Skończyłam 21 lat o.O
Don’t have to do this on your own
Together we are strong
We don’t need anyone
No matter what they say
The time has come
I’m ready now to start a new begining
with all our hopes and all our dreams
and i know the stars will shine for you and for me
from the moment you believe
I know they think that i’m not good for you
but we both know that they’re wrong
together we can fight show everyone we’re right
I don’t care what they say, our time has come
I’m ready now to start a new begining
with all our hopes and our dreams
and i know the stars will shine for you and for me
from the moment you believe
When you believe there’s nothing you can’t overcome
When you believe the earth is brighter than the sun
I believe
(When you believe there’s nothing you can’t overcome)
I’m ready now to start a new begining
with all our hopes and our dreams
and i know the stars will shine for you and for me
from the moment you believe"
Melanie C - "The Moment You Belive"
Głośne
brzęczenie, gdzieś w okolicy lewego ucha nie pozwoliło Severusowi dalej znajdować
się w sennych marzeniach, w które zapadł zaledwie przed dwoma godzinami,
zmęczony po kolejnej rundzie miłości. Otworzył najpierw jedno oko, potem
drugie, by przyzwyczaić źrenice do porannego światła. Dostrzegł ogromną muchę
latającą tuż nad jego nosem. Owad wirował nad łóżkiem jak oszalały, wydając
przy tym denerwujące dźwięki. Stłumił przekleństwo, próbując jak najciszej
pozbawić tego przeklętego owada życia, tak by nie obudził śpiącej smacznie obok
niego panny Thompson. Najwidoczniej jednak to małe stworzonko, nie kwapiło się
do opuszczenia tego ziemskiego padołu i nadal, pomimo usilnych starań Snape’a,
nie udało mu się go złapać. Uciszyło ją dopiero jedno ciche, niewinnie
wypowiedziane zaklęcie – Avada Kedavra.
Zadowolony z
siebie, odłożył różdżkę na nocny stolik i z powrotem wślizgnął się pod ciepłą
pościel, na której odznaczało się lekko opalone, nagie ciało i burza ciemnych
włosów Sophie. Uśmiechnął się, na widok tego ślicznego anioła, leżącego na
brzuchu i tulącego do siebie poduszkę.
Pragnął leżeć
tak bez końca, trzymać ją w objęciach i łudzić się, że należy do niego, zasnąć
z uczuciem, że ma jeszcze na tym świecie coś, dla czego warto żyć. Nigdy by mu
do głowy nie przyszło, że kiedykolwiek będzie czuł się tak niewyobrażalnie szczęśliwy. A teraz… teraz ten piękny
sen, który czasem go nawiedzał, wreszcie się ziścił. Miał obok siebie kobietę,
którą bardzo… która zajmowała ważne
miejsce w jego życiu. Nie chciał jej już nigdy
stracić. Choć tak bardzo się od siebie różnili – ona przez całe dotychczasowe
życie miała pełną, szczęśliwą rodzinę i bezproblemowe dzieciństwo, a on ciągłe
awantury, pijackie…
Nie!
Nie będzie
się nad sobą użalał! Musi być silny! Inaczej nie nazywałby się Severus Snape!
Po raz
pierwszy od wielu lat marzył, by zasnąć i zamiast przeżywać koszmary, w których
jawiły mu się dawne winy, dręcząc go co noc, marzyć o szczęśliwej przyszłości,
która go czeka. Przyszłości, niebędącej wyłącznie pokutą za grzechy. Sophie
mogła sprawić, by z czasem zapomniał o przeszłości.
Nakrył ją kołdrą,
nie chcąc by pomimo wakacyjnej pogody przeziębiła się. Mruknęła coś
niezrozumiale i wtuliła się jeszcze bardziej w poduszkę. Objął ją lekko,
starając się nie obudzić i głaskał subtelnie opuszkami palców jej plecy wzdłuż
linii kręgosłupa i prawego obojczyka.
Całkiem go zaskoczyła
jej wczorajsza reakcja, gdy po raz pierwszy dotknęła nieśmiało jego wstrętnych,
pokrytych bliznami pleców; jak pieściła zapamiętale Mroczny Znak. Potem rosnący
w niej żar namiętności o mało go nie spalił. Była ognista i słodka zarazem, pożądliwa,
a równocześnie niewinna… Jej zmysłowość była naturalna, jawna i szczera.
Pragnęła go, ochoczo tuliła go w objęciach i ta świadomość napełniała Severusa
niezwykłym szczęściem, niemal równie wielkim jak ekstaza miłosna. Trzeba to
było przyznać, że Sophie miała niespożytą energię i zadziwiające pomysły na to
jak można na wiele sposobów nie nudzić się w łóżku. Zadziwiało go to, ale
również był zadowolony, że szybko uczy się tej jakże przyjemnej sfery życia
człowieka.
Odgarnął
niesforny kosmyk, który mógł łaskotać Sophie w nos i złożył na jej ciepłym
policzku delikatnego całusa. Sen całkowicie odszedł, dlatego postanowił, że
zanim dziewczyna się obudzi, zadba o to, by miała przyszykowane smakowite
śniadanie i gorącą kąpiel.
*
Zapach
świeżo zaparzonej kawy dotarł do nozdrzy będącej w półśnie Sophie. Przewróciła
się na plecy, okrywając się szczelniej kołdrą, gdyż poczuła na ciele chłodny
powiew wiatru. Leżała tak chwilę pod przykryciem, rozkoszując się ciepłem.
Przejechała dłonią wzdłuż miękkiego materaca, szukając śladów obecności Severusa
w łóżku. Miejsce po jego stronie było puste i zimne, a przecież jeszcze przed
kilkoma godzinami, kiedy po raz kolejny się z nią kochał, nie dał jej w ogóle
poznać, że kiedy nadejdzie świt po prostu ją zostawi. Sądziła, że obudzi się w
jego ramionach szczęśliwa i wypoczęta, a poczuła ukłucie zawodu, że nie
potrafiła go przy sobie zatrzymać. Poszedł sobie, nie chciał leżeć obok niej i
cieszyć się z bliskości. Może nie miała tyle doświadczenia, co inne jego
kochanki, ale starała się. Zdawało jej się, że lektura „Arcanum Amor” w
zupełności wystarczy, ale się zawiodła. Widocznie sama teoria, jaka była
zawarta w książce, nie wystarczyła, by mieć przy sobie Severusa. Zastanawiała
się, dlaczego przeciwieństwa się przyciągają. Tak bardzo się od siebie różnili.
Pod każdym względem. Ich uczucia nigdy nie mogłyby wyjść poza wzajemną
fascynację. Namiętność i pożądanie kiedyś się wypali, a to co zostanie z pewnością
nie wystarczy by zbudować trwały i udany związek. Nie mogliby żyć razem w
harmonii i szczęściu. Była głupia, że wczoraj dała się ponieść emocjom. Co
sobie myślała, że czeka ich szczęśliwa przyszłość?
Głupia!
Głupia! Głupia!
Nagle
zebrało jej się na płacz. Szybko jednak powstrzymała się od wyrzucenia z siebie
żalu i dziwnej pustki, gdyż usłyszała ciche kroki. Udała, że nadal śpi, kiedy
czyjaś dłoń odgarnęła jej włosy z czoła.
– Pobudka,
moja śpiąca królewno – zmysłowy głos Severusa spowodował, że puls jej
przyspieszył. – To grzech spać tak długo.
– To twoja
wina – mruknęła, siadając na łóżku. Okryła się prześcieradłem, które leżało
zmięte na łóżku. – Wszystko mnie boli, czuję jakby moje ciało było z ołowiu.
– Jesteś
pewna, że to tylko moja wina? – w
głosie Severusa usłyszała lekkie rozbawienie. – Przygotowałem ci ciepłą kąpiel.
Powinna złagodzić napięcie mięśni i ogólną bolesność.
– Dziękuję –
wysiliła się na lekki uśmiech, spoglądając na Severusa.
Był już
całkowicie ubrany w swoje nietoperzowate szaty. Nie przypominał w ogóle
mężczyzny, z którym wczoraj w blasku księżyca pływała w morzu, któremu oddała
swoją niewinność. Bił od niego dziwny chłód i niedostępność, podobnie jak na
lekcjach w Hogwarcie. Jak to możliwe, że w ciągu kilku chwil mógł zmienić swoje
stanowisko wobec niej?
– Jak się
czujesz? – zapytał miękko, pomagając jej wstać. Trzymał ją w ramionach jak
cenny skarb, kiedy lekko się zachwiała wzmocnił uścisk. – Jak twoja stopa?
Możesz chodzić?
A może tylko mi się wydaje, że jest oschły? – pomyślała
w przelocie.
– O dziwo
już wcale nie boli. Dziękuję, że byłeś ze mną wtedy – cmoknęła go krótko w
usta, czując jak przylgnął do niej jeszcze bardziej.
– Idź się
lepiej wykąp, bo sądzę, że za chwilę możemy znów wrócić do łóżka i na pewno
spóźnimy się na wykład zamykający konferencję – polecił jej.
– Tak jest
panie, profesorze – wyswobodziła się z jego objęć i zniknęła szybko za drzwiami
łazienki.
*
Wspólne
śniadanie minęło w przyjemnej atmosferze. Sophie pozbyła się już wszelkich
wątpliwości, co do Severusa. Taka była jego natura. Przez te wszystkie lata
musiał dostosowywać się do panujących wokół niego warunków. Czego innego
oczekiwał Czarny Pan, zupełnie inne ideały przyświecały Dumbledore’owi. Musiał
umieć się posługiwać wieloma twarzami, aby wychodzić cało z opresji. Ubiór
tylko potwierdzał jej przypuszczenia, co do budowania przez Mistrza Eliksirów
mitu niedostępnego, złośliwego nauczyciela. Nikt przy zdrowych zmysłach nie
odezwałby się do człowieka, który ma wiecznie kwaśną minę i chodzi w czarnych
strojach. Podejrzewała, że rzadko kiedy mógł być sobą. Wczoraj wieczorem niewątpliwie
pozbył się maski opanowania, kiedy oddawali się namiętności, natomiast rankiem,
kiedy tylko pierwszy brzask wdarł się do hotelowego pokoju, znów skrył się do
swej skorupy, zostawiając jedynie wąską szczelinę dla najbardziej zaufanej
osoby, jaką stała się dla niego Sophie.
*
Była jasna, pogodna noc, gwiazdy świeciły na
bezgranicznej czerni nieba. Wysokie lampiony ustawione w ogrodzie dawały nikłe
światło na równo przystrzyżony trawnik i kwiatowe rabaty. Chłodny, letni wiatr
kołysał koronami drzew, powodując szelest liści.
Powinni byli
się rozstać, ale żadne z nich nie kwapiło się do tego. Stali zapatrzeni w
siebie niedaleko wejścia do domu George’a Thompsona. Sophie znajdowała się
nadal w zasięgu ramion Severusa, ciepła, kobieca i kusząca. Pragnął gładzić ją
po jedwabistych włosach, całować pełne wargi.
Bez
zastanowienia przyciągnął ją do siebie im pocałował. Westchnęła cichutko i
zarzuciła mu ręce na szyję. Jej pocałunek miał smak słodkich malin. Severus
pogładził jej zaokrąglone biodra i pożądanie, zapłonęło w nim jak pożar. Ten
uścisk był czymś całkowicie odmiennym od tego, co do tej pory przeżywał z
innymi kobietami. Teraz doszło do głosu jakieś uczucie głębokie, tajemne i
takie... naturalne.
Oderwał się
od Sophie, czując zawrót głowy. Zamrugała zamglonymi oczyma. Pewnie jego czy
były równie nieprzytomne.
– Bardzo mi
przykro... – powiedział innym głosem niż zwykle. Był przerażony i zawstydzony
brakiem swego opanowania.
– Masz na mnie
okropny demoralizujący wpływ. Zapomniałam przy tobie, że jestem tylko skromną i
nieśmiałą dziewczyną. Być może tkwi coś we mnie, co pozwala mi na takie
szaleństwa, ale sądząc po tym jak się czuję to wcale nie jest mi przykro. Ten
pocałunek był rozkoszny!
– Sophie
jesteś stworzona do całowania. Jednak mimo wszystko powinienem się powstrzymać
przed tą pokusą. Zaraz pojawi się tu twoja mama… – zawahał się, pragnął
powiedzieć znacznie więcej.
– Boisz się
mojej mamy? Nie żartuj, Severusie! Dziadek jest chyba gorszy, ale nie wypali ci
wielgachnej dziury na pośladku – dziewczyna parsknęła śmiechem.
Severus
wzniósł oczy ku rozgwieżdżonemu niebu. Chwilę milczał, zastanawiając się, co
mógłby jej w tym momencie powiedzieć.
– Chodzi mi,
że jesteś taka śliczna... po prostu masz nade mną jakąś moc. Nie jestem ciebie
warty, wiesz o tym!
Uniosła ręce
i dotknęła jego policzków, przesunęła lekko palcami po jego twarzy. Przyjemnie
było czuć pod opuszkami równo ogolony policzek i mocno zarysowaną szczękę.
– Gadasz
głupoty! – zgasiła go. – Coś na łączy, prawda? Jakaś... szczególna wieź. Kruchy
kwiat, który przy odrobinie ciężkiej pracy wyda owoc. Nie możemy zakładać na
początku, że nasz związek nie ma sensu, dopóki nie poznamy się nawzajem. Czeka
nas jeszcze wiele lat trudności, ale nie możemy patrzeć w przyszłość przez
pryzmat bolesnej przeszłości.
– Też bym
chciał, żeby było tak jak mówisz, ale ja mam zobowiązania wobec obu moich… panów. To zbyt skomplikowane, żebyś to
zrozumiała – pogładził ją po włosach.
– Sądzisz,
że jestem głupia? – spojrzała na niego uważnie, mrużąc powieki.
– Och! Skądże,
Sophie! Jesteś najinteligentniejszą osóbką…
Nagły,
słodki pocałunek przerwał wypowiedź Severusa w połowie zdania. Mruknął z
zadowoleniem przyciągając dziewczynę do siebie. Badał każdy skrawek jej ciała,
błądząc rękami po plecach i biodrach. Sophie zarzuciła mu ręce na szyję.
Głośne
chrząkniecie wyrwało ich z chwilowego zatracenia. Zmieszani zwrócili się w
stronę, skąd dochodził hałas. Isabelle stała na ganku, przypatrując się
zaistniałej sytuacji.
– A nie
mówiłem – mruknął Severus. – Twoja mama stoi na straży moralności.
– Znalazł
się znawca – stwierdziła kwaśno Sophie.
Miała nadzieję,
że nie wyniknie z tego żadna scena jak z taniego mugolskiego filmu. Musi
zachować spokój, bo inaczej mama domyśli się wszystkiego.
– Cześć,
mamo! – odezwała się wesoło, ciągnąc za sobą Severusa w stronę domu.
– Co ty do
diabła robisz? – chciał jej się wyrwać, ale mu na to nie pozwoliła. Trzymała go
mocno za rękę.
– Bądź miły
i nie odzywaj się niepytany – uprzedziła go.
Mężczyzna
prychnął lekceważąco.
– Dobry
wieczór, Sophie, profesorze… – odezwała się kobieta, kiedy podeszli bliżej.
Atmosfera
jakby stężała. Wiatr ustał, a nocny ptasi trel umilkł jakby ktoś specjalnie
odebrał ptakom głos.
– Dobry
wieczór, pani Isabello… – Severus ukłonił się lekko. Musi zachować spokój dla
dobra Sophie.
– Ekhm…
Severus był taki miły i odprowadził mnie pod samo dom; konferencja była
nadzwyczaj… pouczająca. – spojrzała z dziwnym blaskiem w oczach na Mistrza
Eliksirów.
Uduszę ją! Merlinie, uduszę! – pomyślał
gorączkowo.
– Może pn
wejdzie… na herbatę? – spytała uprzejmie kobieta.
– Nie,
dziękuję. Nie będę pani kłopotał. A jak samopoczucie?
Po zadaniu
tego pytania poczuł jak dłoń Sophie ściska jego palce. Widocznie było dla niej
ważne, że interesuje się losem jej matki. Poczuł dziwny uścisk w okolicy serca.
– Bywało
lepiej – zakasłała. – Niedługo zaczynam nową kurację. Może jednak pan wejdzie
na herbatę, to porozmawiamy.
Czerwona
lampka zapaliła się Sophie w głowie, ale to pierwszy odezwał się Severus:
– Dużo się
wydarzyło dzisiejszego dnia, sądzę, że Sophie potrzebny jest odpoczynek i duża
ilość snu, a i pani nie wygląda przecież na okaz zdrowia. Może kiedy indziej
wpadnę na herbatę – wysilił się na lekki uśmiech.
Panna
Thompson stała jak wryta, kiedy usłyszała deklarację Mistrza Eliksirów. Wszelkie
wątpliwości, które miała rano zupełnie się rozpłynęły. Ten człowiek naprawdę starał
się sprawić, by jego życie zmieniło się na lepsze.
– Będzie mi
bardo miło – odwzajemniła uśmiech.
– Dobranoc,
moje drogie panie – uścisnął najpierw dłoń Isabelle, a potem złożył na policzku
Sophie krótkiego całusa – będę już szedł, bo czeka mnie jeszcze wiele
obowiązków. Odszedł kilka kroków i teleportował się z głośnym trzaskiem.
– Chodź,
Sophie do domu; poopowiadasz mi, co tam ciekawego widziałaś w wielkim świecie –
kobieta wzięła pod rękę córkę i weszły razem do domu.
Dziewczyna
wiedziała już przestępując próg, że ta rozmowa do łatwych nie będzie należała…
*
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz