wtorek, 14 sierpnia 2012

XLVI

Pogoda od dawna nie była tak wyśmienita; rozległy, pogodny wyż, rozciągający się naprawie nad całą Europą, przynosił ciepłe masy powietrza i bezchmurne niebo, które nawet ponurakowi poprawiało humor.
Lipcowe słońce doskonale służyło zarówno Sophie jak i Isabelle. Obie panie wygrzewały się na hiszpańskiej plaży. Ciepły wiatr wiejący od morza, skutecznie pomagał wraz z promieniami słonecznymi opalać skórę. Gorący piasek parzył w stopy, a kąpiel w chłodnej wodzie przynosiła ulgę. Krukonka razem z mamą wyjechała na kilkunastodniowy urlop, zaraz po zakończeniu OWTMów. Poczciwy George przyjął je z otwartymi rękoma, ciesząc się z dodatkowego towarzystwa, natomiast Tom obiecał, że za kilka dni również do niech dołączy. Niestety po kilku dniach napisał wiadomość, że nie zdoła wyrwać się z Wielkiej Brytanii, choćby na kilka dni.
Sophie z początku miała pewne obawy przed opuszczaniem Londynu i przeniesieniem się na jakiś czas do Hiszpanii, ale wesoła mina staruszka i zapewnienia lekarzy, że klimat posłuży zdrowiu Isabelle, skutecznie ją do tego przekonały. Faktycznie Isabelle promieniała, blade policzki znów nabrały kolorów. Spędzanie każdego przedpołudnia na plaży zbliżyło do siebie matkę i córkę po prawie rocznym rozstaniu.
– Tęsknisz za nim? – spytała pewnego dnia Isabelle, siadając obok swojej córki na leżaku.
Minęły już ponad trzy tygodnie odkąd wypoczywały w Hiszpanii.
Dziewczyna spojrzała na swoją rodzicielkę z dużym zdziwieniem wymalowanym na twarzy; nie sądziła, że mama zapyta ją o Snape’a. Nie chciała do tego wracać – to bolało, nawet bardzo.
– Za Dumbledorem, mamo? Och, nie! Był miły, choć potrafił zaleźć za skórę – odezwała się wesoło. Miała nadzieję, że zbyt nie odkryła się ze swoimi uczuciami.
– Kochanie,nie chodzi mi o Dumbledore’a, dobrze o tym wiesz. Przecież nie będę na ciebie krzyczeć, że interesujesz się płcią przeciwną, nawet jeśli jest trochę starsza od ciebie – uśmiechnęła się przyjaźnie.
Sophie zarumieniła się lekko i spuściła wzrok na swoje kolana.
– Mamo, to już skończone. Za bardzo mnie zranił – wyszeptała.
Isabelle wzięła w ramiona swoją córkę i pocałowała ją w czoło.
– Widziałam jak na siebie patrzyliście w czasie ślubu i części wesela. Kochałam najpierw twojego ojca, teraz Toma i uwierz mi pomiędzy wami coś jest. Przez kogo się pokłóciliście? Sophie, jestem twoją matką, mnie możesz wszystko powiedzieć.
Dziewczyna milczała jak zaklęta. Nie chciała obarczać matki swoimi problemami, których i tak nie dało się naprawić. Snape to była przeszłość. Przez chwilę było miło,ale się skończyło. Przyszedł czas powrócić na ziemię i do rzeczywistości. Miał teraz dziecko i to nim powinien się zająć, a nie jakąś smarkulą, która myślała,że dojrzały facet zainteresuje się nią na serio.
Powstrzymywała się jak mogła, żeby się nie rozpłakać. Musi być silna!
– Chyba nie chcesz mi córciu powiedzieć, że cię wykorzystał? – zapytała przejęta, przerywając ciszę.
– Och, co? Mamo, o co ty mnie posądzasz? Nie spałam ze Snapem! – niemałe oburzenie pojawiło się w głosie Krukonki. Zamrugała gwałtownie powiekami, wpatrując się uważnie w matkę.
– Wiem, córeczko – uśmiechnęła się tajemniczo. – Musiałam cię jakoś wyrwać z tego otępienia.
– Dzięki, mamo – rzuciła z przekąsem dziewczyna. – Naprawdę masz niezłe pomysły.
– Porozmawiaj z nim, Sophie. Szczerze – Isabelle pogłaskała ją po głowie. – Wiem, że sobie poradzisz… Dajcie sobie szansę…
– Ale dlaczego?
– Zaufaj mi…
Przez następnych klika dni Sophie analizowała słowa matki, przez co często popadała w melancholię, a wieczorami nigdy nie zasypiała bez wypłakania się w poduszkę. Chwilami czuła się dziwnie bezradna, jakby los specjalnie rzucał jej kłody pod nogi. Tęskniła do lat dzieciństwa, przynajmniej do tych, które pamięć jej już przywołała – wtedy wszystko było takie proste. A teraz…
Nie tylko w głowie siedziały jej sprawy związane z Severusem i pracą nad eliksirem, ale również martwiła się o wyniki OWTMów. W nocy nawiedzały ją koszmary, w których dowiadywała się, że pozaliczała egzaminy na najniższe oceny. Budziła się zlana potem i nie mogła zasnąć dopóki blady świt nie pojawił się na nieboskłonie. Zajmowała się wtedy czytaniem opasłych tomiszczów, które łowiła skrupulatnie z biblioteki dziadka. Przyjemnością było zagłębianie się w wiedzy zamieszczonej w przesyconych zapachem pergaminu i tuszu stronicach. Co innego przechodziła w ostatnich tygodniach czerwca, kiedy uczyła się do OWTMów… Tylko dzięki Pani Pomfrey zdołała nie dostać rozstroju nerwowego; ręce trzęsły się jej do tej pory. Nie mogła uwierzyć jak na zielarstwie zżerał ją stres i pomyliła zawijkę kanadyjską z zielonkiem pospolitym. Jednak jakaś siła musiała nad nią czuwać i w porę przypomniała sobie, że zawijka zamyka swoje płatki, kiedy padają na nią promienie słoneczne.
Ze Snapem widziała się ostatniego dnia egzaminu, kiedy wyszła z Wielkiej Sali, gdzie miała praktykę z transmutacji. Odniosła wrażenie, że przez cały czas OWTMów starał się jej unikać. Nie spotykała go, nawet podczas posiłków, nie wspominając już o szkolnych korytarzach czy w bibliotece. Wtedy widocznie na nią czekał, gdyż omal nie dostał drzwiami, kiedy wychodziła z Wielkiej Sali.
– Dzień dobry, panno Thompson. To już twój ostatni egzamin? – odezwał się jakby mniej zgryźliwie, uważnie się na nią patrząc.
Miał nadzieję, że może uda mu się z nią dłużej porozmawiać. Nie chciał jej przeszkadzać, kiedy uczyła się, ale teraz powinna znaleźć trochę czasu. Z jednej strony chciał w końcu zakończyć ich znajomość i więcej nie widzieć na oczy tej dziewczyny, ale z drugiej coś mówiło mu, że powinien chronić ją przed Czarnym Panem, a nawet Dumbledorem. Obydwaj czarodzieje mieli nie równo pod sufitem i każdy z nich chciał wykorzystać Sophie na swój sposób. Nawet pomimo tego, że Albus walczył po stronie dobra, Severus nie był pewny czy eliksiry, które regularnie przygotowuje dla niego, nie odebrały życia kilkunastu osobom. Teraz wolał jednak o tym nie myśleć, musiał się skupić na tym jak znów przekonać do siebie pannę Thompson.
– Dzień dobry, profesorze – odpowiedziała grzecznym tonem, mijając go. Nie miała ochoty na dalszą konwersację. Musiała odetchnąć i zebrać myśli, gdyż w głowie czuła dziwną pustkę.
– Zadałem ci pytanie, Thompson – poszedł za nią.
Krukonka zatrzymała się gwałtownie, odwróciła się i spojrzała hardo na swojego profesora, kładąc dłonie na biodrach.
– Jestem zmęczona, gdyż od ponad dwóch tygodni nie spałam więcej niż cztery godziny na dobę, więc marzę jedynie o wygodnym łóżku i kubku gorącego mleka. Pan wybaczy, że nie poświecę panu więcej niż dwie minuty, ale muszę się jeszcze spakować. A co do OWTMów, to okaże się wszystko za niecały miesiąc, kiedy przyjdą wyniki. Dziękuję za niecały rok opieki nade mną, a także za jakże interesujące lekcje. Nie spotkamy się już chyba, bo na uczcie pożegnalnej mnie nie będzie, dlatego życzę panu wszystkiego dobrego, zasługuje pan na odrobinę szczęścia – uśmiechnęła się nieznacznie.
Chciał jej odpowiedzieć, że tylko z nią czuł się naprawdę szczęśliwy, ale głos uwiązł mu w gardle. Patrzył się na jej bladą, zmęczoną twarz i zapragnął w jednej chwili porwać ją gdzieś daleko – z dala od wścibskich spojrzeń ludzi i zła świata.
– Życzę panu jeszcze, żeby w końcu Mroczny Znak zniknął i nie pojawiał się już na żadnym przedramieniu. Do widzenia – posłała mu jeszcze jeden słaby uśmiech, odwróciła się i udała w stronę Wieży Ravenclawu.
Severus stał jeszcze chwilę na korytarzu obok zbroi Rufusa z Yorkshire, po czym wrócił do lochów obmyślać plan powtórnego zdobycia Sophie.

*

– Mamo, jestem pewna, że dam sobie radę i nie rozszczepię się podczas podroży do Londynu – Krukonka próbowała uspokoić Isabelle, ale jakby tamta nie dawała się przekonać.
Sophie kilka dni temu ukończyła kurs teleportacji, dlatego bez problemu mogła już podróżować sama, co martwiło niezmiernie jej rodzicielkę.
Przed kilkoma dniami dostała wiadomość od Toma, że przyszły już wyniki OWTMów, więc chciała w praktyce zastosować swoje umiejętności.
– Sophie, może lepiej będzie jak dziadek teleportuje się razem z tobą, co? Albo skorzystaj z kominka – złapała swoją córkę za rękę. W jej oczach można było zobaczyć nadzieję.
– Nic mi nie grozi; jako jedyna zdałam za pierwszym razem – ucałowała matkę w czoło. – Nie martw się jak zostanę w Londynie trochę dłużej, będę szperać w bibliotece Toma –uśmiechnęła się chytrze.
Isabelle westchnęła zrezygnowana.
– W takim razie wyślij sowę z wiadomością jak ci poszły egzaminy.
– Oczywiście! – cmoknęła mamę w policzek. – Będę za kilka dni.
Po chwili dało usłyszeć się charakterystyczny odgłos teleportacji.

*

Głośny pisk rozniósł się po prawie całym domu, kiedy Sophie otworzyła zalakowaną kopertę zaadresowaną na jej nazwisko.
Nie mogła uwierzyć, że każdy z przedmiotów zaliczyła na najwyższą ocenę, nawet pomyłka na zielarstwie nie zaprzepaściła szansy na Wybitny z tego przedmiotu. Wyściskała zdezorientowanego lokaja, który podał jej dużą, białą kopertę z godłem Horwartu. Nim się obejrzał, przebiegła salon, długi korytarz i z impetem wpadła do gabinetu Toma.
Pan domu spojrzał uważnie na roześmianą, szczęśliwą twarz dziewczyny, jej magiczna moc niczym aureola jarzyła się mocnym światłem. Przemknęło mu przez myśl, że motyl sam złapał się w sieć pająka. Jakże było to dla niego fascynujące uczucie,kiedy zdał sobie sprawę, że znów może strać się zaskarbić jej względy. Severus w tym momencie nie był już mu potrzebny. Przynajmniej do zdobycia Sophie…
–Przepraszam, że panienka Sophie przeszkodziła panu w pracy – powiedział zdyszany lokaj, kiedy przybiegł za dziewczyną.
– Nic się nie stało. Możesz odejść – odrzekł.
Kamerdyner skinął głową i wyszedł zamykając za sobą drzwi.
– Czymże zasłużyłem sobie na takie wejście? – zapytał, podnosząc się z fotela. Wpatrywał się w nią intensywnie czekając na jakikolwiek ruch z jej strony. – Z Isabelle coś nie tak?
– Och! – dziewczyna zarumieniła się i spuściła wzrok na swoje buty. – Nie, z mamą wszystko w jak najlepszym porządku. Przyszłam się pochwalić, że zaliczyłam OWTMy – odparła cicho.
Tom ujął jej podbródek i zmusił by na niego spojrzała. W jej oczach dostrzegł radość, ale też zaskoczenie. Nie odsunęła się choćby na cal, kiedy zrobił krok w przód.
– To wspaniale! Gratuluję! – przytulił się do niej, głaszcząc jej włosy i wdychając kokosowy zapach szamponu. Kiedy tak był blisko niej, moc wyczuwalna zdawała się jeszcze większa.
– Dziękuję –wyswobodziła się z jego uścisku.
– Wypadałoby to jakoś uczcić, co? Powiem Konradowi, żeby coś przygotował – uśmiechnął się tajemniczo.
– Och, nie trzeba! – wydusiła z siebie.
– Oj, to po prostu zjedzmy razem kolację. Sophie, przecież powinniśmy się polubić. Nie patrz na mnie jak na wilka, który chce pożreć małą, bezbronną owieczkę – poklepał ją po ramieniu. – Doskonale wiem, że taką małą i bezbronną owieczką nie jesteś. Mama mi dużo o tobie opowiadała i muszę przyznać, że naprawdę mi imponujesz.
Rumieniec na twarzy dziewczyny jeszcze bardziej się pogłębił.
– No, nie daj się namawiać.
– Niech będzie – zgodziła się po chwili namysłu.
– W takim razie o siódmej.
– O siódmej.

*

Schodząc schodami do jadalni, Sophie myślała nad tym, co ma za kilka minut nastąpić. Zje kolację z Tomem. Prosił ją o to, jakby od tego zależało uratowanie świata. Wyczuwała pewien podstęp z jego strony, ale nie umiała do końca określić, na czym on ma polegać. Miał dziwny wzrok, kiedy na nią patrzył, a uśmiech zdradzał coś więcej niż tylko sympatię. Musiała przyznać, że trochę się go bała. Coś w nim było, że przebywanie z nim sam na sam powodowało u niej gęsia skórkę…
Nie powinna biec do jego gabinetu, kiedy otworzyła wyniki z Hogwartu; a jednak to uczyniła. Wiedziona jakimś nieznanym impulsem wpadała tam i zrobiła z siebie idiotkę!
– Myślałem, że już nie przyjdziesz – odezwał się, kiedy weszła do jadalni, w której panował półmrok. Zamiast zapalonych świateł, w powietrzu unosiły się wesołe ogniki rzucające blask na całe pomieszczenie.
Przełknęła ślinę, kiedy wyłonił się z cienia i spojrzał na nią.
– Dziękuję, że pozwoliłeś mi skorzystać ze swojej biblioteki, bardzo mi się to przydało –bez pozwolenia usidła przy stole. – Zacznijmy już jeść, jestem głodna, od śniadania praktycznie nic nie miałam w ustach, tak bardzo pochłonęła mnie lektura.
Spoczął na drugim końcu stołu, cały czas się w nią wpatrując.
– Zanim zaczniemy jeść, wznieśmy toast za zdane egzaminy – uśmiechnął się przyjaźnie. –Twoje zdrowie Sophie.
Oboje podnieśli kieliszki wypełnione winem do ust.
Sophie dopiero po chwili zorientowała się, że to jest najprawdziwszy w świecie szampan– wypiła jednym duszkiem cały kieliszek. Wesołe bąbelki łaskotały ją w podniebienie, a głowa stała się dziwnie ciężka.
– Nie tak prędko, Sophie. Szampan jest bardzo zdradliwy, nie powinno się go dużo pić, bo miesza w głowie – pouczył ją, chociaż w myślach bardzo pochwalił ją za takie zachowanie. Oszołomioną dziewczynę łatwiej uwieść.
– Toasty powinno się wypijać do dna.  Dziwne, że o tym nie wiedziałeś – rzuciła ironicznym tonem. – Zabierajmy się do jedzenia, łosoś tak ładnie pachnie.
Przez pewien czas panowała absolutna cisza, przerywana jedynie szczękaniem sztućców.
Sophie miała dziwne odczucie, że jej współtowarzysz na nią patrzy. Kiedy ich spojrzenia się spotkały, a Tom uśmiechnął się do niej, serce jakoś nienormalnie jej zatrzepotało. Z nerwów chwyciła kieliszek i przechyliła go, wypijając całą zawartość. Nie wiedziała, co się z nią dzieje. Przecież zawsze była chłodno nastawiona do swojego ojczyma, więc czemu teraz reaguje w ten sposób? Imperius? Nie, to niemożliwe! Słyszałaby jego myśli tak samo dobrze jak swoje, a tak nie jest… Będzie musiała szybko zakończyć tę kolację, bo inaczej zwariuje! Za dużo magii wirowało wokół niej.
Nagle usłyszała pierwsze, ciche takty muzyki. Skrzypce i wiolonczela idealnie współgrały ze sobą, zapraszając do współpracy jeszcze pianino i gitarę.
– Zatańczysz?– przed oczami Krukonki pojawiła się męska dłoń. – Na weselu nie mieliśmy okazji, więc może teraz?
– Nie! – odpowiedziała stanowczo, podnosząc się gwałtownie z krzesła. – Kim ja jestem do cholery? Powinieneś zająć się mamą, to ona potrzebuje teraz twojej uwagi i opieki a nie ja!
Patrzyła mu buńczucznie w oczy, a ręce miała zaciśnięte w pięści.
Głośny, jedwabisty śmiech rozniósł się po jadalni, odbijając się od ścian.
– Moja, słodka Sophie jak ty mało wiesz – odgarnął jej zbłąkany kosmyk z czoła. – Isabelle zostało już niewiele czasu. Trzy miesiące do pół roku. Bardzo się stara, żeby nie było nic po niej widać, ale jej stan jest bardzo poważny.
– Kłamiesz! –krzyknęła.
Pod powiekami zaczęły jej się zbierać łzy, a broda zatrzęsła się. W głowie miała mętlik.
– Mówię najprawdziwszą prawdę, Sophie – próbował się do niej przytulić, ale odepchnęła go i wybiegła z jadalni.
W szybkim tempie pokonała dystans dzielący ją od jej pokoju. Nie chciała już tłumić łez. Potok słonych kryształków wydobywał jej się spod powiek i spływał po policzkach.
Rzuciła się na łóżko i wtuliła twarz w poduszkę. Po paru minutach poczuła, że ktoś siada obok niej i głaszcze po plecach.
Tak bardzo brakowało jej w tym momencie Severusa i jego delikatnego dotyku, lekko złośliwego uśmiechu i charakterystycznego głosu, od którego miękły jej nogi. Może powinna schować dumę do kieszeni i poważnie z nim porozmawiać…
– Nic na tonie poradzisz, Sophie – usłyszała głos Toma. – Taka kolej rzeczy. Jeśli się urodziliśmy, musimy umrzeć.
– Och! – rzuciła się mężczyźnie na szyję i rozpłakała się jeszcze bardziej.
Gładził ją po miękkich włosach i wdychał aromatyczny zapach szamponu. Musiał to wykorzystać i zdobyć ją.
Nim się obejrzała usta Toma dotknęły jej warg. Próbowała się wyrwać, ale mocno ją do siebie przyciągnął. W głowie ponownie miała mętlik. To było zupełnie inne uczucie, kiedy Tom ją całował. Pocałunki wydawały się strasznie zaborcze i gwałtowne, wprowadzały w trans. Trzymał ją w mocnym uścisku, jego lewa dłoń znajdowała się na jej plecach, a prawa wędrowała od kolana, udem, ku brzuchowi. Rozpinał jej kamizelkę i dotykał, powodując drżenie jej ciała. Zmusił ją by położyła się na łóżku. Wiedział, że tej nocy się mu nie wymknie…

*

Wiem, zabijecie mnie:D
Lubię Was wkurzać, taka moja natura;)
Teraz nie wiecie czy coś się wydarzy czy nie ]:-> Ale to dobrze!

Tęsknię za wiosną, a Wy?
Komentujcie;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz