niedziela, 14 października 2012

LV





No, dobra! Rozdział zawiera scenę +18. Czytacie na własną odpowiedzialność!



Dedykacja dla Merimaat.




Kolejne dni były jak zły sen, z którego Sophie nie mogła się obudzić, choć bardzo tego chciała. Ciągle ktoś ją odwiedzał, przytulał, klepał po plecach, pocieszał. To było na chwilę. Nikt nie został z nią dłużej niż kilka godzin. Wszyscy po jakimś czasie ją opuszczali. Niby dziadek był prawie przez cały czas, ale sam potrzebował niewielkiego zrozumienia i dodania otuchy.
Zastanawiała się, dlaczego jeszcze nie zrobiła dziur w ścianie i na suficie przez to ciągłe wpatrywanie się w jeden punkt. Nie miała na nic ochoty, z pokoju wychodziła tylko, kiedy musiała, zawsze w towarzystwie chusteczek. Wszystko, co napotykała na swojej drodze przypominało jej o mamie. Jej myśli ciągle krążyły wokół osoby Isabelle. Ulubiony kubek, wysłużone domowe kapcie, które dawno straciły miękkość, kaszmirowy sweter na guziki przesycony perfumami, ulubiony wiklinowy fotel stojący na werandzie od strony ogrodu.
Głowa coraz częściej ją pobolewała. Ostry, kłujący ból wędrował wewnątrz czaszki. Sophie miała wrażenie, że zaraz jej głowa eksploduje, a nocami śniły jej się wydarzenia z przeszłości; najwięcej mglistych scen dotyczyło Toma i Severusa… Budziła się zlana potem, a serce dziwnie trzepotało jej w piersiach. Po przebudzeniu próbowała odtwarzać sny, jednak na jawie wszystko gdzieś się ulatniało.
Severus wcale jej nie pocieszał, nawet nie próbował tego robić. Zdawała sobie sprawę, że kondolencje złożone przez niego wydawałyby się zbyt groteskowe. Wystarczyło, że wspierał ją swoją obecnością. Przez pięć ostatnich dni bywał u niej kilka godzin. Nic nie mówił. Siadywali razem na jej łóżku, w milczeniu, przytuleni do siebie, wpatrywali się w ścianę naprzeciw nich. To dawało Sophie więcej niż rozmowa.
George podejrzliwie patrzył na te wizyty. Podobnie reagował na to, że Tom zaczął panoszyć się w jego domu. Awantura wisiała w powietrzu. Staruszek był przekonany, że mężczyzna czegoś szuka. Zupełnie nie wiedział, co to mogłoby być… co Isabelle zataiła przed nim, a wiedział o tym jej mąż? Obserwował go dyskretnie i uważnie analizował jego zachowanie. Ewidentnie było widać, że ten facet coś knuje!

*

Dzień pogrzebu był słoneczny i dość ciepły. Słońce ogrzewało swoimi promieniami jesienne powietrze, na niebie, sterowane wiatrem, poruszały się leniwie pierzaste obłoczki. Wysoko ponad głowami latały mewy… Szum morza i uderzanie fal o brzeg mąciły ciszę, która panowała na plaży.
Na białym murowanym katafalku znajdowała się drewniana urna z prochami Isabelle Thompson. Przyozdobiona kwiatami – białe kalie, różowe goździki, czerwone gerbery, róże w rozmaitych odcieniach, lilie o intensywnym zapachu niesionym przez wiatr. Niewielka fotografia oprawiona w ramkę.
Niewielka grupka, może trzydziestu osób stała niedaleko miejsca, gdzie usytuowano katafalk; Sophie, George i Tom siedzieli na krzesłach tuż przy podwyższeniu. Mistrz ceremonii szedł powolnym krokiem w stronę zebranych, trzymając pod pachą oprawioną w skórę księgę. Ubrany był w długą czarną szatę, siwe przydługie włosy powiewały mu na wietrze; stopy miał bose.
Severus wmieszał się w tłum. Dzień wcześniej ustalili z Sophie, że lepiej będzie dla nich, kiedy na czas pogrzebu staną się dla siebie profesorem Snape’em i panną Thompson. Chcieli uniknąć wścibskich plotek wiekowych ciotek dziewczyny, a także nie skupiać uwagi Toma czy Mistrza ceremonii z Ministerstwa Magii.
Mężczyzna czuł w sobie ból, jaki przezywała w sobie Sophie. Pomimo tego, że jego matka zmarła piętnaście lat temu, nadal nie mógł pogodzić się z jej odejściem. A co miała powiedzieć Sophie, która została sierotą zaledwie przed tygodniem? Rozumiał ją, chciał ją wspierać, stać tam, blisko niej, aby wiedziała, że może na niego liczyć w każdej sytuacji. Wesołej bądź smutnej. Musiał jednak dalsze rozważania na ten temat pozostawić na inną porę, gdyż właśnie rozpoczął się pogrzeb.
Mistrz ceremonii otworzył księgę i zaczął odprawiać jedną modlitwę za drugą. Gdzieś w oddali sączyła się spokojna melodia skrzypiec i harfy. Dźwięki płynące w powietrzu wyrażały głęboką stratę i rozpacz.
Sophie wpatrywała się tępym wzrokiem w urnę i zupełnie nie słuchała, co dzieje się wokół niej. Nawet już nie płakała. Oczy ją piekły i trudno oddychało jej się przez nos. Nie mogła już dłużej użalać się nad swoim losem; nie miała przecież pięciu lat! Jej mama umarła, ale nadal był przy niej dziadek. I Severus…
Musiała też mieć oko na Toma. Nie podobało się jej jego zachowanie. Pałętał się po domu dziadka jakby czegoś szukał. Przesiadywał też w bibliotece. Dziadek powstrzymywał się ostatkami sił, żeby go stamtąd nie wyrzucić. Nie zrobił tego chyba tylko na wzgląd na pamięć jej mamy. Dziewczyna głowiła się, co też tak zaprząta uwagę jej ojczyma. Pogrzeb praktycznie załatwiał George.
Ceremonia zakończyła się trzema głośnymi uderzeniami w niewielki dzwon. Dźwięk metalu wyrwał z zamyślenia Sophie. Teraz należało zabrać urnę z prochami i umieścić ją w rodzinnym grobowcu. Mistrz ceremonii podszedł do zebranych żałobników, aby złożyć kondolencje. Przedtem jednak poinformował ich, że dwudziestego trzeciego listopada odbędzie się odczytanie testamentu zmarłej. Słowa mężczyzny były dla dziewczyny zaskoczeniem. Jaki testament? – zastanawiała się gorączkowo, czując niewielkie pulsowanie w skroniach. Nie miała możliwości zapytać się go dokładnie o ten dokument, gdyż szybko się ulotnił, a ją obstąpiła gromada ludzi. Ta nagła wymuszona życzliwość z ich strony wydawała się Sophie sztuczna. Znów machinalnie przyjmowała kondolencje, zagłębiając się w swoich myślach. O żadnym testamencie nikt wcześniej nie wspominał. Isabelle nigdy nie spotykała się z jakimkolwiek urzędnikiem z Ministerstwa. Może kontaktowała się z nim przez pocztę? Sowy dosyć często o, różnych porach przylatywały do domu dziadka. Jednak trudno było Sophie przyjść do głowy treść dokumentu. Domyślała się, że w podziemiach banku Gringrotta znajduje się jakieś złoto, które być może od teraz stanie się jej własnością, wolała jednak być biedna, a mieć przy sobie swoją mamę. Być może to właśnie kosztowności wzbudziły u Toma to dziwne zainteresowanie nią i dlatego od dnia śmierci Isabelle tak bardzo panoszył się w bibliotece? Nie lubiła niejasnych sytuacji. Po powrocie do domu będzie musiała poważnie porozmawiać z dziadkiem na temat tego, co może zawierać testament. Nie ufała ojczymowi. Była przekonana, że pod maską opanowanego człowieka kryć się może ktoś zupełnie nieobliczalny i wyrachowany.
Poczuła nagle, że ktoś bierze ją za rękę, podniosła głowę i ujrzała stojącego przed nią Severusa. Jego twarz była poważna i nieprzenikniona, patrzył na nią dziwnie zimnymi oczami; zbyt poważnie wziął sobie do serca jej prośbę o to by zwracali się do siebie oficjalnie.
– Składam kondolencje, panno Thompson. Pragnę też przekazać pani wyrazy współczucia od profesora Dumbledore’a.
Skinęła jedynie lekko głową. Miała ochotę rzucić mu się w ramiona, przywrzeć do niego całym ciałem, ale przecież to było niestosowne. Odciągnęła go w bok, jak najdalej od wścibskich oczu i uszu zebranych na plaży ludzi.
– Dziękuję ci, że przyszedłeś… Mogło cię coś przecież zatrzymać – uśmiechnęła się słabo, pociągając nosem. – Już niedługo wyjeżdżam na studia. Nie będziemy mieć dla siebie zbyt wiele czasu. Odwiedzisz mnie jutro? – spytała ledwie słyszalnie. Cały czas miała spuszczoną głowę.
– Obawiam się, że nie będziemy się mogli spotkać przez najbliższe kilka tygodni.
– Dlaczego?
– Mam teraz dużo pracy – powiedział machinalnie. Musiał najpierw zbadać grunt u Czarnego Pana, by móc spokojnie zająć się związkiem z Sophie. Nie mógł narażać jej na niebezpieczeństwo.  – To cię nie powinno obchodzić, Sophie. Są rzeczy, przed którymi obiecałem twojej matce cię chronić.
Prychnęła.
– Uważasz, że sama nie potrafię się obronić?
– To nie jest pora na takie rozmowy. Wracaj do dziadka, dopełnijcie ceremonii. Pozwól swojej matce spoczywać w spokoju.
– Ty coś wiesz? – spojrzała na niego uważnie, niemalże z gniewem wymalowanym na twarzy. Zawsze musiał coś przed nią ukrywać!
– Muszę wracać do Hogwartu, Sophie – uścisnął mocno jej dłonie. Musiał trzymać się żelaznych reguł. Stracenie kontroli oznaczałoby kłopoty! Kątem oka zauważył idącego w ich stronę Czarnego Pana.
Odwrócił się od niej i odszedł z wyprostowanymi plecami.
Chciała za nim pobiec, ale ktoś ją powstrzymał. Zerknęła przez ramię – to był Tom. Wyrwała się z jego uścisku i skierowała się w stronę dziadka, który rozmawiał z jedną z wiekowych ciotek. Minęła ich i przystanęła przy katafalku. Położyła dłonie na urnie i opuściła głowę. Pojedyncza łza spłynęła jej po policzku. To było jej pożegnanie z matką. Obiecała jej z całego serca, że od tej pory będzie na siebie uważać i nie wpadnie w kłopoty. Prosiła ją też, by w jakiś niewytłumaczalny dla niej sposób, sprawowała nad nią opiekę. Usłyszała ponownie melodię skrzypiec i harfy w powietrzu, uznała to za dobry omen.

*

Dwudziesty trzeci listopada nadszedł szybciej niż Sophie się spodziewała. Rzucona w wir nauki na Uniwersytecie w Preston zupełnie nie spoglądała na kartki w kalendarzu. Na zajęcia chodziła rano i siedziała na uczelni do samego wieczora, a kiedy wracała do kampusu nie miała już zbytnio siły na nic więcej niż wskoczenie do wanny pełnej gorącej wody. Nocami powtarzała materiał, a w weekendy jeździła do dziadka. Toma odwiedziła tylko raz. Tylko po to, aby uprzątnąć rzeczy po mamie. Kiedy przebierała i układała ubrania, przyszedł do niej i patrzył na nią dziwnym wzrokiem. Do tego stopnia wlepiał w nią wzrok, że zjeżyły jej się jej włosy na karku. Szybko opuściła dom, w którym mieszkał jej ojczym, w którym ona kiedyś też mieszkała. Gdyby próbował ją zatrzymać, niewykluczone, że trzepnęłaby go jakimś zaklęciem.
Severus się nie odzywał, a jej urażona duma nie pozwoliła jej zrobić pierwszego kroku. Była na niego zła. Śmiertelnie obrażona. I tęskniła… Nocami nawiedzały ją sny z Severusem w roli głównej. Budziła się zlana potem i chciała go obok siebie, w łóżku, żeby w końcu minęło to nieznośne napięcie! Jak tak dalej pójdzie będzie musiała złamać dane sobie słowo i go odwiedzić!
Do Ministerstwa Magii nie wypadało pójść w mugolskim ubraniu, dlatego też wybrała się przedtem do Madame Malkin – lubiła atmosferę sklepu i jego właścicielkę. Wiedziała, że tam znajdzie strój odpowiedni na tę okazję. Po niemal dwóch godzinach w przymierzalni w końcu zdecydowała się na granatową szatę, dokupiła jeszcze kilka innych rzeczy, by dopełniały całego jej wyglądu pewnej siebie młodej kobiety. Nie mogła dać się zaskoczyć treścią testamentu. Musiała być twarda.
Jednak po wyjściu z gabinetu nie był już taka pewna siebie. Miała żal do całego świata, a najbardziej do swojej mamy. Zawiodła ją, a przecież obiecała, że będzie się nią opiekować nawet na tamtym świecie. Słowa urzędnika nadal dźwięczały jej w głowie: „wolą zmarłej Isabelle Thompson jest, aby jej córka Sophie Thompson urodzona dnia dwudziestego czwartego maja tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego trzeciego, do dnia swoich dwudziestych pierwszych urodzin pozostała pod opieką swojego ojczyma Toma Lewisa*. Tom Lewis zobowiązuje się do wypłacania swojej pasierbicy pensji w wysokości dwustu pięćdziesięciu galonów każdego ostatniego dnia miesiąca poczynając od miesiąca jej śmierci.” Była jeszcze poruszana kwestia wykształcenia Sophie – miała kontynuować naukę na wybranym przez siebie uniwersytecie.
Była uziemiona, na łasce Toma, a to wszystko zgotowała jej własna matka!
Teraz nie chciała rozmawiać z nikim. Szybko pożegnała się z dziadkiem, na Toma nawet nie spojrzała. Wyszła z Ministerstwa szybkim krokiem. Od razu uderzył ją zimny listopadowy podmuch wiatru. Bardziej otuliła się niebieskim szalikiem, chowając dłonie w kieszenie czarnego płaszcza. Żałowała, że nie zabrała ze sobą rękawiczek. Powoli się ściemniało, ale ona nie miała ochoty wracać do kampusu w Preston. Kierowana dziwnym impulsem poszła w stronę Charing Cross Road. Do Dziurawego Kotła, potem na Pokątną, spacer po deszczowym Hogesmeade, błonia i w końcu stanęła przed ogromnymi drzwiami zamku. Z głośnym skrzypnięciem otworzyła je i weszła do środka. Przemknęła niezauważona korytarzem, mając na uwadze fakt, że gdyby spotkała pana Filcha niechybnie obdarowałby ją szlabanem, choć nie jest już przecież uczennicą Hogwartu.
Postacie z obrazów z zaciekawieniem przyglądały się jej, gdy schodziła do lochów; wywołała wśród nich niemałe zamieszanie. Dobrze, że z niektórymi osobami miała dość dobry kontakt, więc o wszczęciu niepotrzebnego alarmu nie było mowy. Przypuszczała jednak, że Dumbledore będzie wiedział, o jej wizycie u Severusa szybciej, niż ona dojdzie do jego prywatnych komnat. Wcale się tym nie przejmowała, chłonęła całą sobą atmosferę hogwarckich lochów, ich tajemniczy zniewalający półmrok. Płomienie pochodni tańczyły według melodii granych przez świszczący przeciąg, a rytm temu wszystkiemu nadawał odgłos obcasów uderzanych o kamienną posadzkę.
Ujrzawszy w końcu drzwi do gabinetu Severusa, uśmiechnęła się nieznacznie i energicznie zastukała w nie trzy razy. Po chwili usłyszała dobrze znane sobie, głośne „wejść”. Nieznacznie uchyliła skrzydło i wślizgnęła się do środka, prawie niedosłyszalnie zamykając za sobą drzwi.
Mężczyzna siedział za biurkiem, z nosem wetkniętym w stertę pergaminów, piętrzących się wokół niego. Dwa tuziny grubych, woskowych świec, o dorodnych płomieniach zupełnie wystarczyły, by w pomieszczeniu było jasno. Odrobinę światła dawał jeszcze ogień buzujący w kominku. Skupienie malowało się na twarzy Severusa, choć chwilami jakby tracił cierpliwość do literek zamieszczonych na kartkach i mało brakowało, żeby zaczął wznosić swoje czarne jak węgiel oczy ku niebu.
– Dobry wieczór, Severusie – odezwała się, zdejmując płaszcz oraz szalik i rzucając je na kanapę.
Natychmiastowo podniósł głowę i spojrzał uważnie, mrużąc powieki, na stojącą naprzeciwko niego Sophie. Zmierzył ją od stóp do głów. Poczuła, że robi jej się gorąco, gdy ich spojrzenia się spotkały; motylki trzepotały zawzięcie w dole brzucha.
– Sophie… cóż za miła niespodzianka… Wybacz, ale mam dużo pracy i nie będę mógł ci poświecić więcej niż kwadrans… – wstał i skierował się w stronę kominka.
Dziewczyna prawie zamrugała z wrażenia, nie sądziła, że jej wizyta nie wzbudzi w mężczyźnie żadnych emocji. Był dla niej oschły. Nie myślała wcale o tym, żeby rzucił jej się na szyję i wycałował, ale przecież korona by mu z głowy nie spadła, gdyby przywitał ją buziakiem.
– W takim razie nawet się nie kłopocz nawet tym, żeby prosić skrzaty o herbatę – wzięła płaszcz i szalik do ręki i obdarzyła go obojętnym spojrzeniem. Zdecydowała szybko, że nie będzie się przed nim płaszczyć. – Skoro masz do sprawdzania eseje, to nie będę zabierać ci twojego cennego czasu. Odezwij się jak… albo wcale się nie odzywaj. Wiesz, co… żyjmy teraz każde swoim życiem, skoro nie potrafisz znaleźć kilku godzin na spotkanie ze mną. Nawet do mnie nie napiszesz, odniosłam wrażenie, że jakoś przestało ci na nas zależeć. Ciągle tylko ja wyciągam do ciebie rękę! – rzuciła oburzona, czując jak łzy napływają jej do oczu.
– Sophie…
– Właśnie dowiedziałam się, że własne matka zrobiła mnie w balona! Jestem zależna od woli Toma! On teraz jest moim prawnym opiekunem! Pomimo tego, że jestem pełnoletnia, to i tak ma nade mną prawo! Jeszcze przez 4 lata! Do tego dysponuje moim majątkiem i będzie wypłacać mi, co miesiąc pieniądze… nie chcę takiej jałmużny! Pójdę do pracy i zarobię, dziadek na pewno nie odmówi mi pomocy! Niech Tom wsadzi sobie te pieniądze gdzieś! – z każdym zdaniem Sophie, coraz bardziej podnosiła głos. Prawie już krzyczała. Z trudem łapała powietrze, wszystko się w niej gotowało. – Teraz przychodzę do Ciebie, żeby się komuś zwierzyć, dziadek wiecznie nie może wysłuchiwać o moich problemach, a nowym znajomym ze studiów jakoś nie chciałabym powierzać moich rodzinnych kłopotów. Zaufałam ci, a ty teraz odwracasz się ode mnie! Naprawdę jestem ci wdzięczna, za to, co zrobiłeś do czasu pogrzebu, ale moje życie nie skończyło się wtedy i trwa nadal! Ciągle czymś się zasłaniasz jak nie esejami, eliksirami, sprawami dla Dumbledore’a, to wreszcie samym Voldemortem! Może dla ciebie nasza wspólna noc była tylko nic nieznaczącym epizodem, ale do mnie…
– Myślisz, że mnie jest łatwo? – przerwał jej. – Myślisz, że nie chciałbym częściej się z tobą widywać?
– Jakoś nie zabiegasz o spotkania ze mną! – fuknęła.
Severus przysuwał się powoli w jej stronę. Jeden niewłaściwy ruch mógł spowodować, że dziewczyna ucieknie. Musiał szybko podjąć decyzję jak ją uspokoić.
Krzyknęła, gdy ją objął, ale była zbyt roztrzęsiona, by z nim walczyć. Wziął ją w ramiona i mocno przytulił, chłonąc jej drżący szloch. Zamknął oczy, wtulając się w jej miękkie, pachnące włosy. Tak dobrze było trzymać ją w objęciach. Żałował, że nie może ulżyć jej w cierpieniu, wziąć na siebie, choć części okropnego bólu, który i on jej sprawił. W tym momencie musiał wszystko rzucić i zająć się tą zagubioną osóbką, którą trzymał w ramionach. Sophie na to w pełni zasługiwała.
Nie wiedział, kiedy podniosła głowę i pocałowała go. Ujął jej mokrą od płaczu twarz i pogłębił pocałunek, gdy dziewczyna rozchyliła usta, zapraszając go do środka. Długo i namiętnie smakował jej usta, lekko słonawe i wilgotne od łez. Z każdą kolejną sekundą tracił panowanie nad sobą. Rzucił płaszcz i szalik gdzieś na podłogę, wyswobadzając Sophie od zbędnego ciężaru. Momentalnie jej dłonie znalazły się na jego torsie i wędrowały w górę, ku karkowi, który napiął się pod jej dotykiem. Drażniła się z nim, wiedział to doskonale, kiedy przylgnęła do niego całym ciałem i obtarła się sugestywnie o niego. Przez chwilę miał wątpliwości, czy pozwolić jej na dalsze pieszczoty.
Była zła na cały świat, więc dlaczego by nie rozładować napięcia, które pomiędzy nimi się wytworzyło. Wiedziała, że Severus jak na mężczyznę przystało, nie oprze się jej wdziękom i dostanie to, na co namawiała go już kilka razy.
Nim się zorientował, jej palce zajęły się rozpinaniem guzików przy jego surducie. Zdjęła go szybkim ruchem i rzuciła gdzieś na biurko. Odsunął się od niej, przerywając pocałunek. Westchnęła cicho, nawet nie była, chociaż odrobinę zdyszana namiętnym pocałunkiem, który właśnie przed chwilą się skończył.
Wyjął z kieszeni chusteczkę i podał jej; wytarła nią porządnie nos.
– Sprytu ci nie brakuje, moja droga, ale nie na tym polega rozwiązywanie problemów. Może najpierw porozmawiajmy? – pociągnął ją w stronę kanapy, na której usiedli. Sophie wdrapała się na jego kolana.
– Nie chcę rozmawiać! – oświadczyła hardo. – Brakuje mi ciebie. Twojego ciała, zapachu, ciepła.
To wyznanie zaskoczyło go. Nie wiedział zupełnie, co jej teraz powiedzieć. Wykorzystała to i prawie natychmiast znów zajmowała się guzikami przy ubraniu Severusa oraz jego ustami. Tym razem jej uwagę zaprzątnęła jego koszula. Z wprawą odpinała kolejne maleńkie guziki, odsłaniając coraz to większe obszary torsu mężczyzny. Spojrzała na niego pożądliwym wzrokiem, kiedy na chwilę oderwała się od jego wąskich warg. W świetle kominka jego blizny odznaczały się perłowym blaskiem na skórze pokrytej miękkim owłosieniem.
Obtarł wierzchem dłoni jej wilgotną twarz. Oczy wciąż były mokre od płaczu, ale dostrzegł w nich pewien cień desperacji. Może miała rację, że ją zaniedbywał. Nie szukał sposobu na to, by zmniejszyć swoje obowiązki, chociaż względem Albusa. O „urlopie” od Czarnego Pana nie było mowy! Obdarzyła go zaufaniem już wiele razy, a on za prawie każdym razem odwracał się od niej, nie zabiegał o nią tak jak powinien. Na dodatek po raz kolejny, kiedy zapragnęła zespolić się z nim fizycznie, on niepotrzebnie robił aferę. Może na początku chciał ją wyrzucić tylko, że dostrzegł na jej twarzy wybuchową mieszaninę emocji. Nie złoiła by mu skóry gdyby był wobec niej w porządku. Ona po prostu desperacko pragnęła wtulić się w jego ramiona i przyjąć pociechę wraz ze wszystkim, co miał do zaoferowania. Musiał jej wynagrodzić tygodnie samotności i rozpaczy, pozwolić by dziś to ona kierowała nim. Całkowicie się poddał.
Sophie entuzjastycznie przyjęła rezygnację mężczyzny z dalszej walki. Przylgnęła do niego, całując łapczywie, a przy okazji zdejmując z niego koszulę i rzucając ją gdzieś na dywan.
Jego dłonie powędrowały wzdłuż jej ud, podciągając szatę i ukazując zgrabne nogi oraz płaski brzuch. Severus chłonął całym sobą widok dziewczyny w czarnej bieliźnie z misternej koronki, kiedy ściągnął z niej wierzchnią odzież. Nie szczędzili sobie wzajemnie pieszczot i pocałunków. Nie przeszkadzało im wcale, że za posłanie służy im dość niewygodna kanapa, a jedynym źródłem ciepła w chłodnych lochach był trzaskający wesoło w kominku ogień. Żar, z jakim zajmowali się sobą zupełnie nie pozwalał im na odczuwanie zimna.
– Cholerne zapięcie! – zaklął pod nosem Severus, mocując się z zapięciami przy biustonoszu.
– Pozwól, że ci pomogę – zaśmiała się szczerze, uwalniając swoje piersi.
– Piękne, idealne – taka pochwała, wypowiedziana ochrypłym szeptem, wznieciła w niej kobiecą dumę.
Widok własnych, nagich piersi, na które patrzył z takim pożądaniem, wprawił ją najpierw w zażenowanie, ale kiedy wargami nakrył najpierw jeden naprężony sutek, a po chwili zajął się drugim, rozpalił w niej pożar, który z każdą minutą ogarniał kolejne skrawki jej ciała. Pożerał ją, gdy ona wsunęła swoje dłonie w jego przydługie nieumyte włosy, przyciskając mocniej jego głowę do swojego ciała. Poruszała się niespokojnie, drażniąc go. Zapadła się w głę­boką otchłań doznań, gdy lodowatymi palcami dotknął nabrzmiałe, twarde sutki.  Dźwięki, jakie z siebie wydawała nadal były jej obce, ale nie mogła ich powstrzymać. Napięcie narastało i ogarniało ją coraz bardziej. Niepokój dręczył jej ciało, zdając się koncentrować w miejscu między udami. Wyczuwała nabrzmiałą męskość Severusa przez cienki materiał spodni i swojej bielizny. Zdawała sobie sprawę, że jemu też nie jest łatwo utrzymywać swoje pożądanie na wodzy. Musiała iść o krok dalej, nie była już przecież dziewicą, która rumieni się na widok nagiego mężczyzny. Pewnym ruchem odpięła najpierw guzik, a potem rozsunęła zamek. Wyczekujący, spragniony wzrok Severusa utwierdził ją w przekonaniu, że nie powinna już dłużej czekać, zabrała się za zdejmowanie z niego spodni, butów, skarpetek. I majtek…
Snape patrzył z niemałym zdumieniem na to, co robiła Sophie. Leżał przed nią nagi i bezbronny. Pragnienie, że posiądzie ją zaraz spowodowało, że ledwie panował nad sobą. Podziwiał jej zgrabne ciało, ciemne włosy opadające na jej kształtne piersi. Gdyby teraz zmieniła zdanie i zostawiła go na tej kanapie, tak boleśnie pobudzonego, wyzionąłby ducha. Jednak się mylił. Stanęła naga, skąpana w blasku i cieple buchającym z kominka. Pochyliła się nad nim, by go pocałować. Włosy, które rozpuściła przed chwilą, łaskotały go w nos, szyję i tors. Oparła ręce na ramionach Severusa wdrapując się na jego kolana.
– Długo będziesz się jeszcze tak nade mną znęcać i wodzić na pokuszenie? – warknął, łapiąc ją mocno w pasie.
Odpowiedziała mu namiętnym, głębokim pocałunkiem, powoli osuwając się na jego nabrzmiałą, stojącą dumnie męskość. Bez przeszkód i najmniejszego bólu poczuła, że znalazł się w jej wnętrzu; była odpowiednio przygotowana na niego.
Mając w pamięci ostatni ich wspólny akt cielesny, nieśmiało zaczęła unosić się i opadać, przylegając całym ciałem do Severusa. Nadawała tępo i rytm ich wspólnej miłości. Pragnienie, które się w niej obudziło, zawało się być nie do ugaszenia. Chciała więcej.
Szaleńczy galop, jaki zaoferowała mu Sophie w niczym nie przypominał kontaktów cielesnych z innymi kobietami. Nabijała się na niego z zapamiętaniem, opierając swoje czoło na jego ramieniu. Objął ją szczelnie, pozwalając na ten taniec. Ledwie cienka granica dzieliła go od spełnienia. Nie mógł być taki samolubny i nie pozwolić Sophie na osiągniecie rozkoszy.
Dźwięk ich ocierających się o sobie ciał oraz głośne pojękiwania, pobudzały każdą komórkę organizmu do wytężonej pracy. Nic w tym momencie się nie liczyło. Szybka gonitwa ku spełnieniu, wypełniała pomieszczenie w lochach.
Gorąca strzała nasienia dotarła do samej jej istoty, w tym samym momencie odrzuciła głowę do tyłu i wczepiła paznokcie w ramiona Severusa, krzycząc jego imię. Orgazm spustoszył jej ciało, rozbił na kawałki jak młot uderzony w kryształowy wazonik.
Oboje dyszeli ciężko, a strużki potu spływały im po ciałach. Niezdolni byli do niczego więcej jak tylko do okrycia się szalikiem Sophie.

*

Wcale jej to nie zdziwiło, że po przebudzeniu, nie zastała Severusa w łóżku. Najwidoczniej bliskość, którą przeżyli kilka godzin temu w zupełności mu wystarczyła i nie potrzebował więcej czułości. Zakopała się w pościeli, do której zaniósł ją, gdy obudzili się po krótkiej drzemce. Piersi nadal miała wrażliwe, gdy dotknęła ich dłonią. Wywołała tym gestem nową falę doznań. Stwierdziła, że powinna poszukać Severusa, bo jego długa nieobecność trochę ją niepokoiła. Odrzuciła kołdrę i włożyła na siebie szlafrok przesycony jego perfumami. Była trochę obolała, ale i dziwnie lekka. Nie chciała nazwać tego szczęściem. Bała się, że jeśli wypowie na głos słowo „szczęście” nie będzie mogła długo się nim cieszyć.
Podreptała w stronę drzwi prowadzących do salonu, gdzie jak miała nadzieję spotka się z Mistrzem Eliksirów. Już miała otworzyć szerzej drzwi, gdy doszedł do niej strzępek rozmowy Severusa z profesorem Dumbledorem. Przystanęła ciekawa, czego mogłaby dotyczyć konwersacja. Wytężyła słuch.
– Powiedziałeś jej już? – głos staruszka był cichy, ale stanowczy.
– Nie. Nie miałem okazji.
– Severusie, nie zwlekaj. Wiesz, że Tom może być szybszy. Lepiej mieć dziewczynę po naszej stronie, niż później się zastanawiać się jak z powrotem zaskarbić sobie jej względy. Ona jest nam potrzebna.
– Jak ci jest taka potrzebna, to sam jej powiedz, że jej ojczym to Sam-Wiesz-Kto! Na pewno będzie tą informacją zachwycona! Trzeba mieć na uwadze jej stan psychiczny! – warknął.
Sophie pociemniało przed oczami, gdy doszedł do niej sens słów Severusa. Otuliła się szczelniej szlafrokiem i usiadła na brzegu łóżka. Nie zdolna była do niczego oprócz ubrania się i opuszczenia Hogwartu. Nie mogła być z człowiekiem, który po raz kolejny zataił przed nią tak ważną informację. Już widziała jak się przed nią tłumaczy, jak mówi jej, że chciał ją chronić i dlatego trzymał to tak długo w tajemnicy. Znów ją zawiódł, a to co wydarzyło się zaledwie przed kilkoma godzinami było jak piękny, nierealny sen, który zachowa w pamięci, ale już nigdy nie straci dla niego głowy! Spieszyła się, żeby nie natknąć się na niego, gdy już skończy rozmawiać z Dumbledorem, ale nigdzie nie mogła znaleźć swojego stanika. Przeszukała dokładnie sypialnię. Domyślała się, że zostawiła go na kanapie. Zaklęła pod nosem. Wydała na tę bieliznę sporo pieniędzy i nie chciała jej szybko tracić. Ale widocznie los chciał inaczej. Nie mogła wparować tam w poszukiwaniu biustonosza, więc założyła sukienkę na gołe ciało, a za podwiązkę wetknęła różdżkę. Wzięła trochę proszku Fiuu i weszła do kominka rzucając proszek, pod swoje nogi. Zielony płomień zabrał ją tylko w sobie znane miejsce.