Pogoda od
dawna nie była tak wyśmienita; rozległy, pogodny wyż, rozciągający się naprawie
nad całą Europą, przynosił ciepłe masy powietrza i bezchmurne niebo, które
nawet ponurakowi poprawiało humor.
Lipcowe
słońce doskonale służyło zarówno Sophie jak i Isabelle. Obie panie wygrzewały
się na hiszpańskiej plaży. Ciepły wiatr wiejący od morza, skutecznie pomagał
wraz z promieniami słonecznymi opalać skórę. Gorący piasek parzył w stopy, a
kąpiel w chłodnej wodzie przynosiła ulgę. Krukonka razem z mamą wyjechała na
kilkunastodniowy urlop, zaraz po zakończeniu OWTMów. Poczciwy George przyjął je
z otwartymi rękoma, ciesząc się z dodatkowego towarzystwa, natomiast Tom
obiecał, że za kilka dni również do niech dołączy. Niestety po kilku dniach
napisał wiadomość, że nie zdoła wyrwać się z Wielkiej Brytanii, choćby na kilka
dni.
Sophie z
początku miała pewne obawy przed opuszczaniem Londynu i przeniesieniem się na
jakiś czas do Hiszpanii, ale wesoła mina staruszka i zapewnienia lekarzy, że
klimat posłuży zdrowiu Isabelle, skutecznie ją do tego przekonały. Faktycznie
Isabelle promieniała, blade policzki znów nabrały kolorów. Spędzanie każdego
przedpołudnia na plaży zbliżyło do siebie matkę i córkę po prawie rocznym
rozstaniu.
–
Tęsknisz za nim? – spytała pewnego dnia Isabelle, siadając obok swojej córki na
leżaku.
Minęły
już ponad trzy tygodnie odkąd wypoczywały w Hiszpanii.
Dziewczyna
spojrzała na swoją rodzicielkę z dużym zdziwieniem wymalowanym na twarzy; nie
sądziła, że mama zapyta ją o Snape’a. Nie chciała do tego wracać – to bolało, nawet
bardzo.
– Za
Dumbledorem, mamo? Och, nie! Był miły, choć potrafił zaleźć za skórę – odezwała
się wesoło. Miała nadzieję, że zbyt nie odkryła się ze swoimi uczuciami.
–
Kochanie,nie chodzi mi o Dumbledore’a, dobrze o tym wiesz. Przecież nie będę na
ciebie krzyczeć, że interesujesz się płcią przeciwną, nawet jeśli jest trochę
starsza od ciebie – uśmiechnęła się przyjaźnie.
Sophie
zarumieniła się lekko i spuściła wzrok na swoje kolana.
– Mamo,
to już skończone. Za bardzo mnie zranił – wyszeptała.
Isabelle
wzięła w ramiona swoją córkę i pocałowała ją w czoło.
–
Widziałam jak na siebie patrzyliście w czasie ślubu i części wesela. Kochałam
najpierw twojego ojca, teraz Toma i uwierz mi pomiędzy wami coś jest. Przez
kogo się pokłóciliście? Sophie, jestem twoją matką, mnie możesz wszystko
powiedzieć.
Dziewczyna
milczała jak zaklęta. Nie chciała obarczać matki swoimi problemami, których i
tak nie dało się naprawić. Snape to była przeszłość. Przez chwilę było miło,ale
się skończyło. Przyszedł czas powrócić na ziemię i do rzeczywistości. Miał
teraz dziecko i to nim powinien się zająć, a nie jakąś smarkulą, która
myślała,że dojrzały facet zainteresuje się nią na serio.
Powstrzymywała
się jak mogła, żeby się nie rozpłakać. Musi być silna!
– Chyba
nie chcesz mi córciu powiedzieć, że cię wykorzystał? – zapytała przejęta,
przerywając ciszę.
– Och,
co? Mamo, o co ty mnie posądzasz? Nie spałam ze Snapem! – niemałe oburzenie
pojawiło się w głosie Krukonki. Zamrugała gwałtownie powiekami, wpatrując się
uważnie w matkę.
– Wiem,
córeczko – uśmiechnęła się tajemniczo. – Musiałam cię jakoś wyrwać z tego
otępienia.
– Dzięki,
mamo – rzuciła z przekąsem dziewczyna. – Naprawdę masz niezłe pomysły.
–
Porozmawiaj z nim, Sophie. Szczerze – Isabelle pogłaskała ją po głowie. – Wiem,
że sobie poradzisz… Dajcie sobie szansę…
– Ale
dlaczego?
– Zaufaj
mi…
Przez
następnych klika dni Sophie analizowała słowa matki, przez co często popadała w
melancholię, a wieczorami nigdy nie zasypiała bez wypłakania się w poduszkę.
Chwilami czuła się dziwnie bezradna, jakby los specjalnie rzucał jej kłody pod
nogi. Tęskniła do lat dzieciństwa, przynajmniej do tych, które pamięć jej już
przywołała – wtedy wszystko było takie proste. A teraz…
Nie tylko
w głowie siedziały jej sprawy związane z Severusem i pracą nad eliksirem, ale
również martwiła się o wyniki OWTMów. W nocy nawiedzały ją koszmary, w których
dowiadywała się, że pozaliczała egzaminy na najniższe oceny. Budziła się zlana
potem i nie mogła zasnąć dopóki blady świt nie pojawił się na nieboskłonie.
Zajmowała się wtedy czytaniem opasłych tomiszczów, które łowiła skrupulatnie z
biblioteki dziadka. Przyjemnością było zagłębianie się w wiedzy zamieszczonej w
przesyconych zapachem pergaminu i tuszu stronicach. Co innego przechodziła w
ostatnich tygodniach czerwca, kiedy uczyła się do OWTMów… Tylko dzięki Pani
Pomfrey zdołała nie dostać rozstroju nerwowego; ręce trzęsły się jej do tej
pory. Nie mogła uwierzyć jak na zielarstwie zżerał ją stres i pomyliła zawijkę
kanadyjską z zielonkiem pospolitym. Jednak jakaś siła musiała nad nią czuwać i
w porę przypomniała sobie, że zawijka zamyka swoje płatki, kiedy padają na nią
promienie słoneczne.
Ze Snapem
widziała się ostatniego dnia egzaminu, kiedy wyszła z Wielkiej Sali, gdzie
miała praktykę z transmutacji. Odniosła wrażenie, że przez cały czas OWTMów
starał się jej unikać. Nie spotykała go, nawet podczas posiłków, nie
wspominając już o szkolnych korytarzach czy w bibliotece. Wtedy widocznie na
nią czekał, gdyż omal nie dostał drzwiami, kiedy wychodziła z Wielkiej Sali.
– Dzień
dobry, panno Thompson. To już twój ostatni egzamin? – odezwał się jakby mniej
zgryźliwie, uważnie się na nią patrząc.
Miał
nadzieję, że może uda mu się z nią dłużej porozmawiać. Nie chciał jej
przeszkadzać, kiedy uczyła się, ale teraz powinna znaleźć trochę czasu. Z
jednej strony chciał w końcu zakończyć ich znajomość i więcej nie widzieć na
oczy tej dziewczyny, ale z drugiej coś mówiło mu, że powinien chronić ją przed
Czarnym Panem, a nawet Dumbledorem. Obydwaj czarodzieje mieli nie równo pod sufitem
i każdy z nich chciał wykorzystać Sophie na swój sposób. Nawet pomimo tego, że
Albus walczył po stronie dobra, Severus nie był pewny czy eliksiry, które
regularnie przygotowuje dla niego, nie odebrały życia kilkunastu osobom. Teraz
wolał jednak o tym nie myśleć, musiał się skupić na tym jak znów przekonać do
siebie pannę Thompson.
– Dzień
dobry, profesorze – odpowiedziała grzecznym tonem, mijając go. Nie miała ochoty
na dalszą konwersację. Musiała odetchnąć i zebrać myśli, gdyż w głowie czuła
dziwną pustkę.
– Zadałem
ci pytanie, Thompson – poszedł za nią.
Krukonka
zatrzymała się gwałtownie, odwróciła się i spojrzała hardo na swojego
profesora, kładąc dłonie na biodrach.
– Jestem
zmęczona, gdyż od ponad dwóch tygodni nie spałam więcej niż cztery godziny na
dobę, więc marzę jedynie o wygodnym łóżku i kubku gorącego mleka. Pan wybaczy, że
nie poświecę panu więcej niż dwie minuty, ale muszę się jeszcze spakować. A co
do OWTMów, to okaże się wszystko za niecały miesiąc, kiedy przyjdą wyniki. Dziękuję
za niecały rok opieki nade mną, a także za jakże interesujące lekcje. Nie
spotkamy się już chyba, bo na uczcie pożegnalnej mnie nie będzie, dlatego życzę
panu wszystkiego dobrego, zasługuje pan na odrobinę szczęścia – uśmiechnęła się
nieznacznie.
Chciał
jej odpowiedzieć, że tylko z nią czuł się naprawdę szczęśliwy, ale głos uwiązł
mu w gardle. Patrzył się na jej bladą, zmęczoną twarz i zapragnął w jednej
chwili porwać ją gdzieś daleko – z dala od wścibskich spojrzeń ludzi i zła
świata.
– Życzę
panu jeszcze, żeby w końcu Mroczny Znak zniknął i nie pojawiał się już na
żadnym przedramieniu. Do widzenia – posłała mu jeszcze jeden słaby uśmiech,
odwróciła się i udała w stronę Wieży Ravenclawu.
Severus
stał jeszcze chwilę na korytarzu obok zbroi Rufusa z Yorkshire, po czym wrócił
do lochów obmyślać plan powtórnego zdobycia Sophie.
*
– Mamo,
jestem pewna, że dam sobie radę i nie rozszczepię się podczas podroży do
Londynu – Krukonka próbowała uspokoić Isabelle, ale jakby tamta nie dawała się
przekonać.
Sophie
kilka dni temu ukończyła kurs teleportacji, dlatego bez problemu mogła już
podróżować sama, co martwiło niezmiernie jej rodzicielkę.
Przed
kilkoma dniami dostała wiadomość od Toma, że przyszły już wyniki OWTMów, więc
chciała w praktyce zastosować swoje umiejętności.
– Sophie,
może lepiej będzie jak dziadek teleportuje się razem z tobą, co? Albo
skorzystaj z kominka – złapała swoją córkę za rękę. W jej oczach można było
zobaczyć nadzieję.
– Nic mi
nie grozi; jako jedyna zdałam za pierwszym razem – ucałowała matkę w czoło. –
Nie martw się jak zostanę w Londynie trochę dłużej, będę szperać w bibliotece
Toma –uśmiechnęła się chytrze.
Isabelle
westchnęła zrezygnowana.
– W takim
razie wyślij sowę z wiadomością jak ci poszły egzaminy.
–
Oczywiście! – cmoknęła mamę w policzek. – Będę za kilka dni.
Po chwili
dało usłyszeć się charakterystyczny odgłos teleportacji.
*
Głośny
pisk rozniósł się po prawie całym domu, kiedy Sophie otworzyła zalakowaną
kopertę zaadresowaną na jej nazwisko.
Nie mogła
uwierzyć, że każdy z przedmiotów zaliczyła na najwyższą ocenę, nawet pomyłka na
zielarstwie nie zaprzepaściła szansy na Wybitny z tego przedmiotu. Wyściskała
zdezorientowanego lokaja, który podał jej dużą, białą kopertę z godłem
Horwartu. Nim się obejrzał, przebiegła salon, długi korytarz i z impetem wpadła
do gabinetu Toma.
Pan domu
spojrzał uważnie na roześmianą, szczęśliwą twarz dziewczyny, jej magiczna moc
niczym aureola jarzyła się mocnym światłem. Przemknęło mu przez myśl, że motyl
sam złapał się w sieć pająka. Jakże było to dla niego fascynujące uczucie,kiedy
zdał sobie sprawę, że znów może strać się zaskarbić jej względy. Severus w tym
momencie nie był już mu potrzebny. Przynajmniej do zdobycia Sophie…
–Przepraszam,
że panienka Sophie przeszkodziła panu w pracy – powiedział zdyszany lokaj,
kiedy przybiegł za dziewczyną.
– Nic się
nie stało. Możesz odejść – odrzekł.
Kamerdyner
skinął głową i wyszedł zamykając za sobą drzwi.
– Czymże
zasłużyłem sobie na takie wejście? – zapytał, podnosząc się z fotela. Wpatrywał
się w nią intensywnie czekając na jakikolwiek ruch z jej strony. – Z Isabelle
coś nie tak?
– Och! –
dziewczyna zarumieniła się i spuściła wzrok na swoje buty. – Nie, z mamą
wszystko w jak najlepszym porządku. Przyszłam się pochwalić, że zaliczyłam
OWTMy – odparła cicho.
Tom ujął
jej podbródek i zmusił by na niego spojrzała. W jej oczach dostrzegł radość,
ale też zaskoczenie. Nie odsunęła się choćby na cal, kiedy zrobił krok w przód.
– To
wspaniale! Gratuluję! – przytulił się do niej, głaszcząc jej włosy i wdychając
kokosowy zapach szamponu. Kiedy tak był blisko niej, moc wyczuwalna zdawała się
jeszcze większa.
–
Dziękuję –wyswobodziła się z jego uścisku.
–
Wypadałoby to jakoś uczcić, co? Powiem Konradowi, żeby coś przygotował –
uśmiechnął się tajemniczo.
– Och,
nie trzeba! – wydusiła z siebie.
– Oj, to
po prostu zjedzmy razem kolację. Sophie, przecież powinniśmy się polubić. Nie
patrz na mnie jak na wilka, który chce pożreć małą, bezbronną owieczkę –
poklepał ją po ramieniu. – Doskonale wiem, że taką małą i bezbronną owieczką
nie jesteś. Mama mi dużo o tobie opowiadała i muszę przyznać, że naprawdę mi
imponujesz.
Rumieniec
na twarzy dziewczyny jeszcze bardziej się pogłębił.
– No, nie
daj się namawiać.
– Niech
będzie – zgodziła się po chwili namysłu.
– W takim
razie o siódmej.
– O
siódmej.
*
Schodząc
schodami do jadalni, Sophie myślała nad tym, co ma za kilka minut nastąpić. Zje
kolację z Tomem. Prosił ją o to, jakby od tego zależało uratowanie świata.
Wyczuwała pewien podstęp z jego strony, ale nie umiała do końca określić, na
czym on ma polegać. Miał dziwny wzrok, kiedy na nią patrzył, a uśmiech zdradzał
coś więcej niż tylko sympatię. Musiała przyznać, że trochę się go bała. Coś w
nim było, że przebywanie z nim sam na sam powodowało u niej gęsia skórkę…
Nie
powinna biec do jego gabinetu, kiedy otworzyła wyniki z Hogwartu; a jednak to
uczyniła. Wiedziona jakimś nieznanym impulsem wpadała tam i zrobiła z siebie
idiotkę!
–
Myślałem, że już nie przyjdziesz – odezwał się, kiedy weszła do jadalni, w
której panował półmrok. Zamiast zapalonych świateł, w powietrzu unosiły się
wesołe ogniki rzucające blask na całe pomieszczenie.
Przełknęła
ślinę, kiedy wyłonił się z cienia i spojrzał na nią.
–
Dziękuję, że pozwoliłeś mi skorzystać ze swojej biblioteki, bardzo mi się to przydało
–bez pozwolenia usidła przy stole. – Zacznijmy już jeść, jestem głodna, od
śniadania praktycznie nic nie miałam w ustach, tak bardzo pochłonęła mnie
lektura.
Spoczął
na drugim końcu stołu, cały czas się w nią wpatrując.
– Zanim
zaczniemy jeść, wznieśmy toast za zdane egzaminy – uśmiechnął się przyjaźnie.
–Twoje zdrowie Sophie.
Oboje
podnieśli kieliszki wypełnione winem do ust.
Sophie
dopiero po chwili zorientowała się, że to jest najprawdziwszy w świecie
szampan– wypiła jednym duszkiem cały kieliszek. Wesołe bąbelki łaskotały ją w
podniebienie, a głowa stała się dziwnie ciężka.
– Nie tak
prędko, Sophie. Szampan jest bardzo zdradliwy, nie powinno się go dużo pić, bo
miesza w głowie – pouczył ją, chociaż w myślach bardzo pochwalił ją za takie
zachowanie. Oszołomioną dziewczynę łatwiej uwieść.
– Toasty
powinno się wypijać do dna. Dziwne, że o tym nie wiedziałeś – rzuciła
ironicznym tonem. – Zabierajmy się do jedzenia, łosoś tak ładnie pachnie.
Przez
pewien czas panowała absolutna cisza, przerywana jedynie szczękaniem sztućców.
Sophie
miała dziwne odczucie, że jej współtowarzysz na nią patrzy. Kiedy ich
spojrzenia się spotkały, a Tom uśmiechnął się do niej, serce jakoś nienormalnie
jej zatrzepotało. Z nerwów chwyciła kieliszek i przechyliła go, wypijając całą
zawartość. Nie wiedziała, co się z nią dzieje. Przecież zawsze była chłodno
nastawiona do swojego ojczyma, więc czemu teraz reaguje w ten sposób? Imperius?
Nie, to niemożliwe! Słyszałaby jego myśli tak samo dobrze jak swoje, a tak nie
jest… Będzie musiała szybko zakończyć tę kolację, bo inaczej zwariuje! Za dużo
magii wirowało wokół niej.
Nagle
usłyszała pierwsze, ciche takty muzyki. Skrzypce i wiolonczela idealnie
współgrały ze sobą, zapraszając do współpracy jeszcze pianino i gitarę.
–
Zatańczysz?– przed oczami Krukonki pojawiła się męska dłoń. – Na weselu nie
mieliśmy okazji, więc może teraz?
– Nie! –
odpowiedziała stanowczo, podnosząc się gwałtownie z krzesła. – Kim ja jestem do
cholery? Powinieneś zająć się mamą, to ona potrzebuje teraz twojej uwagi i
opieki a nie ja!
Patrzyła
mu buńczucznie w oczy, a ręce miała zaciśnięte w pięści.
Głośny, jedwabisty
śmiech rozniósł się po jadalni, odbijając się od ścian.
– Moja,
słodka Sophie jak ty mało wiesz – odgarnął jej zbłąkany kosmyk z czoła. –
Isabelle zostało już niewiele czasu. Trzy miesiące do pół roku. Bardzo się
stara, żeby nie było nic po niej widać, ale jej stan jest bardzo poważny.
–
Kłamiesz! –krzyknęła.
Pod
powiekami zaczęły jej się zbierać łzy, a broda zatrzęsła się. W głowie miała
mętlik.
– Mówię
najprawdziwszą prawdę, Sophie – próbował się do niej przytulić, ale odepchnęła
go i wybiegła z jadalni.
W szybkim
tempie pokonała dystans dzielący ją od jej pokoju. Nie chciała już tłumić łez.
Potok słonych kryształków wydobywał jej się spod powiek i spływał po
policzkach.
Rzuciła
się na łóżko i wtuliła twarz w poduszkę. Po paru minutach poczuła, że ktoś
siada obok niej i głaszcze po plecach.
Tak
bardzo brakowało jej w tym momencie Severusa i jego delikatnego dotyku, lekko
złośliwego uśmiechu i charakterystycznego głosu, od którego miękły jej nogi.
Może powinna schować dumę do kieszeni i poważnie z nim porozmawiać…
– Nic na
tonie poradzisz, Sophie – usłyszała głos Toma. – Taka kolej rzeczy. Jeśli się
urodziliśmy, musimy umrzeć.
– Och! –
rzuciła się mężczyźnie na szyję i rozpłakała się jeszcze bardziej.
Gładził
ją po miękkich włosach i wdychał aromatyczny zapach szamponu. Musiał to
wykorzystać i zdobyć ją.
Nim się
obejrzała usta Toma dotknęły jej warg. Próbowała się wyrwać, ale mocno ją do
siebie przyciągnął. W głowie ponownie miała mętlik. To było zupełnie inne
uczucie, kiedy Tom ją całował. Pocałunki wydawały się strasznie zaborcze i
gwałtowne, wprowadzały w trans. Trzymał ją w mocnym uścisku, jego lewa dłoń
znajdowała się na jej plecach, a prawa wędrowała od kolana, udem, ku brzuchowi.
Rozpinał jej kamizelkę i dotykał, powodując drżenie jej ciała. Zmusił ją by
położyła się na łóżku. Wiedział, że tej nocy się mu nie wymknie…
*
Wiem, zabijecie mnie:D
*
Wiem, zabijecie mnie:D
Lubię Was
wkurzać, taka moja natura;)
Teraz nie
wiecie czy coś się wydarzy czy nie ]:-> Ale to dobrze!
Tęsknię
za wiosną, a Wy?
Komentujcie;)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz