Wiatr i
deszcz chłostały poszycie dachu, wstrząsały, wiekowymi okiennicami i wdzierały
się niesamowitym jękiem przez wszystkie szczeliny średniowiecznego zamku.
Severus Snape siedział na wysłużonej już kanapie i powoli sączył złocisty płyn
wpatrując się intensywnie w powoli dogasający żar w kominku. Dziękował
niebiosom, że ich moc pozwoliła jej przeżyć. Wciąż w pamięci miał zamknięte
oczy dziewczyny, kiedy podbiegł sprawdzić podstawowe funkcje życiowe, potem jak
brał ją na ręce i teleportował ich wprost do Munga. Jej prawie płytki oddech
nie wróżył, że może przeżyć. A jednak... Zrobiła to. Chęć pozostania wśród
żywych była silniejsza. Po raz kolejny upił łyk Ognistej. Odchylił głowę do
tyłu i lekko westchnął. „Jeżeli Tom zdoła przekonać wymiar sprawiedliwości, że
to z różdżki Roberta, a nie jego wyłoniła się śmiercionośna wiązka światła to
ojciec dziewczyny resztę życia spędzi w Azkabanie”.
Podszedł
do otwartego okna. Deszcz uderzał z impetem o jego bladą twarz. Moczył szatę i
wdzierał się do pomieszczenia tworząc dosyć dużą kałużę na kamiennej posadzce.
„Czemu zgodziłem się na tę wizytę? Czemu nie zabrałem jej od razu do Hogwartu?”
– pytał się w myślach Severus.
Odsunął
się od okna żałując, że nie ma kolejnej flaszki Ognistej lub czegokolwiek, co
pomogłoby mu położyć kres przeklętej samotności. Dopiero teraz zrozumiał, że
zależy mu na Sophie. Może nie kochał jej jak Lily, ale była ważną kobietą w
jego życiu. Zacisnął powieki i ciężko oparł się o ścianę. Wysączył ostatnie
krople trunku i wypuścił szklankę z bezwładnych palców, z satysfakcją
nasłuchując jak rozbija się o podłogę.
***
Przeszywający
całe ciało ból powoli ustępował. Sophie z trudem otworzyła oczy. Jaskrawe
światło raziło ją utrudniając widzenie. Ponownie przymknęła powieki. Kiedy już
w miarę mogła ujrzeć to co ma przed sobą zobaczyła tylko nicość. Wokół niej
niczego nie było.Świat stał się niczym niezapisaną kartką. Błądziła bez celu
licząc na pojawianie się chociażby jednej znajomej twarzy. Nikt jednak nie
nadchodził. Usiadła zmęczona na środku i zaczęła płakać. Rzewne łzy spływały po
policzkach mocząc białą jak śnieg sukienkę dziewczyny. Próbowała sobie
przypomnieć jakieś wydarzenie z jej życia. Bezskutecznie. Przypomniała sobie
jedynie głupie formułki, które przychodziły jej do głowy z niebywałą łatwością.
Zrezygnowana jeszcze bardziej się rozpłakała. Nagle poczuła czyjąś doń na swoim ramieniu. Uniosła powoli głowę.
Zrezygnowana jeszcze bardziej się rozpłakała. Nagle poczuła czyjąś doń na swoim ramieniu. Uniosła powoli głowę.
– Kim
jesteś? – spytała białowłosą postać u jej boku.
–
Kochanie, nie poznajesz mnie? To ja twoja babcia Aurelia – powiedziała
staruszka z troską w głosie głaszcząc dziewczynę po włosach.
– Gdzie
jest mój dom? Gdzie się teraz znajduje? – Krukonka czuła się zagubiona. Czy
mogę Ci zaufać?
– Sophie
oczywiście – uśmiechnęła się lekko i podała jej rękę.
– Babciu,
czy możesz mi powiedzieć gdzie ja jestem? Dlaczego nic nie pamiętam? – wciąż te
same pytania wydostawały się z ust czarownicy.
– Jesteś
w niebie.
–
Umarłam? – oczy dziewczyny momentalnie zaszkliły się.
– Nie,
ale twoje ciało i dusza potrzebują odpoczynku. Za dużo ostatnio przeszłaś –
kobieta przytuliła swoją wnuczkę. Pamiętaj, że po przebudzeniu nie będziesz
pamiętać naszego spotkania, ale nowe umiejętności przyjmij ze spokojnym sercem
– babcia Sophie powoli zaczęła oddalać się od niej.
– Jakie
umiejętności? Babciu... nie zostawiaj mnie samej – dziewczyna biegła ile sił w
nogach.
***
W
pokoju panował półmrok. Jedynym źródłem światła była mała lampka
stojąca na nocnym stoliku. Isabelle Thopmson siedziała na wielkim łóżku i
wpatrywała się tępo w jeden tylko sobie znany punkt. Targały nią wyrzuty
sumienia. Zastanawiała się czy to przez nią Sophie leży teraz w szpitalu bez
życia, a Robert trafił do Azkabanu. Mimowolnie uroniła łzę, ale usiała być
silna. W każdym momencie mogli powiadomić ją o śmierci córki...
–
Kochanie, nie zadręczaj się tak. To nie twoja wina. Twój były nie chciał zrobić
jej krzywdy. On polował na mnie – nagle do pokoju wszedł Tom.
– Tom
zrozum jest mi źle. Najpierw mnie dopadają jakieś zbiry i to jeszcze we własnym
domu, potem Robert przychodzi do ciebie. Chce się zemścić, a kara spotyka
Sophie – kobieta przytuliła się do narzeczonego.
–
Wszystko będzie dobrze – pogładził ją po włosach. Delikatnie podniósł jej
podbródek i zaczął całować. Wszystko się ułoży po ślubie. Zobaczysz. Sophie na
pewno wyzdrowieje – szeptał Isabelle do ucha.
– Nie
będzie żadnego ślubu! – oderwała się od Toma jak oparzona. A teraz idź do
siebie. Nie mam ochoty na przytulanie, ani nic więcej – krzyknęła.
Czarny
Pan wyszedł z sypialni przyszłej żony niepocieszony. Pierwszy raz, od kiedy są
razem mu odmówiła. Odważyła się przeciwstawić tak potężnemu czarodziejowi jak
on. Pomimo dosyć później pory postanowił przywołać Severusa do siebie.
– Witaj!
W czym mogę pomóc Panie?
–
Dopilnuj tego, żeby tego frajera Roberta zamknęli w wiezieniu i to bez procesu,
bo przecież wiadomo, że to on zaatakował Sophie. A i masz bardzo ładne papucie
Severusie – Voldemort zaśmiał się na cały głos.
– Gdybyś
mnie prawie z łóżka nie wzywał to byś nie miał takich widoków Panie – rzucił
ironicznie Mistrz eliksirów. Zobaczę, co da się zrobić – mężczyzna teleportował
się z trzaskiem.
Kolejnego
dnia Mistrz eliksirów pojawił się ponownie w willi przy Green Street informując
pana domu, że Robert Thompson resztę życia odsiedzi w więzieniu na Morzu
Północnym.
***
Severus
święta po raz kolejny spędził samotnie. Jedyną pociechą, jaką miał były nocne
spotkanie z Sophie. Przychodził codziennie niezauważony przez nikogo. Leżała
tam na szpitalnym łóżku taka cicha i bezbronna, podłączona do tych wszystkich
aparatów podtrzymujących życie. Przypominał sobie wszystkie ich pyskówki.
Potrzebne lub nie, ale teraz tak bardzo pożądane. Głaskał po zimnej dłoni i
mówił, lecz dziewczyna nawet nie drgnęła. Puls tak samo nikły jak na początku
nie wskazywał na poprawę stanu Krukonki.
*
Wychodząc
ze szpitala po raz ostatni w starym roku zacisnął poły płaszcza wysoko pod
szyją. Było mu zimno – zimniej niż kiedykolwiek w życiu. Okrycie wierzchnie,
mimo iż uszyte z grubej wełny jakoś jednak nie chroniło. Bardziej przydałaby
się karafka Ognistej. Mógłby wczołgać się w jakieś ciemne, chłodne miejsce i
pić, aż trunek zagłuszy wszystkie zmysły, aż nic na ziemi nie miałoby do niego
wstępu. W oddali ujrzał rozświetlone niebo tysiącami fajerwerków.
–
Wszystkiego najlepszego w Nowym Roku Severusie, oby ten rok był lepszy od
poprzedniego – wypowiedział ironicznie formułkę noworocznych życzeń.
Miał
nadzieję, że jego prośba zostanie wysłuchana i jego uczennica powróci do
zdrowia.
*
Sophie
błądziła po bezkresnych połaciach swojej podświadomości nie licząc na to, że w
ogóle odzyska swoje ciało. Nagle jakaś siła kazała jej wrócić stamtąd skąd
przybyła. Ujrzała dziewczynę podobną do siebie lezącą na szpitalnym łóżku, a
przy niej siedział jakiś obcy mężczyzna w dłuższych czarnych włosach. Podeszła
bliżej. Chciała coś powiedzieć, ale głos zatrzymał jej się w gardle. „Czyżby
był moim ojcem? Nie.Za młody. Chłopakiem, a może mężem?” – pytała się w
myślach. Nieznajomy uniósł się powoli, odgarnął kosmyk włosów z czoła
dziewczyny, nachylił się i złożył delikatny pocałunek na bladym policzku
chorej. W tym samym momencie duch Krukonki powrócił do jej ciała powodując
nagłe podwyższenie tętna dziewczyny. Severus zamarł w bezruchu...
*
Trochę
bałam się o swoje życie po opublikowaniu ostatniego postu, dlatego postanowiłam
wyskrobać trochę weny i napisać coś wcześniej niż planowałam. Sądzę, że notka
was usatysfakcjonuje (ja jestem z niej średnio zadowolona) i dacie jeszcze
trochę pożyć;)
Tym razem dedykacja dla Panny Rickman, bo butelka Ognistej powinna być zawsze pełna:D
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz