wtorek, 14 sierpnia 2012

XXXIII

Śniadanie minęło w przyjemniej atmosferze. George zadowolony z przyjazdu wnuczki i byłej synowej po prostu promieniał z radości. Sophie, jak i Isabelle próbowały podzielać entuzjazm staruszka, ale przychodziło im to z ogromnym trudem. Młodsza czarownica wcześniej skończyła posiłek i udała się do swojego pokoju, w celu dokładnego przeanalizowania znalezionego wczorajszego wieczoru zdjęcia, natomiast jej matka została jeszcze w stylowej jadalni połączonej sprytnie z kuchnią, aby potowarzyszyć „teściowi” i  poprosić go o radę. Pomimo tego, że ostatnimi czasy z Robertem nie układało  jej się najlepiej, Isabelle darzyła starszego mężczyznę szacunkiem.
– George – odezwała się znad filiżanki herbaty. – Mógłbyś mi poświecić chwilkę.
– Oczywiście, co się stało Isabelle?
–Kilkanaście tygodni temu wykryto u mnie białaczkę. Zostało mi najwyżej pół roku życia – powiedziała cicho, a w jej oczach pojawiły się drobne łzy, które szybko wytarła, aby jej rozmówca niczego nie zauważył.
–Białaczka? Żartujesz? Isabelle, przecież ty zawsze byłaś okazem zdrowia. To musi być pomyłka. Robiłaś jakieś dodatkowe badania? Zaraz wyślę sowę do Roberta – staruszek poderwał się z krzesełka.
–Nie! On nie może nic wiedzieć! – krzyknęła zrozpaczona. – Lepiej będzie dla wszystkich, jeśli Robert pozostanie „martwy”– dodała po chwili trochę ciszej. W jej głosie można było wyczuć nutkę zdenerwowania.
–Wiesz, że nie pochwalam tego, że teraz, kiedy zdecydowałaś się rozstać ze swoim kochankiem, nie chcesz z powrotem związać się z Robertem. Sophie potrzebny jest ojciec, nawet, pomimo tego, że nic nie pamięta. Że jego nie pamięta – westchnął.
– George, postaraj się mnie zrozumieć. Uczucie do Roberta się wypaliło, nie mogłam dłużej ciągnąć czegoś, co nie miało przyszłości. Podejrzewam, że po tym jak uciekł z Azkabanu wrócił do posługi u Tego–Którego–Imienia–Nie–Wolno–Wymawiać.
– To nieprawda! – przerwał jej. –Obecnie ukrywa się na terenie Bałwanów, ale dokładnie gdzie, tego nawet ja nie wiem. Od czasu do czasu dostaje od niego krótkie wiadomości. Jestem pewien, że gdyby wrócił do starych przyzwyczajeń wiedziałbym o tym. Isabelle, nie możesz go oskarżać bez podania konkretnych dowodów. Poczekaj jeszcze trochę, zorientuję się, co mój syn teraz planuje – położył swoją dłoń ja jej.
– Muszę cię zmartwić, przyszłym miesiącu wychodzę za mąż za Toma. Tak jak już mówiłeś Sophie musi mieć „ojca”, opiekuna po mojej śmierci. Przepraszam Cię, że z Robertem tak wyszło. To są tylko moje domysły, codo jego… powrotu na ścieżkę zła – odparła, patrząc staruszkowi głęboko w oczy. – Pójdę się położyć.
– Tak, tak idź, ale zastanów się jeszcze nad tym ślubem. Sophie zawsze może być pod moją opieką – uśmiechnął się słabo, kryjąc emocje głęboko w sobie.
– George, porozmawiamy o tym jeszcze. Obiecuję ci, że moja decyzja będzie świadoma i przemyślana, a Sophie na pewno na tym nie straci – Isabelle powolnym krokiem opuściła jadalnię.


***
Sophie siedziała po turecku na łóżku i z uporem wpatrywała się w małą fotografię leżącą na przeciwko niej. Najpierw analizowała ją kilka godzin po śniadaniu, a teraz gapiła się na nią już od dobrego kwadransa. Zdjęcie bardzo ją zaintrygowało, bo skąd niby w magicznej księdze i to jeszcze do starożytnych eliksirów znalazła się taka zwykła rzecz. Owszem w Hogwarcie uczyły się mugolskie dzieci, ale zawsze wszelakie zdjęcia czy obrazy, które widziała na terenie szkoły „ruszały się”. Kolejną niewiadomą stała się data napisania dedykacji – 1975. „Kto mógłby znać chociażby miejsce, gdzie zrobiono zdjęcie?” – wypuściła głośno powietrze z płuc, po czym przetarła oczy.
– Może ja mogłabym ci, Kochanie pomóc? – nagle drzwi uchyliły się, a w progu stanęła Isabelle.
– To raczej niemożliwe, mamo – westchnęła .A jak się czujesz? Ten eliksir, który dla Ciebie sporządziłam daje jakieś skutki?– zapytała z troską.
– Trochę w głowie mi kręci od czasu do czasu i jestem śpiąca, ale to nic nowego przy takim osłabieniu. Cóż – westchnęła, siadając obok córki. – Eliksir z pewnością zadziała…
– Mamo, nie mów mi, że go nie zażywasz? – dziewczyna jęknęła.
Kobieta pokręciła twierdząco głową.
–Mamo, nie zależy ci na swoim zdrowiu? Czytałam w „Eliksirach zdrowotnych”, że jest bardzo dobry. Nie ma prawie skutków ubocznych, a krew się po nim odbudowuje. Pokażę ci – wytłumaczyła matce zrozpaczonym głosem, po czym sięgnęła po książkę i wskazała jej fragment na temat eliksiru Novatio Blood*.
–Kochanie, nie denerwuj się tak. Dziękuję za twoją troskę, ale Novatio Blood niestety nie zadziała na moje dolegliwości. Dla mnie nie ma już ratunku – Isabelle wzięła głęboki oddech, żeby się nie rozpłakać, po czym kontynuowała dalej. – Sophie, o ile dobrze pamiętam ta książka ma już dobrze ponad sto lat. Może w tamtych czasach lek skutkował, ale teraz potrzeba innej technologii do wytwarzania tego typu mikstur. Muszą być prowadzone badania, co do jego skuteczności. Dobrze wiesz, że ingrediencje, które zostały użyte w pierwotnej fazie przepisu, mogą być nieużyteczne pod koniec procesu wytwarzania, który teraz przeprowadziłaś.
–Mamo, ale warto spróbować. Nic nie tracisz, a możesz zyskać. A u ciebie w instytucie nie prowadzą badań w tym kierunku? – spytała z nadzieją w oczach. – Przecież czarodzieje też chorują.
–Sama od jakiegoś czasu próbuję coś stworzyć, ale mam zdecydowanie za mało czasu. Nie chciałam ci mówić, bo masz swoje problemy. Jeszcze ten wypadek…
– Mamo, dlaczego mi nic nie powiedziałaś? Mogłabym w szkole pomyśleć nad tym. – spojrzała się na kobietę z wyrzutem.
–Uczyłaś się przez cały czas do konkursu, masz egzaminy kończące szóstą klasę. Nie mogę cię kochanie obarczać jeszcze moją pracą – pogłaska łają po policzku.
–To będzie dla mnie przyjemność. Zwłaszcza, że przyda mi się do konkursu. A profesor Snape dostanie ataku serca, jak pokażę mu analizy i wyniki moich testów na tym, co przygotowałaś – wyszczerzyła się. Dasz mi mamo swoje notatki. Proszę.
– Sophie, tak nie można! To twój nauczyciel, nie możesz go traktować jak kolegę – skarciła córkę.
Dziewczyna lekko się zarumieniła i spuściła wzrok. Nie chciała matce zdradzać tego, co „łączy” ją z Mistrzem Eliksirów. Przelotnie powiedziała jej o rozstaniu z Markiem, ale nie podała powodu, dlaczego Krukon nie jest już jej chłopakiem.
– Lubisz go? – spytała po chwili.
– Kogo?
– No tego Snape’a.
Chwilę zastanawiała się nad odpowiedzią.
–Tak. Lubię go, mamo. Nie wiem, co inni uczniowie do niego mają. Z jednej strony jest złośliwy i nieobliczalny, ale jak się zapomni to naprawdę można z nim po ludzku pogadać. I do tego jest taki mądry, chociaż ostatnio to ja błyszczałam – uśmiechnęła się szeroko.
– Córciu, chyba się w nim nie zakochałaś? – Isabelle spojrzała badawczo na córkę.
–Nie żartuj, mamo! – wrzasnęła. Skończmy ten idiotyczny temat Snape’a. Mogłabyś mi przynieść swoje notatki – powiedziała trochę ciszej, ale nadal głos jej drżał.

***


Spędziła nad zapiskami rodzicielki jeszcze kilka ładnych godzin. Analizowała, przepisywała, skreślała, dodawała nowe składniki czy ilości, w jakich miała je dodać. Pochłonięta całym przedsięwzięciem zapomniała o kolacji. Nie czuła głodu. Liczyło się tylko teraz, że może pomóc mamie w przezwyciężeniu choroby. Spojrzała mimowolnie przed siebie. Za oknem księżyc właśnie wschodził. Duża tarcza satelity ziemi spoglądała w kartki czarownicy „ciekawskim wzrokiem”. Irytowało to dziewczynę, dlatego szczelnie zasłoniła okno, nie pozwalając blaskowi księżyca przedostać się do pomieszczenia. Nagle usłyszała za sobą ciche pukanie do szyby. Powoli odsłoniła zasłonkę, na zewnątrz dostrzegła sowę z kopertą w dziobie. Otworzyła skrzydło okienne, aby ptak mógł wlecieć do środka. Poznała w nim Hermesa – sowę profesora Snape’a. To nic dobrego nie wróżyło. Dostała wyjca!

Thompson, do jasnej cholery, gdzie się podziewasz? To już kolejna wiadomość, którą do Ciebie wysyłam! Hermes nie nadąża z dostarczaniem Ci kopert! Żartujesz sobie zemnie, że ich nie odbierasz? Czas nagli, bo konkurs w przyszłym tygodniu, a Ty! Natychmiast masz się pojawić w moim gabinecie, bo inaczej nie ręczę za siebie! Myślisz, że ja mam czas?! Nie dość, że sprawdzam próbne SUMy i OWUTEMy to jeszcze Ty nie przychodzisz na przygotowania! Za pięć minut widzę Cię w moim gabinecie! I proszę bez żadnych dyskusji i dąsów!

Ociekający jadem głos Mistrza Eliksirów wydobył się z czarnej koperty, która lewitowała wprost przed oczami dziewczyny. Sophie jeszcze nigdy nie słyszała, żeby nauczyciel był tak zdenerwowany. Kiedy wiadomość została przekazana, koperta po prostu spłonęła. Z lekko otwartą buzią usiadła na łóżku i zastanawiała się, co ma teraz zrobić. Madryt i Hogwart dzieliło dobre kilkaset kilometrów, nie mogła tak zwyczajnie zniknąć na kilka godzin. Teoretycznie była na wakacjach, ale z drugiej strony konkurs… Najwyżej Snape zabije ją własnymi rękami. Nie może teraz zostawiać mamy samej! Nie teraz, gdy ma jakieś informacje na temat leku, który może ją uratować.
Wyjęła czystą kartkę z szuflady biurka. Długo zastanawiała się nad treścią listu, jaką wyśle profesorowi. Zdawała sobie sprawę, że może być na tyle zdesperowany, że osobiście przybędzie po nią. Jednak z drugiej strony, nie może porywać się na takie rzeczy, bo jego surowa reputacja zostanie zachwiana.

Dobry wieczór, Profesorze!
Może mi Pan, Profesorze wierzyć, ale wcześniejsze wiadomości do mnie dotarły.
Jest mi niezmiernie przykro tego powodu, że nie pojawię się za pięć minut w pańskim gabinecie, ale jest to zgoła niemożliwe. Obecnie nie przebywam ani duchem, ani tym bardziej ciałem na terenie zamku. O ile dobrze pamiętam, mówiłam Panu Profesorowi o tym, że w najbliższym czasie wybieram się do dziadka. Mam ze sobą kilka interesujących pozycji i obiecuję, że nie będę się lenić.
Życzę spokojnej nocy i kolorowych snów!
Sophie Thompson.

PS. Hermesa nakarmiłam.

Zwinęła kartkę i rzuciła na nią kilka zaklęć zabezpieczających. Sówka niechętnie oderwała się od jedzenia i po wzięciu w dziób wiadomości dla Snape’a wyleciała przez uchylone okno. Po chwili Sophie nie mogła już odróżnić czarnego upierzenia ptaka od cieni nocy.

***

Kilkaset kilometrów w spowitym mrokiem Hogwacie, Severus Snape kipiał ze złości po otrzymaniu listu od swojej uczennicy. „Co ta smarkula sobie myśli? Wakacje na kilka dni przed konkursem! Ja już jej dam kolorowe sny!” – wymamrotał cicho pod nosem.

***

Zdecydowanie za późno zdecydowałam się na zaczęcie pisania tego rozdziału.  Ale chyba najważniejsze, że coś się pojawiło. Jest to w jakimś sensie wprowadzenie do czegoś, co chciałam napisać, ale jakoś tak wydarzenia na blogu się skomplikowały, że dopiero teraz wątek wszedł na właściwą drogę;)
Isabelle - typowa mama, wszystkiego się domyśla! Niech jej będzie!

Zdaje mi się, że do Świąt nic nie stworzę, dlatego życzę Wam wszystkim:
Dużo zdrowia, szczęścia, pomyślności, spełnienia marzeń, powodzenia na wszelakich studiach, w szkołach. I DUŻO MIŁOŚCI!!!

Yyyyy...
Dedykacja dla Panny Rickman:P Weź się dziewczyno do roboty!

––––––––––––––––––––
*Novatio Blood - (łac.) novatio - odnowa, (ang.) blood - krew; odnowa krwi, bądź odnawiający krew, tak czy siak nie pomoże Isabelle

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz