pucharka, gdy przez przypadek potknę się w Wielkiej Sali, przed śniadaniem, o szerokie rękawy Sybilli.
Dumbledore o mały włos nie przewrócił, by oczami.
– Skoro przeznaczyłeś to dla mnie, to przynajmniej chciałbym upewnić się, czy na pewno na mnie podziała – Albus prawie zepchnął z taboretu zdezorientowanego Severusa i usadowił się wygodnie, poprawiając swoje okulary połówki, które zsunęły się nieznacznie z haczykowatego nosa. Nachylił się lekko w stronę okularu mikroskopu, przymykając lewe oko, a prawym lustrując powiększoną próbkę. Westchnął kilkakrotnie i podrapał się kilkakrotnie po czole.
Lekko ironiczny uśmiech pojawił się na twarzy Mistrza Eliksirów.
– Nie rób ze mnie idioty, Severusie! To jest krew. Ludzka krew! Zamierzasz bawić się w patrzenie jak działa na nią trucizna?
– Poniekąd…
– Czyja to krew? Chyba nie twoja?
– Albusie, jeśli mi ufasz…
– Ufam ci, ale lepiej żebym wiedział jak mam rozmawiać z ministrami, gdy zajdzie taka potrzeba…
Chcąc nie chcąc Severus opowiedział dyrektorowi resztę wydarzeń z konferencji. Omijając oczywiście pluskanie się w morzu w blasku księżyca i późniejsze igraszki z Sophie. Nie sądził by takie informacje były Albusowi i komukolwiek innemu potrzebne do szczęścia.
Może t y l k o jemu…
Od tamtego dnia minęło już trochę czasu, ale nadal wspomnienia odznaczały się w jego umyśle żywymi kolorami i miękkimi kształtami, aromatycznym zapachem nocnego, morskiego powietrza, wpadającego przez okno. Pamiętał doskonale jak Sophie reagowała na jego dotyk, jak wspaniale smakowała. Rozkoszne dźwięki wyryły się w jego pamięci i brzmiały jak najpiękniejsza sonata.
Jakże s ł a b y był pod jej wpływem…
Działała na niego jak n a r k o t y k – pobudzała wszystkie komórki, każdy skrawek jego ciała podporządkował się jej, wodziła gwałtownie jego zmysłami, zmuszając do intensywnej pracy. Gdy nastąpiło apogeum, czuł się tak cudownie odprężony – narodził się ponownie…
– To dość specyficzne, nie uważasz, Severusie? – Albus odezwał się, wycierając rękawem dość kwiecistej szaty swoje okulary połówki.
Zero reakcji…
– Severusie!
– T-tak… Coś do mnie mówiłeś?
Albus popatrzył ze zdziwieniem na swojego podwładnego. Znali się przecież z Severusem nie od dziś. Pamiętał dokładnie jego zaangażowanie w każdą sprawę, którą mu zlecił. Niezależnie czy dotyczyła kwestii ściśle związanych z Hogwartem czy też miał zająć się wydobywaniem informacji od Toma. Zawsze, ale to zawsze był skupiony na swoim zadaniu. Wszystko zmieniło się po konferencji…
Nie chciał go naciskać, chociaż bardzo ciekawiło Albusa, co też trapi Severusa. Był dla niego jak bratanek lub siostrzeniec, którego nigdy nie miał. Chociaż nie utrzymywali z Aberforthem kontaktów przez bardzo długi czas, to wiedział, że jego brat nigdy się nie ożenił.
Ariana…
Nawet po tylu latach pamięć o siostrze bolała go bardzo…
Dlatego też jakaś cząstka jego jestestwa, na swój zwariowany sposób, troszczyła się o tego chłopaka. W młodości zbłądził… wiedział o tym… kajał się… Ale kto nie był młody i głupi?
Nawet on sam, pomimo wrodzonej mądrości, nie potrafił zatrzymać pędzącej machiny zdarzeń, która niczym oślizgły robal toczyła jego rodzinę, wyniszczając powoli ojca, matkę, a potem rodzeństwo. Tylko jakimś cudem nie stał się oziębłym, zgorzkniałym starcem. Potrafił jakoś w tym nieszczęściu odnaleźć się i ostatecznie nie oszaleć. Na dodatek pomagał innym, jakby chciał odkupić wszelkie młodzieńcze winy, które popełnił.
– Dumbledore! – Snape dość mocno szarpnął go za rękaw szaty. – I kto tu, kogo nie słucha?
– Och, przepraszam – dyrektor lekko się zmieszał. – Powinieneś porozmawiać z panną Thompson… zarówno o Zakonie jak i o tym, co odkryłeś…
– Wiem, co mam robić! – warknął zdenerwowany. – Muszę przygotować się do zajęć!
– Tak, tak… Już idę – stęknął starzec, wstając z dość twardego taboretu.

*

Severus z jakimś rozrzewnieniem obserwował uczniów zajadających ze smakiem śniadanie. Omiótł wzrokiem najpierw stół Gryffindoru, wzdychając prawie bezgłośnie, gdy zobaczył bliźniaków Weasley nachylających się nad sobą i szepczących sobie coś do ucha, wybuchając, co chwila śmiechem. Wiedział już, że po raz kolejny obmyślają jak tu umilić czas nauczycielom, ku uciesze swoich kolegów. Miał nadzieję, ze jemu w tym tygodniu odpuszczą, bo inaczej złoży niezapowiedzianą wizytę w Norze. Puchoni zajęci byli raczej pochłanianiem tego, co znajdowało się na ich stole. Z nimi miał najmniej problemów – każdy uczeń domu Helgi Hufflepuff na jego widok bladł i trzęsły mu się kolana. Większość z nich uciekała w popłochu, kiedy szedł korytarzem.
Prawidłowa reakcja.
O swoich wychowanków nie musiał się obawiać. Darzyli go większym lub mniejszym szacunkiem, jednak nikt nie odważył się podważać jego słów, naruszać zakazów.
Wreszcie skierował swój wzrok na stół, przy którym siedzieli Krukoni. Jakby machinalnie zaczął szukać w tym tłumie oblicza Sophie. Bezskutecznie… dopiero po chwili zorientował się, że przecież nigdzie nie znajdzie orzechowych oczu i delikatnego uśmiechu. Nie mógł się przyzwyczaić do tego, że już nie będzie przemieszczać się po ciemnych, szkolnych korytarzach, że nie wpadnie przypadkiem na niego w lochach…
Nie odzywał się do niej od czasu, kiedy rozstali się trzy tygodnie temu. Sądził, że gdy ograniczy kontakty z Sophie do minimum, to łatwiej mu będzie skupić się na sprawach codziennych, ale to nie było takie proste. Może za dnia nie odczuwał tego tak bardzo, bo rzucał się w wir pracy, jednakże nocami uporczywie nawiedzały go przeróżne wizje panny Thomposon. Niekoniecznie całkowicie ubranej…
Intensywnie zaczął kroić plasterek szynki, by zająć czymś myśli, które w tym momencie zrobiły się dziwnie nie na miejscu. Skupienie uwagi na jedzeniu było najlepszym rozwiązaniem tej sytuacji!
Poranna poczta zachwycała swoją punktualnością. Wraz z wybiciem godziny ósmej trzydzieści przez wysokie okna Wielkiej Sali otwarte na oścież, oprócz świeżego powietrza, do środka wpadła cała chmara sów. Ich ilość była imponująca, a dźwięk trzepotu ich skrzydeł przypominał szum letniego deszczu. Od śnieżnobiałych po smoliście czarne. Nie zabrakło też ptaków w odcieniach pośrednich, a i w powietrzu unosiły się brązowe piórka.
Za każdym razem, gdy pojawiały się, budziły w uczniach emocje – najczęściej dzika euforię, choć zdarzały się krzyki rozpaczy i głośny płacz. Nikt nie mógł usiedzieć spokojnie na swoim miejscu, mając nadzieję na otrzymanie listu z domu.
Bliźniacy Weasley najwidoczniej zbytnio nie przejęli się wyjcem od matki. Głos Molly Weasley roznosił się po Wielkiej Sali, wprowadzając większość uczniów (najbardziej Ślizgonów) w doskonały humor. Gdyby te wrzaski robiły na nich jakieś wrażenie i przez to ich zachowanie ulegałoby poprawie, to Severus nie miałby nic przeciwko temu, żeby wysłuchiwać jej prawideł, ale to nic, a nic nie pomagało, więc kobieta mogłaby sobie to wreszcie odpuścić. Jego uszy tego nie tolerowały!
Przez to nie zauważył jak niewielka, brązowa sówka chwiejąc się, leci w jego stronę, a właściwie w kierunku talerza z owsianką nauczycielki wróżbiarstwa Sybilli Trelawney. Ostatkiem sił próbowała zmienić tor lotu, by wylądować w bezpiecznym miejscu, ale niestety trafiła idealnie w zamyśloną Sybillę, której wrzask rozniósł się echem po Wielkiej Sali, wzbudzając zainteresowanie nie tylko wśród nauczycieli, ale też i uczniów.
Okulary z grubymi szkłami zsunęły się jej z nosa i spadły gdzieś pod stół, na kamienną posadzkę. Kartka z listem podzieliła ich los.
– Sybillo, uspokój się! – krzyknął na nią, odciągając od niej przestraszone stworzenie, najwidoczniej wdzięczne Severusowi za uratowanie życia.
Kiedy odstawił sówkę w bezpieczne miejsce, z dala od nauczycielki wróżbiarstwa, ptaszek poczłapał w kierunku jego talerza i zaczął dziobać ze smakiem resztki jego niedojedzonej bułki.
– Kłopoty! Kłopoty nadchodzą! – spojrzała na niego mrużąc powieki, grzechocząc bransoletkami znajdującymi się w zatrważającej ilości na jej nadgarstkach, gdy złapała go za poły surduta.
– Idź do diabła! – odwarknął, odpychając ją od siebie.
Przychylił się, by podnieść list, napotykając zatroskany wzrok Albusa.

Profesor Eliksirów Severus Snape
Wielka Sala, Szkoła Magii i Czarodziejstwa
Hogwart, Szkocja

Na awersie koperty widniały jego dane, pisane zgrabnym kobiecym pismem nienależącym  do Sophie. Więc kto w tak konwencjonalny sposób chciał wysłać mu wiadomość? Nie dowie się wcześniej niż dopiero po przełamaniu pieczęci z nieznanym mu herbem. Schował do wewnętrznej kieszeni list i udał się do swoich kwater przygotować się do zajęć, które miały rozpocząć się za piętnaście minut.
Dopiero wieczorem znalazł chwilę czasu na wzięcie spokojnego oddechu i  zapoznanie się z treścią listu. Usiadł wygodnie w fotelu, spoglądając na wesołe płomyki tańczące w kominku. Przełamał pieczęć z nieznanym mu herbem, wyjął z wnętrza koperty niewielki kawałek pergaminu, przecierając oczy ze zdumienia, zagłębił się w jego treści.

Szanowny Panie,

Zapewne jest Pan zaskoczony listem ode mnie (w sumie ja też).
Miałam pewne wątpliwości, zasiadając do jego pisania, co też Pan na to powie, ale żywię nadzieję, że jest Pan w stanie w pełni zrozumieć troskę śmiertelnie chorej matki o swoją córkę. Nie jest mi łatwo przelać na papier uczucia jakie mną w tym momencie targają.
Sophie dosyć dużo mi o Panu opowiadała, wiem też co zdarzyło się podczas wyjazdu do Grecji. Nie potępiam Was, bo ja też byłam młoda. Jednak z racji, że Pan jest starszy od Sophie, jakby naturalnym było, że powinien Pan jej przedstawić konsekwencje współżycia płciowego. Nie zwalam na Pana całej winy, bo znam doskonale swoją córkę i doskonale wiem, że jak sobie coś postanowi, to musi to dostać!
Zdaję sobie sprawę, że decydując się na taki krok, musi Pan czuć coś więcej do Sophie, a jeśli jest inaczej, to jest Pan zwyczajnie sukinsynem!
Przemilczę kwestię Pańskiej przeszłości, bo przecież nie oto chodzi, by tkwić ciągle we wspomnieniach i rozpamiętywać błędy, ale iść na przód, ku nowej lepszej przyszłości.
Bardzo chciałabym poznać Pana i uciąć krótką rozmowę, gdyż wcześniej ta sztuka nam się nie udała. Zapraszam Pana w najbliższą sobotę na siedemnastą na kolację (nadal mieszkamy u mojego teścia). Będę zawiedziona, kiedy nie pojawi się Pan u nas.

Z poważaniem.
Isabelle Thompson.


Severus nie umiał opisać emocji jakie znajdowały się w tym momencie w jego umyśle po przeczytaniu listu. Był zaskoczony bezpośredniością Isabelle Thompson. Nie dziwił się wcale po kim Sophie odziedziczyła życiową mądrość i spojrzenie na pewne sprawy. Jej matka była mądrą kobietą.
Powinien przewidzieć, że zaproponuje mu spotkanie. Jeśli jest równie przenikliwa jak Sophie to nie łatwo mu będzie ukryć uczucia wobec dziewczyny. O ile wobec swojej byłej uczennicy mógł zastosować garść ironii i odjąć jej punkty, to sądził, że na Isabelle nie zrobi to większego wrażenia.
Był w kropce!
Proszenie Albusa o radę zdecydowanie nie wchodziło w grę. On znał już te jego tajemnicze wskazówki! Równie dobrze mógł iść kupić sobie ciasteczko z wróżbą!
Czymże było spotkanie z Isabelle Thompson, wobec tego, co wyprawiał z Czarnym Panem?
Czarnego Pana dużo łatwiej zwieść… – pomyślał kwaśno, wsuwając kartkę z listem do wewnętrznej kieszeni surduta.
Potrzebował odrobiny relaksu!
Gdyby nie wydarzenia sprzed kilku tygodni, to zapewne trafiłby do którejś tęsknie patrzącej dziwki z Nocturnu, ale miał swoje z a s a d y. Odebranie Sophie niewinności do czegoś go zobowiązywało. Nie mógł tak po prostu iść z kimś innym do łóżka. Za to z chęcią by odwiedził pannę Thompson, nawet za kwadrans jedenasta wieczorem. Ufnie wtuliłaby się w jego ramiona, a on z ochotą by to przyjął. Chciał zapomnieć o świecie zewnętrznym i tkwić tam razem z nią do skończenia świata, nie przejmując się Dumbledore’em i Lordem Voldemortem.
Na razie pozostawał mu jedynie zimny prysznic i mugolski kryminał.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz