czwartek, 16 sierpnia 2012

LIV


Punktualnie o godzinie siedemnastej Severus stanął przed drzwiami domu dziadka Sophie. W ręku trzymał dość spory bukiet herbacianych róż, w które zaopatrzył się na rynku w Madrycie, gdzie wstąpił na chwilę do baru na szklaneczkę czegoś mocniejszego. Niby dla odwagi i rozluźnienia…
Pomimo, że wrzesień chylił się ku końcowi na południu Europy wcale się tego nie odczuwało. Słońce przygrzewało dość mocno, a liście na drzewach nadal pozostawały soczyście zielone. Co innego działo się w Szkocji… Deszcz padał nieustannie od kilku dni, a nad jeziorem utrzymywała się mgła. Temperatura też nie zachęcała do przebywania na powietrzu. Hagrid zakończył już prace w swoim ogrodzie. Powoli przygotowywał się już do zimy – czasu odpoczynku po prawie całym roku wytężonej pracy. Dynie zostały sukcesywnie zamieniane w sok i ciasto. Pomona Sprout doglądała z niepokojem rośliny w cieplarni i zastanawiała się nad tym czy magicznie nie przyspieszyć ich wzrostu, by skrzaty przygotowujące posiłki zawsze miały dostęp do świeżych warzyw.
Severus pomyślał, że gdyby dane mu było doczekać emerytury to mógłby ją spędzić właśnie gdzieś na południu Europy, rozkoszując się ciepłem siedziałby w bujanym fotelu z nosem w książkach, a śliczna pielęgniarka podawałaby mu zimną lemoniadę z trzema kostkami lodu, w szklance przyozdobionej parasolką. To byłaby całkiem przyjemna starość… Tylko, że najpierw musiał wyjść zwycięsko z potyczki z Czarnym Panem i rozprawić się z Isabelle Thompson. Obie te sprawy wymagały stalowych nerwów i odrobiny szczęścia…
Pokonał z niebywałą łatwością kilka schodków i znalazł się na werandzie. Przeczesał dłonią włosy, które przez prawie cały ranek próbował doprowadzić do stanu używalności, a i tak nie był do końca pewny czy mu się to w pełni udało. Zastukał mosiężną kołatką w drzwi. Miał nadzieję, że żadnemu z jego p a n ó w nie będzie potrzebna pilna konsultacja z nim i dadzą mu, choć dziś święty spokój. Wymknięcie się niezauważonym z zamku to było nie lada wyzwanie, zwłaszcza, że bliźniacy Weasley na każdym kroku nastawiali na kogoś pułapki, które były równie skuteczne jak żarty Irytka. Kiedy wyszedł poza strefę ochronną Hogwartu, wiedział, że Albus nie zobaczy go już ze swojego okna w wieży. Ba! Nawet Pani Norris nie człapała za nim. Uznał to za szczęśliwy omen.
Gdy ponownie chciał zapukać, drzwi otworzyły się, a za nimi pojawiła się Isabelle Thompson. Wyglądała zupełnie inaczej niż kilka miesięcy temu, w dniu ślubu. Wychudzoną, bladą twarz zdobił lekki makijaż, ale dokładnie zakrywał mankamenty wynikające z efektów choroby; włosy, które jeszcze niedawno były dość gęste i dłuższe, schowała pod błękitną chustkę. W podobnym kolorze miała na sobie bluzkę. Gołym okiem było widać, że choroba ją wykańcza. Spoglądając na kobietę, doszedł do wniosku, że Czarny Pan był g ł u p c e m. Nie powinien wiązać się z matką Sophie! Tylko, czego nie robi się do zdobycia władzy i potęgi…
– Dzień dobry. Cóż za punktualność… – odezwała się na powitanie, otwierając szerzej drzwi.
– Witam – skłonił się lekko. – Nie chciałem przychodzić z pustymi rękami – wręczył jej bukiet róż.
– To chyba nie jest forma przekupstwa? – spytała lekko ironicznym tonem.
Snape zdawał sobie sprawę, że będzie to trudna przeprawa, Isabelle będzie równorzędnym przeciwnikiem w potyczce słownej, którą z pewnością niedługo rozpoczną.
Gestem dłoni zaprosiła go do środka, przeszli przez krótki korytarzyk i znaleźli się w słonecznym salonie z widokiem na piękny ogród.
W powietrzu czuć było napięcie nadchodzącej trudnej rozmowy. Severus zupełnie nie wiedział, jaką ma przyjąć taktykę. Musiał opanować nerwy, by za dużo informacji nie wyszło na światło dzienne. Wziął jeden głęboki oddech, kiedy Isabelle odwróciła się na chwilę, wkładając kwiaty do kryształowego wazonu.
– Sądziłem, że… kobiety… lubią dostawać kwiaty – odezwał się spokojnym tonem, stojąc nadal niedaleko wejścia do salonu.
– Sophie też opowiadał pan takie bajeczki? Nie czuje się pan jak p e d o f i l?
Oskarżycielski ton głosu i bazyliszkowaty wzrok Isabelle skierowany w jego stronę spowodował, że poczuł się właśnie w tym momencie jak pedofil.
Powinien był zmienić taktykę, wytłumaczyć jakoś ich postępowanie, jego postępowanie. Gdyby tamtej nocy zdecydowanie odmówił Sophie kontaktu cielesnego zapewne inaczej potoczyłoby się ich życie… Powinien zachować zimną krew i nie dać się wyprowadzić z równowagi. Nie mógł też podkulić ogona jak tchórzliwy pies i dać się zbesztać za coś, czego przecież nie żałował… podświadomie właśnie tego pragnął!
Usiedli. Mistrz Eliksirów spoczął na kanapie, a Isabelle naprzeciwko niego, w miękkim fotelu. Przegradzał ich jedynie niewielki stolik przykryty żółtym obrusem.
– To była ś w i a d o m a i o b o p u l n a decyzja. Nikt nikogo do niczego nie zmuszał…
Głośne westchnięcie wydobyło się z ust Isabelle, Sverus zupełnie je zignorował i dalej kontynuował swój wywód.
– Kiedy tylko Sophie pojawiła się w Hogwarcie wziąłem na siebie odpowiedzialność za opiekę nad nią. Albus Dumbledore mnie o to prosił – raczej żądał – pomyślał z niesmakiem – bo pani go o to prosiła…
Na twarzy Isabelle pojawiło lekkie zaskoczenie.
– Z początku przeszkadzało mi to, gdyż pani córka jest piekielnie irytująca, kiedy na coś się uprze. Lubiłem swoją samotność, ciszę i spokój panujące w lochach. Jednakowoż Sophie wniosła w moje nudne i uporządkowane życie trochę… egzotyki. Z początku broniłem się przed tym. Chyba tylko ze względu na moją przeszłość… Zupełnie nie wiedziałem jak Sophie zareaguje na to, że byłem… jestem Śmierciożercą… – Severusowi zdawało się, że Isabelle jeszcze bardziej pobladła. O ile jeszcze można było… – Przez kilka miesięcy siedziałem w Azkabanie, Dumbledore’owi udało się mnie jakoś stamtąd wydostać, ale nic nie było za darmo… Zacząłem dla niego szpiegować… Voldemorta…
Pomiędzy nimi zapadła niezręczna cisza. Isabelle przez ten czas tarła sobie palce jakby chciała usunąć z nich niewidzialny brud. Po raz kolejny Severus odezwał się jako pierwszy:
– Sophie – wymówił jej imię z dziwną czułością w głosie – ona mnie nie oceniała… Ona starała się mnie zrozumieć… Dała mi nadzieję na inne, lepsze życie…
Mistrz Eliksirów wpatrywał się przez dłuższą chwilę w niewielką plamkę na obrusie przykrywającym stolik. Irytująca była ta cisza, ale musiał dać Isabelle trochę czasu do namysłu… Nie codziennie matka dowiaduje się, że sympatia córki jest poplecznikiem Czarnego Pana!
– Nawet pomimo tego, mógł pan zachować resztki przyzwoitości… Wie pan doskonale, jaki jest mój stan zdrowia… Gdyby Sophie zaszła w ciążę? Co z jej studiami? Jaką by wtedy pan dla niej przyszłość widział? – zmierzyła go wzrokiem.
– To także byłoby m o j e dziecko – poczuł dziwne ciepło w okolicy serca, kiedy o tym sobie pomyślał. – Nie zostawiłbym jej… nawet Śmierciożerca posiada ludzkie uczucia.
Widać było, że Isabelle do końca nie uwierzyła Severusowi. Twarz miała obojętną, a jej oczy, pozbawione były jakichkolwiek emocji.
– Co już się wydarzyło, to się przecież nie odstanie – odparła filozoficznym tonem. – Nie, Sophie nie jest w ciąży, jeśli chciał pan o to zapytać.
Odczucie ulgi pomieszane z pewną dozą utraty czegoś ważnego pojawiło się w jego sercu. Przynajmniej jedna mała istotka nie pojawi się na tym świecie pełnym zła… Tym razem bogowie podjęli słuszną decyzję w sprawie ich losów…
Znów nastąpiła krótka pauza.
– Oczywiście nie zabraniam spotykania się z moją córką, bo to mijałoby się z celem… Oboje jesteście dorośli, proszę jednak, żebyście do pewnych spraw podchodzili z większą rozwagą… Wystarczająco Sophie martwi się o stan mojego zdrowia…
Severus nie wiedział, co ma odpowiedzieć, kiwnął jedynie głową. Kiedy Isabelle podniosła się, on też wstał. Przemknęło mu przez głowę, że powinien już iść. Z Sophie najwyżej spotka się w innym terminie.
– Chyba nie sądził pan, że nie zaproszę go na kolację? – odezwała się zupełnie innym tonem głosu. Trochę milszym. – Sophie powinna zaraz wrócić, proszę się rozgościć – lekko się do niego uśmiechnęła.
Teraz już naprawę nie wiedział, co tej kobiecie myśleć. Była jak mieszkanka wybuchowa w kociołkach bliźniaków Weasley. Raz kipiała złością i chłodem, by zaraz stać się miłą i przyjazną wszystkim. Chwilami Severus Snape naprawdę nie rozumiał kobiet!

*

Intensywnie pomarańczowa smuga zachodzącego słońca ozdabiała zachodni horyzont wieczornego nieba. Dotąd ciepłe podmuchy zamieniły się w chłodny, wieczorny wiatr, szumiący pomiędzy koronami drzew, ptasie trele powoli, milkły gdzieś w oddali, a koniki polne rozpoczynały właśnie swój codzienny, wieczorny koncert wśród traw. Z kwiatowych rabatek roznosił się po całym ogrodzie słodki zapach maciejki. Nadchodziła dość chłodna, wrześniowa noc.
Przy wysokim żywopłocie, w fotelu przypominającym ogromny wiklinowy kosz, wypchanym kilkoma miękkimi poduchami siedzieli, a właściwie byli w niego lekko wciśnięci i przykryci włochatym kocem Sophie i Severus. Przytuleni do siebie, wpatrywali się w powoli gasnący dzień. Milczenie panujące pomiędzy nimi zwiastowało c o ś więcej niż tylko zwykłą ciszę. Każdy zagłębił się w swoich myślach. Wystarczyła im jedynie wzajemna bliskość.
Mrok z każdą chwilą gęstniał, a wokół lampy zaczęło fruwać pół tuzina ciem. Tłukły szaleńczo skrzydełkami o szklany klosz, próbując dostać się do samego źródła światła. Oślepiający blask powodował, że jak otumanione, zatracały się w palącej potrzebie znalezienia się jak najbliżej celu swojego krótkiego żywota.
– Robi się późno, będę już szedł – Severus zaczął się niezdarnie gramolić z fotela, wpuszczając pod koc odrobinę świeżego powietrza.
– No wiesz, co… nie widzieliśmy się ponad trzy tygodnie, wcale do mnie nie pisałeś, a ty chcesz już iść? – oskarżycielski ton głosu Sophie, spowodował, że Severus poczuł lekkie wyrzuty sumienia, że trochę ją zaniedbuje. – Najwyżej sprawdzone eseje oddasz tydzień później niż zwykle…
– Mądrala się znalazła – nikły uśmiech wypełzł na jego oblicze. – Może chcesz mi jeszcze zaproponować, żebym u ciebie nocował?
– A mógłbyś? – spytała podekscytowana, szukając w mroku jego spojrzenia. – Przemyciłabym cię jakoś do mojego pokoju.
Wesoły dźwięk jej głosu sprawił, że kołnierzyk koszuli nagle zrobił się ciaśniejszy. Nie tylko kołnierzyk…
– Nie kuś biednego mężczyzny, bo obawiam się, że jest zbyt słaby, by oprzeć się urokowi i urodzie pięknej dziewczyny.
Melodyjny śmiech rozniósł się w ciemności.
– Severusie, chyba dostałeś gorączki od tej rozmowy z moją mamą – nie potrafiła ukryć rozbawienia, sprawdzając mu czoło. – Dziadek też dokładnie cię lustrował podczas kolacji; chyba się zmówili. Tylko, że wiesz doskonale, co ja na ten temat myślę…
– To, że ostatnio mieliśmy szczęście, nie oznacza, że tym razem los będzie dla nas łaskawy. Masz teraz studia, a twoja mama nie jest w najlepszym stanie… Chcesz sobie jeszcze dołożyć niańczenie dzieci?
Jego słowa ją zabolały, miała cichą nadzieję, że byłby zadowolony z takiej informacji.
Nie spodziewała się, co prawda dziecka, gdyż przed kilkoma dniami comiesięczna przypadłość właśnie się skończyła, ale gdyby okazało się inaczej cieszyłaby się z tego, ze zostanie matką. Ta mała istotka nie byłaby niczemu winna… No ale cóż los widocznie chciał inaczej.
– Skąd wiesz…
– Wyobraź sobie, że twoja potencjalna ciąża również była tematem, który poruszała twoja mama. Było mi trochę głupio, że nic nie wiem… W końcu byłaby to także moja wina…
– Tylko, że teraz nie ma tematu, bo dziecko się nie urodzi!
Gwałtownie wstała, ale silne ręce Severusa z powrotem zaciągnęły ją na fotel, w który wpadli jeszcze głębiej. Początkowo szamotała się, próbując wyrwać się z jego silnego uścisku. Jednak wszystko i tak szło na marne. Trzymał ją bardzo mocno.
– Zrozum, ja też tęsknię za t a m t ą nocą, ale teraz, co innego powinno być twoim priorytetem – wpatrywał się intensywnie swoimi czarnymi źrenicami w jej oczy.
– W takim razie zawsze c o ś będzie stawać nam na przeszkodzie! Mój brak czasu, twój brak czasu, pogoda, a w końcu nawet Voldem…
Zamknął jej usta pocałunkiem. Żarliwym, gorącym pocałunkiem. Zupełnie ją tym zaskoczył! Brakło jej zaraz tchu, gdyż mówiła do niego na pełnym wydechu. Kiedy spróbowała otworzyć szerzej usta, wkradł się głębiej, triumfalnie się przy tym uśmiechając. Była na niego piekielnie wkurzona, ale z ochotą oddała mu pocałunek.
– To nam musi wystarczyć, Sophie… nie mogę cię na nic narażać… Wiesz, kim jestem… W każdej chwili On może mnie wezwać…
– Ale zostaniesz u mnie na noc, obiecuję, że nie rzucę się na ciebie? – spytała.
– Zostanę.

*

Dom pogrążony był w całkowitej ciszy i ciemności. W przedpokoju słychać było jedynie tykanie starego zegara, który i tak nie wskazywał poprawnej godziny. Starali się przejść po cichu, by nikogo nie zbudzić. To znów wywołałoby lawinę pytań i podejrzeń.
– Mówiłam, że mama wcześnie się dziś położyła, a dziadek też nie wystawia nosa ze swojego pokoju po dwudziestej drugiej. Nikt nas nie nakryje… Kłamiesz Czarnemu Panu, a boisz się George’a Thompsona? – Severus usłyszał szept Sophie, w którym kryła się lekka nuta ironii.
Wchodząc do pokoju zapaliła małą lampkę; jej jasne światło rozlało się po pokoju.
Od razu zwrócił uwagę na dość wąskie łóżko stojące przy ścianie. Przeklinał teraz chwilę, w której zgodził się zostać u niej na noc. Bez skrępowania zdjęła zwiewną sukienkę, która miała na sobie, pozostając jedynie w białej, koronkowej bieliźnie.
Krew w nim zawrzała, ale nie dał po sobie tego poznać. Ta mała bestia kusiła, ale on nie mógł ulec, bo to groziłoby katastrofą.
– Chyba nie zamierzasz spać w tej ciasno zawianej koszuli? Pognieciesz sobie spodnie… Rozbieraj się!
Skinął głową pośpiesznie, zwalczając przemożną chęć, żeby nie rzucić się na nią w tej chwili i zamknąć jej usta pocałunkami, wsunąć ręce pod bawełnianą koszulę, którą właśnie zakładała; poczuć jej piersi w dłoniach, przytulić mocno, aż zniknie wszystko poza pożądaniem i jej słodkim ciałem.
– Pomyślmy… co można by było przetransmitować w koszulę nocną dla ciebie… – rozglądała się uważnie po pokoju, kiedy Severus zdejmował z siebie ubranie i kładąc je na oparciu krzesła. Znalazła starą serwetkę i siłowała się z nią kilka chwil zanim w ogóle zaczęła przypominać ubranie.
Voila! – podała mu najprawdziwszą męską koszulę nocną! Podobną do tej, w której widział kiedyś… Albusa. – Nie podoba ci się? – spytała zaniepokojona.
– Cóż… jest… staromodna…
– Tylko w takim stroju nie rzucę się na ciebie od razu… – figlarny uśmiech wpełzł jej na usta.
– Bardzo śmieszne, panno Thompson.
Narzucił na siebie ubranie, lotem błyskawicy.
Severus wcale nie wyglądał w tej koszuli mało apetycznie. Sophie musiała wymyślić takie rozwianie, żeby jej szatański plan uwiedzenia Mistrza Eliksirów się udał! Tęskniła za nim, za jego dotykiem, zapachem, za jego ciałem… Musiała szybko działać!
Przyglądała mu się najpierw uważnie, jakby oceniając jego prezencję w nowym odzieniu. Potem podeszła do niego i położyła mu dłoń na policzku. Zamknął oczy i przez chwilę rozkoszował się tą pieszczotą. Kiedy zamknął w ramionach jej szczupłe ciało, wydawała mu się cudownie piękna – była cudownie piękna. Stojąc tak blisko i dotykając dłonią jego twarzy, napełniała go kruchą nadzieją.
Nie mogąc się powstrzymać, schylił głowę i przyciskając Sophie do siebie, pocałował ją, po raz kolejny próbując dzisiejszego dnia językiem ciepłej wilgoci wewnętrznej strony jej warg. Tylko jeden pocałunek, powiedział sobie z rozpaczą. Wiedział, że postępuje niewłaściwie. Sophie rozbudziła w Severusie palącą potrzebę, której dłużej nie potrafił się opierać.
To tylko jeden pocałunek – pomyślał.
Nic jednak nie mogło się równać z potężną falą pożądania, jaka teraz ogarnęła Sophie. Nie wiedziała, jak ma zareagować. Przecież przed paroma minutami sam opierał się, a teraz całuje ją namiętnie. Wsparła się jedynie na Severusie całym ciałem, chłonąc cudowny smak jego ust, które wzięły ją w posiadanie.
Nagle odsunął się.
– Sprytna z ciebie wiedźma, przyznaję, jednak powinnaś się opanować…
– Bo odbierzesz mi punkty? – droczyła się z nim, oddychając ciężko.
– Gdyby to przyniosło jakiś skutek, nie wahałbym się ani minuty. Kładźmy się już spać.
Wzięła go za rękę i poprowadziła w stronę łóżka, kusząco kręcąc biodrami. Wskoczyła pod wąską kołdrę, przykrywając się nią pod sam nos. Severus zgasił światło i po chwili znalazł się obok niej, zabierając kawałek przykrycia dla siebie.
– Masz zimne stopy – powiedziała z wyrzutem, odwracając się do niego plecami. Miała nadzieję, że to go skłoni do tego by wydarzyło się coś więcej, ale tylko objął ją w pasie swoimi silnymi dłońmi.
– Dobranoc, moja miła – szepnął jej do ucha, całując po chwili w szyję.

*

Przebudziła się w nocy, targana jakimś dziwnym snem, który momentalnie uleciał jej z pamięci. Zaraz po otwarciu oczu wydawało jej się, że widziała zielony błysk, który odbił się od ścian i zaraz znikł w mroku. Usilnie wpatrywała się w okno czekając na dalszy rozwój wypadków, ale nic więcej się nie wydarzyło. Uznała to za przewidzenie. Severus spał smacznie odwrócony do niej, przytuliła się do jego pleców. Ciepło i bliskość jego ciała spowodowały, że nie mięło kilka minut, a Morfeusz zabrał ją do swojej krainy marzeń sennych.

*

Rozdzierający serce krzyk wydobył się z gardła Sophie, kiedy zeszła rankiem do kuchni, by przygotować wszystkim śniadanie. Widok, jaki zastała nawiedzał ją w najgorszych koszmarach. Jej mama leżała bez życia na zimniej podłodze. Na ratunek było już za późno! Choroba wygrała! A przecież jeszcze przed paroma godzinami jej serce biło. Leki zdawały się działać, a dziewczyna miała nadzieję, że eliksir, nad którym pracowała w wolnym czasie, wreszcie się na coś przyda. Nic nie było teraz prawdą!
Łzy ciekły jej po policzkach, kiedy próbowała przywrócić Isabelle do życia, klęcząc przy martwym ciele kobiety. Potem jakby wszystko działo się poza nią. Nagle pojawił się George, po nim Severus. Któryś z nich zabrał ciało i zaniósł je do pomieszczenia, w którym była kiedyś sypialnia kobiety.
Sophie siedziała na kanapie w salonie, kiedy przyjechali magomedycy ze szpitala św. Munga stwierdzić zgon. Wgapiała się pustymi oczami w jeden punkt na ścianie. Jej serce rozdzierał wielki żal i nie sprawiedliwość do losu i całego świata! Jej życie legło w gruzach i wiedziała, że nic od tej pory nie będzie takie samo.
Szykowały się wielkie zmiany…

*

Jestem zÓa ^^
Ale zrobię jatkę w następnych rozdziałach...
Drżyjcie gacie Merlina!

wtorek, 14 sierpnia 2012

LIII

  
Długi weekend!


Kilkadziesiąt świec wetkniętych w dwanaście lichtarzy stojących w półokręgu na stole, oświetlało srebrzystą łuną, zazwyczaj ponurą o poranku pracownię Mistrza Eliksirów. Światło padające z niewielkich okienek usytuowanych przy samym suficie nie było na tyle silne, by mógł spokojnie analizować materiały biologiczne, które przechowywał od kilku dni, zabezpieczone różnymi zaklęciami, by nie straciły na swej świeżości.
Zaklął szpetnie, uderzając pięścią tak mocno w blat, że szklane menzurki dźwięcznie zatańczyły, wydając melodię, podobną do odgłosu dzwoneczków przymocowanych do wieńca z ostrokrzewu powieszonego na drzwiach Hogwartu w okresie świąt Bożego Narodzenia.
Żadna z próbek krwi nie dawała jednoznacznej odpowiedzi jaka substancja mogła spowodować omdlenie Sophie. Zostały odkryte cztery trucizny. Jedna gorsza od drugiej…
Severus przetarł zmęczone oczy i upił łyk zimnej już kawy, krzywiąc się lekko.
Pracował nad mikroskopem prawie cały ranek, sprawdzając kropelka po kropelce jak krew z probówki reaguje na różne ingerenta. Zastanawiał się nad tym, skąd tak silna mieszanka mogła znaleźć się na plaży. Kto ją tam umieścił? Czy faktycznie miała być przeznaczona dla Sophie? To wszystko stawało się takie skomplikowane – myślał gorączkowo – a na dodatek Albus nalegał, by jak najszybciej porozmawiać z dziewczyną o Zakonie Feniksa.
Czasu praktycznie nie było. Musiał sobie tak ułożyć plan dnia, by jeszcze mógł spać przynajmniej cztery godziny. Najlepiej sześć. Przed Czarnym Panem należało zachować trzeźwość umysłu. A jak miała to robić Sophie? Nie chciał narażać jej na niebezpieczeństwo. Wystarczająco dużo przeszła w minionym roku, żeby teraz dokładać jej nowych obowiązków związanych z działalnością Zakonu Feniksa. Albus był głupcem, że chciał się wysługiwać akurat nią!
Sophie powinna się uczyć, w spokoju zdobywać wykształcenie, o którym marzyła, a nie zajmować się kaprysami dwóch zbzikowanych czarodziejów…
Wyższe dobro liczyło się na pierwszym miejscu!
– Mógłbyś pukać! – warknął, słysząc ciche szuranie butów Albusa.
– Też się cieszę, że cię widzę, Severusie – odezwał się wesoło siwowłosy mag. – Czemu nie było cię na śniadaniu? Czyżbyś wczoraj znów szukał…
– Mam dużo pracy! – odburknął, chowając ingerencje do jednego z kuferków stojących na stole niedaleko mikroskopu.
Gdyby Albus nie był tak nachalny i ciekawski, to z pewnością Severus nie kryłby się z tym, co zawierały fiolki. Dopóki sam nie przeprowadzi śledztwa w tej sprawie, nie skonsultuje się z nikim. Im miej osób wiedziało o tym incydencie, tym on mógł czuć się bezpieczniej.
– Co tam chowasz przede mną? – zagadnął, patrząc mężczyźnie przez ramię.
– Nic w a ż n e g o. To tylko trucizna, która niechybnie trafi do twojego pucharka, gdy przez przypadek potknę się w Wielkiej Sali, przed śniadaniem, o szerokie rękawy Sybilli.
Dumbledore o mały włos nie przewrócił, by oczami.
– Skoro przeznaczyłeś to dla mnie, to przynajmniej chciałbym upewnić się, czy na pewno na mnie podziała – Albus prawie zepchnął z taboretu zdezorientowanego Severusa i usadowił się wygodnie, poprawiając swoje okulary połówki, które zsunęły się nieznacznie z haczykowatego nosa. Nachylił się lekko w stronę okularu mikroskopu, przymykając lewe oko, a prawym lustrując powiększoną próbkę. Westchnął kilkakrotnie i podrapał się kilkakrotnie po czole.
Lekko ironiczny uśmiech pojawił się na twarzy Mistrza Eliksirów.
– Nie rób ze mnie idioty, Severusie! To jest krew. Ludzka krew! Zamierzasz bawić się w patrzenie jak działa na nią trucizna?
– Poniekąd…
– Czyja to krew? Chyba nie twoja?
– Albusie, jeśli mi ufasz…
– Ufam ci, ale lepiej żebym wiedział jak mam rozmawiać z ministrami, gdy zajdzie taka potrzeba…
Chcąc nie chcąc Severus opowiedział dyrektorowi resztę wydarzeń z konferencji. Omijając oczywiście pluskanie się w morzu w blasku księżyca i późniejsze igraszki z Sophie. Nie sądził by takie informacje były Albusowi i komukolwiek innemu potrzebne do szczęścia.
Może t y l k o jemu…
Od tamtego dnia minęło już trochę czasu, ale nadal wspomnienia odznaczały się w jego umyśle żywymi kolorami i miękkimi kształtami, aromatycznym zapachem nocnego, morskiego powietrza, wpadającego przez okno. Pamiętał doskonale jak Sophie reagowała na jego dotyk, jak wspaniale smakowała. Rozkoszne dźwięki wyryły się w jego pamięci i brzmiały jak najpiękniejsza sonata.
Jakże s ł a b y był pod jej wpływem…
Działała na niego jak n a r k o t y k – pobudzała wszystkie komórki, każdy skrawek jego ciała podporządkował się jej, wodziła gwałtownie jego zmysłami, zmuszając do intensywnej pracy. Gdy nastąpiło apogeum, czuł się tak cudownie odprężony – narodził się ponownie…
– To dość specyficzne, nie uważasz, Severusie? – Albus odezwał się, wycierając rękawem dość kwiecistej szaty swoje okulary połówki.
Zero reakcji…
– Severusie!
– T-tak… Coś do mnie mówiłeś?
Albus popatrzył ze zdziwieniem na swojego podwładnego. Znali się przecież z Severusem nie od dziś. Pamiętał dokładnie jego zaangażowanie w każdą sprawę, którą mu zlecił. Niezależnie czy dotyczyła kwestii ściśle związanych z Hogwartem czy też miał zająć się wydobywaniem informacji od Toma. Zawsze, ale to zawsze był skupiony na swoim zadaniu. Wszystko zmieniło się po konferencji…
Nie chciał go naciskać, chociaż bardzo ciekawiło Albusa, co też trapi Severusa. Był dla niego jak bratanek lub siostrzeniec, którego nigdy nie miał. Chociaż nie utrzymywali z Aberforthem kontaktów przez bardzo długi czas, to wiedział, że jego brat nigdy się nie ożenił.
Ariana…
Nawet po tylu latach pamięć o siostrze bolała go bardzo…
Dlatego też jakaś cząstka jego jestestwa, na swój zwariowany sposób, troszczyła się o tego chłopaka. W młodości zbłądził… wiedział o tym… kajał się… Ale kto nie był młody i głupi?
Nawet on sam, pomimo wrodzonej mądrości, nie potrafił zatrzymać pędzącej machiny zdarzeń, która niczym oślizgły robal toczyła jego rodzinę, wyniszczając powoli ojca, matkę, a potem rodzeństwo. Tylko jakimś cudem nie stał się oziębłym, zgorzkniałym starcem. Potrafił jakoś w tym nieszczęściu odnaleźć się i ostatecznie nie oszaleć. Na dodatek pomagał innym, jakby chciał odkupić wszelkie młodzieńcze winy, które popełnił.
– Dumbledore! – Snape dość mocno szarpnął go za rękaw szaty. – I kto tu, kogo nie słucha?
– Och, przepraszam – dyrektor lekko się zmieszał. – Powinieneś porozmawiać z panną Thompson… zarówno o Zakonie jak i o tym, co odkryłeś…
– Wiem, co mam robić! – warknął zdenerwowany. – Muszę przygotować się do zajęć!
– Tak, tak… Już idę – stęknął starzec, wstając z dość twardego taboretu.

*

Severus z jakimś rozrzewnieniem obserwował uczniów zajadających ze smakiem śniadanie. Omiótł wzrokiem najpierw stół Gryffindoru, wzdychając prawie bezgłośnie, gdy zobaczył bliźniaków Weasley nachylających się nad sobą i szepczących sobie coś do ucha, wybuchając, co chwila śmiechem. Wiedział już, że po raz kolejny obmyślają jak tu umilić czas nauczycielom, ku uciesze swoich kolegów. Miał nadzieję, ze jemu w tym tygodniu odpuszczą, bo inaczej złoży niezapowiedzianą wizytę w Norze. Puchoni zajęci byli raczej pochłanianiem tego, co znajdowało się na ich stole. Z nimi miał najmniej problemów – każdy uczeń domu Helgi Hufflepuff na jego widok bladł i trzęsły mu się kolana. Większość z nich uciekała w popłochu, kiedy szedł korytarzem.
Prawidłowa reakcja.
O swoich wychowanków nie musiał się obawiać. Darzyli go większym lub mniejszym szacunkiem, jednak nikt nie odważył się podważać jego słów, naruszać zakazów.
Wreszcie skierował swój wzrok na stół, przy którym siedzieli Krukoni. Jakby machinalnie zaczął szukać w tym tłumie oblicza Sophie. Bezskutecznie… dopiero po chwili zorientował się, że przecież nigdzie nie znajdzie orzechowych oczu i delikatnego uśmiechu. Nie mógł się przyzwyczaić do tego, że już nie będzie przemieszczać się po ciemnych, szkolnych korytarzach, że nie wpadnie przypadkiem na niego w lochach…
Nie odzywał się do niej od czasu, kiedy rozstali się trzy tygodnie temu. Sądził, że gdy ograniczy kontakty z Sophie do minimum, to łatwiej mu będzie skupić się na sprawach codziennych, ale to nie było takie proste. Może za dnia nie odczuwał tego tak bardzo, bo rzucał się w wir pracy, jednakże nocami uporczywie nawiedzały go przeróżne wizje panny Thomposon. Niekoniecznie całkowicie ubranej…
Intensywnie zaczął kroić plasterek szynki, by zająć czymś myśli, które w tym momencie zrobiły się dziwnie nie na miejscu. Skupienie uwagi na jedzeniu było najlepszym rozwiązaniem tej sytuacji!
Poranna poczta zachwycała swoją punktualnością. Wraz z wybiciem godziny ósmej trzydzieści przez wysokie okna Wielkiej Sali otwarte na oścież, oprócz świeżego powietrza, do środka wpadła cała chmara sów. Ich ilość była imponująca, a dźwięk trzepotu ich skrzydeł przypominał szum letniego deszczu. Od śnieżnobiałych po smoliście czarne. Nie zabrakło też ptaków w odcieniach pośrednich, a i w powietrzu unosiły się brązowe piórka.
Za każdym razem, gdy pojawiały się, budziły w uczniach emocje – najczęściej dzika euforię, choć zdarzały się krzyki rozpaczy i głośny płacz. Nikt nie mógł usiedzieć spokojnie na swoim miejscu, mając nadzieję na otrzymanie listu z domu.
Bliźniacy Weasley najwidoczniej zbytnio nie przejęli się wyjcem od matki. Głos Molly Weasley roznosił się po Wielkiej Sali, wprowadzając większość uczniów (najbardziej Ślizgonów) w doskonały humor. Gdyby te wrzaski robiły na nich jakieś wrażenie i przez to ich zachowanie ulegałoby poprawie, to Severus nie miałby nic przeciwko temu, żeby wysłuchiwać jej prawideł, ale to nic, a nic nie pomagało, więc kobieta mogłaby sobie to wreszcie odpuścić. Jego uszy tego nie tolerowały!
Przez to nie zauważył jak niewielka, brązowa sówka chwiejąc się, leci w jego stronę, a właściwie w kierunku talerza z owsianką nauczycielki wróżbiarstwa Sybilli Trelawney. Ostatkiem sił próbowała zmienić tor lotu, by wylądować w bezpiecznym miejscu, ale niestety trafiła idealnie w zamyśloną Sybillę, której wrzask rozniósł się echem po Wielkiej Sali, wzbudzając zainteresowanie nie tylko wśród nauczycieli, ale też i uczniów.
Okulary z grubymi szkłami zsunęły się jej z nosa i spadły gdzieś pod stół, na kamienną posadzkę. Kartka z listem podzieliła ich los.
– Sybillo, uspokój się! – krzyknął na nią, odciągając od niej przestraszone stworzenie, najwidoczniej wdzięczne Severusowi za uratowanie życia.
Kiedy odstawił sówkę w bezpieczne miejsce, z dala od nauczycielki wróżbiarstwa, ptaszek poczłapał w kierunku jego talerza i zaczął dziobać ze smakiem resztki jego niedojedzonej bułki.
– Kłopoty! Kłopoty nadchodzą! – spojrzała na niego mrużąc powieki, grzechocząc bransoletkami znajdującymi się w zatrważającej ilości na jej nadgarstkach, gdy złapała go za poły surduta.
– Idź do diabła! – odwarknął, odpychając ją od siebie.
Przychylił się, by podnieść list, napotykając zatroskany wzrok Albusa.

Profesor Eliksirów Severus Snape
Wielka Sala, Szkoła Magii i Czarodziejstwa
Hogwart, Szkocja

Na awersie koperty widniały jego dane, pisane zgrabnym kobiecym pismem nienależącym  do Sophie. Więc kto w tak konwencjonalny sposób chciał wysłać mu wiadomość? Nie dowie się wcześniej niż dopiero po przełamaniu pieczęci z nieznanym mu herbem. Schował do wewnętrznej kieszeni list i udał się do swoich kwater przygotować się do zajęć, które miały rozpocząć się za piętnaście minut.
Dopiero wieczorem znalazł chwilę czasu na wzięcie spokojnego oddechu i  zapoznanie się z treścią listu. Usiadł wygodnie w fotelu, spoglądając na wesołe płomyki tańczące w kominku. Przełamał pieczęć z nieznanym mu herbem, wyjął z wnętrza koperty niewielki kawałek pergaminu, przecierając oczy ze zdumienia, zagłębił się w jego treści.

Szanowny Panie,

Zapewne jest Pan zaskoczony listem ode mnie (w sumie ja też).
Miałam pewne wątpliwości, zasiadając do jego pisania, co też Pan na to powie, ale żywię nadzieję, że jest Pan w stanie w pełni zrozumieć troskę śmiertelnie chorej matki o swoją córkę. Nie jest mi łatwo przelać na papier uczucia jakie mną w tym momencie targają.
Sophie dosyć dużo mi o Panu opowiadała, wiem też co zdarzyło się podczas wyjazdu do Grecji. Nie potępiam Was, bo ja też byłam młoda. Jednak z racji, że Pan jest starszy od Sophie, jakby naturalnym było, że powinien Pan jej przedstawić konsekwencje współżycia płciowego. Nie zwalam na Pana całej winy, bo znam doskonale swoją córkę i doskonale wiem, że jak sobie coś postanowi, to musi to dostać!
Zdaję sobie sprawę, że decydując się na taki krok, musi Pan czuć coś więcej do Sophie, a jeśli jest inaczej, to jest Pan zwyczajnie sukinsynem!
Przemilczę kwestię Pańskiej przeszłości, bo przecież nie oto chodzi, by tkwić ciągle we wspomnieniach i rozpamiętywać błędy, ale iść na przód, ku nowej lepszej przyszłości.
Bardzo chciałabym poznać Pana i uciąć krótką rozmowę, gdyż wcześniej ta sztuka nam się nie udała. Zapraszam Pana w najbliższą sobotę na siedemnastą na kolację (nadal mieszkamy u mojego teścia). Będę zawiedziona, kiedy nie pojawi się Pan u nas.

Z poważaniem.
Isabelle Thompson.


Severus nie umiał opisać emocji jakie znajdowały się w tym momencie w jego umyśle po przeczytaniu listu. Był zaskoczony bezpośredniością Isabelle Thompson. Nie dziwił się wcale po kim Sophie odziedziczyła życiową mądrość i spojrzenie na pewne sprawy. Jej matka była mądrą kobietą.
Powinien przewidzieć, że zaproponuje mu spotkanie. Jeśli jest równie przenikliwa jak Sophie to nie łatwo mu będzie ukryć uczucia wobec dziewczyny. O ile wobec swojej byłej uczennicy mógł zastosować garść ironii i odjąć jej punkty, to sądził, że na Isabelle nie zrobi to większego wrażenia.
Był w kropce!
Proszenie Albusa o radę zdecydowanie nie wchodziło w grę. On znał już te jego tajemnicze wskazówki! Równie dobrze mógł iść kupić sobie ciasteczko z wróżbą!
Czymże było spotkanie z Isabelle Thompson, wobec tego, co wyprawiał z Czarnym Panem?
Czarnego Pana dużo łatwiej zwieść… – pomyślał kwaśno, wsuwając kartkę z listem do wewnętrznej kieszeni surduta.
Potrzebował odrobiny relaksu!
Gdyby nie wydarzenia sprzed kilku tygodni, to zapewne trafiłby do którejś tęsknie patrzącej dziwki z Nocturnu, ale miał swoje z a s a d y. Odebranie Sophie niewinności do czegoś go zobowiązywało. Nie mógł tak po prostu iść z kimś innym do łóżka. Za to z chęcią by odwiedził pannę Thompson, nawet za kwadrans jedenasta wieczorem. Ufnie wtuliłaby się w jego ramiona, a on z ochotą by to przyjął. Chciał zapomnieć o świecie zewnętrznym i tkwić tam razem z nią do skończenia świata, nie przejmując się Dumbledore’em i Lordem Voldemortem.
Na razie pozostawał mu jedynie zimny prysznic i mugolski kryminał.

LII

  
Brrr...

Krótko, bo w taki mróz styki nie działają w mózgu jak trzeba!

 

Blog ma 3 lata i 13 dni

Aromat owocowej herbaty unosił się w jasno oświetlonej kuchni, gdzie przy dużym, owalnym stole przykrytym kolorową ceratą siedziała Sophie, a Isabelle krzątała się przy kuchni. Georga nie było w domu, gdyż wyszedł jakiś czas temu do swojego mugolskiego przyjaciela na partyjkę szachów. Tylko spokojne tykanie zegara zagłuszało wieczorną ciszę i brzęczenie owadów, które po zachodzie słońca wzmożyły swoją aktywność.
Dziewczyna, kiedy tylko usłyszała propozycję matki, co do ciekawych opowieści z konferencji, przeszedł ją blady strach, a w żołądku poczuła, że rośnie bryła lodu. Naprawdę nie wiedziała, co może wyjawić, a co zachować głęboko w swoim sercu. Jej mama była spostrzegawcza i wiedziała, kiedy Sophie może mijać się z prawdą.
– Smakuje ci herbata? – Isabelle usiadła naprzeciwko córki. Jej oczy wydawały się trochę bardziej błyszczące niż zwykle. Twarz miała szczupłą i bladą jak prześcieradło.
– Ummm… Tak – podniosła wzrok znad białego kubka w trzy truskawki.
– Coś cię martwi, kochanie? – spytała matka z troską, kładąc wątłą rękę na dłoni córki. – Czy coś się stało na konferencji? Śmierciożercy zaatakowali? Prorok…
– Niee! – przerwała gwałtownie dziewczyna. – Było naprawdę fajnie. Poznałam wielu ciekawych ludzi – Flamela, jego żonę i jeszcze kilkunastu innych. Na wykładach dowiedziałam się dużo interesujących rzeczy; zrobiłam trochę notatek. Nie patrz tak na mnie, mamo – odpocząć też odpoczęłam; nie pracowałam cały czas. Znalazłam też czas na przyjemności… – poczuła, że na jej policzkach wykwitł rumieniec.
Czyżbym przez przypadek się wygadała? – myślała gorączkowo. Musi zachować spokój, bo inaczej wszystko się wyda. Chyba nadal nie dochodziło to do niej, co wydarzyło się wczorajszej nocy.
– Właśnie widzę, córciu. Wyglądasz promiennie, a oczy same ci się śmieją. Ja jednak nie ufałabym twojemu… – Isabelle szukała chwilę określenia na Snape’a. Przeczuwała, że coś pomiędzy nimi wydarzyło, ale zgłębianie sekretnych myśli Sophie wydawało jej się na miejscu. Jeszcze nie teraz. W przyszłości z pewnością córka podzieli się z nią wydarzeniami, które przeżyła w Grecji. – Twojemu byłemu… nauczycielowi. Już raz cię zranił, może…
A więc jednak mama już się domyśliła! Niech to szlag…
– Wyjaśniliśmy sobie z Severusem wszystko… Ta cała farsa to wina Voldemorta! – zacisnęła mocno palce na kubku, tak bardzo, że pobielały jej kostki. Musiała wziąć się w garść, by całkowicie się nie pogrążać. – Gdybyś wiedziała mamo jaką pracę wykonuje Severus, nie miałabyś…
– Kochanie, on jest sługą Sama-Wiesz-Kogo… – w głosie kobiety można było usłyszeć lekkie przerażenie.
Sophie przewróciła oczami.
– Mamo, Severus jest dla mnie kimś bardzo ważnym. Znam go na tyle dobrze, że mogę mu zaufać. Zaufałam mu już… – musi jak najszybciej skończyć rozmowę!
– Nie powinnaś wiązać się z kimś takim, Sophie. To niebezpieczne. Nie czytasz w „Proroku”, co też Śmierciożercy robią z Mugolami, a i czarodzieje nie są bezpieczni? Nie wiesz jaki jest profesor Snape, nie mogłaś się tego dowiedzieć przez te kilka dni… – Isabelle próbowała przekonać córkę do swoich racji.
– Owszem, udało mi się! Poznałam go bardzo dokładnie. Wiem o nim więcej niż ty wiedziałaś, mamo o Tomie, gdy za niego wychodziłaś. Naprawdę nie żałuję tego, co się pomiędzy nami wydarzyło! – rzuciła wojowniczo, podnosząc się z krzesła, na którym siedziała. Trudno, stało się! Nie ma, co płakać nad rozlanym mlekiem. – To były najpiękniejsze chwile mojego życia. Nie wpędzisz mnie w poczucie winy, mamo!
Isabelle zbladła o ile jeszcze można było bardziej i spoglądała na córkę z jawnym zdziwieniem.
Jej maleńka córeczka, którą starała się chronić przed światem, nagle dorosła i stała się dla niej zupełnie obca. Powinna porozmawiać z nią jak kobieta z kobietą, powiedzieć, co ją może czekać, na co musi zwrócić uwagę i czego unikać. Sądziła, że ma jeszcze czas…
– Mam nadzieję, ze pomyślałaś chociaż o… zabezpieczeniu. Gdybyś zaszła w ciążę… – jej głos był chłodny i rzeczowy. – Co ze studiami? Z dalszym życiem? Twój świat ległby w gruzach. Ja bym ci nie pomogła – niewiele czasu mi zostało…
– Chyba nie myślałaś, mamo, że jestem aż tak naiwna, ze chcę złapać faceta na dziecko? – Sophie patrzyła na matkę z góry. W jej oczach można było dostrzec długo skrywany ból – Chyba już trochę za późno na takie rozmowy, nie uważasz? Czarownice dorastają szybciej niż mugolskie dziewczynki…
– Czemu jesteś dla mnie taka oschła, Sophie? – głos kobiety drżał.
– Bo zaatakowałaś mnie jakbym była czemuś winna. Jakbym nie mogła mieć prawa do szczęścia i miłości. To co czuję do Severusa to nie coś przelotnego, ale głębokiego. Będę o niego walczyć i nikt i nic mi w tym nie przeszkodzi!
Po tych słowach odwróciła się na pięcie i wybiegła z kuchni, trzaskając głośno drzwiami.
O mały włos nie potrąciłaby Georga, który właśnie wchodził do domu.
– Sophie, wszystko w porządku? – odezwał się z troską.
– Tak, dziadku… – bąknęła przelotnie, nawet nie spoglądając na mężczyznę. Łzy cisnęły się jej do oczu. – Będę na huśtawce… jakby co…

*

Powrót do zamku okazał się trudniejszy niż się mogło Severusowi wydawać. Pomimo, że lubił szkockie krajobrazy wokół Hogwartu, to pogody jaka najczęściej tu panowała wprost nie tolerował. Drobny deszczyk siąpił z wieczornego nieba zasnutego chmurami, ale nie na tyle gęstymi, żeby blask księżyca nie mógł się przez nie przedostać. Rześkie, chłodne powietrze zwiastowało nadchodzącą małymi kroczkami jesień. Pozostało w kalendarzu jeszcze kilka kartek do wyrwania, by pojawiła się data pierwszego września.
To będzie kolejny ciężki rok szkolny.
Ostatni bez Pottera.
W przyszłym roku o tej porze zastanawiać się będzie… Merlinie! On już się zastanawiał! O Potterze rozmyślał przez cały ten czas, przez dziesięć nachodziły go przeróżne wizje, tego jak będzie wyglądał syn Lily. Do kogo będzie podobny? Jakie umiejętności dane mu będzie odziedziczyć? Jeszcze tylko rok i wszystko się wyjaśni. Dwanaście miesięcy, pięćdziesiąt dwa tygodnie, osiem tysięcy pięćset sześćdziesiąt godzin, pięćset dwadzieścia pięć tysięcy sześćset… Dość!
– Popadasz w paranoję, Severusie… – mruknął sam do siebie, otwierając z głośnym zgrzytem wielkie wrota do szkoły. Wszedł do środka, pozostawiając mokre ślady na lśniącej czystością posadzce.
Nagle poczuł na sobie czyjś przenikliwy wzrok.
Rozejrzał się uważnie wokół siebie, natrafiając po chwili na bystre ślepia Pani Norris. Siedziała na środku korytarza i uważnie go obserwowała. Futerko miała nastroszone. Kiedy zignorował ją i skierował się w stronę schodów prowadzących do lochów, kotka podniosła się i w mig pokonała dzielącą ich odległość. Prawie by go przewróciła, gdy wpadła mu pod nogi, ocierając się jednocześnie o jego kostki i głośno mrucząc.
– Akurat teraz zachciało ci się czułości? Ach! Te kobiety! Gdzie jest twój Filch? – przykucnął zrezygnowany i pogłaskał kocicę po grzbiecie oraz posmyrał po miękkim łebku pomiędzy uszami.
Towarzyszyła mu aż do kwater, po czym zniknęla w mroku. Severus nawet nie wiedział, kiedy kocica przestała kręcić się mu koło nóg. Dopiero, gdy wszedł do gabinetu, zorientował się, że Pani Norris zapewne została oddelegowana po to, by donieść Albusowi o jego bezpiecznym powrocie do zamku.
Zdążył na nowo rozniecić ogień w kominku, który zażył się czerwienią, a Albus siedział już w jego fotelu i odwijał z papierka cytrynowego dropsa. Uśmiechnął się wesoło, widząc mordercze spojrzenie Severusa i włożył sobie cukierka do ust.
– Udało ci się? – zapytał, uważnie lustrując postać nauczyciela eliksirów.
– Idziesz na rekord, Albusie – odparł spokojnie Severus, siadając w drugim fotelu, stojącym naprzeciwko biurka. – tym razem wysłużyłeś się Panią Norris… No, no, pogratulować przebiegłości.
– Udało się? – Albus ponowił pytanie.
– Nie mieliśmy czasu porozmawiać na ten temat. Przyznam, że całkiem inne rzeczy pochłonęły naszą uwagę… Pierwsze zetknięcie się z cała bandą Śmierciozerców było dla panny Thompson lekkim szokiem i o mały włos nie opróżniła całej piwniczki hotelowej z wina, ale na szczęście jeden ze Śmierciożerców w porę odkrył, co się świeci i uchronił biedną dziewczynę przed morderczymi skutkami raczenia się alkoholem.
– Udało się jej wejść na konferencję? Merlinie, jak ona tego dokonała? – Albus był szczerze zdumiony i poruszony. – Panna Thompson to naprawdę niezwykła osoba.
– Odrobina magii, sprytu oraz dwóch półgłówków przy wejściu – Mistrz eliksirów krótko streścił pomysłowość Sophie. W tej chwili był bardzo z niej dumny.
Albus kiwał z niedowierzaniem głową. Zupełnie machinalnie odpakował kolejnego cukierka.
– Właśnie taka osoba jest nam niezwłocznie potrzebna w Zakonie. Opanowana, mądra, a przy tym sprytna.
Severus ciężko westchnął.
– Macie już jedną taką osobę – sugestywnie wskazał na siebie. – Nie możemy narażać panny Thompson na taki stres. Na dłuższą metę nie da sobie z tym rady. Jeśli wpadnie w sidła Czarnego Pana, to już po niej…
– Severusie… Ona już od dawna siedzi w jego sidłach – przyznał ze smutkiem Dumbledore. – Mamy szczęście, że Tom jest na tyle ostrożny, że jeszcze nie wyjawił jej swojej prawdziwej tożsamości. Musimy podzielić się tą informacją z panną Thompson szybciej niż zrobi to Tom, bo inaczej straci do nas zaufanie.
– Sophie nam ufa! Mnie ufa… – zapewnił hardo Snape. – Nie zdradzi nas jakiemuś świrowi bez nosa!
– Jesteś bardzo pewny jej lojalności…
– Tak, jestem – powiedział dziwnie spokojnie. – Zostaw to mnie, Albusie… Wybacz, ale jest dosyć późno i chciałbym się położyć – ziewnął teatralnie.
Po wyjściu Dumbledore’a Severus nalał sobie szklaneczkę Ognistej i rozsiadł się wygodnie w fotelu. Zapatrzył się w płomienie, które trawiły polana dorzucone przez mężczyznę do kominka. Charakterystyczny zapach żywicy rozniósł się po pomieszczeniu, a ciepło dochodzące od ognia skutecznie ogrzewało gołe stopy mężczyzny. Myślał o Sophie, Czarnym Panu, Dumbledorze… O przeszłości… Przyszłości… Nie wiedział nawet, kiedy spokojne trzaski spalającego się drewna i opróżniona do połowy butelka ukołysały go do snu.

LI


  
Skończyłam 21 lat o.O

"Time to face what you are hiding from
Don’t have to do this on your own
Together we are strong
We don’t need anyone
No matter what they say
The time has come

I’m ready now to start a new begining
with all our hopes and all our dreams
and i know the stars will shine for you and for me
from the moment you believe

I know they think that i’m not good for you
but we both know that they’re wrong
together we can fight show everyone we’re right
I don’t care what they say, our time has come

I’m ready now to start a new begining
with all our hopes and our dreams
and i know the stars will shine for you and for me
from the moment you believe

When you believe there’s nothing you can’t overcome
When you believe the earth is brighter than the sun

I believe
(When you believe there’s nothing you can’t overcome)

I’m ready now to start a new begining
with all our hopes and our dreams
and i know the stars will shine for you and for me
from the moment you believe"

Melanie C - "The Moment You Belive"

Głośne brzęczenie, gdzieś w okolicy lewego ucha nie pozwoliło Severusowi dalej znajdować się w sennych marzeniach, w które zapadł zaledwie przed dwoma godzinami, zmęczony po kolejnej rundzie miłości. Otworzył najpierw jedno oko, potem drugie, by przyzwyczaić źrenice do porannego światła. Dostrzegł ogromną muchę latającą tuż nad jego nosem. Owad wirował nad łóżkiem jak oszalały, wydając przy tym denerwujące dźwięki. Stłumił przekleństwo, próbując jak najciszej pozbawić tego przeklętego owada życia, tak by nie obudził śpiącej smacznie obok niego panny Thompson. Najwidoczniej jednak to małe stworzonko, nie kwapiło się do opuszczenia tego ziemskiego padołu i nadal, pomimo usilnych starań Snape’a, nie udało mu się go złapać. Uciszyło ją dopiero jedno ciche, niewinnie wypowiedziane zaklęcie – Avada Kedavra.
Zadowolony z siebie, odłożył różdżkę na nocny stolik i z powrotem wślizgnął się pod ciepłą pościel, na której odznaczało się lekko opalone, nagie ciało i burza ciemnych włosów Sophie. Uśmiechnął się, na widok tego ślicznego anioła, leżącego na brzuchu i tulącego do siebie poduszkę.
Pragnął leżeć tak bez końca, trzymać ją w objęciach i łudzić się, że należy do niego, zasnąć z uczuciem, że ma jeszcze na tym świecie coś, dla czego warto żyć. Nigdy by mu do głowy nie przyszło, że kiedykolwiek będzie czuł się tak niewyobrażalnie szczęśliwy. A teraz… teraz ten piękny sen, który czasem go nawiedzał, wreszcie się ziścił. Miał obok siebie kobietę, którą bardzo… która zajmowała ważne miejsce w jego życiu. Nie chciał jej już nigdy stracić. Choć tak bardzo się od siebie różnili – ona przez całe dotychczasowe życie miała pełną, szczęśliwą rodzinę i bezproblemowe dzieciństwo, a on ciągłe awantury, pijackie…
Nie!
Nie będzie się nad sobą użalał! Musi być silny! Inaczej nie nazywałby się Severus Snape!
Po raz pierwszy od wielu lat marzył, by zasnąć i zamiast przeżywać koszmary, w których jawiły mu się dawne winy, dręcząc go co noc, marzyć o szczęśliwej przyszłości, która go czeka. Przyszłości, niebędącej wyłącznie pokutą za grzechy. Sophie mogła sprawić, by z czasem zapomniał o przeszłości.
Nakrył ją kołdrą, nie chcąc by pomimo wakacyjnej pogody przeziębiła się. Mruknęła coś niezrozumiale i wtuliła się jeszcze bardziej w poduszkę. Objął ją lekko, starając się nie obudzić i głaskał subtelnie opuszkami palców jej plecy wzdłuż linii kręgosłupa i prawego obojczyka.
Całkiem go zaskoczyła jej wczorajsza reakcja, gdy po raz pierwszy dotknęła nieśmiało jego wstrętnych, pokrytych bliznami pleców; jak pieściła zapamiętale Mroczny Znak. Potem rosnący w niej żar namiętności o mało go nie spalił. Była ognista i słodka zarazem, pożądliwa, a równocześnie niewinna… Jej zmysłowość była naturalna, jawna i szczera. Pragnęła go, ochoczo tuliła go w objęciach i ta świadomość napełniała Severusa niezwykłym szczęściem, niemal równie wielkim jak ekstaza miłosna. Trzeba to było przyznać, że Sophie miała niespożytą energię i zadziwiające pomysły na to jak można na wiele sposobów nie nudzić się w łóżku. Zadziwiało go to, ale również był zadowolony, że szybko uczy się tej jakże przyjemnej sfery życia człowieka.
Odgarnął niesforny kosmyk, który mógł łaskotać Sophie w nos i złożył na jej ciepłym policzku delikatnego całusa. Sen całkowicie odszedł, dlatego postanowił, że zanim dziewczyna się obudzi, zadba o to, by miała przyszykowane smakowite śniadanie i gorącą kąpiel.

*

Zapach świeżo zaparzonej kawy dotarł do nozdrzy będącej w półśnie Sophie. Przewróciła się na plecy, okrywając się szczelniej kołdrą, gdyż poczuła na ciele chłodny powiew wiatru. Leżała tak chwilę pod przykryciem, rozkoszując się ciepłem. Przejechała dłonią wzdłuż miękkiego materaca, szukając śladów obecności Severusa w łóżku. Miejsce po jego stronie było puste i zimne, a przecież jeszcze przed kilkoma godzinami, kiedy po raz kolejny się z nią kochał, nie dał jej w ogóle poznać, że kiedy nadejdzie świt po prostu ją zostawi. Sądziła, że obudzi się w jego ramionach szczęśliwa i wypoczęta, a poczuła ukłucie zawodu, że nie potrafiła go przy sobie zatrzymać. Poszedł sobie, nie chciał leżeć obok niej i cieszyć się z bliskości. Może nie miała tyle doświadczenia, co inne jego kochanki, ale starała się. Zdawało jej się, że lektura „Arcanum Amor” w zupełności wystarczy, ale się zawiodła. Widocznie sama teoria, jaka była zawarta w książce, nie wystarczyła, by mieć przy sobie Severusa. Zastanawiała się, dlaczego przeciwieństwa się przyciągają. Tak bardzo się od siebie różnili. Pod każdym względem. Ich uczucia nigdy nie mogłyby wyjść poza wzajemną fascynację. Namiętność i pożądanie kiedyś się wypali, a to co zostanie z pewnością nie wystarczy by zbudować trwały i udany związek. Nie mogliby żyć razem w harmonii i szczęściu. Była głupia, że wczoraj dała się ponieść emocjom. Co sobie myślała, że czeka ich szczęśliwa przyszłość?
Głupia! Głupia! Głupia!
Nagle zebrało jej się na płacz. Szybko jednak powstrzymała się od wyrzucenia z siebie żalu i dziwnej pustki, gdyż usłyszała ciche kroki. Udała, że nadal śpi, kiedy czyjaś dłoń odgarnęła jej włosy z czoła.
– Pobudka, moja śpiąca królewno – zmysłowy głos Severusa spowodował, że puls jej przyspieszył. – To grzech spać tak długo.
– To twoja wina – mruknęła, siadając na łóżku. Okryła się prześcieradłem, które leżało zmięte na łóżku. – Wszystko mnie boli, czuję jakby moje ciało było z ołowiu.
– Jesteś pewna, że to tylko moja wina? – w głosie Severusa usłyszała lekkie rozbawienie. – Przygotowałem ci ciepłą kąpiel. Powinna złagodzić napięcie mięśni i ogólną bolesność.
– Dziękuję – wysiliła się na lekki uśmiech, spoglądając na Severusa.
Był już całkowicie ubrany w swoje nietoperzowate szaty. Nie przypominał w ogóle mężczyzny, z którym wczoraj w blasku księżyca pływała w morzu, któremu oddała swoją niewinność. Bił od niego dziwny chłód i niedostępność, podobnie jak na lekcjach w Hogwarcie. Jak to możliwe, że w ciągu kilku chwil mógł zmienić swoje stanowisko wobec niej?
– Jak się czujesz? – zapytał miękko, pomagając jej wstać. Trzymał ją w ramionach jak cenny skarb, kiedy lekko się zachwiała wzmocnił uścisk. – Jak twoja stopa? Możesz chodzić?
A może tylko mi się wydaje, że jest oschły? – pomyślała w przelocie.
– O dziwo już wcale nie boli. Dziękuję, że byłeś ze mną wtedy – cmoknęła go krótko w usta, czując jak przylgnął do niej jeszcze bardziej.
– Idź się lepiej wykąp, bo sądzę, że za chwilę możemy znów wrócić do łóżka i na pewno spóźnimy się na wykład zamykający konferencję – polecił jej.
– Tak jest panie, profesorze – wyswobodziła się z jego objęć i zniknęła szybko za drzwiami łazienki.

*

Wspólne śniadanie minęło w przyjemnej atmosferze. Sophie pozbyła się już wszelkich wątpliwości, co do Severusa. Taka była jego natura. Przez te wszystkie lata musiał dostosowywać się do panujących wokół niego warunków. Czego innego oczekiwał Czarny Pan, zupełnie inne ideały przyświecały Dumbledore’owi. Musiał umieć się posługiwać wieloma twarzami, aby wychodzić cało z opresji. Ubiór tylko potwierdzał jej przypuszczenia, co do budowania przez Mistrza Eliksirów mitu niedostępnego, złośliwego nauczyciela. Nikt przy zdrowych zmysłach nie odezwałby się do człowieka, który ma wiecznie kwaśną minę i chodzi w czarnych strojach. Podejrzewała, że rzadko kiedy mógł być sobą. Wczoraj wieczorem niewątpliwie pozbył się maski opanowania, kiedy oddawali się namiętności, natomiast rankiem, kiedy tylko pierwszy brzask wdarł się do hotelowego pokoju, znów skrył się do swej skorupy, zostawiając jedynie wąską szczelinę dla najbardziej zaufanej osoby, jaką stała się dla niego Sophie.

*

Była jasna, pogodna noc, gwiazdy świeciły na bezgranicznej czerni nieba. Wysokie lampiony ustawione w ogrodzie dawały nikłe światło na równo przystrzyżony trawnik i kwiatowe rabaty. Chłodny, letni wiatr kołysał koronami drzew, powodując szelest liści.
Powinni byli się rozstać, ale żadne z nich nie kwapiło się do tego. Stali zapatrzeni w siebie niedaleko wejścia do domu George’a Thompsona. Sophie znajdowała się nadal w zasięgu ramion Severusa, ciepła, kobieca i kusząca. Pragnął gładzić ją po jedwabistych włosach, całować pełne wargi.
Bez zastanowienia przyciągnął ją do siebie im pocałował. Westchnęła cichutko i zarzuciła mu ręce na szyję. Jej pocałunek miał smak słodkich malin. Severus pogładził jej zaokrąglone biodra i pożądanie, zapłonęło w nim jak pożar. Ten uścisk był czymś całkowicie odmiennym od tego, co do tej pory przeżywał z innymi kobietami. Teraz doszło do głosu jakieś uczucie głębokie, tajemne i takie... naturalne.
Oderwał się od Sophie, czując zawrót głowy. Zamrugała zamglonymi oczyma. Pewnie jego czy były równie nieprzytomne.
– Bardzo mi przykro... – powiedział innym głosem niż zwykle. Był przerażony i zawstydzony brakiem swego opanowania.
– Masz na mnie okropny demoralizujący wpływ. Zapomniałam przy tobie, że jestem tylko skromną i nieśmiałą dziewczyną. Być może tkwi coś we mnie, co pozwala mi na takie szaleństwa, ale sądząc po tym jak się czuję to wcale nie jest mi przykro. Ten pocałunek był rozkoszny!
– Sophie jesteś stworzona do całowania. Jednak mimo wszystko powinienem się powstrzymać przed tą pokusą. Zaraz pojawi się tu twoja mama… – zawahał się, pragnął powiedzieć znacznie więcej.
– Boisz się mojej mamy? Nie żartuj, Severusie! Dziadek jest chyba gorszy, ale nie wypali ci wielgachnej dziury na pośladku – dziewczyna parsknęła śmiechem.
Severus wzniósł oczy ku rozgwieżdżonemu niebu. Chwilę milczał, zastanawiając się, co mógłby jej w tym momencie powiedzieć.
– Chodzi mi, że jesteś taka śliczna... po prostu masz nade mną jakąś moc. Nie jestem ciebie warty, wiesz o tym!
Uniosła ręce i dotknęła jego policzków, przesunęła lekko palcami po jego twarzy. Przyjemnie było czuć pod opuszkami równo ogolony policzek i mocno zarysowaną szczękę.
– Gadasz głupoty! – zgasiła go. – Coś na łączy, prawda? Jakaś... szczególna wieź. Kruchy kwiat, który przy odrobinie ciężkiej pracy wyda owoc. Nie możemy zakładać na początku, że nasz związek nie ma sensu, dopóki nie poznamy się nawzajem. Czeka nas jeszcze wiele lat trudności, ale nie możemy patrzeć w przyszłość przez pryzmat bolesnej przeszłości.
– Też bym chciał, żeby było tak jak mówisz, ale ja mam zobowiązania wobec obu moich… panów. To zbyt skomplikowane, żebyś to zrozumiała – pogładził ją po włosach.
– Sądzisz, że jestem głupia? – spojrzała na niego uważnie, mrużąc powieki.
– Och! Skądże, Sophie! Jesteś najinteligentniejszą osóbką…
Nagły, słodki pocałunek przerwał wypowiedź Severusa w połowie zdania. Mruknął z zadowoleniem przyciągając dziewczynę do siebie. Badał każdy skrawek jej ciała, błądząc rękami po plecach i biodrach. Sophie zarzuciła mu ręce na szyję.
Głośne chrząkniecie wyrwało ich z chwilowego zatracenia. Zmieszani zwrócili się w stronę, skąd dochodził hałas. Isabelle stała na ganku, przypatrując się zaistniałej sytuacji.
– A nie mówiłem – mruknął Severus. – Twoja mama stoi na straży moralności.
– Znalazł się znawca – stwierdziła kwaśno Sophie.
Miała nadzieję, że nie wyniknie z tego żadna scena jak z taniego mugolskiego filmu. Musi zachować spokój, bo inaczej mama domyśli się wszystkiego.
– Cześć, mamo! – odezwała się wesoło, ciągnąc za sobą Severusa w stronę domu.
– Co ty do diabła robisz? – chciał jej się wyrwać, ale mu na to nie pozwoliła. Trzymała go mocno za rękę.
– Bądź miły i nie odzywaj się niepytany – uprzedziła go.
Mężczyzna prychnął lekceważąco.
– Dobry wieczór, Sophie, profesorze… – odezwała się kobieta, kiedy podeszli bliżej.
Atmosfera jakby stężała. Wiatr ustał, a nocny ptasi trel umilkł jakby ktoś specjalnie odebrał ptakom głos.
– Dobry wieczór, pani Isabello… – Severus ukłonił się lekko. Musi zachować spokój dla dobra Sophie.
– Ekhm… Severus był taki miły i odprowadził mnie pod samo dom; konferencja była nadzwyczaj… pouczająca. – spojrzała z dziwnym blaskiem w oczach na Mistrza Eliksirów.
Uduszę ją! Merlinie, uduszę! – pomyślał gorączkowo.
– Może pn wejdzie… na herbatę? – spytała uprzejmie kobieta.
– Nie, dziękuję. Nie będę pani kłopotał. A jak samopoczucie?
Po zadaniu tego pytania poczuł jak dłoń Sophie ściska jego palce. Widocznie było dla niej ważne, że interesuje się losem jej matki. Poczuł dziwny uścisk w okolicy serca.
– Bywało lepiej – zakasłała. – Niedługo zaczynam nową kurację. Może jednak pan wejdzie na herbatę, to porozmawiamy.
Czerwona lampka zapaliła się Sophie w głowie, ale to pierwszy odezwał się Severus:
– Dużo się wydarzyło dzisiejszego dnia, sądzę, że Sophie potrzebny jest odpoczynek i duża ilość snu, a i pani nie wygląda przecież na okaz zdrowia. Może kiedy indziej wpadnę na herbatę – wysilił się na lekki uśmiech.
Panna Thompson stała jak wryta, kiedy usłyszała deklarację Mistrza Eliksirów. Wszelkie wątpliwości, które miała rano zupełnie się rozpłynęły. Ten człowiek naprawdę starał się sprawić, by jego życie zmieniło się na lepsze.
– Będzie mi bardo miło – odwzajemniła uśmiech.
– Dobranoc, moje drogie panie – uścisnął najpierw dłoń Isabelle, a potem złożył na policzku Sophie krótkiego całusa – będę już szedł, bo czeka mnie jeszcze wiele obowiązków. Odszedł kilka kroków i teleportował się z głośnym trzaskiem.
– Chodź, Sophie do domu; poopowiadasz mi, co tam ciekawego widziałaś w wielkim świecie – kobieta wzięła pod rękę córkę i weszły razem do domu.
Dziewczyna wiedziała już przestępując próg, że ta rozmowa do łatwych nie będzie należała…

*

Komentujcie :P