Odbicie w
lusterku nie kłamało.
Jak mogła
nie zauważyć tego rano, kiedy brała prysznic i wcierała w buzię nawilżający
krem? Giovanna Vasco była bardzo zaniepokojona dziwnymi znamionami, jakie
pojawiły się na szyi Krukonki. Sophie ledwo się wybroniła od tego, żeby nie
zostać zaprowadzonym do Skrzydła Szpitalnego. Pani Pomfrey z pewnością miałaby
maść na takiego typu „urazy”; leczyła już na tyle długo w Hogwarcie, że pewnie
nie zdziwiłoby ją, że kolejna z uczennic potrzebuje zakryć miłosne siniaki. Jednak
Sophie Thompson nie zniosłaby takiego… upokorzenia i poniżenia. Zawsze przecież
broniła się przed jakimikolwiek skandalami i plotkami. To był cud, że udało jej
się odwieść Giovannę od jej genialnego pomysłu. Dobrze, że chłopcy byli na tyle
nieuważni, że nie zainteresowali się paplaniem panny Vasco.
Przeklinała
w duchu swoją głupotę i lekkomyślność, kiedy schodziła schodami do lochów w
przerwie pomiędzy zajęciami. Snape był sprawcą tego całego zamieszania, dlatego
musiała iść do niego. Przez całą drogę ułożyła sobie przemówienie, które mu
wygłosi. Obiecała też sobie, że nie ulegnie znów pokusie i nie poniży się tak
jak ostatnio, zgadzając się na tak intymne pocałunki.
Jeszcze
chwilę zastanawiała się, zanim zastukała palcem do sali eliksirów, w której
zawsze mieli zajęcia ze Snapem.
Puk, puk.
Nikt jej
nie odpowiedział, dlatego nacisnęła klamkę, ale w tym samym momencie ktoś z
drugiej strony otworzył drzwi, a ona uderzyła nosem o coś dość twardego.
Uniosła powoli oczy i ujrzała wściekłego Snape’a. Do tego był usmolony jakąś
czarną mazią.
– Czego
chcesz, Thompson? – warknął na powitanie, łypiąc na nią groźnie. – Lekcje mamy
za cztery godziny.
– Dzień
dobry, profesorze – mruknęła, wchodząc bez zaproszenia do środka. Obiegła
wzrokiem całą pracownię eliksirów. W kilku kociołkach równocześnie bulgotały
eliksiry, zapach unoszący się w powietrzu przypomniał jej znoszone, dziurawe
skarpetki wuja Harolda, owoc Durian oraz padlinę. Tak śmierdzących mikstur
jeszcze nie widziała, co ciekawe ich kolory zupełnie przeciwstawiały się
aromatowi, jaki wydobywał się z kociołków.
– Chyba
nie przyszłaś tu na inspekcję czystości? Mów, czego chcesz, bo nie mam dla
ciebie czasu!
– Niech
pan zobaczy, co mi wczoraj zrobił – odsłoniła szyję tak, aby dokładnie
dostrzegł kilka siniaków.
Prychnął
i wzruszył ramionami.
– Idź z
tym do Poppy.
– Nie
mogę.
Spojrzał
na nią zdziwiony. Wrócił do mieszania cieczy w kociołkach.
– Poppy
widziała gorsze rzeczy niż malinki na szyi, Thompson. Na pewno jej tym nie
przestraszysz – sarknął. – A teraz wynoś się stad, bo nie mam czasu na jakieś
dyrdymały! – wskazał jej dłonią otwarte drzwi.
Zacisnęła
nerwowo zęby i wycedziła:
– Nazywa
pan to DYRDYMAŁEM? To, że prawie siłą wymusił pan na mnie pocałunek? Myśli pan,
że nie wiem jak by się to skończyło? Proszę nie robić ze mnie idiotki!
– Uspokój
się, Thompson, bo odejmę twojemu domowi punkty – ostrzegł ją. – Myślałem, że
wczoraj zakończyliśmy wszelakie dyskusje na temat… Sama wiesz, na jaki! Uznaję
sprawę za zakończoną. Ty masz swój świat, ja mam swój. Twoi rówieśnicy, nawet z
mózgiem wielkości orzeszka laskowego, są zdecydowanie lepsi od dojrzałego
mężczyzny po przejściach. Jestem przekonany, że prędzej czy później znajdziesz
odpowiedniego kandydata, który będzie ci odpowiadał z intelektem i nie będzie
mieć wypalonego Mrocznego Znaku na przedramieniu Jesteś młoda, szybko zapomnisz
o kimś takim jak ja – powiedział spokojnie, lekko nauczycielskim tonem. – Nie
patrz się tak na mnie, bo głupio wyglądasz – rzucił oschle, wychodząc na chwilę
z sali.
Sophie
nie wiedziała, co ma na ten temat myśleć. W głowie miała zupełną pustkę. Snape
ma rację, nie powinna obarczać go takimi głupotami. Zajrzała jeszcze raz od
kociołków i wyszła z pracowni.
– Thompson,
gdzie leziesz? – dobiegł ją jego głos.
– Kazał
mi pan, profesorze sobie iść, więc…
– Trzymaj
tę cholerną maść – wcisnął jej w ręce słoiczek z pomarańczową mazią. – Wcieraj
to trzy razy przez pięć dni i ani dnia więcej. Nie wychodź przy tym na słońce,
bo zostaną ci przebarwienia. Coś jeszcze?
– Niech
się pan porządnie wyszoruje, a nos w szczególności – uśmiechnęła się chytrze. –
Dziękuję za maść.
Zniknęła,
zanim zaczął jej nawymyślać.
*
Krukonka
już od kwadransa siedziała w gabinecie Albusa Dumbledore’a. Poszła zaraz do
niego, kiedy nałożyła maść od Snape’a. Znamiona trochę zbledły, a resztę
niedoskonałości dokładnie schowała za pudrem kryjącym. Kołnierzyk zaciągnęła
wyżej niż to powinno być. Staruszek po wysłuchaniu prośby dziewczyny, wziął do
ust jeden drops (Sophie odmówiła łakoci) i zadumał się.
– No cóż,
panno Thompson, nie spodziewałem się tego po tobie – głos dyrektora był
spokojny i rzeczowy, kiedy wreszcie przemówił.
– Proszę
mnie zrozumieć, dyrektorze. Moja mama potrzebuje opieki. Ona się nie chce
przyznać, że choroba ją przerasta. Muszę wrócić do domu, przy okazji zajmę się
pewnym eliksirem, nad którym pracuje moja mama. Przerwała badania, a mnie się
wydaje, że to może zrewolucjonizować dotychczasową medycynę – mówiła
stanowczo.– Proszę tylko o kilka podpisów i list polecający; wszak wszystko
zależy przecież od Ministra.
Znów
zapadała cisza. Sophie trochę to irytowało, że nie można podjąć decyzji trochę
szybciej. Jak tak dalej pójdzie, to spóźni się na zajęcia do Snape’a.
– Masz
rację. To tylko kilka podpisów. Jednak ja też mam do ciebie prośbę – w jego
niebieskich oczach niebezpiecznie błysnęły zadziorne ogniki.
–
Słucham. W czym mogłabym panu pomóc, dyrektorze? – spojrzała uważnie na
mężczyznę.
– Chodzi
oto, że potrzebuję…
*
Dwa dni
później dostała pozytywną odpowiedź, co do pisania OWuTeMów. Nie kryła
zaskoczenia i zadowolenia, kiedy otworzyła kopertę z Ministerstwa z listem w
środku. Jednak wśród euforii, jaką odczuła, znalazła się też nutka
niepewności.Czy sobie poradzi? Na jakie oceny pozalicza egzaminy? Ma mało czasu
na przestudiowanie potrzebnych ksiąg, ale poradzi sobie. Musiała jednak pomóc
mamie i uwolnić się w końcu od Snape’a. Ostatnio miał rację, że powinni o sobie
zapomnieć. Będzie to trudne, bo naprawdę zżyła się z nim, podobało się jej jak
zachłannie całował ją swoimi wąskimi ustami, jak jego ręce błądziły po jej
ciele. Doszła do wniosku, że jest… był jej pierwszym mężczyzną. No może nie do
końca, ale to właśnie dzięki niemu poznała smak prawdziwych pocałunków, dreszczu
niepewności i podniecenia. Kiedy tak naprawdę zdała sobie sprawę z tego, co ich
łączyło, rzuciła się na łóżko i zaczęła płakać.
*
– Do
końca zdurniałeś, Dumbledore? – gniewny głos Severusa Snape’a roznosił się po
okrągłym gabinecie dyrektora Hogwartu. Chodził w te i z powrotem, robiąc
niemalże dziuręw podłodze – Oni ją pożrą szybciej niż mnie, jest na to
NIEPRZYGOTOWANA!
– Ona
jest silna, da sobie radę – uspokajał go staruszek. – Pomożesz jej przejść
przez najgorsze piekło, a później ją wesprzesz, gdyby miała jakieś wątpliwości.
Nie miała nic przeciwko temu, żeby nam pomóc. Mówię ci, że taka osoba się tam
przyda. Zwycięstwo mamy w kieszeni – uderzył otwartą dłonią w blat biurka, tak
mocno, że aż dropsy podskoczyły w czarce. Faweks leniwie spojrzał na swojego
pana i poruszał zniecierpliwiony główką. – Zresztą i tak zrobisz, to co ci każę
i jeszcze mi za to podziękujesz.
– Tak
jest…PANIE – odparł kąśliwie Severus. – Mam nadzieję, że wiesz, co robisz.
– Ja
nigdy nie podejmuję pochopnych decyzji. Możesz odejść, wezwę cię i dam ci
wskazówki, kiedy nadejdzie odpowiednia pora.
Zadowolenie
malowało się na twarzy Albusa, kiedy jego szpieg opuszczał gabinet.
*
Trudno
było wytłumaczyć Markowi i Bobby’emu decyzję, którą podjęła Krukonka. Nie
rozumieli, że dla dziewczyny najważniejsza jest teraz mama. Próbowali ją
przekonać do zmiany decyzji, ale była nieugięta. Trwała w swoim postanowieniu.
W końcu poddali się i życzyli koleżance powodzenia.
Również
Isabelle chciała ponownie odwieść córkę od tak szalonego pomysłu, ale Sophie
nie dała sobą manipulować. Podjęła już decyzje, których za żadne skarby nie da
się zmienić…
***
Taki
krótki, ważny rozdział:D
Wena
naciskała i takie coś mamy;) Wasza niepewność rośnie z rozdziału na rozdział,
ale Albus nie myśli o tym, o czym Wy myślicie:P
Sev tak
jakby wrócił do swojej opryskliwości, dawno go takiego nie widziałam... Chowa
się chłopak, chowa, z uczuciami znaczy się!
Haha -
logika zdana [szczerzy się]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz