wtorek, 14 sierpnia 2012

L

Rozdział zawiera sceny przeznaczone dla osób powyżej 18 roku życia. Młodsi czytają rozdział na własną odpowiedzialność!Nie odpowiadam za wszelakie skrzywienia, porozdziałowe...
Nic nie tracicie z fabuły;)

The Rasmus and Anette Olzon - "October & April"
Savage Garden - "Truly, Madly, Deply"

Blog ma 2 lata i 146 dni
Wejść 27870 i 305 komentarzy.
Dedykacja dla: Atramentowej, Bell oraz Merimaat. Dziękuję WAM :*

Podtytuł: NOC MIŁOŚCI

Księżyc wyjrzał zza ciemnej pierzyny chmur, przeglądając się w czarnej tafli morza. Oświetlał swoim blaskiem plażę. Było kilka dni po pełni, więc jego tarcza jeszcze nie zdołała całkiem się skurczyć, by świat znalazł się w zupełnej ciemności.
Chłodny wiatr poruszał liśćmi palmowymi i bananowymi, a szum morza łagodził skołatane nerwy. Gdzieś w oddali statek wchodził właśnie do portu, ciszę przerwał głośny świst gwizdka okrętowego. Spłoszone mewy, brodzące jeszcze gdzieniegdzie przy brzegu poderwały się, trzepocząc mocno skrzydłami.
Severus powolnym krokiem prowadził pobladłą od nadmiernego stresu Sophie. Odkąd wyszli z hotelu nie odezwali się do siebie ani słowem. Milczenie w tym momencie miało swoje dobre strony; każde z nich mogło się zagłębić w swoich myślach, przeanalizować dotychczasowe wydarzenia i wyciągnąć wnioski.
Panna Thompson starała się iść w miarę równo, choć wypity kilkanaście minut alkohol utrudniał jej poruszanie się.
Jak to dobrze, że miała u swojego boku Severusa! – uśmiechnęła się sama do siebie. Nie miała zamiaru tyle wypić, ale tak jakoś wyszło… miała nadzieję, że alkohol szybko wyparuje, bo inaczej szatański plan nie wypali.
Poprosiła go, by na chwilę przystanęli, zdjęła buty na obcasie i wzięła je w rękę. Jak cudownie było poczuć chłodny już piasek pod stopami, zwłaszcza, że buty nie nadawały się do chodzenia po takich nierównościach.
Spojrzała na poważną twarz Snape’a, oświetloną tylko z jednej strony migotliwym blaskiem z latarni, czuła się przy nim taka mała, głupia, niedoświadczona. Był jej bohaterem, mentorem, mistrzem… Kimś ważnym, wyjątkowym…
Nie przeszkadzał jej jego wisielczy humor. Lubiła się przecież z nim przekomarzać. Wiedziała, że przy odpowiednim postępowaniu z jej strony, jego charakter może ulec zmianie. Na lepsze…
Piekielnie bała się o niego. Stawał przecież przed tym świrusem Voldemortem, kłamał mu, szpiegował dla Dumbledore’a; podejmował się misji, które ją przyprawiłyby z pewnością o szaleńcze bicie serca, mdłości, pot na całym ciele i drżące ręce. Różdżka, nawet o największej mocy mogłaby w tym wypadku być nieskuteczna – liczyły się przecież zdolności czarodzieja…
Używanie magii na wojnie, to nie to samo, co korzystanie z niej w szkole.
– Galeona za twoje myśli, Sophie… Panno Thompson – zapytał znienacka, odwracając głowę w jej stronę. Ich nosy niespodziewanie się zetknęły; w jego oczach zauważyła dwa tajemnicze ogniki.
Dobrze, że było ciemno, bo inaczej Snape dostrzegłby, że zarumieniła się jak piwonia. Chyba, że alkohol znów uderzył jej do głowy!? – uświadomiła sobie to z przerażeniem.
– Hmm… Tylko galeona? Myślałam, że moje myśli są cenniejsze? – odezwała się w końcu, mrugając nerwowo powiekami.
– Drogo cenisz swoje myśli.
– Przypominam sobie jak przyrządza się miksturę na leczenie czyraków – uśmiechnęła się nieznacznie. – Hmm… Jak to szło... ćwierć uncji sproszkowanej pokrzywy, tyle samo sproszkowanego kła węża, pięćdziesiąt mililitrów wody źródlanej i kolce jeżozwierza… Ach! Jeszcze śluz winniczka.
– Bardzo romantyczne myśli ma pani, panno Thompson…
– Praktyczne. Nie jest panu, profesorze nie wygodnie chodzić w butach po piasku? – zapytała, spoglądając na jego buty.
– Jak najbardziej wygodnie… Nie rozumiem kobiet, które deformują sobie stopy chodząc na takich obcasach – pokręcił głową.
– Po prostu chcą podobać się mężczyznom.
– A jakiemu mężczyźnie, ty chcesz się podobać, Sophie?
Przystanęli gdzieś na środku plaży, oboje patrząc w spokojne fale nocnego morza. Księżyc na chwilę ukrył się za chmurami, jakby chciał się z nimi bawić w chowanego. Wyszedł jednak, gdyż żadne z nich nie chciało podjąć z nim zabawy.
– To nie powinno pana obchodzić, profesorze – odpowiedziała nieprzyjemnym tonem, kierując się rozumem, choć serce mówiło jej, co innego. Wojownicze słowa i wroga barwa jej głosu zdecydowanie nie były najmądrzejszym posunięciem, ale przecież ją zranił, choć mu wybaczyła.
– Może i masz rację… Wracajmy już, chyba samopoczucie ci się poprawiło? – pociągnął ją w stronę hotelu.
Nie chciał ciągnąć już tej całej rozmowy, lepiej byłoby gdyby od razu zaprowadził ją do pokoju. Jakiż on był głupi… Co on sobie myślał?
Debil, debil, debil!
– Przepraszam – bąknęła. – Zostańmy, proszę – złapała go za rękę.
Chwilę bił się z myślami, ale błyszczące w blasku księżyca oczy Sophie i jej delikatny dotyk przekonały go do pozostania na plaży. Ta dziewucha miała nad nim niesamowitą moc… Zdusił w sobie przekleństwo.
– Wiec, co zamierzasz robić? – spojrzał na nią z lekko uniesioną do góry lewą brwią.
– Zawsze marzyłam popływać w morzu w blasku księżyca! – krzyknęła uradowana i pobiegła w stronę wody.
Severus westchnął i poszedł za nią. Będzie musiał jej wybić ten szalony pomysł z głowy, zanim stanie się coś nieodpowiedniego.
Kiedy podszedł bliżej brzegu zobaczył, że rzuciła buty i szatę na piasek, a sama ulotniła się gdzieś w mroku. Miał ją pilnować, a tymczasem zginęła mu z oczu i nie miała chyba zamiaru w najbliższym czasie pojawić się u jego boku. Znów zaklął szpetnie.
– A kuku! – nagle zza jego pleców wyskoczyła roześmiana Sophie.
Włosy miała w nieładzie, wolno puszczone wzdłuż pleców. Co za szczęście, że jej kobiece atuty zasłaniał kostium!
– Thompson! Natychmiast się uspokój! Ile ty masz lat? – warknął.
– Trochę swobody nie zaszkodzi, profesorze – zaczęła rozpinać mu surdut, uważnie skupiając się na swojej czynności. – Popływamy trochę, a później posłusznie wrócimy do hotelu. Chyba, że nie umie pan profesorze pływać, to poczeka na mnie grzecznie przy brzegu; nie zajmie mi to dużo czasu.
– Doskonale umiem pływać – odepchnął ja od siebie i sam skończył zdejmowanie ubrań.
Sophie patrzyła się na swojego byłego nauczyciela jak na jakiegoś mitycznego herosa. Odkąd widziała go bez koszuli, minęło już trochę czasu. Musiał trochę przybrać na wadze, a od porannych biegów i ćwiczeń wyrobiły mu się lekkie mięśnie. Tak naprawdę napawał ją niepokojem. Zobaczyła, że jest w nim coś więcej niż władczość i chłód. Widziała go teraz sfrustrowanego i rozgniewanego, a to wszystko było jej zasługą. Zaśmiała się chytrze w duchu.
– Chłodna kąpiel będzie idealna na skołatane nerwy. Chodźmy – złapała go za rękę. Chciała, by się rozluźnił i trochę pośmiał. Czy to było tak wiele?
Ruszyli w stronę wody.
Sophie zapiszczała, kiedy wzburzone fale dosięgły w końcu jej ciała, ale w chwilę potem śmiała się i biegała w wodzie jak opętana. Woda była zimna. Paraliżująco, wstrząsająco zimna. Dziewczyna czuła, jakby woda przenikała ją na wskroś, uspokaja­ła, oczyszczała i odświeżała. Kiedy wreszcie zanurzyła się w niej, a potem wypłynęła, ujrzała, że woda wcale nie jest ciemna, lecz błyszczy w świetle księżyca, który znów wyjrzał zza chmur.
Snape przyglądał się temu z zaciekawieniem i lekkim rozbawieniem.
Jest taka urzekająca, ale też diabelnie irytująca.
Nagle wpadł mu do głowy szalony pomysł.
Podpłynął do dziewczyny od tyłu i złapał ją w pasie, przewracając tak, by nie zrobić jej krzywdy, ale lekko nastraszyć. Krzyknęła przeraźliwe „ratunku” i próbowała się odwrócić, ale jej na to nie pozwolił.
– Nadal czujesz się tak pewnie jak przed chwilą? – szepnął jej cicho do ucha, kiedy już wypłynęli oboje na powierzchnię. Odwrócił ja ku sobie i trzymał w ramionach.
Sophie oddychała ciężko i miała czerwone policzki.
– Oszalał pan? O mały włos moje serce pękłoby ze strachu – uderzyła go pięściami w tors.
– Chyba właśnie oszalałem. Do diabła z tym wszystkim, Sophie – wymruczał jej do ucha, przygryzając jego płatek.
– O jejku – wyrwało jej się z gardła. – Profesorze…
Sophie ogarnęło dziwne uczucie; w stronę Snape’a popychała ją nieznana siła. Może to widok tych wszystkich zakapturzonych postaci wyzwolił jej taką reakcję albo jej własne uczucie zwąt­pienia, co do jego zamiarów wobec niej? Ten niepohamowany krok ze strony Severusa bez wątpienia zachęcił ją do tak porywczego zachowania. W każdym razie pragnęła dotknąć wargami jego ust, poczuć gorąco jego uścisku w tej chłodnej wodzie.
Przysunęła się do niego, cały czas patrząc mu w oczy; ujrzała w nich tęsknotę, ale również napięcie i strach. Uśmiechnęła się nieznacznie, a potem przycisnęła swoje usta do jego ust.
Jemu wyraźnie spodobał się ten pomysł. Otoczył ją jeszcze szczelniej ramionami, przy­ciągając jej ciało ku sobie. W tym uścisku namiętność łączyła się z po­czuciem bezpieczeństwa, upajający afrodyzjak wymazujący wszystkie złe przeczucia Sophie.
Jego pocałunek miał w sobie wszystko, co zapamiętała, za czym tęskniła. Czułość, gorąco, napór zmysłów, który rozdzierał jej serce i zostawiał pustkę w umy­śle. Jego język szukał sobie drogi między jej wargami. Dała się ponieść tym emocjom. Logika, wszelkie reguły przyzwoitego zachowania, roz­różnienie między dobrem a złem, wszystko gdzieś zniknęło. Nie liczyło się dla niej kim był i co robił; ważne, że teraz starał się dać jej poczucie bezpieczeństwa. A może to ona chciała ochronić go przed światem, złem, które czyhało na niego, gdy stawał przed obliczem Voldemorta. Oplotła go przecież nogami jak Diabelskie Sidła i nie chciała puścić.
Musnęła leciutko dłonią jego policzek i objęła go za szyję. Jeden poca­łunek zmienił się w dwa. Dwa w cztery. Gorąco rozpalało się między nimi, rozlewając po jej ciele fale rozkoszy.
Severus w końcu oderwał od niej usta. Kciukiem pogłaskał jej dolną war­gę, patrzyli sobie w oczy.
– Sophie, kochanie… jak ja za tym tęskniłem – jego zachrypły głos był strasznie seksowny. – Nie nazywaj mnie już… profesorem.
– Och… Severusie…
W jej ustach jego imię zabrzmiało jak najczystsza pieszczota.
– Wracajmy już do hotelu. Pewnie jest już grubo po północy, a jutro trzeba się pojawić na wykładzie zamykającym konferencję – niechętnie wypuścił ze swoich objęć Sophie. – Albus nam tego nie daruje.
Dobrze, że woda była chłodna, bo inaczej nie powstrzymałby się przed czymś bardziej szalonym.
Pozbierali swoje ubrania, które spokojnie czekały na nich przy brzegu i skierowali się w stronę hotelu, ubierając się po drodze.
– Jak właściwie udało ci się wejść na wykład prawie niezauważoną? Sądziłem, że rekrutów będą jakoś oznaczać i sadowić bliżej katedry, a ty siedziałaś na samym końcu sali i jeszcze popijałaś wino – zapytał po pewnym czasie.
– Krukoni podobnie jak Ślizgoni oprócz tego, że są sprytni, posiadają bystry umysł i wrodzoną mądrość. A do tego mają wspaniałego nauczyciela zaklęć, więc dostanie się na salę nie było takie trudne – odchyliła rękaw szaty i pokazała Severusowi swoje arcydzieło w postaci Mrocznego Znaku.
Mężczyzna zbladł.
– Na brodę Merlina i Dumbledore’a! Sophie, czyś ty do końca rozum postradała?
– Nie martw się, zaklęcie będzie trzymać około dwunastu godzin, później zejdzie jak każdy magiczny tatuaż – uspokoiła go.
Spojrzał na nią podejrzliwie, po czym wybuchnął śmiechem.
– Jesteś niemożliwa, Sophie – pocałował ją w czoło.
– Wiem – uśmiechnęła się. – Kto ostatni dobiegnie do lampy ten jest śmierdzącą bahanką – pacnęła go w ramię i pobiegła we wskazaną stronę.
Nagle Severus zauważył jak upada, momentalnie wyciągnął różdżkę, rozglądając się wokół. Nie wyczuł żadnego zagrożenia, ale ewidentnie coś się musiało stać.
– Sophie – zawołał.
Na szczęście odwróciła się do niego, ale w oczach miała łzy.
– Ale ze mnie niezdara! Mogłam bardziej uważać, a teraz w mojej stopie tkwi ogromne szkło, a krew leje się jak ze świni – lamentowała.
Severus podszedł bliżej i obejrzał nogę dziewczyny. Spory kawałek szkła butelkowego wbił się w jej stopę. Dość głęboko. Krew spływała ciurkiem po podeszwie; nie wyglądało to za dobrze.
– Nie zachowuj się jak pięcioletnia, rozkapryszona jedynaczka – upomniał ją. – Musimy to jak najszybciej wyjąć.
Nim się zorientowała, Severus trzymał ją już w ramionach i szedł w kierunku hotelu. Położyła mu głowę na torsie i próbowała nie myśleć jak bardzo szczypie i rwie ją noga. Czuła jak powoli robi jej się słabo, a przed oczami pojawiły się czarne plamy. Słyszała jeszcze przez chwilę miarowe bicie serca Severusa, a potem była już tylko ciemność.
Z początku Snape myślał, że Sophie zmęczona po tych wszystkich ekscesach po prostu zasnęła, dopiero potem zorientował się, że jest nieprzytomna. Puls miała bardzo słaby, a po zdrowych rumieńcach nie było już śladu. Szybko zaniósł ją do swojego pokoju, nie bawiąc się w poszukiwanie jej pokoju. Położył dziewczynę na wielkim łóżku – w białej pościeli wyglądała jak Królewna Śnieżka pod wpływem zatrutego jabłka. Jej czarne włosy rozsypały się na poduszkach, tworząc ciemną aureolę wokół białej jak ściana buzi dziewczyny. Zamknięte powieki były przyozdobione długimi atramentowo czarnymi rzęsami, a bladoczerwone, miękkie usta aż prosiły się by nadać im trochę więcej koloru.
Merlinie, ona była piękniejsza niż wszystkie dotąd poznane kobiety, piękniejsza nawet od Lily Evans…
Musiał jak najszybciej wyciągnąć szkło z jej nogi; widocznie w nim tkwiła przyczyna jej omdlenia. Z podręcznego kuferka wyjął kilka buteleczek z eliksirami, niewielką pincetę, gazę oraz bandaże. Miał szczęście, że dziewczyna była nieprzytomna, bo inaczej miałby trudności z wyjęciem jej ze stopy ciała obcego. Usadowił się wygodnie na łóżku i oparł o swoje udo kostkę dziewczyny. Wyjęcie szkła zajęło mu chwilę, gdyż nie chciał sprawić, by Sophie się obudziła. Rana nie wyglądała najgorzej, choć krew sączyła się ciurkiem. Pozwolił, by kapiąca do probówki krew oczyściła ranę; później będzie musiał sprawdzić, co też znajdowało się w jej krwi, że spowodowało utratę przytomności. Odkaził ranę za pomocą jodyny i nałożył na nią sporą ilość maści Ulina bądź, co bądź robioną jeszcze przez Sophie. Wziął gazę, bandaż i zaczął zabezpieczać opatrunek.
– Nieźle ci to wychodzi, Severusie, byłbyś idealną pielęgniarką – usłyszał nagle rozbawiony głos swojej byłej uczennicy.
Podniosła się lekko na łokciach i przypatrywała się jak mężczyzna bandażuje jej nogę. Policzki trochę jej się zaróżowiły.
– Widzę, że humor ci wrócił. Zemdlałaś? Aż tak cię bolało? – zapytał zawiązując bandaż na kostce.
– Zrobiło mi się dziwnie błogo, a przed oczami miałam czarne mroczki – przetarła pięściami zaspane powieki. Która jest właściwie godzina?
– Kwadrans po pierwszej.
Wstał i zaczął chować do kuferka flakoniki z eliksirami i maścią.
– Przepraszam, że zabrałam ci tyle czasu; pójdę już do siebie – zsunęła się z łóżka i próbowała stanąć na obu nogach. Ból przeszył jej stopę i dotarł aż do kolana. – Au!
Severus momentalnie znalazł się przy niej. Usadził ją z powrotem na miękkiej pościeli.
– To nie jest najlepszy pomysł, żebyś szła do siebie. Łóżko jest duże, z pewnością się zmieścimy – uśmiechnął się nieznacznie, wpatrując się w orzechowe oczy dziewczyny. Nachylił się nad nią, czekając niecierpliwie na jej reakcję.
Sophie oblizała lubieżnie wargi i sunąc rękami wzdłuż jego klatki piersiowej, zarzuciła mu ręce na szyję.
Pierwszy pocałunek trwał zaledwie ułamek sekundy, jedno trzepnięcie motylich skrzydeł, jedno uderzenie kropli deszczu o ziemię.
Przytuliła się do niego, masując mu napięte mięsnie karku; odrzuciła głowę do tyłu i napotkała jego zamglone spojrzenie.
– Rozluźnij się… Jestem przy tobie – szepnęła ledwie słyszalnie, ale on bez trudu wyczytał słowa z jej ust.
Wpatrzony w jej błyszczące orzechowe oczy, odgarnął niesforny lok lekko wilgotnych włosów z jej czoła; zamknęła powieki i uśmiechnęła się nieznacznie, kiedy wierzchem dłoni przejechał po jej policzku. Potem schylił głowę, przymknął oczy i wziął w posiadanie jej usta.
Zadrżała, ale nie wiedziała czemu. Nie było jej zimno, siedziała przecież otulona pościelą, a obok siebie miała Severusa. To jego pocałunki musiały tak na nią działać. Czekała na tę chwilę, odkąd zdała sobie sprawę, co znaczy dla niej Mistrz Eliksirów. Jej mistrz… Bohater…
Poddała mu się z rozkoszą, rozchylając wargi, by mógł smakować ją aż do głębi, a ona sama mocowała się z maleńkimi guziczkami przy jego koszuli. Kiedy odpięła ostatniego i poczuła pod palcami mięśnie jego torsu, miękki brzuch i aksamitną skórę, choć ze znamionami walki o dobro na świecie, wiedziała, że to, co się dzieje w tym pokoju nie jest snem. Wodziła dłońmi po jego ciele, ucząc się faktury skóry jego pleców, gdy stał tak pochylony nad nią. Jego skóra ją parzyła. Zsunęła koszulę z jego męskich ramion i rzuciła ją gdzieś na podłogę.
– Niegrzeczna z ciebie dziewczynka – pożerał ją wzrokiem, kiedy oderwał się od jej ust; głos miał miękki, łagodny i słodki jak pomarańcza dojrzewająca w południowym słońcu.
– Niegrzeczne dziewczynki uwielbiają niegrzecznych chłopców – wzięła jego lewą rękę. Spojrzała na długie, smukłe palce, zakończone krótkimi, czystymi paznokciami, po czym jej wzrok skierował się ku przedramieniu, gdzie znajdował się Mroczny Znak.
Jej usta pieszczące zapamiętale dowód jego młodzieńczej głupoty, zaprowadziły Severusa na skraj samokontroli. Właśnie w tym momencie wszelkie więzy, którymi zabezpieczał swoje myśli i żądze, puściły. Dwoma palcami podniósł podbródek dziewczyny i wymusił na niej, by spojrzała mu w oczy.
Wiedział, że tej nocy mu się nie oprze, jej orzechowe oczy błyszczały z podniecenia.
Oparł się kolanami i rękami o łóżko, zakleszczając Sophie na nim. Znów połączyli się w namiętnym pocałunku pełnym tęsknoty, pragnienia, ale i jakiegoś niewytłumaczalnego spełnienia. Ich języki jakby od nowa się poznawały, ocierając się o siebie w miłosnym tańcu.
– Moja słodka, Sophie – wyszeptał czule, muskając wąskimi wargami wrażliwe miejsce za uchem. Czuł jak cała drży pod wpływem jego pieszczot, tuląc się do niego.
Jej dłonie na jego torsie stały się lekarstwem na blizny, które zdobiły jego ciało. Chciał wreszcie ulżyć temu nieznośnemu pulsowaniu w lędźwiach, ale przecież nie mógł być samolubny. Jego rozkosz musiała się równać jej rozkoszy.
W oczach Sophie Severus był jak mityczny wojownik, dziki i nieokiełznany samiec pragnący zaspokoić swoje pragnienia. Zdawała sobie sprawę z tego, co sam może podarować kobiecie, ale też czego żąda w zamian – chciała niego tym wszystkim obdarzyć. Nim się spostrzegła, jej czarna szata leżała obok jego koszuli. Jęknęła z pożądania, pieszcząc czarną jak smoła czuprynę, gdy ssał jej sutek przez materiał kostiumu kąpielowego. Słodki ból zawładnął jej ciałem. Tak bardzo podobało jej się to, co robił z nią Severus.
Słysząc swoje imię, wypływające z jej wilgotnych ust, objął dłonią drugą pierś dziewczyny i ugniatając ją lekko, kciukiem drażnił nabrzmiały sutek.
– Coś ci się za bardzo spieszy, moja droga. Pozwól, że najpierw ja sprawię, że zapomnisz na chwilę gdzie jesteś – oderwał się na chwilę od wykonywanych czynności, gdy poczuł, że dłonie Sophie znalazły się niebezpiecznie blisko jego rozporka.
– Ja też chcę ci dać odrobinę przyjemności, Severusie.
Zaśmiał się, słysząc determinację w jej niebywale erotycznym głosie.
– Jeszcze tylko chwilę, a oddam ci się cały. Tu i teraz.
Spojrzał na zdumioną twarz Sophie. Nie możliwe, że była przestraszona? Pogładził ją uspokajająco ręką po rozpalonym policzku znów całując jej usta.
Nie mógł się napatrzeć na jej idealne piersi, kiedy wreszcie udało mu się rozpiąć biustonosz, który powędrował za jej szatą na podłogę. Mruczała jak kotka, kiedy powrócił do pieszczenia jej piersi. Smakowała wspaniale – słodycz dziewiczego ciała mieszała się ze słonawym smakiem morza. Zastanawiał się jak tak długo mógł wytrzymać bez zagłębienia się w miękkim, kobiecym wnętrzu. To było dla niego nowe doświadczenie. Chciał dawać rozkosz, a nie tylko zaspokajać własne pragnienia.
Obsypał pocałunkami niewielką bliznę pod jej prawą piersią, zastanawiając się nad jej pochodzeniem. Przejechał językiem po płaskim brzuchu, zatrzymując się tuż przy majtkach.
– Proszę… – jęknęła, podnosząc się na łokciach. Jej oczy były czystym pożądaniem.
Wdrapał się na łóżko i wyciągnął się na nim, ciągnąc za sobą Sophie.
– No, choć do mnie moje, słodkie dziewczę – nawet nie zdawał sobie sprawy, że mógł mieć tak aksamitny głos.
Dziewczyna pisnęła i po chwili siedziała już na jego udach. Zaledwie kilka cali od jego nabrzmiałej męskości. Oddychał coraz głębiej, drżąc z podniecenia, kiedy całowała jego maleńkie sutki, a przy okazji ocierała się o jego erekcję. Delikatnie odgarnął jej włosy, odsłaniając twarz, by móc ją widzieć, gdy pokrywała pocałunkami jego brzuch, coraz ni­żej, wsuwając język do pępka. Chwilę mocowała się z paskiem i ekspresem, za którym schowany był duży dowód jej władzy nad nim. Nie mieściło mu się w głowie, gdzie Sophie mogła nauczyć się tego typu sztuczek. Edwards? Hopkins? Riddle!
Wydawało mu się to absurdalne, ale przecież nie niemożliwe. Zaklął siarczyście w myślach. Zaraz pokaże jej, że tylko do niego należy; że nikt nie będzie mieć do niej prawa.
– Coś się stało? – dziewczyna wydawała się zdezorientowana, kiedy Severus zepchnął ją z siebie.
– Merlinie, to nie może się stać – przetarł dłońmi twarz siadając na łóżku z nogami spuszczonymi na podłogę.
– Severusie, to już się stało, a właściwie dzieje się – pocałowała go w kark, przytulając się do jego pleców.
Jej ręce sunęły od ramion przez tors ku brzuchowi, natomiast język zajął się pieszczeniem wrażliwego miejsca za uchem. Modliła się w duchu, by jej nie odtrącił. Za długo czekała na ten dzień, a właściwie noc. Była już u granic…
– Pozbądź się swoich demonów. Proszę… Bądź wreszcie wolny i szczęśliwy.
– Lubię moje demony, dotrzymują mi towarzystwa – mruknął.
– Pomogę ci, zaufaj mi. Nie boję się Voldemorta. Stawimy mu razem czoło – jej ręce zanurkowały w jego spodniach.
– Ty mała, diablico! – rzucił się na nią, przygwożdżając do łóżka.
Nie silił się na delikatność. Brutalnie nacierając na jej usta, zsunął z siebie spodnie. Sophie jeszcze nigdy nie przeżyła tego typu uniesień, kiedy Severus zdarł z niej majtki i bez żadnego wcześniejszego ostrzeżenia zagłębił dwa palce w miejscu, gdzie żaden inny mężczyzna jej nie dotykał. Poczuła słodkie pulsowanie, kiedy rozpoczął penetrację tych wrażliwych miejsc.
Merlinie, to było takie przyjemne…
Zacięła pięści na pościeli, wydając z siebie ciche pomruki zadowolenia.
Patrzyła na usatysfakcjonowany uśmiech Severusa, kiedy zaprzestał gryźć i lizać jej sutki; momentalnie jego twarz znalazła się na wysokości jej oblicza. To ona sprawiła, że pozbył się maski. W jego oczach ostrzegła pierwotną dzikość, gdzieś w środku czaił się w nim duży, groźny zwierz…
– Błagaj…
Powiedział głosem czystszym niż woda wypływająca ze źródła, bardziej gorącym niż lawa gotująca się w piekle.
– Och! Sever… Severusie… Proszę…
– Grzeczna dziewczynka – ugryzł ją w szyję, by potem oblizać zbolałe miejsce. – Zaraz staniesz się moja… tylko moja. Spójrz na mnie! – rozkazał jej iście nauczycielskim tonem.
Zaśmiała się niskim, zdyszanym śmiechem, znamionującym najwyższą rozkosz, ale spełniła jego żądanie. Z trudem mogła uwierzyć, że to wszystko w końcu naprawdę się dzieje.
Jego czarne tęczówki zupełnie zlały się ze źrenicami; jego twarz płonęła namiętnością. Jego głos brzmiał ochryple, kiedy szeptał jej imię.
– Sophie…
Zawieszona pomiędzy jawą, a snem, cały czas patrząc na mężczyznę swojego życia, nie zorientowała się, kiedy rozsunął kolanem jej uda i zbliżył swojego dużego członka do jej kobiecości. Przez chwilę przeleciało jej przez głowę, że mógłby ją rozerwać od środka. Całkowicie się pomyliła, pasowali do siebie idealnie. Wyczuła pewne wahanie na jego skupionej twarzy, kiedy pozbawiał ją dziewictwa. Przygotowywała się na mały dyskomfort z tym związany; kłujący ból przeszył jej ciało.
Nie chciał być brutalny, dlatego, kiedy ciszę oczekiwania przerwał jeden tłumiony okrzyk, a na twarzy jego Sophie pojawiły się łzy, scałował je, jak i czoło, zmarszczony nos, policzki, kierując się ku ustom. Poruszał się delikatnie, zdając sobie sprawę, że to może spowodować lekki ból; musiała się przecież przyzwyczaić do jego obecności.
– Jesteś moja… Tylko moja.
– Jakie to wspaniałe uczucie… – wydyszała, tuląc go do siebie. – Idealnie do siebie pasujemy – pocałowała go krótko w usta.
Jeszcze dotychczas doznał takiej przyjemności, będąc w kobiecie. Dzięki niemu Sophie stała się nią w stu procentach. Była tak rozkosznie dopasowana do niego, ciepła, wilgotna. Dopasował pchnięcia do jej coraz głośniejszych jęków; wymawiała jego imię z największą nabożnością.
– Severusie…
Nie chciał się już kontrolować, kiedy dziewczyna przywarła do niego całym ciałem, wbijając mu paznokcie w plecy i drapiąc go zapamiętale. On też nie był delikatny, zostawiał na jej szyi namiętne pocałunki.
Oboje byli blisko spełnienia.
Dla Sophie było czymś nadzwyczaj przyjemnym, a zarazem nowym, gdy jej ciało zaciskało się na ciele Mistrza Eliksirów. Zaraz po osiągnięciu spełnienia, doświadczyła jak Severus wystrzeliwuje w jej wnętrze. Gwałtowność jego ruchów doprowadziła ich wybuchu ogromnej rozkoszy, zalewającej ciała i pozbywającej się z umysłów wszystkich myśli. Dotarli dalej niż ktokolwiek chciał iść. Uchylili sobie nawzajem nieba.
Leżeli jeszcze chwilę bez ruchu, ciesząc się bliskością i ciepłem, nie mając siły na nic więcej.
Byli jak starożytna, bardzo silna istota ludzka o dwu twarzach, czterech rękach, czterech nogach, plecach i piersiach. Niestety bogom nie podobała się ich moc i postanowili się jej pozbyć. Zeus znalazł sposób, by, nie zabijając ludzi, osłabić ich. Przeciął każdego na dwie połowy. I tak od tej pory ludzie poszukują swojej zaginionej połówki, by zespolić się znów, by osoba obca, stała się bliska.
– Mmmm… Jesteś cudownie ciężki – zamruczała cicho, całując Severusa w policzek.
– Śpij, moja słodka – przetoczył się na swoją połowę łóżka i przytulił dziewczynę do siebie.
– Dziękuję, kochany…
Pierwszy raz od wielu lat poczuł się całkowicie zrelaksowany i szczęśliwy

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz