wtorek, 14 sierpnia 2012

XXI

Dzień wypisu zbliżał się wielkimi krokami. Sophie już nie mogła się doczekać powrotu do domu. Pomimo, że nie pamiętała gdzie on się znajdował to bardzo chciała się w nim znaleźć. Może wreszcie w domowym zaciszu odzyska wspomnienia, które utraciła na skutek wypadku. Do tej pory tak naprawdę nikt jej nie powiedział, co zdarzyło się przed prawie trzema miesiącami, choć pytała się każdego, kto odwiedzał ją w szpitalu. Wszyscy jak na złość milczeli na ten temat.

***

Stukot czarnych kozaków o szpitalny linoleum było już słychać z oddali. Isabelle Thompson kroczyła w stronę sali swojej córki, aby wreszcie zabrać ją do domu. Wiedziała, że podjęła właściwą decyzję odchodząc od Toma. Teraz liczyła się tylko Sophie i jej zdrowie. Nie zaklinała się, że do niego nie wróci, lecz miała wątpliwości, czy drugi raz powinna wchodzić do tej samej rzeki. Wszystko byłoby łatwiejsze gdyby nie ten list od Roberta...
Dostała go przed kilkoma dniami późnym wieczorem. Ogromna, brązowo-szara sowa o przenikliwych ślepiach wleciała przez otwarte okno, kiedy przed snem wietrzyła pokój. Nim się zorientowała się, że ptak jest w pomieszczeniu biała koperta leżała na satynowej pościeli jej łóżka, a zwierzątko z rozmachem wyleciało z jej sypialni i zginęło w orzeźwiającym, nocnym, marcowym powietrzu.
Isabelle drżącymi rękami wzięła kopertę. Powolutku otworzyła ją jakby bała się, że jeden niewłaściwy ruch dłonią spowoduje zniszczenie wiadomości. Kartka, na której widniał list była trochę poplamiona i lekko pognieciona, ale pismo na niej, choć drobne dało się bez problemu przeczytać. Czarownica poznała te litery od razu – pismo Roberta.
Jeszcze w czasie narzeczeństwa były mąż codziennie przysyłał jej setki listów z miłosnymi wyznaniami. To wspomnienie wywołało w kobiecie lekkie ukucie w sercu. Z lubością patrzyła na kartkę, którą trzymała przed swoimi oczami. Zaczęła mieć wątpliwości czy dobrze postąpiła biorąc rozwód. Przecież Robert był miłością jej życia. Spędziła z nim dwadzieścia wspaniałych lat, urodziła mu córkę, mogła na niego liczyć nawet w najtrudniejszych etapach swojej kariery naukowej. Prawie każdej nocy doznawała w jego ramionach niewyobrażalnego spełnienia, które mężczyzna daje kobiecie. Ze łzami w oczach wspominała ich pierwsze spotkanie. Pracowała wtedy w małej księgarni na obrzeżach Paryża. Przyszedł pewnego, deszczowego, letniego dnia i poprosił łamaną francuszczyzną o przewodnik po stolicy Francji. Kiedy podawała mu książkę jakaś niewidzialna siła kazała jej dłużej spojrzeć w jego szmaragdowe oczy. Zatopiła się w tym pełnym ciepła i troski spojrzeniu. Chciała, aby jak najdłużej pozostał w sklepie, ale jak na złość nic jej nie przychodziło do głowy. Pomogła pogoda. Kiedy chłopak zapłacił za przewodnik i chciał już wyjść nagle lunął deszcz i rozpętała się okropna burza. Isabelle wykorzystała moment i nieśmiało powiedziała:
– Może pan poczekać dopóki trochę się nie przejaśni.
– Niech się pani o mnie nie martwi. Mam parasol – zdziwiło go, że ekspedientka zwróciła się do niego w języku angielskim, choć do tej pory równie dobrze posługiwała się francuską mową.
– Nie jestem pewna czy parasol wytrzyma to, co dzieje się na zewnątrz – na dworze była jedna ściana deszczu. Może jednak zostanie pan i napije się kawy? – zaproponowała.
– Może ma pani rację, że kawa mi się przyda, bo od rana nic nie jadłem, a tym bardziej nie piłem – ożywił się. Atak w ogóle to Robert jestem – podał rękę zszokowanej czarownicy.
– Isabelle.
Po jakimś czasie burza ustała, ale Robert nadal siedział na zapleczu małej księgarni pochłonięty rozmową z ciemnowłosą dziewczyną. Isabelle zakochała się od pierwszego wejrzenia w tym trochę zagubionym w obcym mieście chłopaku. Przeczuwała, że na tym spotkaniu się nie skończy i miała rację. Potem było jeszcze wiele, wiele randek. Pomimo to, że ona mieszkała i uczyła się w urokliwym Paryżu, a on pochodził z zimnego i deszczowego Londynu widywali się częściej niż niejedna para mieszkająca w jednym mieszkaniu przez wiele lat. To wszystko zawdzięczali teleportacji... Isabelle sądziła, że Robert jest mugolem i popełnia wielką pomyłkę wiążąc się z nim, ale wszelkie wątpliwości rozwiała jedna, szczera rozmowa. Potem już byli na sto procent swoich uczuć do siebie. Piękny ślub, egzotyczna podróż poślubna, a w końcu szczęśliwe życie u boku ukochanej osoby. Czarownica nie mogła uwierzyć, że spotkało ją takie szczęście. Szczęście, które było do czasu...
Powróciła na chwilę do rzeczywistości... Z trudem przeczytała to, co wysłał jej były mąż.

Kochana Isabelle,
pewnie wszystkie gazety doniosły już o mojej ucieczce z Azkabanu, ale nie o tym teraz. Jestem u ojca w Hiszpanii. Przez jakiś czas na pewno tu będę,więc informuj mnie o wszystkim, co się z wami dzieje. Tom to kawał sukinsyna.Podejrzewam go o współpracę z Voldemortem. Moi ludzie się już tym zajmują. Boję się o was. Wiedz też, że zostałem niesłusznie oskarżony, ale nikt czasu, ani Twoich łez nie cofnie, dlatego uważajcie na siebie. Mój ojciec w najbliższych dniach pojawi się w Londynie. Napisz mi proszę gdzie ma was szukać. Ucałuj Sophie ode mnie.
Robert

– Mamo, czy coś się stało? – z letargu wyrwał ją zaniepokojony głos córki, kiedy mechanicznie zaczęła ją pakować.
– Kochanie, zdaje Ci się – uśmiechnęła się słabo. Zbieraj się, bo w końcu nigdy stąd nie wyjdziesz –pogoniła ją.
Kobiety zanim wyszły ze szpitala udały się po wypis. Lekarz jeszcze raz zbadał pacjentkę. Siniaki trochę się już zmniejszyły, ale nadal miały sinofioletowy kolor. Zapisał Sophie jeszcze kilka fiolek eliksirów i życzył jej powrotu do zdrowia.

***

Minął tydzień odkąd Sophie wróciła do domu. Powoli przyzwyczajała się do nowego miejsca. Czasami miała problemy z odnalezieniem cukru czy kubka do herbaty, ale ogólnie dobrze radziła sobie z codziennymi obowiązkami, kiedy jej mama była w pracy. W wolnych chwilach siadywała w dużym fotelu i czytała. Chciała jak najszybciej nadrobić te trzy miesiące w czasie, których chorowała. Pracy miała niewiele. Większość materiału dostarczanego przez Mark’a pamiętała, a tego, czego nie wiedziała odnajdywała w książkach znajdujących się w domowej bibliotece.
Pewnego dnia Sophie usłyszała głośne pukanie do drzwi. Z bijącym sercem poszła zobaczyć, kto ją odwiedził.
– Dzień dobry! W czym mogę panu pomóc? – zapytała siwego staruszka stojącego za progiem.
– Sophie nie poznajesz mnie? To ja twój dziadek George.
– Dziadek? A faktycznie mama wspominała, że masz przyjechać. Przepraszam za moje zachowanie, ale to wszystko przez ten wypadek. Wejdź, dziadku i rozbierz się – powiedziała zakłopotana.
Staruszek zdjął płaszcz i udał się za wnuczką do małego saloniku połączonego z kuchnią i jadalnią. W pomieszczeniu znajdowały się kanapa i dwa fotele do kompletu obite brązowym materiałem i mały, szklany stolik. Naprzeciwko okien z zawieszonymi w nim śnieżnobiałymi firankami był kamienny kominek, obok niego stał dębowy stół i cztery krzesła.
Mężczyzna spoczął na kanapie. Po chwili Sophie przyniosła trochę wiśniowego ciasta i gorącą herbatę.
– Poczęstuj się, dziadku – zachęciła staruszka przysuwając do niego talerz z wypiekiem.
– Dziękuję Sophie. Powiedz mi Kochanie jak się czujesz? – spojrzał na wnuczkę zielonymi oczami pełnymi ciepła i dobroci.
– Bardzo dobrze. Trochę czasem denerwują mnie te siniaki, ale zażywam przeróżne mikstury i powoli bledną – pokazała dziadkowi ramię, na którym był wielgachny żółty krwiak.
– To niedługo zniknie. Gorsze rzeczy działy się na wojnie i człowiek musiał sobie radzić.
George zaczął opowiadać wnuczce o latach spędzonych na froncie, walkach trwających na nim, ogromie zniszczeń, do których doprowadzili ludzie pałający chęcią panowania na świecie. Jako czarodziej często ratował nie tylko siebie z opresji, ale i innych walczących. Dziewczyna siedziała obok dziadka i wsłuchiwała się w te opowieści z dużym zainteresowaniem. Przez chwile zapomniała o troskach, które ją dotknęły. Żyła wspomnieniami dziadka, jej bogata wyobraźnia pracowała na najwyższych obrotach. Nie spostrzegła się, kiedy do domu wróciła Isabelle.
George został jeszcze kilka dni w Londynie. Kiedy zorientował się, że nic im nie grozi wrócił do Hiszpanii zapraszając wnuczkę na wakacje do siebie.

***

Kwiecień zbliżał się wielkimi krokami. Śnieg już dawno zniknął z hogwarckich błoni. Trawa powoli przybierała zielony kolor, a przebiśniegi rosnące niedaleko jeziora wystawiły główki w kierunku coraz to cieplejszych promieni słonecznych. Na drzewach pojawiły się pierwsze pąki. Z Zakazanego Lasu niosło się echo ptasich treli zwiastujących, że budowa gniazd idzie znakomicie i niedługo niejedna ptasia rodzina powiększy się o małe pisklęta. Z każdym dniem również rosła temperatura wprawiając uczniów w lepszy nastrój.
Sophie po powrocie do szkoły już z powrotem wciągnęła się w wir nauki. Dowiedziała się, że brała udział w konkursie i że niedługo kolejny etap. Obawiała się czy wiedza, którą kiedyś posiadała jest taka sama jak teraz. Profesor, którego pamiętała, ze szpitala w szkole był zupełnie inny. Zimny, niedostępny dla uczniów. Sympatią obdarzał tylko Ślizgonów, a przecież równo powinien traktować uczniów również innych domów. Na przygotowaniach do konkursu dziewczyna jakoś nie odczuwała niechęci nauczyciela, ale kiedy w drzwiach gabinetu pojawiał się jakiś inny uczeń, a zwłaszcza Mark profesor zmieniał się nie do poznania. Gdyby jego wzrok zabijał większość młodzieży leżałaby na podłodze bez życia.
– Edwards, ile razy mam ci matole powtarzać, że podczas przygotowań do konkursu twoja dziewczyna nie może przebywać w dwóch miejscach na raz? – Severus miał ochotę rzucić na swojego ucznia któreś z niewybaczalnych zaklęć.
– Ale ja muszę jej powiedzieć... Coś ważnego...
– Edwards, jak za sekundę nie znikniesz mi z oczu to wiedz, że do końca roku będziesz dzień w dzień towarzyszył Filch’owi i pani Norris w sprzątaniu szkoły – głos nauczyciela był bardzo stanowczy.
– Do widzenia – powiedział Mark i wyszedł trzaskając drzwiami, co wprawiło Mistrza eliksirów w jeszcze większy gniew.
– Panie Profesorze, co mam jeszcze dodać do tego kociołka? – zapytała, kiedy Snape wyprosił w „grzeczny” sposób jej chłopaka.
– Thompson, nie rób z siebie takiej niezdary, jakim jest większość uczniów w tej szkole. Tu jest przepis na ten eliksir – wskazał jej kartkę leżącą obok rondelka.
– 3 kawałki bulwy tojadu – powiedziała na głos, po czym wzięła mały nożyk i zaczęła kroić roślinę.
– Thompson nie tak, bo inaczej wycieknie trujący sok, który je niebezpieczny dla zdrowia – rzucił zdenerwowany Snape. Pokaże ci jak to się robi – stanął za plecami dziewczyny wziął w swoje dłonie ręce Krukonki i zaczął kierować nimi po korzeniu rośliny.
Był tak blisko niej. Czuł jej delikatny zapach perfum, lekko przyśpieszony oddech spowodowany najprawdopodobniej jego obecnością. Nie odezwała się nawet słowem, kiedy znalazł się blisko niej. Pragnął ją przytulić. Tu i teraz, powiedzieć jak bardzo martwił się o jej zdrowie, kiedy leżała w szpitalu. Wyrzucić z siebie to, że Edwards nie jest jej chłopakiem, ale nie mógł – głos ugrzązł mu w gardle.
– Bardzo ładnie ci to wychodzi – odezwał się w końcu.
– Dziękuję – poruszyła się niebezpiecznie raniąc się w rękę. Auć!
– Sophie, uważaj na drugi raz. Usiądź, przyniosę potrzebne eliksiry i opatrzę ci ranę.
Serce Sophie biło jak oszalałe. Nie wiedziała, w co pogrywa nauczyciel. Chciała stąd uciec, ale z krwawiącą dłonią było to raczej nie na miejscu. Czekała na pojawienie się Nietoperza. Przyszedł po chwili z kilkoma małymi buteleczkami z przeróżnymi miksturami. Wziął jedną z nich i nalał ciecz na dłoń czarownicy. Zapiekło tak mocno, że dziewczyna gwałtownie odsunęła rękę.
– Spokojnie. Poboli i przestanie – przytrzymał kończynę, po czym zaczął robić opatrunek.
Delikatnie obnosił się ze zranioną dłonią swojej uczennicy jakby była zrobiona z kruchego szkła. Kiedy chciał przeciąć bandaż nożyczki wymknęły mu się i dźwięcznie upadły na kamienną posadzkę. Oboje schyli się po nie w tym samym momencie. Ich twarze były niebezpiecznie blisko siebie. Tylko kilka centymetrów dzieliło Sophie i Severusa od pocałunku. Usta nauczyciela powoli zbliżały się do warg uczennicy…

***
Wiem, że już nie żyję, ale cóż ja poradzę, że jestem zła i nieprzewidywalna;)
Notka mi się podoba znaczy pierwsza część i końcowy fragment z Sev'em. Raczej nic nie wniosłam tym rozdziałem prócz niewyobrażalnej ilości opisów, ale postaram się o coś ciekawszego w kolejnym poście... Czekajcie cierpliwie na weekend:P
Mogę się pochwalić, że zdałam maturę i cieszę sie z tego niezmiernie.
Dedykacja dla Merimaat i Annie za to, że przeżywały dzisiejszego dnia niewyobrażalny stres... Z resztą ja też.

8 komentarzy:

  1. Wiesz, że zasłużyłaś na śmierć!
    Powieszę cię, poćwiattuję, zakopię, potem odkopię, ożywię i jeszcze raz to sanmo.
    JAK MOGŁAŚ! Nie lubię cię :(
    Mam nadzieję, że w przyszłym rozdziale... ach moja wyobraźnia pracuje:P
    No ale nic. Nie lubię cię i tak. W każdym razie czekam niecierpliwie na kolejny rozdział

    ~panna Rickman

    OdpowiedzUsuń
  2. 1-świetnie opisane uczucia Izy względem Roberta - urzekłaś mnie tym wspomnieniem
    2-Podoba mi się dziadek z wojenną przeszłością {ach, to zamiłowanie do historii} :) + Hiszpania
    3-ostatnia scena, opiekuńczy Severus i bezradna Sophie {trochę obyty motyw, ale to już Twoja sprawa}, mam nadzieję, że w kolejnym rozdziale będzie gorąco...
    4-zdałam maturę i jestem zadowolona
    Serdecznie pozdrawiam
    P.S Jak Tobie poszło?

    ~Merimaat

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Już wkrótce. Poczekaj, a może nie pożałujesz :)

      merimaat@onet.eu

      Usuń
  3. Ale wybrałaś moment na przerwanie rozdziału!!! BUUU:P Gdyby nie ta dedykacja, to już byłoby po Tobie xD Ciekawe, co się wydarzy w następnej notce xD

    ~Annie

    OdpowiedzUsuń
  4. gratuluje zdania matrury :) podobno matma była straszna :D
    a co do rodziału... owszem zbyt dużo się w nim nie działo, ale można to przełknąć

    ~bóg powieści

    OdpowiedzUsuń
  5. B: Zepsułaś mi humor przerywając w TAKIM momencie. Czekam niecierpliwie na kolejną notkę ;)
    Pozdrawiamy

    ~Bell i Hidney

    OdpowiedzUsuń
  6. Nie! Ja Cię po prostu, najzwyczajniej w świecie zamorduję! Jak mogłaś przerwać w taki momencie? Zła kobieta jesteś xd Czekam na next z niecierpliwością:) Mam nadzieję, że sprawa z Markiem szybko się wyjaśni, bo coś mi się wydaję, że Snape się wygada;p
    Gratuluję zdanej maturki:) ;*

    ~Dżo

    OdpowiedzUsuń
  7. No troszkę musiałaś czekać na ten komentarz, ale miałam małe komplikacje ;)
    Jak zawsze jest ślicznie, te niewyobrażalne ilości opisów mnie urzekły. Podobało mi się to zdanie z ptaszkami ;P Jak ty mogłaś zakończyć w takim momencie, no jak? Nieładnie, nieładnie.
    Czekam na kolejny rozdział i zapraszam do mnie, ponieważ ukazał się nowy rozdział.
    [sensibility-love]

    ~Sensibility

    OdpowiedzUsuń