wtorek, 14 sierpnia 2012

XLV

Odbicie w lusterku nie kłamało.
Jak mogła nie zauważyć tego rano, kiedy brała prysznic i wcierała w buzię nawilżający krem? Giovanna Vasco była bardzo zaniepokojona dziwnymi znamionami, jakie pojawiły się na szyi Krukonki. Sophie ledwo się wybroniła od tego, żeby nie zostać zaprowadzonym do Skrzydła Szpitalnego. Pani Pomfrey z pewnością miałaby maść na takiego typu „urazy”; leczyła już na tyle długo w Hogwarcie, że pewnie nie zdziwiłoby ją, że kolejna z uczennic potrzebuje zakryć miłosne siniaki. Jednak Sophie Thompson nie zniosłaby takiego… upokorzenia i poniżenia. Zawsze przecież broniła się przed jakimikolwiek skandalami i plotkami. To był cud, że udało jej się odwieść Giovannę od jej genialnego pomysłu. Dobrze, że chłopcy byli na tyle nieuważni, że nie zainteresowali się paplaniem panny Vasco.
Przeklinała w duchu swoją głupotę i lekkomyślność, kiedy schodziła schodami do lochów w przerwie pomiędzy zajęciami. Snape był sprawcą tego całego zamieszania, dlatego musiała iść do niego. Przez całą drogę ułożyła sobie przemówienie, które mu wygłosi. Obiecała też sobie, że nie ulegnie znów pokusie i nie poniży się tak jak ostatnio, zgadzając się na tak intymne pocałunki.
Jeszcze chwilę zastanawiała się, zanim zastukała palcem do sali eliksirów, w której zawsze mieli zajęcia ze Snapem.
Puk, puk.
Nikt jej nie odpowiedział, dlatego nacisnęła klamkę, ale w tym samym momencie ktoś z drugiej strony otworzył drzwi, a ona uderzyła nosem o coś dość twardego. Uniosła powoli oczy i ujrzała wściekłego Snape’a. Do tego był usmolony jakąś czarną mazią.
– Czego chcesz, Thompson? – warknął na powitanie, łypiąc na nią groźnie. – Lekcje mamy za cztery godziny.
– Dzień dobry, profesorze – mruknęła, wchodząc bez zaproszenia do środka. Obiegła wzrokiem całą pracownię eliksirów. W kilku kociołkach równocześnie bulgotały eliksiry, zapach unoszący się w powietrzu przypomniał jej znoszone, dziurawe skarpetki wuja Harolda, owoc Durian oraz padlinę. Tak śmierdzących mikstur jeszcze nie widziała, co ciekawe ich kolory zupełnie przeciwstawiały się aromatowi, jaki wydobywał się z kociołków.
– Chyba nie przyszłaś tu na inspekcję czystości? Mów, czego chcesz, bo nie mam dla ciebie czasu!
– Niech pan zobaczy, co mi wczoraj zrobił – odsłoniła szyję tak, aby dokładnie dostrzegł kilka siniaków.
Prychnął i wzruszył ramionami.
– Idź z tym do Poppy.
– Nie mogę.
Spojrzał na nią zdziwiony. Wrócił do mieszania cieczy w kociołkach.
– Poppy widziała gorsze rzeczy niż malinki na szyi, Thompson. Na pewno jej tym nie przestraszysz – sarknął. – A teraz wynoś się stad, bo nie mam czasu na jakieś dyrdymały! – wskazał jej dłonią otwarte drzwi.
Zacisnęła nerwowo zęby i wycedziła:
– Nazywa pan to DYRDYMAŁEM? To, że prawie siłą wymusił pan na mnie pocałunek? Myśli pan, że nie wiem jak by się to skończyło? Proszę nie robić ze mnie idiotki!
– Uspokój się, Thompson, bo odejmę twojemu domowi punkty – ostrzegł ją. – Myślałem, że wczoraj zakończyliśmy wszelakie dyskusje na temat… Sama wiesz, na jaki! Uznaję sprawę za zakończoną. Ty masz swój świat, ja mam swój. Twoi rówieśnicy, nawet z mózgiem wielkości orzeszka laskowego, są zdecydowanie lepsi od dojrzałego mężczyzny po przejściach. Jestem przekonany, że prędzej czy później znajdziesz odpowiedniego kandydata, który będzie ci odpowiadał z intelektem i nie będzie mieć wypalonego Mrocznego Znaku na przedramieniu Jesteś młoda, szybko zapomnisz o kimś takim jak ja – powiedział spokojnie, lekko nauczycielskim tonem. – Nie patrz się tak na mnie, bo głupio wyglądasz – rzucił oschle, wychodząc na chwilę z sali.
Sophie nie wiedziała, co ma na ten temat myśleć. W głowie miała zupełną pustkę. Snape ma rację, nie powinna obarczać go takimi głupotami. Zajrzała jeszcze raz od kociołków i wyszła z pracowni.
– Thompson, gdzie leziesz? – dobiegł ją jego głos.
– Kazał mi pan, profesorze sobie iść, więc…
– Trzymaj tę cholerną maść – wcisnął jej w ręce słoiczek z pomarańczową mazią. – Wcieraj to trzy razy przez pięć dni i ani dnia więcej. Nie wychodź przy tym na słońce, bo zostaną ci przebarwienia. Coś jeszcze?
– Niech się pan porządnie wyszoruje, a nos w szczególności – uśmiechnęła się chytrze. – Dziękuję za maść.
Zniknęła, zanim zaczął jej nawymyślać.

*

Krukonka już od kwadransa siedziała w gabinecie Albusa Dumbledore’a. Poszła zaraz do niego, kiedy nałożyła maść od Snape’a. Znamiona trochę zbledły, a resztę niedoskonałości dokładnie schowała za pudrem kryjącym. Kołnierzyk zaciągnęła wyżej niż to powinno być. Staruszek po wysłuchaniu prośby dziewczyny, wziął do ust jeden drops (Sophie odmówiła łakoci) i zadumał się.
– No cóż, panno Thompson, nie spodziewałem się tego po tobie – głos dyrektora był spokojny i rzeczowy, kiedy wreszcie przemówił.
– Proszę mnie zrozumieć, dyrektorze. Moja mama potrzebuje opieki. Ona się nie chce przyznać, że choroba ją przerasta. Muszę wrócić do domu, przy okazji zajmę się pewnym eliksirem, nad którym pracuje moja mama. Przerwała badania, a mnie się wydaje, że to może zrewolucjonizować dotychczasową medycynę – mówiła stanowczo.– Proszę tylko o kilka podpisów i list polecający; wszak wszystko zależy przecież od Ministra.
Znów zapadała cisza. Sophie trochę to irytowało, że nie można podjąć decyzji trochę szybciej. Jak tak dalej pójdzie, to spóźni się na zajęcia do Snape’a.
– Masz rację. To tylko kilka podpisów. Jednak ja też mam do ciebie prośbę – w jego niebieskich oczach niebezpiecznie błysnęły zadziorne ogniki.
– Słucham. W czym mogłabym panu pomóc, dyrektorze? – spojrzała uważnie na mężczyznę.
– Chodzi oto, że potrzebuję…

*

Dwa dni później dostała pozytywną odpowiedź, co do pisania OWuTeMów. Nie kryła zaskoczenia i zadowolenia, kiedy otworzyła kopertę z Ministerstwa z listem w środku. Jednak wśród euforii, jaką odczuła, znalazła się też nutka niepewności.Czy sobie poradzi? Na jakie oceny pozalicza egzaminy? Ma mało czasu na przestudiowanie potrzebnych ksiąg, ale poradzi sobie. Musiała jednak pomóc mamie i uwolnić się w końcu od Snape’a. Ostatnio miał rację, że powinni o sobie zapomnieć. Będzie to trudne, bo naprawdę zżyła się z nim, podobało się jej jak zachłannie całował ją swoimi wąskimi ustami, jak jego ręce błądziły po jej ciele. Doszła do wniosku, że jest… był jej pierwszym mężczyzną. No może nie do końca, ale to właśnie dzięki niemu poznała smak prawdziwych pocałunków, dreszczu niepewności i podniecenia. Kiedy tak naprawdę zdała sobie sprawę z tego, co ich łączyło, rzuciła się na łóżko i zaczęła płakać.

*

– Do końca zdurniałeś, Dumbledore? – gniewny głos Severusa Snape’a roznosił się po okrągłym gabinecie dyrektora Hogwartu. Chodził w te i z powrotem, robiąc niemalże dziuręw podłodze – Oni ją pożrą szybciej niż mnie, jest na to NIEPRZYGOTOWANA!
– Ona jest silna, da sobie radę – uspokajał go staruszek. – Pomożesz jej przejść przez najgorsze piekło, a później ją wesprzesz, gdyby miała jakieś wątpliwości. Nie miała nic przeciwko temu, żeby nam pomóc. Mówię ci, że taka osoba się tam przyda. Zwycięstwo mamy w kieszeni – uderzył otwartą dłonią w blat biurka, tak mocno, że aż dropsy podskoczyły w czarce. Faweks leniwie spojrzał na swojego pana i poruszał zniecierpliwiony główką. – Zresztą i tak zrobisz, to co ci każę i jeszcze mi za to podziękujesz.
– Tak jest…PANIE – odparł kąśliwie Severus. – Mam nadzieję, że wiesz, co robisz.
– Ja nigdy nie podejmuję pochopnych decyzji. Możesz odejść, wezwę cię i dam ci wskazówki, kiedy nadejdzie odpowiednia pora.
Zadowolenie malowało się na twarzy Albusa, kiedy jego szpieg opuszczał gabinet.

*

Trudno było wytłumaczyć Markowi i Bobby’emu decyzję, którą podjęła Krukonka. Nie rozumieli, że dla dziewczyny najważniejsza jest teraz mama. Próbowali ją przekonać do zmiany decyzji, ale była nieugięta. Trwała w swoim postanowieniu. W końcu poddali się i życzyli koleżance powodzenia.
Również Isabelle chciała ponownie odwieść córkę od tak szalonego pomysłu, ale Sophie nie dała sobą manipulować. Podjęła już decyzje, których za żadne skarby nie da się zmienić…

***

Taki krótki, ważny rozdział:D
Wena naciskała i takie coś mamy;) Wasza niepewność rośnie z rozdziału na rozdział, ale Albus nie myśli o tym, o czym Wy myślicie:P
Sev tak jakby wrócił do swojej opryskliwości, dawno go takiego nie widziałam... Chowa się chłopak, chowa, z uczuciami znaczy się!

Haha - logika zdana [szczerzy się]

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz