Dedykacja
dla: Bell i Merimaat.
Strach
malował się na zazwyczaj spokojnym obliczu Severusa Snape’a. Strach? To
mało powiedziane… Mistrz Eliksirów był przerażony! Trzymał w ramionach
rodzącą kobietę i na różdżkę Merlina, nie wiedział, co ma z nią zrobić.
Pierwszy raz nie przychodziło mu do głowy ż a d n e sensowne rozwiązanie.
Wziął
kilka głębokich oddechów, rozejrzał się po okolicy, by upewnić się, że nikt ich
nie podgląda i wciągnął Monique do domu.
– Co ty
sobie do cholery myślisz? Po coś tu przylazła? – warknął, kiedy wprowadził ją
do małego saloniku obładowanego z każdej strony książkami i rzucił na starą,
wytartą kanapę, stojącą obok równie zniszczonego fotela. Blady blask dawały
świece wetknięte do zaśniedziałego lichtarza przymocowanego do sufitu.
–
U-uciekłam…– grymas bólu pojawił się na spoconej i bladej twarzy kobiety.
Poprawiła się na sofie, krzywiąc się przy tym i złapała kilka oddechów. –
Możesz być spokojny, nikt mnie nie widział. Ten idiota Greyback nie
zorientowałby się nawet, gdybym po nim przeszła, tak był upojony alkoholem...
zanim się spostrzegą, minie trochę czasu… Może zdążę urodzić…
Urodzić?
– Nie ma
co…idealną kryjówkę sobie znalazłaś! – syknął jak rozwścieczona kobra. – Już
wystarczająco spieprzyłaś mi życie! Naprawdę dziękuję ci za to – jad sączył się
z wąskich ust Mistrza Eliksirów. – A teraz bądź taka miła i wynoś się stąd,
zanim poczujesz na sobie któreś z moich ulubionych zaklęć torturujących…
– Nie
zrobiłbyś tego – w oczach kobiety pojawiły się łzy. – Ja nie mam się do kogo
zwrócić… Proszę…
Kolejny
skurcz przeszył jej ciało. Zagryzła z bólu dolną wargę, aż poczuła w ustach
smak krwi.
– Proszę…
– Nie
jestem odpowiedzialny za tego bachora! Nie jestem i nigdy nie byłem!
Rozumiesz?! –nachylił się nad nią i spojrzał Monique głęboko w oczy.
– Błagam
– złapała go mocno za poły surduta, w jej niebieskich oczach zalśniły łzy, a z
ust leciała cieniutka strużka krwi. – Wszystko jej wytłumaczę, przekonam, że
wkręciliśmy cię w to kłamstwo, że to On mi kazał…
– Nie!
–zaprotestował.
Podniósł
ją jednym silnym chwytem i postawił na lekko chwiejących nogach.
– Czy to jego
dziecko? – spytał, patrząc się uważnie na jej brzuch.
Pokiwała
przecząco głową, uwieszając się na Snape’ie.
Tak
naprawdę to nie wiedziała dokładnie czyje dziecko miało się urodzić. Cóż będzie
z niej za matka skoro na chwilę przed jego urodzeniem nie potrafi powiedzieć
czyje geny będzie ono jeszcze nosić? Z pewnością nie Snape’a. Kiedy zgodziła
się na tą komedię, była już w ciąży.
Malutkimi
kroczkami Severus doprowadził rodzącą kobietę do swojej sypialni. Zrobił to
niechętnie, choć perspektywa, że Monique wyjaśni wszystko, no może prawie
wszystko Sophie napawała do lekkim optymizmem. Owszem wszystko będzie
zależało tylko od niej, niesłusznie zranionej przez szalone knowania Czarnego
Pana, ale już się cieszył, że może znów ją zobaczy.
Nocami
nawiedzały go przyjemne sny, ale kiedy budził się rano dziwne uczucie napięcia
umiejscawiało się w lędźwiach. Ten słodki ból czasem go obezwładniał, zwłaszcza
kiedy mary wydawały się tak bardzo prawdziwe. Nie chciał drugi raz popełniać
podobnego błędu, choć Nokturn bardzo kusił. Oj kusił… Może to i było
niestosowne, bo przecież nie miał już piętnastu lat, a jego dłonie nie
przypominały nawet w kilku procentach dłoni Sophie, ale kilka minut sam na sam,
przynosiło nieopisaną ulgę.
Powrócił
na chwilę do rzeczywistości, gdyż Monique mocno ścisnęła go za ramię i
krzyknęła głośno.
– Nie
dramatyzuj tak! Sama sobie zgotowałaś taki los – warknął nieprzyjemnie, jakby
chciał ją ukarać za to, że przerwała mu rozmyślania.
Prawie
rzucił ją na łóżko.
– Połóż
się, a ja postaram się o jak najszybszą pomoc. Aha i nie próbuj żadnych
sztuczek, dom jest tak nafaszerowany zaklęciami, że grozi śmiercią jakiekolwiek
naruszanie tych zabezpieczeń – poinformował ją.
Pokiwała
głową, w geście zrozumienia. Usadowiła się na łóżku, trzymając się za brzuch i
ciężko oddychała.
– Wrócę
najpóźniej za kwadrans.
Załopotał
szatami i zniknął za masywnymi drzwiami, zostawiając rodzącą kobietę na pastwę
losu.
*
Hogwart
bez uczniów stawał się zimną opustoszałą budowlą, gdzie z każdego kąta zionął
zimny, północny wiatr, a na szkolnych ławkach spoczywała cienka warstwa
kurzu.To bijące przez prawie cały rok serce zamierało na dwa miesiące wakacji,
by pierwszego września z nowa siłą móc rozpocząć swoją aktywność. Studenci byli
dla niego jak krew, krążąca w żyłach i tętnicach; nadawali smutnym, szarym
korytarzom koloru i gwaru odbijającego się od ścian.
Poltergeist
Irytek nigdy nie odczuwał tak ogromnej samotności jak w lipcu i sierpniu, kiedy
to dowcipy na Filchu czy Grubej Damie, nie dawały mu takiej satysfakcji jak na
pierwszorocznych Puchonach.
Snuł się
po zamku szukając kogoś, na kim mógłby wyładować swoją frustrację. Prawdziwym
zbawieniem stało się spotkanie na swojej drodze jednej z uczennic; poczuł się
jakby znów nadeszła Gwiazdka.
Długowłosa
dziewczyna ubrana po mugolsku w białą bluzkę i czarne spodnie, zdawała się nie
zauważać złośliwego ducha. Przemierzała szybkim krokiem korytarz, by dotrzeć do
gabinetu dyrektora.
Irytek
utworzył niewidzialną ścianę i czekał zacierając ręce na to, aż niczego
nieświadoma ofiara zbliży się do pułapki.
Sophie
przeszła przez ścianę, a ta zamieniła się w lustro wody, mocząc dokładnie
przerażoną dziewczynę.
Po
korytarzu rozniósł się szyderczy śmiech ducha.
– Zmokła
kura, zmokła kura – krzyczał na całe gardło, robiąc salta w powietrzu.
Krukonka
podniosła głowę do góry i spojrzała z pogardą na poltergeista.
– Iryt!
Ty przebrzydła kreaturo! Naślę na ciebie Krwawego Barona, a jak go znam
zostanie z ciebie mokra plama!
Irytek pokazał
jej język i uniósł się wysoko, aż pod sufit i zniknął gdzieś, przenikając przez
ściany, zostawiając zmoczoną od stóp do głów Sophie bez jakiejkolwiek pomocy.
Nim
zdołała się do końca wysuszyć, usłyszała głośne dreptanie butów po kamiennej
podłodze, z naprzeciwka nadchodził właśnie Filius Flitwick, jej były Opiekun.
– Panna
Thomson, czy wzrok już mnie zawodzi? – przetarł małymi piąstkami oczy. Ubrany
był w brązową szatę z przydługimi rękawami i patrzył się z zainteresowaniem na
dziewczynę.
– Dzień
dobry, profesorze Flitwick – uśmiechnęła się blado do karłowatego czarodzieja,
wykręcając sobie włosy – Właśnie przed chwilą Irytek powitał mnie jakże
wyszukanym kawałem. Czy on się nigdy nie zmieni?
Nauczyciel
zbladł i przetarł spocone czoło granatową chustką z herbem Ravenclawu.
– Och! Zawsze
dokładnie rozglądam się po korytarzu, czy ten diabeł wcielony nie czai się
gdzieś za węgłem…
– Czyli
dobrze, że to ja szłam najpierw, a nie pan profesor?
– Sophie,
tego nie powiedziałem – wyciągnął z rękawa różdżkę i jednym machnięciem, wysuszył
ubranie dziewczyny.
– O,
dziękuję! Nie trzeba było, sama bym sobie poradziła – poprawiła sobie włosy. –
A co cię sprowadza do Hogwartu? – zapytał, kiedy uporali się z dużą kałużą, w
której stała Sophie.
–
Dyrektor prosił mnie o spotkanie w sprawie przyszłotygodniowej Międzynarodowej
Konferencji Sztuk Magicznych.
Flitwick
pokiwał głową z uznaniem.
– No, no.
To chyba idealne ukoronowanie tak świetnych wyników w OWTMów. Gratuluję, panno
Thompson – ścisnął dłoń swojej uczennicy. – Przyjemnie mi było uczyć tak
inteligentną osobę.
Rozstali się niedaleko Chimery strzegącej wejście do gabinetu Dumbleore’a, rozmawiając o dalszej drodze zawodowej dziewczyny.
Rozstali się niedaleko Chimery strzegącej wejście do gabinetu Dumbleore’a, rozmawiając o dalszej drodze zawodowej dziewczyny.
Cieszyła
się, że spotkała się z były Opiekunem, znajoma twarz zawsze była mile widziana.
Stanęła przez kamiennym posągiem i wypowiedziała hasło (malinowe babeczki) –
statua odsunęła się z głośnym trzaskiem, ukazując ukryte schody prowadzące na
wieżę.
Kilka
minut zajęło jej wejście na samą górę, nim dostrzegła brązowe drzwi. Zapukała w
nie trzykrotnie i czekała na jakąkolwiek reakcję. Po chwili usłyszała donośne
„proszę”, weszła do środka.
Na
ścianach okrągłego pokoju wisiały obrazy poprzednich dyrektorów Hogwartu; jedni
drzemali, inni cz tali jakieś pergaminy, a jeszcze innych nie było w ogóle na
obrazach. Natomiast Albus Dumbledore siedział za biurkiem i zawzięcie pisał coś
na papierze. Ubrany był we wściekle czerwoną szatę, obszytą złotą lamówką, w
takim samym kolorze była szpiczasta tiara na jego głowie. Niebieskie tęczówki
uważnie śledziły tekst pisany tekst.
– Dzień
dobry, a właściwie dobry wieczór, dyrektorze – odezwała się nieśmiało, zamykając
drzwi. – Nie przeszkadzam?
– Oooo!
Panna Thompson. Dobry wieczór, proszę usiądź – wskazał jej wygodne krzesło na
przeciwko siebie.
Dziewczyna
spoczęła na wskazanym miejscu i spojrzała na starszego czarodzieja, wycierającego
okulary rękawem szaty.
–
Starałam się przybyć jak najszybciej, list był bardzo tajemniczy; zresztą jak
zawsze.
– Nim
zaczniemy rozmowę, pozwolisz, że napełnię czarkę dropsami, lepiej mi się po
nich myśli, kiedy dużo pracuję.
Sophie
przyglądała się ze zdziwieniem jak Albus wstaje, bierze pustą, złotą czarkę i
idzie w stronę wysokiego regału zapełnionego od podłogi aż po sufit książkami.
Wyjął jedną z nich, a oczom Krukonki ukazało się kolejne pomieszczenie, do
którego wszedł dyrektor. Regał powrócił na swoje stare miejsce, kiedy już nawet
skrawek szaty nie został w gabinecie.
Faweks
siedział na drewnianej żerdzi i poprawiał sobie piórka, zupełnie nie zwracając
uwagi na fanaberie swojego właściciela. Nie spłoszył się nawet, gdy z
kamiennego kominka buchnęły zielone płomienie.
Kiedy
opadł kurz, Sophie ujrzała przed sobą Mistrza Eliksirów!
Severus
nie wierzył własnym oczom! Na krześle, w gabinecie Albusa Dumbleore’a siedziała
Sophie Thompson. Nie ukrywała zdumienia na jego widok. Z lekko rozdziawionymi
ustami, wyglądała jak ryba wyjęta z wody.
Mężczyzna
miał wrażenie, że los się znów do niego uśmiechnął.
– Witam,
panno Thompson. Cóż za miła niespodzianka – odezwał się na powitanie,
starając się zachować powściągliwie.
– Nie! –
uderzyła otwartą ręką o blat biurka. – Tego już za wiele! Proszę powiedzieć
dyrektorowi, że zobaczymy się w umówionym miejscu za pięć dni, a teraz do
widze… Żegnam, profesorze! – wstała gwałtownie i udała się w stronę drzwi.
Tylko
doskonały refleks Severusa pozwolił mu za złapanie Krukonki za ramię. Zmusił ją
żeby na niego spojrzała, co nie było łatwe, gdyż trzymała sztywno kark. W jej
brązowych oczach, ujrzał gniew; ciskała w niego gromy.
– Proszę
mnie puścić – wysyczała przez zęby. Próbowała się wyrwać, ale Severus trzymał
ją mocno.
– Bardzo
dobrze, że się tutaj zjawiłaś, nie mamy już czasu na wyjaśnienia. Musisz mi
pomóc.
– Nic nie
muszę! Puść mnie! Wracaj do matki swojego dziecka, a może już żony? – drwiła.
Jej
protesty na nic się nie zdały. Severus wrzucił do kominka garść proszku Fiuu i
pociągnął zdenerwowaną dziewczynę za sobą, wchodząc do zielonych płomieni.
Sophie
ostatnie, co widziała, to zadowoloną twarz Albusa Dumbledore’a wychodzącego zza
regału z czarką pełną dropsów. Po chwili znalazła się w jakimś niewielkim
salonie obładowanym ze wszystkich storn książkami. Na grubych, zielonych
zasłonach wykończonych srebrnymi frędzlami osiadła gruba warstwa kurzu, a na
podłodze walały się sterty papierzysk. Tajemniczości pomieszczeniu dodawały
dopalające się świece wetknięte w zaśniedziały żyrandol przymocowany do sufitu.
– Chyba
nie ściągnąłeś mnie tutaj, żebym zobaczyła, jaki tu jest burdel? Wychodzę! –
skierowała się w stronę drzwi.
Gwałtownie
złapała za klamkę, ale ta ani drgnęła. Chwilę się z nią mocowała, sądząc, że
ustąpi. Pomyliła się. Zaklęła szpetnie pod nosem.
–
Thompson! Uspokój się, nie rób z siebie ofiary! – warknął, odwracając ją w
swoją stronę.
Czemu ona
musiała tak ślicznie wyglądać, kiedy się denerwowała? Stłumił chęć wzięcia jej
w ramiona i spróbowania ponownie jej malinowych ust.
– Więc
po, co mnie tu ściągnąłeś? – nie siliła się na mówienie Severusowi per pan.
Chciała tylko wiedzieć, po co wyczynia tą całą maskaradę!
– Otóż…
Krzyk
kobiety zagłuszył Severusa.
Sophie
otworzyła drugie drzwi, gdzie ujrzała zwijającą się na łóżku z bólu Monique.
Zmierzyła wzrokiem bladego już Mistrza Eliksirów i krzyknęła:
– Co się
tak patrzysz?! Szybko przyprowadź mi panią Pomfrey!
Zdezorientowany
mężczyzna odwrócił się na pięcie i łopocząc szatami, zniknął za drzwiami
sypialni.
Sophie
została sama z Monique. Dopiero teraz obleciał ją strach, żołądek skręcił jej
się w ósemkę, a na czole poczuła kropelki potu. Przełknęła ślinę, próbując
uspokoić szalejące serce.
Spokojnie,
tyle razy czytałaś książki medyczne mamy, że na pewno sobie poradzisz!
–pocieszała się w duchu.
– Cóż za
niezwykłe spotkanie, prawda? – odezwała się do ledwo przytomnej Monique. – Jaki
los bywa przewrotny…
– Pomóż
mi – wyszeptała, zwilżając zaschnięte usta językiem.
– Połóż
sięna plecach i oddychaj w miarę regularnie. Co ile masz skurcze?
– Nie
liczyłam dokładnie, ale dosyć często. To tak boli… – jęknęła, układając się na
łóżku.
Sophie
poprawiła poduszki za plecami rodzącej kobiety. Sprawdziła puls i wytarła jej
spocone czoło. Miała nadzieję, że Severus zdąży przyprowadzić panią Pomfrey...
Monique
znów przeraźliwie krzyknęła i ścisnęła mocno dłoń dziewczyny.
– Czuję
jakby mnie tam w dole rozrywało… – skrzywiła się z bólu.
Krukonka
musiała pokonać w sobie wstyd i zażenowanie, ale jeśli w przyszłości chciała
zostać magomedykiem, to jej obowiązkiem było pomóc urodzić się temu dziecku.
– Jak na
to, co było zamieszczone w książce, którą czytałam, to wszystko jest w porządku
–poinformowała ją. – Skurcze są po to, aby dziecko przyszło na świat. Kiedy
będą bardzo częste, będziesz musiała mocno przeć, inaczej poród będzie bardzo
długi i meczący.
– To mnie
pocieszyłaś – stwierdziła kwaśno Monique. – Przepraszam cię… To nie jest
dziecko Severusa… Spróbuj mu zaufać… Aaaa!
– Przyj!
Nie
wiedziała, ile czasu spędziła przy rodzącej Monique, ale kiedy zobaczyła główkę
dziecka, zdała sobie sprawę, że chyba najgorsze było już za nią. Odetchnęła
ulgą, gdy jednocześnie usłyszała głośny krzyk dziecka i jego matki. Po chwili
miała już w ramionach niemowlę.
– Masz
córkę – powiedziała do zmęczonej kobiety. Sama była nieziemsko wykończona,
kręgosłupa w ogóle nie czuła, a oczy jej się kleiły. Marzyła jedynie o ciepłej
kąpieli i wygodnym łóżku.
–
Dziękuję ci – w oczach Monique pojawiły się łzy, kiedy Sophie podała jej córkę.
– Sama widzisz, że wcale, a wcale nie jest podobna do Severusa.
Obie
przez chwilę wpatrywały się w małą twarzyczkę dziewczynki. Miała niewiele
jasnych włosków na głowie, a jej oczy przyozdabiały długie rzęsy. Drobnego
noska, z pewnością nie mogła odziedziczyć po Mistrzu Eliksirów. Kiedy ziewnęła
obie kobiety westchnęły z zachwytem nad nią.
Sophie
nie wiedziała, co ma myśleć na ten temat. Dużo przeszła przez ostatnie kilka
godzin, zbliżyła się trochę do Monique. Może zawsze poprosić ją o wypicie
Veritaserum… Nie! Nie będzie taką zimną rybą!
Kilko
maruchami różdżki wysprzątała cały bałagan, a przy okazji zmieniła młodej matce
ubranie, z poplamionej krwią sukienki, na czystą koszulę nocną.
– Nie wiem,
czy mam ci wierzyć. Zdaję sobie sprawę, że nie zrobiłaś tego z własnej woli,
ale mogłaś spróbować się, chociaż raz sprzeciwić…
– On nie
znosi sprzeciwu… Czarny Pan zawsze dostaje to, czego chce… – przerwała jej.
– Czy to jego
dziecko? – Sophie zadała to pytanie jakby machinalnie.
– Nie –
odpowiedziała stanowczo Monique. – Lubił mnie mieć w swoim łóżku, tak samo jak
inne kobiety; nie ważne było dla niego czy były czarownicami czy Mugolkami. Te
drugie traktował dużo bardziej… Można powiedzieć, że jeśli przeżyły w jego
ramionach, to Fernir Greyback nie miał dla nich litości. Jego zwierzęca natura
bardzo w nim dominuje.
– Więc
czemu posłużył się tobą? Jaki ma cel w tym, że chciał skłócić Severusa ze mną?
– w głowie dziewczyny było, coraz więcej pytań.
– Nie
wiem, dlaczego, Czarny Pan nikomu nie tłumaczy się ze swoich decyzji. Zgodziłam
się na to, bo sądziłam, że dzięki temu wkupię się w jego łaski. Merlinie, jaka
ja byłam głupia – westchnęła ciężko.
Poprawiła
w swoich ramionach śpiącą słodko dziewczynkę owiniętą w biały, gruby ręcznik.
Pocałowała niemowlę w maleńkie czoło.
Sophie
poczuła uścisk w gardle, patrzyła z lekką zazdrością na matkę i córkę.
Zastanawiała się czy jej też będzie dane przeżyć coś podobnego, nosić pod
sercem owoc miłości jej i jej przyszłego męża, urodzić, a potem tulić je do
swej piersi. Musiała odgonić te marzenia… Teraz najważniejsze było wyciągniecie
jak najwięcej informacji od Monique.
– Jaki
jest Czarny Pan? Co w nim takiego fascynującego, że tyle ludzi opowiedziało się
zanim? Byłaś tak blisko niego… –zapytała.
– Blisko
byłam tylko w nocy, kiedy nadchodził ranek kazał mi się wynosić. Kilkanaście
razy zdarzało mu się czyścić mi pamięć… Czarny Pan jest inteligentny, silny,
władczy, umie manipulować ludźmi, sprytu mu też nie brakuje, zawsze zrobi tak,
żeby jego było na wierzchu. Jest przerażający, kiedy rzuca zaklęcia. Podziwiam
Severusa, że zachowuje spokój ducha, kiedy staje przed nim. On o tym nic nie
wiedział, miałam go uwieść, a potem oznajmić, że spodziewam się jego dziecka.
Okazja nadarzyła się, kiedy spotkaliśmy się na śluu…
– Panna
Thompson? – nagle rozmowę przerwało nadejście Poppy Pomfrey, za nią stał
Severus; spocony i jednocześnie blady. – Nie, no! Po Severusie można się
wszystkiego spodziewać! – Spojrzała na nauczyciela eliksirów z politowaniem.
Severus
przewrócił oczami.
– Nie po
to cię tu ściągnąłem, żebyś prawiła mi teraz jakieś kazania. Zajmij się matką i
jej dzieckiem – warknął nieprzyjemnie. – Thompson, podnieś ten swój ciężki
tyłek i wyjdź stąd, wystarczająco dużo już widziałaś!
Sophie
poklepała Monique po ramieniu, kiedy ta ze strachem spojrzała na pielęgniarkę,
podniosła się z łóżka, na którym siedziała i mijając panią Pomfrey opuściła
sypialnię.
–
Dziękuję ci – odezwał się Severus, kiedy zamknął za Krukonką drzwi. – Nie wiem
jakbym sobie poradził. To była naprawdę dobra robota – położył jej rękę na
ramieniu. Czuł bijące od niej ciepło, tak bardzo chciał ją przytulić.
Odwróciła
się od niego i spojrzała mu w oczy.
–
Zrobiłam wszystko,co było w mojej mocy. Chyba jak na pierwszy raz nie było
najgorzej; matka i dziecko przeżyły. A teraz pozwolisz, że pójdę już –
ziewnęła. Jestem na nogach od rana i ledwo się na nich trzymam.
–
Wybaczysz mi?
Chciał ją
zatrzymać jak najdłużej, patrzeć się na nią i zachwycać się jej inteligencją i
urodą. Wytłumaczyć jej wszystko jeszcze raz i skonfrontować to z opowieściami
Monique.
– Nie
pora na takie rozmowy. Czas spędzony z Monique dał mi dużo do myślenia, dlatego
teraz potrzebuje chwili na zastanowienie się i wyciągniecie wniosków. To, co
razem przeżyliśmy było naprawdę miłe, ale jak mi kiedyś powiedziałeś ja
mam swój świat, a ty swój. Czarny Pan nie lubi jak mu się gra na nosie, a ja za
bardzo boję się o ciebie, żeby zgodzić się być z tobą…
– Boisz
się o mnie? – spytał cicho.
Uczynił
jeszcze jeden krok, wyciągnął rękę. Jego palce delikatnie ujęły ją pod brodę,
zmuszając, aby spojrzała mu prosto w twarz. Jego oczy, teraz czarne jak węgle, gorączkowo
szukały jej spojrzenia.
Chciała
odwrócić wzrok, ale jej na to nie pozwolił. Długo milczał. Stali blisko siebie,
niemal dotykając się, lecz przecież osobno. Patrzyli sobie w oczy: w głębi
źrenic otoczonych onyksem dostrzegła niepewność i lęk, które niemal rozdarły
jej serce.
– Nie
mogę cię narażać – odezwała się w końcu. – Jesteś mi zbyt bliski.
Przysunęła
się do niego i pocałowała mocno. Severus był zaskoczony, ale też uradowany
nagłą śmiałością dziewczyny. Wziął ją w ramiona i odpowiedział na czułość,
gwałtownym, niepohamowanym natarciem na jej usta. Jego ręce błądziły po jej
plecach, a język wtargnął do wnętrza jej ust i jak podróżnik odkrywający
dziewicze tereny, badał nieodkryte przez niego zakamarki. Jęknęła przeciągle
obejmując go w pasie i przylegając do niego całym ciałem. Pożądanie w nim
narastało, ale wiedział, że musi się opanować. Ten pocałunek, choć z pewnością
pożegnalny, dawał niewielki cień nadziei na oszukanie losu i znalezienie
szczęścia. Sophie nie wiedziała, dlaczego pocałowała w tym momencie Severusa…
Może chciała odreagować stres, jaki nagromadził się przez ostatnie kilka
godzin? Może po prostu za nim tęskniła? Poczuła, że nie jest obojętny na takie
czułości, kiedy niechcący otarła się o jego krocze. Palące uczucie również ją
owładnęło… Zmusiła się jednak do odepchnięcia go i uspokojenia się.
–
Wystarczy – oderwała się od Severusa.
Spojrzał
na nią ze zdziwieniem w czarnych tęczówkach.
– Żegnaj,
będę zawsze cię wspominać – wyswobodziła się z jego ramion i uciekła trzaskając
głośno drzwiami.
Głośne
przekleństwo wydobyło się z wąskich ust Mistrza Eliksirów.
*
Nie mam
doświadczenia w opisywaniu porodów, więc przepraszam za to jak ten opis
wyszedł.
Był angst
i inne uczucia:)
Trochę o
Voldku z perspektywy innej osoby niż Severus czy on sam.
A na
końcu takie małe co nie co, co tygryski lubią najbardziej!
Jeszcze jedna
notka i będzie 50 post, mogę zdradzić, że będzie wyjątkowy:]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz