wtorek, 14 sierpnia 2012

XLVIII

Dedykacja dla: Bell i Merimaat.

Strach malował się na zazwyczaj spokojnym obliczu Severusa Snape’a. Strach? To mało powiedziane… Mistrz Eliksirów był przerażony! Trzymał w ramionach rodzącą kobietę i na różdżkę Merlina, nie wiedział, co ma z nią zrobić. Pierwszy raz nie przychodziło mu do głowy ż a d n e sensowne rozwiązanie.
Wziął kilka głębokich oddechów, rozejrzał się po okolicy, by upewnić się, że nikt ich nie podgląda i wciągnął Monique do domu.
– Co ty sobie do cholery myślisz? Po coś tu przylazła? – warknął, kiedy wprowadził ją do małego saloniku obładowanego z każdej strony książkami i rzucił na starą, wytartą kanapę, stojącą obok równie zniszczonego fotela. Blady blask dawały świece wetknięte do zaśniedziałego lichtarza przymocowanego do sufitu.
– U-uciekłam…– grymas bólu pojawił się na spoconej i bladej twarzy kobiety. Poprawiła się na sofie, krzywiąc się przy tym i złapała kilka oddechów. – Możesz być spokojny, nikt mnie nie widział. Ten idiota Greyback nie zorientowałby się nawet, gdybym po nim przeszła, tak był upojony alkoholem... zanim się spostrzegą, minie trochę czasu… Może zdążę urodzić
Urodzić?
– Nie ma co…idealną kryjówkę sobie znalazłaś! – syknął jak rozwścieczona kobra. – Już wystarczająco spieprzyłaś mi życie! Naprawdę dziękuję ci za to – jad sączył się z wąskich ust Mistrza Eliksirów. – A teraz bądź taka miła i wynoś się stąd, zanim poczujesz na sobie któreś z moich ulubionych zaklęć torturujących…
– Nie zrobiłbyś tego – w oczach kobiety pojawiły się łzy. – Ja nie mam się do kogo zwrócić… Proszę…
Kolejny skurcz przeszył jej ciało. Zagryzła z bólu dolną wargę, aż poczuła w ustach smak krwi.
– Proszę…
– Nie jestem odpowiedzialny za tego bachora! Nie jestem i nigdy nie byłem! Rozumiesz?! –nachylił się nad nią i spojrzał Monique głęboko w oczy.
– Błagam – złapała go mocno za poły surduta, w jej niebieskich oczach zalśniły łzy, a z ust leciała cieniutka strużka krwi. – Wszystko jej wytłumaczę, przekonam, że wkręciliśmy cię w to kłamstwo, że to On mi kazał…
– Nie! –zaprotestował.
Podniósł ją jednym silnym chwytem i postawił na lekko chwiejących nogach.
– Czy to jego dziecko? – spytał, patrząc się uważnie na jej brzuch.
Pokiwała przecząco głową, uwieszając się na Snape’ie.
Tak naprawdę to nie wiedziała dokładnie czyje dziecko miało się urodzić. Cóż będzie z niej za matka skoro na chwilę przed jego urodzeniem nie potrafi powiedzieć czyje geny będzie ono jeszcze nosić? Z pewnością nie Snape’a. Kiedy zgodziła się na tą komedię, była już w ciąży.
Malutkimi kroczkami Severus doprowadził rodzącą kobietę do swojej sypialni. Zrobił to niechętnie, choć perspektywa, że Monique wyjaśni wszystko, no może prawie wszystko Sophie napawała do lekkim optymizmem. Owszem wszystko będzie zależało tylko od niej, niesłusznie zranionej przez szalone knowania Czarnego Pana, ale już się cieszył, że może znów ją zobaczy.
Nocami nawiedzały go przyjemne sny, ale kiedy budził się rano dziwne uczucie napięcia umiejscawiało się w lędźwiach. Ten słodki ból czasem go obezwładniał, zwłaszcza kiedy mary wydawały się tak bardzo prawdziwe. Nie chciał drugi raz popełniać podobnego błędu, choć Nokturn bardzo kusił. Oj kusił… Może to i było niestosowne, bo przecież nie miał już piętnastu lat, a jego dłonie nie przypominały nawet w kilku procentach dłoni Sophie, ale kilka minut sam na sam, przynosiło nieopisaną ulgę.
Powrócił na chwilę do rzeczywistości, gdyż Monique mocno ścisnęła go za ramię i krzyknęła głośno.
– Nie dramatyzuj tak! Sama sobie zgotowałaś taki los – warknął nieprzyjemnie, jakby chciał ją ukarać za to, że przerwała mu rozmyślania.
Prawie rzucił ją na łóżko.
– Połóż się, a ja postaram się o jak najszybszą pomoc. Aha i nie próbuj żadnych sztuczek, dom jest tak nafaszerowany zaklęciami, że grozi śmiercią jakiekolwiek naruszanie tych zabezpieczeń – poinformował ją.
Pokiwała głową, w geście zrozumienia. Usadowiła się na łóżku, trzymając się za brzuch i ciężko oddychała.
– Wrócę najpóźniej za kwadrans.
Załopotał szatami i zniknął za masywnymi drzwiami, zostawiając rodzącą kobietę na pastwę losu.

*

Hogwart bez uczniów stawał się zimną opustoszałą budowlą, gdzie z każdego kąta zionął zimny, północny wiatr, a na szkolnych ławkach spoczywała cienka warstwa kurzu.To bijące przez prawie cały rok serce zamierało na dwa miesiące wakacji, by pierwszego września z nowa siłą móc rozpocząć swoją aktywność. Studenci byli dla niego jak krew, krążąca w żyłach i tętnicach; nadawali smutnym, szarym korytarzom koloru i gwaru odbijającego się od ścian.
Poltergeist Irytek nigdy nie odczuwał tak ogromnej samotności jak w lipcu i sierpniu, kiedy to dowcipy na Filchu czy Grubej Damie, nie dawały mu takiej satysfakcji jak na pierwszorocznych Puchonach.
Snuł się po zamku szukając kogoś, na kim mógłby wyładować swoją frustrację. Prawdziwym zbawieniem stało się spotkanie na swojej drodze jednej z uczennic; poczuł się jakby znów nadeszła Gwiazdka.
Długowłosa dziewczyna ubrana po mugolsku w białą bluzkę i czarne spodnie, zdawała się nie zauważać złośliwego ducha. Przemierzała szybkim krokiem korytarz, by dotrzeć do gabinetu dyrektora.
Irytek utworzył niewidzialną ścianę i czekał zacierając ręce na to, aż niczego nieświadoma ofiara zbliży się do pułapki.
Sophie przeszła przez ścianę, a ta zamieniła się w lustro wody, mocząc dokładnie przerażoną dziewczynę.
Po korytarzu rozniósł się szyderczy śmiech ducha.
– Zmokła kura, zmokła kura – krzyczał na całe gardło, robiąc salta w powietrzu.
Krukonka podniosła głowę do góry i spojrzała z pogardą na poltergeista.
– Iryt! Ty przebrzydła kreaturo! Naślę na ciebie Krwawego Barona, a jak go znam zostanie z ciebie mokra plama!
Irytek pokazał jej język i uniósł się wysoko, aż pod sufit i zniknął gdzieś, przenikając przez ściany, zostawiając zmoczoną od stóp do głów Sophie bez jakiejkolwiek pomocy.
Nim zdołała się do końca wysuszyć, usłyszała głośne dreptanie butów po kamiennej podłodze, z naprzeciwka nadchodził właśnie Filius Flitwick, jej były Opiekun.
– Panna Thomson, czy wzrok już mnie zawodzi? – przetarł małymi piąstkami oczy. Ubrany był w brązową szatę z przydługimi rękawami i patrzył się z zainteresowaniem na dziewczynę.
– Dzień dobry, profesorze Flitwick – uśmiechnęła się blado do karłowatego czarodzieja, wykręcając sobie włosy – Właśnie przed chwilą Irytek powitał mnie jakże wyszukanym kawałem. Czy on się nigdy nie zmieni?
Nauczyciel zbladł i przetarł spocone czoło granatową chustką z herbem Ravenclawu.
– Och! Zawsze dokładnie rozglądam się po korytarzu, czy ten diabeł wcielony nie czai się gdzieś za węgłem…
– Czyli dobrze, że to ja szłam najpierw, a nie pan profesor?
– Sophie, tego nie powiedziałem – wyciągnął z rękawa różdżkę i jednym machnięciem, wysuszył ubranie dziewczyny.
– O, dziękuję! Nie trzeba było, sama bym sobie poradziła – poprawiła sobie włosy. – A co cię sprowadza do Hogwartu? – zapytał, kiedy uporali się z dużą kałużą, w której stała Sophie.
– Dyrektor prosił mnie o spotkanie w sprawie przyszłotygodniowej Międzynarodowej Konferencji Sztuk Magicznych.
Flitwick pokiwał głową z uznaniem.
– No, no. To chyba idealne ukoronowanie tak świetnych wyników w OWTMów. Gratuluję, panno Thompson – ścisnął dłoń swojej uczennicy. – Przyjemnie mi było uczyć tak inteligentną osobę.
Rozstali się niedaleko Chimery strzegącej wejście do gabinetu Dumbleore’a, rozmawiając o dalszej drodze zawodowej dziewczyny.
Cieszyła się, że spotkała się z były Opiekunem, znajoma twarz zawsze była mile widziana. Stanęła przez kamiennym posągiem i wypowiedziała hasło (malinowe babeczki) – statua odsunęła się z głośnym trzaskiem, ukazując ukryte schody prowadzące na wieżę.
Kilka minut zajęło jej wejście na samą górę, nim dostrzegła brązowe drzwi. Zapukała w nie trzykrotnie i czekała na jakąkolwiek reakcję. Po chwili usłyszała donośne „proszę”, weszła do środka.
Na ścianach okrągłego pokoju wisiały obrazy poprzednich dyrektorów Hogwartu; jedni drzemali, inni cz tali jakieś pergaminy, a jeszcze innych nie było w ogóle na obrazach. Natomiast Albus Dumbledore siedział za biurkiem i zawzięcie pisał coś na papierze. Ubrany był we wściekle czerwoną szatę, obszytą złotą lamówką, w takim samym kolorze była szpiczasta tiara na jego głowie. Niebieskie tęczówki uważnie śledziły tekst pisany tekst.
– Dzień dobry, a właściwie dobry wieczór, dyrektorze – odezwała się nieśmiało, zamykając drzwi. – Nie przeszkadzam?
– Oooo! Panna Thompson. Dobry wieczór, proszę usiądź – wskazał jej wygodne krzesło na przeciwko siebie.
Dziewczyna spoczęła na wskazanym miejscu i spojrzała na starszego czarodzieja, wycierającego okulary rękawem szaty.
– Starałam się przybyć jak najszybciej, list był bardzo tajemniczy; zresztą jak zawsze.
– Nim zaczniemy rozmowę, pozwolisz, że napełnię czarkę dropsami, lepiej mi się po nich myśli, kiedy dużo pracuję.
Sophie przyglądała się ze zdziwieniem jak Albus wstaje, bierze pustą, złotą czarkę i idzie w stronę wysokiego regału zapełnionego od podłogi aż po sufit książkami. Wyjął jedną z nich, a oczom Krukonki ukazało się kolejne pomieszczenie, do którego wszedł dyrektor. Regał powrócił na swoje stare miejsce, kiedy już nawet skrawek szaty nie został w gabinecie.
Faweks siedział na drewnianej żerdzi i poprawiał sobie piórka, zupełnie nie zwracając uwagi na fanaberie swojego właściciela. Nie spłoszył się nawet, gdy z kamiennego kominka buchnęły zielone płomienie.
Kiedy opadł kurz, Sophie ujrzała przed sobą Mistrza Eliksirów!
Severus nie wierzył własnym oczom! Na krześle, w gabinecie Albusa Dumbleore’a siedziała Sophie Thompson. Nie ukrywała zdumienia na jego widok. Z lekko rozdziawionymi ustami, wyglądała jak ryba wyjęta z wody.
Mężczyzna miał wrażenie, że los się znów do niego uśmiechnął.
– Witam, panno Thompson. Cóż za miła niespodzianka – odezwał się na powitanie, starając się zachować powściągliwie.
– Nie! – uderzyła otwartą ręką o blat biurka. – Tego już za wiele! Proszę powiedzieć dyrektorowi, że zobaczymy się w umówionym miejscu za pięć dni, a teraz do widze… Żegnam, profesorze! – wstała gwałtownie i udała się w stronę drzwi.
Tylko doskonały refleks Severusa pozwolił mu za złapanie Krukonki za ramię. Zmusił ją żeby na niego spojrzała, co nie było łatwe, gdyż trzymała sztywno kark. W jej brązowych oczach, ujrzał gniew; ciskała w niego gromy.
– Proszę mnie puścić – wysyczała przez zęby. Próbowała się wyrwać, ale Severus trzymał ją mocno.
– Bardzo dobrze, że się tutaj zjawiłaś, nie mamy już czasu na wyjaśnienia. Musisz mi pomóc.
– Nic nie muszę! Puść mnie! Wracaj do matki swojego dziecka, a może już żony? – drwiła.
Jej protesty na nic się nie zdały. Severus wrzucił do kominka garść proszku Fiuu i pociągnął zdenerwowaną dziewczynę za sobą, wchodząc do zielonych płomieni.
Sophie ostatnie, co widziała, to zadowoloną twarz Albusa Dumbledore’a wychodzącego zza regału z czarką pełną dropsów. Po chwili znalazła się w jakimś niewielkim salonie obładowanym ze wszystkich storn książkami. Na grubych, zielonych zasłonach wykończonych srebrnymi frędzlami osiadła gruba warstwa kurzu, a na podłodze walały się sterty papierzysk. Tajemniczości pomieszczeniu dodawały dopalające się świece wetknięte w zaśniedziały żyrandol przymocowany do sufitu.
– Chyba nie ściągnąłeś mnie tutaj, żebym zobaczyła, jaki tu jest burdel? Wychodzę! – skierowała się w stronę drzwi.
Gwałtownie złapała za klamkę, ale ta ani drgnęła. Chwilę się z nią mocowała, sądząc, że ustąpi. Pomyliła się. Zaklęła szpetnie pod nosem.
– Thompson! Uspokój się, nie rób z siebie ofiary! – warknął, odwracając ją w swoją stronę.
Czemu ona musiała tak ślicznie wyglądać, kiedy się denerwowała? Stłumił chęć wzięcia jej w ramiona i spróbowania ponownie jej malinowych ust.
– Więc po, co mnie tu ściągnąłeś? – nie siliła się na mówienie Severusowi per pan. Chciała tylko wiedzieć, po co wyczynia tą całą maskaradę!
– Otóż…
Krzyk kobiety zagłuszył Severusa.
Sophie otworzyła drugie drzwi, gdzie ujrzała zwijającą się na łóżku z bólu Monique. Zmierzyła wzrokiem bladego już Mistrza Eliksirów i krzyknęła:
– Co się tak patrzysz?! Szybko przyprowadź mi panią Pomfrey!
Zdezorientowany mężczyzna odwrócił się na pięcie i łopocząc szatami, zniknął za drzwiami sypialni.
Sophie została sama z Monique. Dopiero teraz obleciał ją strach, żołądek skręcił jej się w ósemkę, a na czole poczuła kropelki potu. Przełknęła ślinę, próbując uspokoić szalejące serce.
Spokojnie, tyle razy czytałaś książki medyczne mamy, że na pewno sobie poradzisz! –pocieszała się w duchu.
– Cóż za niezwykłe spotkanie, prawda? – odezwała się do ledwo przytomnej Monique. – Jaki los bywa przewrotny…
– Pomóż mi – wyszeptała, zwilżając zaschnięte usta językiem.
– Połóż sięna plecach i oddychaj w miarę regularnie. Co ile masz skurcze?
– Nie liczyłam dokładnie, ale dosyć często. To tak boli… – jęknęła, układając się na łóżku.
Sophie poprawiła poduszki za plecami rodzącej kobiety. Sprawdziła puls i wytarła jej spocone czoło. Miała nadzieję, że Severus zdąży przyprowadzić panią Pomfrey...
Monique znów przeraźliwie krzyknęła i ścisnęła mocno dłoń dziewczyny.
– Czuję jakby mnie tam w dole rozrywało… – skrzywiła się z bólu.
Krukonka musiała pokonać w sobie wstyd i zażenowanie, ale jeśli w przyszłości chciała zostać magomedykiem, to jej obowiązkiem było pomóc urodzić się temu dziecku.
– Jak na to, co było zamieszczone w książce, którą czytałam, to wszystko jest w porządku –poinformowała ją. – Skurcze są po to, aby dziecko przyszło na świat. Kiedy będą bardzo częste, będziesz musiała mocno przeć, inaczej poród będzie bardzo długi i meczący.
– To mnie pocieszyłaś – stwierdziła kwaśno Monique. – Przepraszam cię… To nie jest dziecko Severusa… Spróbuj mu zaufać… Aaaa!
– Przyj!
Nie wiedziała, ile czasu spędziła przy rodzącej Monique, ale kiedy zobaczyła główkę dziecka, zdała sobie sprawę, że chyba najgorsze było już za nią. Odetchnęła ulgą, gdy jednocześnie usłyszała głośny krzyk dziecka i jego matki. Po chwili miała już w ramionach niemowlę.
– Masz córkę – powiedziała do zmęczonej kobiety. Sama była nieziemsko wykończona, kręgosłupa w ogóle nie czuła, a oczy jej się kleiły. Marzyła jedynie o ciepłej kąpieli i wygodnym łóżku.
– Dziękuję ci – w oczach Monique pojawiły się łzy, kiedy Sophie podała jej córkę. – Sama widzisz, że wcale, a wcale nie jest podobna do Severusa.
Obie przez chwilę wpatrywały się w małą twarzyczkę dziewczynki. Miała niewiele jasnych włosków na głowie, a jej oczy przyozdabiały długie rzęsy. Drobnego noska, z pewnością nie mogła odziedziczyć po Mistrzu Eliksirów. Kiedy ziewnęła obie kobiety westchnęły z zachwytem nad nią.
Sophie nie wiedziała, co ma myśleć na ten temat. Dużo przeszła przez ostatnie kilka godzin, zbliżyła się trochę do Monique. Może zawsze poprosić ją o wypicie Veritaserum… Nie! Nie będzie taką zimną rybą!
Kilko maruchami różdżki wysprzątała cały bałagan, a przy okazji zmieniła młodej matce ubranie, z poplamionej krwią sukienki, na czystą koszulę nocną.
– Nie wiem, czy mam ci wierzyć. Zdaję sobie sprawę, że nie zrobiłaś tego z własnej woli, ale mogłaś spróbować się, chociaż raz sprzeciwić…
– On nie znosi sprzeciwu… Czarny Pan zawsze dostaje to, czego chce… – przerwała jej.
– Czy to jego dziecko? – Sophie zadała to pytanie jakby machinalnie.
– Nie – odpowiedziała stanowczo Monique. – Lubił mnie mieć w swoim łóżku, tak samo jak inne kobiety; nie ważne było dla niego czy były czarownicami czy Mugolkami. Te drugie traktował dużo bardziej… Można powiedzieć, że jeśli przeżyły w jego ramionach, to Fernir Greyback nie miał dla nich litości. Jego zwierzęca natura bardzo w nim dominuje.
– Więc czemu posłużył się tobą? Jaki ma cel w tym, że chciał skłócić Severusa ze mną? – w głowie dziewczyny było, coraz więcej pytań.
– Nie wiem, dlaczego, Czarny Pan nikomu nie tłumaczy się ze swoich decyzji. Zgodziłam się na to, bo sądziłam, że dzięki temu wkupię się w jego łaski. Merlinie, jaka ja byłam głupia – westchnęła ciężko.
Poprawiła w swoich ramionach śpiącą słodko dziewczynkę owiniętą w biały, gruby ręcznik. Pocałowała niemowlę w maleńkie czoło.
Sophie poczuła uścisk w gardle, patrzyła z lekką zazdrością na matkę i córkę. Zastanawiała się czy jej też będzie dane przeżyć coś podobnego, nosić pod sercem owoc miłości jej i jej przyszłego męża, urodzić, a potem tulić je do swej piersi. Musiała odgonić te marzenia… Teraz najważniejsze było wyciągniecie jak najwięcej informacji od Monique.
– Jaki jest Czarny Pan? Co w nim takiego fascynującego, że tyle ludzi opowiedziało się zanim? Byłaś tak blisko niego… –zapytała.
– Blisko byłam tylko w nocy, kiedy nadchodził ranek kazał mi się wynosić. Kilkanaście razy zdarzało mu się czyścić mi pamięć… Czarny Pan jest inteligentny, silny, władczy, umie manipulować ludźmi, sprytu mu też nie brakuje, zawsze zrobi tak, żeby jego było na wierzchu. Jest przerażający, kiedy rzuca zaklęcia. Podziwiam Severusa, że zachowuje spokój ducha, kiedy staje przed nim. On o tym nic nie wiedział, miałam go uwieść, a potem oznajmić, że spodziewam się jego dziecka. Okazja nadarzyła się, kiedy spotkaliśmy się na śluu…
– Panna Thompson? – nagle rozmowę przerwało nadejście Poppy Pomfrey, za nią stał Severus; spocony i jednocześnie blady. – Nie, no! Po Severusie można się wszystkiego spodziewać! – Spojrzała na nauczyciela eliksirów z politowaniem.
Severus przewrócił oczami.
– Nie po to cię tu ściągnąłem, żebyś prawiła mi teraz jakieś kazania. Zajmij się matką i jej dzieckiem – warknął nieprzyjemnie. – Thompson, podnieś ten swój ciężki tyłek i wyjdź stąd, wystarczająco dużo już widziałaś!
Sophie poklepała Monique po ramieniu, kiedy ta ze strachem spojrzała na pielęgniarkę, podniosła się z łóżka, na którym siedziała i mijając panią Pomfrey opuściła sypialnię.
– Dziękuję ci – odezwał się Severus, kiedy zamknął za Krukonką drzwi. – Nie wiem jakbym sobie poradził. To była naprawdę dobra robota – położył jej rękę na ramieniu. Czuł bijące od niej ciepło, tak bardzo chciał ją przytulić.
Odwróciła się od niego i spojrzała mu w oczy.
– Zrobiłam wszystko,co było w mojej mocy. Chyba jak na pierwszy raz nie było najgorzej; matka i dziecko przeżyły. A teraz pozwolisz, że pójdę już – ziewnęła. Jestem na nogach od rana i ledwo się na nich trzymam.
– Wybaczysz mi?
Chciał ją zatrzymać jak najdłużej, patrzeć się na nią i zachwycać się jej inteligencją i urodą. Wytłumaczyć jej wszystko jeszcze raz i skonfrontować to z opowieściami Monique.
– Nie pora na takie rozmowy. Czas spędzony z Monique dał mi dużo do myślenia, dlatego teraz potrzebuje chwili na zastanowienie się i wyciągniecie wniosków. To, co razem przeżyliśmy było naprawdę miłe, ale jak mi kiedyś powiedziałeś ja mam swój świat, a ty swój. Czarny Pan nie lubi jak mu się gra na nosie, a ja za bardzo boję się o ciebie, żeby zgodzić się być z tobą…
– Boisz się o mnie? – spytał cicho.
Uczynił jeszcze jeden krok, wyciągnął rękę. Jego palce delikatnie ujęły ją pod brodę, zmuszając, aby spojrzała mu prosto w twarz. Jego oczy, teraz czarne jak węgle, gorączkowo szukały jej spojrzenia.
Chciała odwrócić wzrok, ale jej na to nie pozwolił. Długo milczał. Stali blisko siebie, niemal dotykając się, lecz przecież osobno. Patrzyli sobie w oczy: w głębi źrenic otoczonych onyksem dostrzegła niepewność i lęk, które niemal rozdarły jej serce.
– Nie mogę cię narażać – odezwała się w końcu. – Jesteś mi zbyt bliski.
Przysunęła się do niego i pocałowała mocno. Severus był zaskoczony, ale też uradowany nagłą śmiałością dziewczyny. Wziął ją w ramiona i odpowiedział na czułość, gwałtownym, niepohamowanym natarciem na jej usta. Jego ręce błądziły po jej plecach, a język wtargnął do wnętrza jej ust i jak podróżnik odkrywający dziewicze tereny, badał nieodkryte przez niego zakamarki. Jęknęła przeciągle obejmując go w pasie i przylegając do niego całym ciałem. Pożądanie w nim narastało, ale wiedział, że musi się opanować. Ten pocałunek, choć z pewnością pożegnalny, dawał niewielki cień nadziei na oszukanie losu i znalezienie szczęścia. Sophie nie wiedziała, dlaczego pocałowała w tym momencie Severusa… Może chciała odreagować stres, jaki nagromadził się przez ostatnie kilka godzin? Może po prostu za nim tęskniła? Poczuła, że nie jest obojętny na takie czułości, kiedy niechcący otarła się o jego krocze. Palące uczucie również ją owładnęło… Zmusiła się jednak do odepchnięcia go i uspokojenia się.
– Wystarczy – oderwała się od Severusa.
Spojrzał na nią ze zdziwieniem w czarnych tęczówkach.
– Żegnaj, będę zawsze cię wspominać – wyswobodziła się z jego ramion i uciekła trzaskając głośno drzwiami.
Głośne przekleństwo wydobyło się z wąskich ust Mistrza Eliksirów.

*
Nie mam doświadczenia w opisywaniu porodów, więc przepraszam za to jak ten opis wyszedł.
Był angst i inne uczucia:)
Trochę o Voldku z perspektywy innej osoby niż Severus czy on sam.
A na końcu takie małe co nie co, co tygryski lubią najbardziej!
Jeszcze jedna notka i będzie 50 post, mogę zdradzić, że będzie wyjątkowy:]

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz