Punktualnie o godzinie siedemnastej Severus stanął przed drzwiami domu
dziadka Sophie. W ręku trzymał dość spory bukiet herbacianych róż, w które
zaopatrzył się na rynku w Madrycie, gdzie wstąpił na chwilę do baru na szklaneczkę
czegoś mocniejszego. Niby dla odwagi i rozluźnienia…
Pomimo, że wrzesień chylił się ku końcowi na południu Europy wcale się tego
nie odczuwało. Słońce przygrzewało dość mocno, a liście na drzewach nadal
pozostawały soczyście zielone. Co innego działo się w Szkocji… Deszcz padał nieustannie
od kilku dni, a nad jeziorem utrzymywała się mgła. Temperatura też nie
zachęcała do przebywania na powietrzu. Hagrid zakończył już prace w swoim ogrodzie.
Powoli przygotowywał się już do zimy – czasu odpoczynku po prawie całym roku
wytężonej pracy. Dynie zostały sukcesywnie zamieniane w sok i ciasto. Pomona
Sprout doglądała z niepokojem rośliny w cieplarni i zastanawiała się nad tym
czy magicznie nie przyspieszyć ich wzrostu, by skrzaty przygotowujące posiłki
zawsze miały dostęp do świeżych warzyw.
Severus pomyślał, że gdyby dane mu było doczekać emerytury to mógłby ją
spędzić właśnie gdzieś na południu Europy, rozkoszując się ciepłem siedziałby w
bujanym fotelu z nosem w książkach, a śliczna pielęgniarka podawałaby mu zimną
lemoniadę z trzema kostkami lodu, w szklance przyozdobionej parasolką. To
byłaby całkiem przyjemna starość… Tylko, że najpierw musiał wyjść zwycięsko z
potyczki z Czarnym Panem i rozprawić się z Isabelle Thompson. Obie te sprawy
wymagały stalowych nerwów i odrobiny szczęścia…
Pokonał z niebywałą łatwością kilka schodków i znalazł się na werandzie.
Przeczesał dłonią włosy, które przez prawie cały ranek próbował doprowadzić do
stanu używalności, a i tak nie był do końca pewny czy mu się to w pełni udało. Zastukał
mosiężną kołatką w drzwi. Miał nadzieję, że żadnemu z jego p a n ó w nie będzie potrzebna pilna konsultacja z nim i dadzą mu,
choć dziś święty spokój. Wymknięcie się niezauważonym z zamku to było nie lada
wyzwanie, zwłaszcza, że bliźniacy Weasley na każdym kroku nastawiali na kogoś
pułapki, które były równie skuteczne jak żarty Irytka. Kiedy wyszedł poza
strefę ochronną Hogwartu, wiedział, że Albus nie zobaczy go już ze swojego okna
w wieży. Ba! Nawet Pani Norris nie człapała za nim. Uznał to za szczęśliwy
omen.
Gdy ponownie chciał zapukać, drzwi otworzyły się, a za nimi pojawiła się
Isabelle Thompson. Wyglądała zupełnie inaczej niż kilka miesięcy temu, w dniu
ślubu. Wychudzoną, bladą twarz zdobił lekki makijaż, ale dokładnie zakrywał
mankamenty wynikające z efektów choroby; włosy, które jeszcze niedawno były
dość gęste i dłuższe, schowała pod błękitną chustkę. W podobnym kolorze miała
na sobie bluzkę. Gołym okiem było widać, że choroba ją wykańcza. Spoglądając na
kobietę, doszedł do wniosku, że Czarny Pan był g ł u p c e m. Nie powinien wiązać
się z matką Sophie! Tylko, czego nie robi się do zdobycia władzy i potęgi…
– Dzień dobry. Cóż za punktualność… – odezwała się na powitanie, otwierając
szerzej drzwi.
– Witam – skłonił się lekko. – Nie chciałem przychodzić z pustymi rękami –
wręczył jej bukiet róż.
– To chyba nie jest forma przekupstwa? – spytała lekko ironicznym tonem.
Snape zdawał sobie sprawę, że będzie to trudna przeprawa, Isabelle będzie
równorzędnym przeciwnikiem w potyczce słownej, którą z pewnością niedługo
rozpoczną.
Gestem dłoni zaprosiła go do środka, przeszli przez krótki korytarzyk i
znaleźli się w słonecznym salonie z widokiem na piękny ogród.
W powietrzu czuć było napięcie nadchodzącej trudnej rozmowy. Severus
zupełnie nie wiedział, jaką ma przyjąć taktykę. Musiał opanować nerwy, by za
dużo informacji nie wyszło na światło dzienne. Wziął jeden głęboki oddech,
kiedy Isabelle odwróciła się na chwilę, wkładając kwiaty do kryształowego
wazonu.
– Sądziłem, że… kobiety… lubią dostawać kwiaty – odezwał się spokojnym
tonem, stojąc nadal niedaleko wejścia do salonu.
– Sophie też opowiadał pan takie bajeczki? Nie czuje się pan jak p e d o f
i l?
Oskarżycielski ton głosu i bazyliszkowaty wzrok Isabelle skierowany w jego
stronę spowodował, że poczuł się właśnie w tym momencie jak pedofil.
Powinien był zmienić taktykę, wytłumaczyć jakoś ich postępowanie, jego
postępowanie. Gdyby tamtej nocy zdecydowanie odmówił Sophie kontaktu cielesnego
zapewne inaczej potoczyłoby się ich życie… Powinien zachować zimną krew i nie
dać się wyprowadzić z równowagi. Nie mógł też podkulić ogona jak tchórzliwy
pies i dać się zbesztać za coś, czego przecież nie żałował… podświadomie
właśnie tego pragnął!
Usiedli. Mistrz Eliksirów spoczął na kanapie, a Isabelle naprzeciwko niego,
w miękkim fotelu. Przegradzał ich jedynie niewielki stolik przykryty żółtym
obrusem.
– To była ś w i a d o m a i o b o p u l n a decyzja. Nikt nikogo do
niczego nie zmuszał…
Głośne westchnięcie wydobyło się z ust Isabelle, Sverus zupełnie je zignorował
i dalej kontynuował swój wywód.
– Kiedy tylko Sophie pojawiła się w Hogwarcie wziąłem na siebie
odpowiedzialność za opiekę nad nią. Albus Dumbledore mnie o to prosił – raczej żądał – pomyślał z niesmakiem –
bo pani go o to prosiła…
Na twarzy Isabelle pojawiło lekkie zaskoczenie.
– Z początku przeszkadzało mi to, gdyż pani córka jest piekielnie
irytująca, kiedy na coś się uprze. Lubiłem swoją samotność, ciszę i spokój
panujące w lochach. Jednakowoż Sophie wniosła w moje nudne i uporządkowane
życie trochę… egzotyki. Z początku broniłem się przed tym. Chyba tylko ze
względu na moją przeszłość… Zupełnie nie wiedziałem jak Sophie zareaguje na to,
że byłem… jestem Śmierciożercą… – Severusowi zdawało się, że Isabelle jeszcze
bardziej pobladła. O ile jeszcze można było… – Przez kilka miesięcy siedziałem
w Azkabanie, Dumbledore’owi udało się mnie jakoś stamtąd wydostać, ale nic nie
było za darmo… Zacząłem dla niego szpiegować… Voldemorta…
Pomiędzy nimi zapadła niezręczna cisza. Isabelle przez ten czas tarła sobie
palce jakby chciała usunąć z nich niewidzialny brud. Po raz kolejny Severus
odezwał się jako pierwszy:
– Sophie – wymówił jej imię z dziwną czułością w głosie – ona mnie nie oceniała… Ona starała się mnie zrozumieć… Dała mi nadzieję na inne, lepsze życie…
– Sophie – wymówił jej imię z dziwną czułością w głosie – ona mnie nie oceniała… Ona starała się mnie zrozumieć… Dała mi nadzieję na inne, lepsze życie…
Mistrz Eliksirów wpatrywał się przez dłuższą chwilę w niewielką plamkę na
obrusie przykrywającym stolik. Irytująca była ta cisza, ale musiał dać Isabelle
trochę czasu do namysłu… Nie codziennie matka dowiaduje się, że sympatia córki
jest poplecznikiem Czarnego Pana!
– Nawet pomimo tego, mógł pan zachować resztki przyzwoitości… Wie pan
doskonale, jaki jest mój stan zdrowia… Gdyby Sophie zaszła w ciążę? Co z jej
studiami? Jaką by wtedy pan dla niej przyszłość widział? – zmierzyła go
wzrokiem.
– To także byłoby m o j e dziecko – poczuł dziwne ciepło w okolicy serca, kiedy
o tym sobie pomyślał. – Nie zostawiłbym jej… nawet Śmierciożerca posiada
ludzkie uczucia.
Widać było, że Isabelle do końca nie uwierzyła Severusowi. Twarz miała
obojętną, a jej oczy, pozbawione były jakichkolwiek emocji.
– Co już się wydarzyło, to się przecież nie odstanie – odparła
filozoficznym tonem. – Nie, Sophie nie jest w ciąży, jeśli chciał pan o to zapytać.
Odczucie ulgi pomieszane z pewną dozą utraty czegoś ważnego pojawiło się w
jego sercu. Przynajmniej jedna mała istotka nie pojawi się na tym świecie
pełnym zła… Tym razem bogowie podjęli słuszną decyzję w sprawie ich losów…
Znów nastąpiła krótka pauza.
– Oczywiście nie zabraniam spotykania się z moją córką, bo to mijałoby się
z celem… Oboje jesteście dorośli, proszę jednak, żebyście do pewnych spraw
podchodzili z większą rozwagą… Wystarczająco Sophie martwi się o stan mojego
zdrowia…
Severus nie wiedział, co ma odpowiedzieć, kiwnął jedynie głową. Kiedy
Isabelle podniosła się, on też wstał. Przemknęło mu przez głowę, że powinien
już iść. Z Sophie najwyżej spotka się w innym terminie.
– Chyba nie sądził pan, że nie zaproszę go na kolację? – odezwała się
zupełnie innym tonem głosu. Trochę milszym. – Sophie powinna zaraz wrócić,
proszę się rozgościć – lekko się do niego uśmiechnęła.
Teraz już naprawę nie wiedział, co tej kobiecie myśleć. Była jak mieszkanka
wybuchowa w kociołkach bliźniaków Weasley. Raz kipiała złością i chłodem, by
zaraz stać się miłą i przyjazną wszystkim. Chwilami Severus Snape naprawdę nie
rozumiał kobiet!
*
Intensywnie pomarańczowa smuga zachodzącego słońca ozdabiała zachodni
horyzont wieczornego nieba. Dotąd ciepłe podmuchy zamieniły się w chłodny,
wieczorny wiatr, szumiący pomiędzy koronami drzew, ptasie trele powoli, milkły
gdzieś w oddali, a koniki polne rozpoczynały właśnie swój codzienny, wieczorny koncert
wśród traw. Z kwiatowych rabatek roznosił się po całym ogrodzie słodki zapach
maciejki. Nadchodziła dość chłodna, wrześniowa noc.
Przy wysokim żywopłocie, w fotelu przypominającym ogromny wiklinowy kosz,
wypchanym kilkoma miękkimi poduchami siedzieli, a właściwie byli w niego lekko
wciśnięci i przykryci włochatym kocem Sophie i Severus. Przytuleni do siebie, wpatrywali
się w powoli gasnący dzień. Milczenie panujące pomiędzy nimi zwiastowało c o ś
więcej niż tylko zwykłą ciszę. Każdy zagłębił się w swoich myślach. Wystarczyła
im jedynie wzajemna bliskość.
Mrok z każdą chwilą gęstniał, a wokół lampy zaczęło fruwać pół tuzina ciem.
Tłukły szaleńczo skrzydełkami o szklany klosz, próbując dostać się do samego
źródła światła. Oślepiający blask powodował, że jak otumanione, zatracały się w
palącej potrzebie znalezienia się jak najbliżej celu swojego krótkiego żywota.
– Robi się późno, będę już szedł – Severus zaczął się niezdarnie gramolić z
fotela, wpuszczając pod koc odrobinę świeżego powietrza.
– No wiesz, co… nie widzieliśmy się ponad trzy tygodnie, wcale do mnie nie
pisałeś, a ty chcesz już iść? – oskarżycielski ton głosu Sophie, spowodował, że
Severus poczuł lekkie wyrzuty sumienia, że trochę ją zaniedbuje. – Najwyżej
sprawdzone eseje oddasz tydzień później niż zwykle…
– Mądrala się znalazła – nikły uśmiech wypełzł na jego oblicze. – Może chcesz
mi jeszcze zaproponować, żebym u ciebie nocował?
– A mógłbyś? – spytała podekscytowana, szukając w mroku jego spojrzenia. –
Przemyciłabym cię jakoś do mojego pokoju.
Wesoły dźwięk jej głosu sprawił, że kołnierzyk koszuli nagle zrobił się
ciaśniejszy. Nie tylko kołnierzyk…
– Nie kuś biednego mężczyzny, bo obawiam się, że jest zbyt słaby, by oprzeć
się urokowi i urodzie pięknej dziewczyny.
Melodyjny śmiech rozniósł się w ciemności.
– Severusie, chyba dostałeś gorączki od tej rozmowy z moją mamą – nie
potrafiła ukryć rozbawienia, sprawdzając mu czoło. – Dziadek też dokładnie cię
lustrował podczas kolacji; chyba się zmówili. Tylko, że wiesz doskonale, co ja
na ten temat myślę…
– To, że ostatnio mieliśmy szczęście, nie oznacza, że tym razem los będzie
dla nas łaskawy. Masz teraz studia, a twoja mama nie jest w najlepszym stanie…
Chcesz sobie jeszcze dołożyć niańczenie dzieci?
Jego słowa ją zabolały, miała cichą nadzieję, że byłby zadowolony z takiej
informacji.
Nie spodziewała się, co prawda dziecka, gdyż przed kilkoma dniami
comiesięczna przypadłość właśnie się skończyła, ale gdyby okazało się inaczej
cieszyłaby się z tego, ze zostanie matką. Ta mała istotka nie byłaby niczemu
winna… No ale cóż los widocznie chciał inaczej.
– Skąd wiesz…
– Wyobraź sobie, że twoja potencjalna ciąża również była tematem, który
poruszała twoja mama. Było mi trochę głupio, że nic nie wiem… W końcu byłaby to
także moja wina…
– Tylko, że teraz nie ma tematu, bo dziecko się nie urodzi!
Gwałtownie wstała, ale silne ręce Severusa z powrotem zaciągnęły ją na
fotel, w który wpadli jeszcze głębiej. Początkowo szamotała się, próbując wyrwać
się z jego silnego uścisku. Jednak wszystko i tak szło na marne. Trzymał ją
bardzo mocno.
– Zrozum, ja też tęsknię za t a m t ą nocą, ale teraz, co innego powinno
być twoim priorytetem – wpatrywał się intensywnie swoimi czarnymi źrenicami w
jej oczy.
– W takim razie zawsze c o ś będzie stawać nam na przeszkodzie! Mój brak
czasu, twój brak czasu, pogoda, a w końcu nawet Voldem…
Zamknął jej usta pocałunkiem. Żarliwym, gorącym pocałunkiem. Zupełnie ją
tym zaskoczył! Brakło jej zaraz tchu, gdyż mówiła do niego na pełnym wydechu.
Kiedy spróbowała otworzyć szerzej usta, wkradł się głębiej, triumfalnie się
przy tym uśmiechając. Była na niego piekielnie wkurzona, ale z ochotą oddała mu
pocałunek.
– To nam musi wystarczyć, Sophie… nie mogę cię na nic narażać… Wiesz, kim
jestem… W każdej chwili On może mnie wezwać…
– Ale zostaniesz u mnie na noc, obiecuję, że nie rzucę się na ciebie? –
spytała.
– Zostanę.
*
Dom pogrążony był w całkowitej ciszy i ciemności. W przedpokoju słychać
było jedynie tykanie starego zegara, który i tak nie wskazywał poprawnej
godziny. Starali się przejść po cichu, by nikogo nie zbudzić. To znów
wywołałoby lawinę pytań i podejrzeń.
– Mówiłam, że mama wcześnie się dziś położyła, a dziadek też nie wystawia
nosa ze swojego pokoju po dwudziestej drugiej. Nikt nas nie nakryje… Kłamiesz
Czarnemu Panu, a boisz się George’a Thompsona? – Severus usłyszał szept Sophie,
w którym kryła się lekka nuta ironii.
Wchodząc do pokoju zapaliła małą lampkę; jej jasne światło rozlało się po
pokoju.
Od razu zwrócił uwagę na dość wąskie łóżko stojące przy ścianie. Przeklinał
teraz chwilę, w której zgodził się zostać u niej na noc. Bez skrępowania zdjęła
zwiewną sukienkę, która miała na sobie, pozostając jedynie w białej, koronkowej
bieliźnie.
Krew w nim zawrzała, ale nie dał po sobie tego poznać. Ta mała bestia
kusiła, ale on nie mógł ulec, bo to groziłoby katastrofą.
– Chyba nie zamierzasz spać w tej ciasno zawianej koszuli? Pognieciesz sobie
spodnie… Rozbieraj się!
Skinął głową pośpiesznie, zwalczając przemożną
chęć, żeby nie rzucić się na nią w tej chwili i zamknąć jej usta pocałunkami,
wsunąć ręce pod bawełnianą koszulę, którą właśnie zakładała; poczuć jej piersi
w dłoniach, przytulić mocno, aż zniknie wszystko poza pożądaniem i jej słodkim
ciałem.
– Pomyślmy… co można by było przetransmitować w koszulę nocną dla ciebie… –
rozglądała się uważnie po pokoju, kiedy Severus zdejmował z siebie ubranie i
kładąc je na oparciu krzesła. Znalazła starą serwetkę i siłowała się z nią
kilka chwil zanim w ogóle zaczęła przypominać ubranie.
– Voila! – podała mu najprawdziwszą
męską koszulę nocną! Podobną do tej, w której widział kiedyś… Albusa. – Nie
podoba ci się? – spytała zaniepokojona.
– Cóż… jest… staromodna…
– Tylko w takim stroju nie rzucę się na ciebie od razu… – figlarny uśmiech
wpełzł jej na usta.
– Bardzo śmieszne, panno Thompson.
Narzucił na siebie ubranie, lotem błyskawicy.
Severus wcale nie wyglądał w tej koszuli mało apetycznie. Sophie musiała
wymyślić takie rozwianie, żeby jej szatański plan uwiedzenia Mistrza Eliksirów
się udał! Tęskniła za nim, za jego dotykiem, zapachem, za jego ciałem… Musiała
szybko działać!
Przyglądała mu się
najpierw uważnie, jakby oceniając jego prezencję w nowym odzieniu. Potem
podeszła do niego i położyła mu dłoń na policzku. Zamknął oczy i przez chwilę
rozkoszował się tą pieszczotą. Kiedy zamknął w ramionach jej szczupłe ciało,
wydawała mu się cudownie piękna – była cudownie piękna. Stojąc tak blisko i
dotykając dłonią jego twarzy, napełniała go kruchą nadzieją.
Nie mogąc się powstrzymać, schylił głowę i
przyciskając Sophie do siebie, pocałował ją, po raz kolejny próbując
dzisiejszego dnia językiem ciepłej wilgoci wewnętrznej strony jej warg. Tylko
jeden pocałunek, powiedział sobie z rozpaczą. Wiedział, że postępuje
niewłaściwie. Sophie rozbudziła w Severusie palącą potrzebę, której dłużej nie
potrafił się opierać.
To tylko jeden pocałunek – pomyślał.
Nic jednak nie mogło się równać z potężną falą
pożądania, jaka teraz ogarnęła Sophie. Nie wiedziała, jak ma zareagować. Przecież
przed paroma minutami sam opierał się, a teraz całuje ją namiętnie. Wsparła się
jedynie na Severusie całym ciałem, chłonąc cudowny smak jego ust, które wzięły
ją w posiadanie.
Nagle odsunął się.
– Sprytna z ciebie wiedźma, przyznaję, jednak powinnaś się opanować…
– Bo odbierzesz mi punkty? – droczyła się z nim, oddychając ciężko.
– Gdyby to przyniosło jakiś skutek, nie wahałbym się ani minuty. Kładźmy się
już spać.
Wzięła go za rękę i poprowadziła w stronę łóżka, kusząco kręcąc biodrami.
Wskoczyła pod wąską kołdrę, przykrywając się nią pod sam nos. Severus zgasił
światło i po chwili znalazł się obok niej, zabierając kawałek przykrycia dla
siebie.
– Masz zimne stopy – powiedziała z wyrzutem, odwracając się do niego
plecami. Miała nadzieję, że to go skłoni do tego by wydarzyło się coś więcej,
ale tylko objął ją w pasie swoimi silnymi dłońmi.
– Dobranoc, moja miła – szepnął jej do ucha, całując po chwili w szyję.
*
Przebudziła się w nocy, targana jakimś dziwnym snem, który momentalnie uleciał
jej z pamięci. Zaraz po otwarciu oczu wydawało jej się, że widziała zielony
błysk, który odbił się od ścian i zaraz znikł w mroku. Usilnie wpatrywała się w
okno czekając na dalszy rozwój wypadków, ale nic więcej się nie wydarzyło. Uznała
to za przewidzenie. Severus spał smacznie odwrócony do niej, przytuliła się do
jego pleców. Ciepło i bliskość jego ciała spowodowały, że nie mięło kilka minut,
a Morfeusz zabrał ją do swojej krainy marzeń sennych.
*
Rozdzierający serce krzyk wydobył się z gardła Sophie, kiedy zeszła rankiem
do kuchni, by przygotować wszystkim śniadanie. Widok, jaki zastała nawiedzał ją
w najgorszych koszmarach. Jej mama leżała bez życia na zimniej podłodze. Na
ratunek było już za późno! Choroba wygrała! A przecież jeszcze przed paroma
godzinami jej serce biło. Leki zdawały się działać, a dziewczyna miała nadzieję,
że eliksir, nad którym pracowała w wolnym czasie, wreszcie się na coś przyda. Nic
nie było teraz prawdą!
Łzy ciekły jej po policzkach, kiedy próbowała przywrócić Isabelle do życia,
klęcząc przy martwym ciele kobiety. Potem jakby wszystko działo się poza nią. Nagle
pojawił się George, po nim Severus. Któryś z nich zabrał ciało i zaniósł je do
pomieszczenia, w którym była kiedyś sypialnia kobiety.
Sophie siedziała na kanapie w salonie, kiedy przyjechali magomedycy ze szpitala
św. Munga stwierdzić zgon. Wgapiała się pustymi oczami w jeden punkt na ścianie.
Jej serce rozdzierał wielki żal i nie sprawiedliwość do losu i całego świata! Jej
życie legło w gruzach i wiedziała, że nic od tej pory nie będzie takie samo.
Szykowały się wielkie zmiany…
*
Jestem zÓa ^^
Ale zrobię jatkę w następnych rozdziałach...
Drżyjcie gacie Merlina!
*
Jestem zÓa ^^
Ale zrobię jatkę w następnych rozdziałach...
Drżyjcie gacie Merlina!