Rozdział zawiera sceny przeznaczone dla osób powyżej 18 roku życia. Młodsi czytają rozdział na własną odpowiedzialność!Nie odpowiadam za wszelakie skrzywienia, porozdziałowe...
Nic nie tracicie z fabuły;)
Blog ma 2 lata i 146 dni
Wejść 27870 i 305 komentarzy.
Nic nie tracicie z fabuły;)
Savage Garden - "Truly, Madly, Deply"
Blog ma 2 lata i 146 dni
Wejść 27870 i 305 komentarzy.
Dedykacja dla: Atramentowej, Bell oraz Merimaat. Dziękuję WAM :*
Podtytuł: NOC MIŁOŚCI
Księżyc
wyjrzał zza ciemnej pierzyny chmur, przeglądając się w czarnej tafli morza.
Oświetlał swoim blaskiem plażę. Było kilka dni po pełni, więc jego tarcza jeszcze
nie zdołała całkiem się skurczyć, by świat znalazł się w zupełnej ciemności.
Chłodny
wiatr poruszał liśćmi palmowymi i bananowymi, a szum morza łagodził skołatane
nerwy. Gdzieś w oddali statek wchodził właśnie do portu, ciszę przerwał głośny świst
gwizdka okrętowego. Spłoszone mewy, brodzące jeszcze gdzieniegdzie przy brzegu
poderwały się, trzepocząc mocno skrzydłami.
Severus
powolnym krokiem prowadził pobladłą od nadmiernego stresu Sophie. Odkąd wyszli
z hotelu nie odezwali się do siebie ani słowem. Milczenie w tym momencie miało
swoje dobre strony; każde z nich mogło się zagłębić
w swoich myślach, przeanalizować
dotychczasowe wydarzenia i wyciągnąć wnioski.
Panna
Thompson starała się iść w miarę równo, choć wypity kilkanaście minut alkohol utrudniał
jej poruszanie się.
Jak to dobrze, że miała u swojego boku Severusa! –
uśmiechnęła się sama do siebie. Nie miała zamiaru tyle wypić, ale tak jakoś
wyszło… miała nadzieję, że alkohol szybko wyparuje, bo inaczej szatański plan
nie wypali.
Poprosiła
go, by na chwilę przystanęli, zdjęła buty na obcasie i wzięła je w rękę. Jak
cudownie było poczuć chłodny już piasek pod stopami, zwłaszcza, że buty nie
nadawały się do chodzenia po takich nierównościach.
Spojrzała na
poważną twarz Snape’a, oświetloną tylko z jednej strony migotliwym blaskiem z latarni,
czuła się przy nim taka mała, głupia, niedoświadczona. Był jej bohaterem,
mentorem, mistrzem… Kimś ważnym, wyjątkowym…
Nie
przeszkadzał jej jego wisielczy humor. Lubiła się przecież z nim przekomarzać. Wiedziała, że przy
odpowiednim postępowaniu z jej strony,
jego charakter może ulec zmianie. Na
lepsze…
Piekielnie
bała się o niego. Stawał przecież przed tym świrusem Voldemortem, kłamał mu,
szpiegował dla Dumbledore’a; podejmował się misji, które ją przyprawiłyby z
pewnością o szaleńcze bicie serca, mdłości, pot na całym ciele i drżące ręce.
Różdżka, nawet o największej mocy mogłaby w tym wypadku być nieskuteczna –
liczyły się przecież zdolności czarodzieja…
Używanie
magii na wojnie, to nie to samo, co korzystanie z niej w szkole.
– Galeona za
twoje myśli, Sophie… Panno Thompson – zapytał znienacka, odwracając głowę w jej
stronę. Ich nosy niespodziewanie się zetknęły; w jego oczach zauważyła dwa
tajemnicze ogniki.
Dobrze, że było ciemno, bo inaczej Snape dostrzegłby, że
zarumieniła się jak piwonia. Chyba, że alkohol znów uderzył jej do głowy!? –
uświadomiła sobie to z przerażeniem.
– Hmm… Tylko
galeona? Myślałam, że moje myśli są cenniejsze?
– odezwała się w końcu, mrugając nerwowo powiekami.
– Drogo
cenisz swoje myśli.
– Przypominam
sobie jak przyrządza się miksturę na leczenie czyraków – uśmiechnęła się
nieznacznie. – Hmm… Jak to szło... ćwierć uncji sproszkowanej pokrzywy, tyle
samo sproszkowanego kła węża, pięćdziesiąt mililitrów wody źródlanej i kolce
jeżozwierza… Ach! Jeszcze śluz winniczka.
– Bardzo
romantyczne myśli ma pani, panno Thompson…
–
Praktyczne. Nie jest panu, profesorze nie wygodnie chodzić w butach po piasku? –
zapytała, spoglądając na jego buty.
– Jak
najbardziej wygodnie… Nie rozumiem kobiet, które deformują sobie stopy chodząc na
takich obcasach – pokręcił głową.
– Po prostu
chcą podobać się mężczyznom.
– A jakiemu
mężczyźnie, ty chcesz się podobać,
Sophie?
Przystanęli
gdzieś na środku plaży, oboje patrząc w spokojne fale nocnego morza. Księżyc na
chwilę ukrył się za chmurami, jakby chciał się z nimi bawić w chowanego.
Wyszedł jednak, gdyż żadne z nich nie chciało podjąć z nim zabawy.
– To nie
powinno pana obchodzić, profesorze – odpowiedziała
nieprzyjemnym tonem, kierując się rozumem, choć serce mówiło jej, co innego.
Wojownicze słowa i wroga barwa jej głosu zdecydowanie nie były najmądrzejszym
posunięciem, ale przecież ją zranił, choć mu wybaczyła.
– Może i
masz rację… Wracajmy już, chyba samopoczucie ci się poprawiło? – pociągnął ją w
stronę hotelu.
Nie chciał
ciągnąć już tej całej rozmowy, lepiej byłoby gdyby od razu zaprowadził ją do
pokoju. Jakiż on był głupi… Co on
sobie myślał?
Debil, debil, debil!
–
Przepraszam – bąknęła. – Zostańmy, proszę – złapała go za rękę.
Chwilę bił
się z myślami, ale błyszczące w blasku księżyca oczy Sophie i jej delikatny
dotyk przekonały go do pozostania na plaży. Ta dziewucha miała nad nim
niesamowitą moc… Zdusił w sobie
przekleństwo.
– Wiec, co
zamierzasz robić? – spojrzał na nią z lekko uniesioną do góry lewą brwią.
– Zawsze
marzyłam popływać w morzu w blasku księżyca! – krzyknęła uradowana i pobiegła w
stronę wody.
Severus
westchnął i poszedł za nią. Będzie musiał jej wybić ten szalony pomysł z głowy, zanim stanie się coś nieodpowiedniego.
Kiedy
podszedł bliżej brzegu zobaczył, że rzuciła buty i szatę na piasek, a sama ulotniła
się gdzieś w mroku. Miał ją pilnować, a tymczasem zginęła mu z oczu i nie miała
chyba zamiaru w najbliższym czasie pojawić się u jego boku. Znów zaklął
szpetnie.
– A kuku! –
nagle zza jego pleców wyskoczyła roześmiana Sophie.
Włosy miała
w nieładzie, wolno puszczone wzdłuż pleców. Co
za szczęście, że jej kobiece atuty zasłaniał kostium!
– Thompson!
Natychmiast się uspokój! Ile ty masz lat? – warknął.
– Trochę
swobody nie zaszkodzi, profesorze – zaczęła rozpinać mu surdut, uważnie
skupiając się na swojej czynności. – Popływamy trochę, a później posłusznie wrócimy do hotelu. Chyba, że nie umie
pan profesorze pływać, to poczeka na mnie grzecznie
przy brzegu; nie zajmie mi to dużo czasu.
– Doskonale
umiem pływać – odepchnął ja od siebie i sam skończył zdejmowanie ubrań.
Sophie
patrzyła się na swojego byłego nauczyciela jak na jakiegoś mitycznego herosa.
Odkąd widziała go bez koszuli, minęło już trochę czasu. Musiał trochę przybrać
na wadze, a od porannych biegów i ćwiczeń wyrobiły mu się lekkie mięśnie. Tak
naprawdę napawał ją niepokojem.
Zobaczyła, że jest w nim coś więcej niż władczość
i chłód. Widziała go teraz sfrustrowanego i rozgniewanego, a to wszystko było jej zasługą. Zaśmiała się chytrze
w duchu.
– Chłodna
kąpiel będzie idealna na skołatane nerwy. Chodźmy – złapała go za rękę.
Chciała, by się rozluźnił i trochę pośmiał. Czy to było tak wiele?
Ruszyli w
stronę wody.
Sophie
zapiszczała, kiedy wzburzone fale dosięgły w końcu jej ciała, ale w chwilę
potem śmiała się i biegała w wodzie jak opętana. Woda była zimna. Paraliżująco,
wstrząsająco zimna. Dziewczyna czuła, jakby woda przenikała ją na wskroś,
uspokajała, oczyszczała i odświeżała. Kiedy wreszcie zanurzyła się w niej, a
potem wypłynęła, ujrzała, że woda wcale nie jest ciemna, lecz błyszczy w
świetle księżyca, który znów wyjrzał zza chmur.
Snape
przyglądał się temu z zaciekawieniem i lekkim rozbawieniem.
Jest taka urzekająca, ale też diabelnie irytująca.
Nagle wpadł
mu do głowy szalony pomysł.
Podpłynął do
dziewczyny od tyłu i złapał ją w pasie, przewracając tak, by nie zrobić jej
krzywdy, ale lekko nastraszyć. Krzyknęła przeraźliwe „ratunku” i próbowała się
odwrócić, ale jej na to nie pozwolił.
– Nadal
czujesz się tak pewnie jak przed chwilą? – szepnął jej cicho do ucha, kiedy już
wypłynęli oboje na powierzchnię. Odwrócił ja ku sobie i trzymał w ramionach.
Sophie
oddychała ciężko i miała czerwone policzki.
– Oszalał pan?
O mały włos moje serce pękłoby ze strachu – uderzyła go pięściami w tors.
– Chyba
właśnie oszalałem. Do diabła z tym wszystkim, Sophie – wymruczał jej do ucha,
przygryzając jego płatek.
– O jejku –
wyrwało jej się z gardła. – Profesorze…
Sophie ogarnęło
dziwne uczucie; w stronę Snape’a popychała ją nieznana siła. Może to widok tych
wszystkich zakapturzonych postaci wyzwolił jej taką reakcję albo jej własne
uczucie zwątpienia, co do jego zamiarów wobec niej? Ten niepohamowany krok ze strony Severusa bez wątpienia zachęcił ją do
tak porywczego zachowania. W każdym
razie pragnęła dotknąć wargami jego ust, poczuć gorąco jego uścisku w tej
chłodnej wodzie.
Przysunęła
się do niego, cały czas patrząc mu w oczy; ujrzała w nich tęsknotę, ale również
napięcie i strach. Uśmiechnęła się nieznacznie, a potem przycisnęła swoje usta
do jego ust.
Jemu
wyraźnie spodobał się ten pomysł. Otoczył ją jeszcze szczelniej ramionami, przyciągając
jej ciało ku sobie. W tym uścisku namiętność łączyła się z poczuciem bezpieczeństwa,
upajający afrodyzjak wymazujący wszystkie złe przeczucia Sophie.
Jego
pocałunek miał w sobie wszystko, co zapamiętała,
za czym tęskniła. Czułość, gorąco,
napór zmysłów, który rozdzierał jej serce i zostawiał pustkę w umyśle. Jego
język szukał sobie drogi między jej wargami. Dała się ponieść tym emocjom.
Logika, wszelkie reguły przyzwoitego zachowania, rozróżnienie między dobrem a
złem, wszystko gdzieś zniknęło. Nie liczyło się dla niej kim był i co robił;
ważne, że teraz starał się dać jej poczucie bezpieczeństwa. A może to ona
chciała ochronić go przed światem, złem, które czyhało na niego, gdy stawał
przed obliczem Voldemorta. Oplotła go przecież nogami jak Diabelskie Sidła i
nie chciała puścić.
Musnęła
leciutko dłonią jego policzek i objęła go za szyję. Jeden pocałunek zmienił
się w dwa. Dwa w cztery. Gorąco rozpalało się między nimi, rozlewając po jej
ciele fale rozkoszy.
Severus w
końcu oderwał od niej usta. Kciukiem pogłaskał jej dolną wargę, patrzyli sobie
w oczy.
– Sophie,
kochanie… jak ja za tym tęskniłem – jego zachrypły głos był strasznie seksowny.
– Nie nazywaj mnie już… profesorem.
– Och… Severusie…
W jej ustach
jego imię zabrzmiało jak najczystsza pieszczota.
– Wracajmy
już do hotelu. Pewnie jest już grubo po północy, a jutro trzeba się pojawić na
wykładzie zamykającym konferencję – niechętnie wypuścił ze swoich objęć Sophie.
– Albus nam tego nie daruje.
Dobrze, że
woda była chłodna, bo inaczej nie powstrzymałby się przed czymś bardziej szalonym.
Pozbierali
swoje ubrania, które spokojnie czekały na nich przy brzegu i skierowali się w
stronę hotelu, ubierając się po drodze.
– Jak
właściwie udało ci się wejść na wykład prawie niezauważoną? Sądziłem, że
rekrutów będą jakoś oznaczać i sadowić bliżej katedry, a ty siedziałaś na samym
końcu sali i jeszcze popijałaś wino – zapytał po pewnym czasie.
– Krukoni
podobnie jak Ślizgoni oprócz tego, że są sprytni, posiadają bystry umysł i wrodzoną
mądrość. A do tego mają wspaniałego nauczyciela zaklęć, więc dostanie się na
salę nie było takie trudne – odchyliła rękaw szaty i pokazała Severusowi swoje arcydzieło w postaci Mrocznego Znaku.
Mężczyzna
zbladł.
– Na brodę
Merlina i Dumbledore’a! Sophie, czyś ty do końca rozum postradała?
– Nie martw
się, zaklęcie będzie trzymać około dwunastu godzin, później zejdzie jak każdy
magiczny tatuaż – uspokoiła go.
Spojrzał na
nią podejrzliwie, po czym wybuchnął śmiechem.
– Jesteś
niemożliwa, Sophie – pocałował ją w czoło.
– Wiem –
uśmiechnęła się. – Kto ostatni dobiegnie do lampy ten jest śmierdzącą bahanką –
pacnęła go w ramię i pobiegła we wskazaną stronę.
Nagle
Severus zauważył jak upada, momentalnie wyciągnął różdżkę, rozglądając się
wokół. Nie wyczuł żadnego zagrożenia, ale ewidentnie coś się musiało stać.
– Sophie –
zawołał.
Na szczęście
odwróciła się do niego, ale w oczach miała łzy.
– Ale ze
mnie niezdara! Mogłam bardziej uważać, a teraz w mojej stopie tkwi ogromne
szkło, a krew leje się jak ze świni – lamentowała.
Severus
podszedł bliżej i obejrzał nogę dziewczyny. Spory kawałek szkła butelkowego
wbił się w jej stopę. Dość głęboko. Krew spływała ciurkiem po podeszwie; nie
wyglądało to za dobrze.
– Nie
zachowuj się jak pięcioletnia, rozkapryszona jedynaczka – upomniał ją. – Musimy
to jak najszybciej wyjąć.
Nim się
zorientowała, Severus trzymał ją już w ramionach i szedł w kierunku hotelu.
Położyła mu głowę na torsie i próbowała nie myśleć jak bardzo szczypie i rwie
ją noga. Czuła jak powoli robi jej się słabo, a przed oczami pojawiły się
czarne plamy. Słyszała jeszcze przez chwilę miarowe bicie serca Severusa, a
potem była już tylko ciemność.
Z początku
Snape myślał, że Sophie zmęczona po
tych wszystkich ekscesach po prostu zasnęła, dopiero potem zorientował się,
że jest nieprzytomna. Puls miała
bardzo słaby, a po zdrowych rumieńcach nie było już śladu. Szybko zaniósł ją do
swojego pokoju, nie bawiąc się w poszukiwanie jej pokoju. Położył dziewczynę na
wielkim łóżku – w białej pościeli wyglądała jak Królewna Śnieżka pod wpływem
zatrutego jabłka. Jej czarne włosy rozsypały się na poduszkach, tworząc ciemną
aureolę wokół białej jak ściana buzi dziewczyny. Zamknięte powieki były
przyozdobione długimi atramentowo czarnymi rzęsami, a bladoczerwone, miękkie
usta aż prosiły się by nadać im trochę więcej koloru.
Merlinie, ona była piękniejsza niż wszystkie dotąd
poznane kobiety, piękniejsza nawet od Lily Evans…
Musiał jak
najszybciej wyciągnąć szkło z jej
nogi; widocznie w nim tkwiła przyczyna jej omdlenia. Z podręcznego kuferka
wyjął kilka buteleczek z eliksirami, niewielką pincetę, gazę oraz bandaże. Miał
szczęście, że dziewczyna była nieprzytomna, bo inaczej miałby trudności z
wyjęciem jej ze stopy ciała obcego. Usadowił się wygodnie na łóżku i oparł o
swoje udo kostkę dziewczyny. Wyjęcie szkła zajęło mu chwilę, gdyż nie chciał sprawić,
by Sophie się obudziła. Rana nie wyglądała najgorzej, choć krew sączyła się ciurkiem.
Pozwolił, by kapiąca do probówki krew oczyściła ranę; później będzie musiał
sprawdzić, co też znajdowało się w jej krwi, że spowodowało utratę
przytomności. Odkaził ranę za pomocą jodyny i nałożył na nią sporą ilość maści
Ulina bądź, co bądź robioną jeszcze przez Sophie. Wziął gazę, bandaż i zaczął
zabezpieczać opatrunek.
– Nieźle ci
to wychodzi, Severusie, byłbyś idealną pielęgniarką – usłyszał nagle rozbawiony
głos swojej byłej uczennicy.
Podniosła
się lekko na łokciach i przypatrywała się jak mężczyzna bandażuje jej nogę.
Policzki trochę jej się zaróżowiły.
– Widzę, że
humor ci wrócił. Zemdlałaś? Aż tak cię bolało? – zapytał zawiązując bandaż na
kostce.
– Zrobiło mi
się dziwnie błogo, a przed oczami miałam czarne mroczki – przetarła pięściami
zaspane powieki. Która jest właściwie godzina?
– Kwadrans
po pierwszej.
Wstał i
zaczął chować do kuferka flakoniki z eliksirami i maścią.
–
Przepraszam, że zabrałam ci tyle czasu;
pójdę już do siebie – zsunęła się z łóżka i próbowała stanąć na obu nogach. Ból
przeszył jej stopę i dotarł aż do kolana. – Au!
Severus
momentalnie znalazł się przy niej. Usadził ją z powrotem na miękkiej pościeli.
– To nie
jest najlepszy pomysł, żebyś szła do siebie. Łóżko jest duże, z pewnością się
zmieścimy – uśmiechnął się nieznacznie, wpatrując się w orzechowe oczy
dziewczyny. Nachylił się nad nią, czekając niecierpliwie na jej reakcję.
Sophie oblizała
lubieżnie wargi i sunąc rękami wzdłuż jego klatki piersiowej, zarzuciła mu ręce
na szyję.
Pierwszy
pocałunek trwał zaledwie ułamek sekundy, jedno trzepnięcie motylich skrzydeł,
jedno uderzenie kropli deszczu o ziemię.
Przytuliła
się do niego, masując mu napięte mięsnie karku; odrzuciła głowę do tyłu i
napotkała jego zamglone spojrzenie.
– Rozluźnij
się… Jestem przy tobie – szepnęła ledwie słyszalnie, ale on bez trudu wyczytał
słowa z jej ust.
Wpatrzony w
jej błyszczące orzechowe oczy, odgarnął niesforny lok lekko wilgotnych włosów z
jej czoła; zamknęła powieki i uśmiechnęła się nieznacznie, kiedy wierzchem
dłoni przejechał po jej policzku. Potem schylił głowę, przymknął oczy i wziął w
posiadanie jej usta.
Zadrżała,
ale nie wiedziała czemu. Nie było jej zimno, siedziała przecież otulona
pościelą, a obok siebie miała Severusa. To jego pocałunki musiały tak na nią
działać. Czekała na tę chwilę, odkąd zdała sobie sprawę, co znaczy dla niej
Mistrz Eliksirów. Jej mistrz… Bohater…
Poddała mu
się z rozkoszą, rozchylając wargi, by mógł smakować ją aż do głębi, a ona sama
mocowała się z maleńkimi guziczkami przy jego koszuli. Kiedy odpięła ostatniego
i poczuła pod palcami mięśnie jego torsu, miękki brzuch i aksamitną skórę, choć
ze znamionami walki o dobro na świecie, wiedziała, że to, co się dzieje w tym
pokoju nie jest snem. Wodziła dłońmi po jego ciele, ucząc się faktury skóry jego
pleców, gdy stał tak pochylony nad nią. Jego skóra ją parzyła. Zsunęła koszulę
z jego męskich ramion i rzuciła ją gdzieś na podłogę.
– Niegrzeczna
z ciebie dziewczynka – pożerał ją wzrokiem, kiedy oderwał się od jej ust; głos
miał miękki, łagodny i słodki jak pomarańcza dojrzewająca w południowym słońcu.
–
Niegrzeczne dziewczynki uwielbiają niegrzecznych chłopców – wzięła jego lewą
rękę. Spojrzała na długie, smukłe palce, zakończone krótkimi, czystymi
paznokciami, po czym jej wzrok skierował się ku przedramieniu, gdzie znajdował
się Mroczny Znak.
Jej usta
pieszczące zapamiętale dowód jego młodzieńczej głupoty, zaprowadziły Severusa
na skraj samokontroli. Właśnie w tym momencie wszelkie więzy, którymi
zabezpieczał swoje myśli i żądze, puściły. Dwoma palcami podniósł podbródek
dziewczyny i wymusił na niej, by spojrzała mu w oczy.
Wiedział, że
tej nocy mu się nie oprze, jej orzechowe oczy błyszczały z podniecenia.
Oparł się
kolanami i rękami o łóżko, zakleszczając Sophie na nim. Znów połączyli się w
namiętnym pocałunku pełnym tęsknoty, pragnienia, ale i jakiegoś
niewytłumaczalnego spełnienia. Ich języki jakby od nowa się poznawały,
ocierając się o siebie w miłosnym tańcu.
– Moja
słodka, Sophie – wyszeptał czule, muskając wąskimi wargami wrażliwe miejsce za
uchem. Czuł jak cała drży pod wpływem jego pieszczot, tuląc się do niego.
Jej dłonie
na jego torsie stały się lekarstwem na blizny, które zdobiły jego ciało. Chciał
wreszcie ulżyć temu nieznośnemu pulsowaniu w lędźwiach, ale przecież nie mógł
być samolubny. Jego rozkosz musiała się równać jej rozkoszy.
W oczach
Sophie Severus był jak mityczny wojownik, dziki i nieokiełznany samiec pragnący
zaspokoić swoje pragnienia. Zdawała sobie sprawę z tego, co sam może podarować
kobiecie, ale też czego żąda w zamian – chciała niego tym wszystkim obdarzyć. Nim się spostrzegła, jej
czarna szata leżała obok jego koszuli. Jęknęła z pożądania, pieszcząc czarną
jak smoła czuprynę, gdy ssał jej sutek przez materiał kostiumu kąpielowego.
Słodki ból zawładnął jej ciałem. Tak bardzo podobało jej się to, co robił z nią
Severus.
Słysząc
swoje imię, wypływające z jej wilgotnych ust, objął dłonią drugą pierś
dziewczyny i ugniatając ją lekko, kciukiem drażnił nabrzmiały sutek.
– Coś ci się
za bardzo spieszy, moja droga. Pozwól, że najpierw ja sprawię, że zapomnisz na
chwilę gdzie jesteś – oderwał się na chwilę od wykonywanych czynności, gdy
poczuł, że dłonie Sophie znalazły się niebezpiecznie blisko jego rozporka.
– Ja też
chcę ci dać odrobinę przyjemności, Severusie.
Zaśmiał się,
słysząc determinację w jej niebywale erotycznym głosie.
– Jeszcze
tylko chwilę, a oddam ci się cały. Tu i teraz.
Spojrzał na
zdumioną twarz Sophie. Nie możliwe, że była przestraszona? Pogładził ją
uspokajająco ręką po rozpalonym policzku znów całując jej usta.
Nie mógł się
napatrzeć na jej idealne piersi, kiedy wreszcie udało mu się rozpiąć
biustonosz, który powędrował za jej szatą na podłogę. Mruczała jak kotka, kiedy
powrócił do pieszczenia jej piersi. Smakowała wspaniale – słodycz dziewiczego
ciała mieszała się ze słonawym smakiem morza. Zastanawiał się jak tak długo
mógł wytrzymać bez zagłębienia się w miękkim, kobiecym wnętrzu. To było dla
niego nowe doświadczenie. Chciał dawać rozkosz, a nie tylko zaspokajać własne
pragnienia.
Obsypał
pocałunkami niewielką bliznę pod jej prawą piersią, zastanawiając się nad jej
pochodzeniem. Przejechał językiem po płaskim brzuchu, zatrzymując się tuż przy
majtkach.
– Proszę… –
jęknęła, podnosząc się na łokciach. Jej oczy były czystym pożądaniem.
Wdrapał się
na łóżko i wyciągnął się na nim, ciągnąc za sobą Sophie.
– No, choć
do mnie moje, słodkie dziewczę – nawet nie zdawał sobie sprawy, że mógł mieć
tak aksamitny głos.
Dziewczyna
pisnęła i po chwili siedziała już na jego udach. Zaledwie kilka cali od jego
nabrzmiałej męskości. Oddychał coraz głębiej, drżąc z podniecenia, kiedy
całowała jego maleńkie sutki, a przy okazji ocierała się o jego erekcję.
Delikatnie odgarnął jej włosy, odsłaniając twarz, by móc ją widzieć, gdy
pokrywała pocałunkami jego brzuch, coraz niżej, wsuwając język do pępka. Chwilę
mocowała się z paskiem i ekspresem, za którym schowany był duży dowód jej władzy
nad nim. Nie mieściło mu się w głowie, gdzie Sophie mogła nauczyć się tego typu
sztuczek. Edwards? Hopkins? Riddle!
Wydawało mu
się to absurdalne, ale przecież nie niemożliwe. Zaklął siarczyście w myślach.
Zaraz pokaże jej, że tylko do niego należy; że nikt nie będzie mieć do niej
prawa.
– Coś się
stało? – dziewczyna wydawała się zdezorientowana, kiedy Severus zepchnął ją z
siebie.
– Merlinie,
to nie może się stać – przetarł dłońmi twarz siadając na łóżku z nogami
spuszczonymi na podłogę.
– Severusie,
to już się stało, a właściwie dzieje się – pocałowała go w kark, przytulając
się do jego pleców.
Jej ręce
sunęły od ramion przez tors ku brzuchowi, natomiast język zajął się
pieszczeniem wrażliwego miejsca za uchem. Modliła się w duchu, by jej nie
odtrącił. Za długo czekała na ten dzień, a właściwie noc. Była już u granic…
– Pozbądź
się swoich demonów. Proszę… Bądź wreszcie wolny i szczęśliwy.
– Lubię moje
demony, dotrzymują mi towarzystwa – mruknął.
– Pomogę ci,
zaufaj mi. Nie boję się Voldemorta. Stawimy mu razem czoło – jej ręce
zanurkowały w jego spodniach.
– Ty mała,
diablico! – rzucił się na nią, przygwożdżając do łóżka.
Nie silił
się na delikatność. Brutalnie nacierając na jej usta, zsunął z siebie spodnie.
Sophie jeszcze nigdy nie przeżyła tego typu uniesień, kiedy Severus zdarł z
niej majtki i bez żadnego wcześniejszego ostrzeżenia zagłębił dwa palce w
miejscu, gdzie żaden inny mężczyzna jej nie dotykał. Poczuła słodkie
pulsowanie, kiedy rozpoczął penetrację tych wrażliwych miejsc.
Merlinie, to było takie przyjemne…
Zacięła
pięści na pościeli, wydając z siebie ciche pomruki zadowolenia.
Patrzyła na usatysfakcjonowany
uśmiech Severusa, kiedy zaprzestał gryźć i lizać jej sutki; momentalnie jego twarz
znalazła się na wysokości jej oblicza. To ona sprawiła, że pozbył się maski. W
jego oczach ostrzegła pierwotną dzikość, gdzieś w środku czaił się w nim duży,
groźny zwierz…
– Błagaj…
Powiedział
głosem czystszym niż woda wypływająca ze źródła, bardziej gorącym niż lawa
gotująca się w piekle.
– Och!
Sever… Severusie… Proszę…
– Grzeczna
dziewczynka – ugryzł ją w szyję, by potem oblizać zbolałe miejsce. – Zaraz
staniesz się moja… tylko moja. Spójrz na mnie! – rozkazał jej iście
nauczycielskim tonem.
Zaśmiała się
niskim, zdyszanym śmiechem, znamionującym najwyższą rozkosz, ale spełniła jego
żądanie. Z trudem mogła uwierzyć, że to wszystko w końcu naprawdę się dzieje.
Jego czarne
tęczówki zupełnie zlały się ze źrenicami; jego twarz płonęła namiętnością. Jego
głos brzmiał ochryple, kiedy szeptał jej imię.
– Sophie…
Zawieszona
pomiędzy jawą, a snem, cały czas patrząc na mężczyznę swojego życia, nie
zorientowała się, kiedy rozsunął kolanem jej uda i zbliżył swojego dużego
członka do jej kobiecości. Przez chwilę przeleciało jej przez głowę, że mógłby
ją rozerwać od środka. Całkowicie się pomyliła, pasowali do siebie idealnie.
Wyczuła pewne wahanie na jego skupionej twarzy, kiedy pozbawiał ją dziewictwa.
Przygotowywała się na mały dyskomfort z tym związany; kłujący ból przeszył jej
ciało.
Nie chciał
być brutalny, dlatego, kiedy ciszę oczekiwania przerwał jeden tłumiony okrzyk, a na twarzy jego Sophie pojawiły się łzy, scałował je, jak i czoło, zmarszczony
nos, policzki, kierując się ku ustom. Poruszał się delikatnie, zdając sobie
sprawę, że to może spowodować lekki ból; musiała się przecież przyzwyczaić do
jego obecności.
– Jesteś
moja… Tylko moja.
– Jakie to
wspaniałe uczucie… – wydyszała, tuląc go do siebie. – Idealnie do siebie
pasujemy – pocałowała go krótko w usta.
Jeszcze
dotychczas doznał takiej przyjemności, będąc w kobiecie. Dzięki niemu Sophie
stała się nią w stu procentach. Była tak rozkosznie dopasowana do niego,
ciepła, wilgotna. Dopasował pchnięcia do jej coraz głośniejszych jęków;
wymawiała jego imię z największą nabożnością.
– Severusie…
Nie chciał
się już kontrolować, kiedy dziewczyna przywarła do niego całym ciałem, wbijając
mu paznokcie w plecy i drapiąc go zapamiętale. On też nie był delikatny,
zostawiał na jej szyi namiętne pocałunki.
Oboje byli
blisko spełnienia.
Dla Sophie
było czymś nadzwyczaj przyjemnym, a zarazem nowym, gdy jej ciało zaciskało się
na ciele Mistrza Eliksirów. Zaraz po osiągnięciu spełnienia, doświadczyła jak
Severus wystrzeliwuje w jej wnętrze. Gwałtowność jego ruchów doprowadziła ich
wybuchu ogromnej rozkoszy, zalewającej ciała i pozbywającej się z umysłów
wszystkich myśli. Dotarli dalej niż ktokolwiek chciał iść. Uchylili sobie
nawzajem nieba.
Leżeli
jeszcze chwilę bez ruchu, ciesząc się bliskością i ciepłem, nie mając siły na
nic więcej.
Byli jak
starożytna, bardzo silna istota ludzka o dwu twarzach, czterech rękach,
czterech nogach, plecach i piersiach. Niestety bogom nie podobała się ich moc i
postanowili się jej pozbyć. Zeus znalazł sposób, by, nie zabijając ludzi,
osłabić ich. Przeciął każdego na dwie połowy. I tak od tej pory ludzie
poszukują swojej zaginionej połówki, by zespolić się znów, by osoba obca, stała
się bliska.
– Mmmm…
Jesteś cudownie ciężki – zamruczała cicho, całując Severusa w policzek.
– Śpij, moja
słodka – przetoczył się na swoją połowę łóżka i przytulił dziewczynę do siebie.
– Dziękuję,
kochany…
Pierwszy raz
od wielu lat poczuł się całkowicie zrelaksowany
i szczęśliwy…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz