No, dobra! Rozdział
zawiera scenę +18. Czytacie na własną odpowiedzialność!
Dedykacja dla Merimaat. ♥
Kolejne
dni były jak zły sen, z którego Sophie nie mogła się obudzić, choć bardzo tego
chciała. Ciągle ktoś ją odwiedzał, przytulał, klepał po plecach, pocieszał. To
było na chwilę. Nikt nie został z nią dłużej niż kilka godzin. Wszyscy po
jakimś czasie ją opuszczali. Niby dziadek był prawie przez cały czas, ale sam
potrzebował niewielkiego zrozumienia i dodania otuchy.
Zastanawiała
się, dlaczego jeszcze nie zrobiła dziur w ścianie i na suficie przez to ciągłe
wpatrywanie się w jeden punkt. Nie miała na nic ochoty, z pokoju wychodziła
tylko, kiedy musiała, zawsze w towarzystwie chusteczek. Wszystko, co napotykała
na swojej drodze przypominało jej o mamie. Jej myśli ciągle krążyły wokół osoby
Isabelle. Ulubiony kubek, wysłużone domowe kapcie, które dawno straciły
miękkość, kaszmirowy sweter na guziki przesycony perfumami, ulubiony wiklinowy
fotel stojący na werandzie od strony ogrodu.
Głowa
coraz częściej ją pobolewała. Ostry, kłujący ból wędrował wewnątrz czaszki.
Sophie miała wrażenie, że zaraz jej głowa eksploduje, a nocami śniły jej się
wydarzenia z przeszłości; najwięcej mglistych scen dotyczyło Toma i Severusa…
Budziła się zlana potem, a serce dziwnie trzepotało jej w piersiach. Po
przebudzeniu próbowała odtwarzać sny, jednak na jawie wszystko gdzieś się
ulatniało.
Severus
wcale jej nie pocieszał, nawet nie próbował tego robić. Zdawała sobie sprawę,
że kondolencje złożone przez niego wydawałyby się zbyt groteskowe. Wystarczyło,
że wspierał ją swoją obecnością. Przez pięć ostatnich dni bywał u niej kilka
godzin. Nic nie mówił. Siadywali razem na jej łóżku, w milczeniu, przytuleni do
siebie, wpatrywali się w ścianę naprzeciw nich. To dawało Sophie więcej niż
rozmowa.
George
podejrzliwie patrzył na te wizyty. Podobnie reagował na to, że Tom zaczął
panoszyć się w jego domu. Awantura wisiała w powietrzu. Staruszek był przekonany,
że mężczyzna czegoś szuka. Zupełnie nie wiedział, co to mogłoby być… co Isabelle
zataiła przed nim, a wiedział o tym jej mąż?
Obserwował go dyskretnie i uważnie analizował jego zachowanie. Ewidentnie było
widać, że ten facet coś knuje!
*
Dzień
pogrzebu był słoneczny i dość ciepły. Słońce ogrzewało swoimi promieniami jesienne
powietrze, na niebie, sterowane wiatrem, poruszały się leniwie pierzaste
obłoczki. Wysoko ponad głowami latały mewy… Szum morza i uderzanie fal o brzeg
mąciły ciszę, która panowała na plaży.
Na
białym murowanym katafalku znajdowała się drewniana urna z prochami Isabelle
Thompson. Przyozdobiona kwiatami – białe kalie, różowe goździki, czerwone
gerbery, róże w rozmaitych odcieniach, lilie o intensywnym zapachu niesionym
przez wiatr. Niewielka fotografia oprawiona w ramkę.
Niewielka
grupka, może trzydziestu osób stała niedaleko miejsca, gdzie usytuowano
katafalk; Sophie, George i Tom siedzieli na krzesłach tuż przy podwyższeniu. Mistrz
ceremonii szedł powolnym krokiem w stronę zebranych, trzymając pod pachą
oprawioną w skórę księgę. Ubrany był w długą czarną szatę, siwe przydługie
włosy powiewały mu na wietrze; stopy miał bose.
Severus
wmieszał się w tłum. Dzień wcześniej ustalili z Sophie, że lepiej będzie dla
nich, kiedy na czas pogrzebu staną się dla siebie profesorem Snape’em i panną
Thompson. Chcieli uniknąć wścibskich plotek wiekowych ciotek dziewczyny, a
także nie skupiać uwagi Toma czy Mistrza ceremonii z Ministerstwa Magii.
Mężczyzna
czuł w sobie ból, jaki przezywała w sobie Sophie. Pomimo tego, że jego matka zmarła
piętnaście lat temu, nadal nie mógł pogodzić się z jej odejściem. A co miała
powiedzieć Sophie, która została sierotą zaledwie przed tygodniem? Rozumiał ją,
chciał ją wspierać, stać tam, blisko niej, aby wiedziała, że może na niego
liczyć w każdej sytuacji. Wesołej bądź smutnej. Musiał jednak dalsze rozważania
na ten temat pozostawić na inną porę, gdyż właśnie rozpoczął się pogrzeb.
Mistrz
ceremonii otworzył księgę i zaczął odprawiać jedną modlitwę za drugą. Gdzieś w
oddali sączyła się spokojna melodia skrzypiec i harfy. Dźwięki płynące w
powietrzu wyrażały głęboką stratę i rozpacz.
Sophie
wpatrywała się tępym wzrokiem w urnę i zupełnie nie słuchała, co dzieje się
wokół niej. Nawet już nie płakała. Oczy ją piekły i trudno oddychało jej się
przez nos. Nie mogła już dłużej użalać się nad swoim losem; nie miała przecież
pięciu lat! Jej mama umarła, ale nadal był przy niej dziadek. I Severus…
Musiała
też mieć oko na Toma. Nie podobało się jej jego zachowanie. Pałętał się po domu
dziadka jakby czegoś szukał. Przesiadywał też w bibliotece. Dziadek
powstrzymywał się ostatkami sił, żeby go stamtąd nie wyrzucić. Nie zrobił tego
chyba tylko na wzgląd na pamięć jej mamy. Dziewczyna głowiła się, co też tak
zaprząta uwagę jej ojczyma. Pogrzeb praktycznie załatwiał George.
Ceremonia
zakończyła się trzema głośnymi uderzeniami w niewielki dzwon. Dźwięk metalu
wyrwał z zamyślenia Sophie. Teraz należało zabrać urnę z prochami i umieścić ją
w rodzinnym grobowcu. Mistrz ceremonii podszedł do zebranych żałobników, aby
złożyć kondolencje. Przedtem jednak poinformował ich, że dwudziestego trzeciego
listopada odbędzie się odczytanie testamentu zmarłej. Słowa mężczyzny były dla
dziewczyny zaskoczeniem. Jaki testament?
– zastanawiała się gorączkowo, czując niewielkie pulsowanie w skroniach. Nie
miała możliwości zapytać się go dokładnie o ten dokument, gdyż szybko się
ulotnił, a ją obstąpiła gromada ludzi. Ta nagła wymuszona życzliwość z ich
strony wydawała się Sophie sztuczna. Znów machinalnie przyjmowała kondolencje,
zagłębiając się w swoich myślach. O żadnym testamencie nikt wcześniej nie
wspominał. Isabelle nigdy nie spotykała się z jakimkolwiek urzędnikiem z
Ministerstwa. Może kontaktowała się z nim przez pocztę? Sowy dosyć często o,
różnych porach przylatywały do domu dziadka. Jednak trudno było Sophie przyjść
do głowy treść dokumentu. Domyślała się, że w podziemiach banku Gringrotta znajduje
się jakieś złoto, które być może od teraz stanie się jej własnością, wolała
jednak być biedna, a mieć przy sobie swoją mamę. Być może to właśnie
kosztowności wzbudziły u Toma to dziwne zainteresowanie nią i dlatego od dnia
śmierci Isabelle tak bardzo panoszył się w bibliotece? Nie lubiła niejasnych
sytuacji. Po powrocie do domu będzie musiała poważnie porozmawiać z dziadkiem
na temat tego, co może zawierać testament. Nie ufała ojczymowi. Była
przekonana, że pod maską opanowanego człowieka kryć się może ktoś zupełnie
nieobliczalny i wyrachowany.
Poczuła
nagle, że ktoś bierze ją za rękę, podniosła głowę i ujrzała stojącego przed nią
Severusa. Jego twarz była poważna i nieprzenikniona, patrzył na nią dziwnie
zimnymi oczami; zbyt poważnie wziął sobie do serca jej prośbę o to by zwracali
się do siebie oficjalnie.
–
Składam kondolencje, panno Thompson. Pragnę też przekazać pani wyrazy
współczucia od profesora Dumbledore’a.
Skinęła
jedynie lekko głową. Miała ochotę rzucić mu się w ramiona, przywrzeć do niego
całym ciałem, ale przecież to było niestosowne. Odciągnęła go w bok, jak
najdalej od wścibskich oczu i uszu zebranych na plaży ludzi.
– Dziękuję
ci, że przyszedłeś… Mogło cię coś przecież zatrzymać – uśmiechnęła się słabo,
pociągając nosem. – Już niedługo wyjeżdżam na studia. Nie będziemy mieć dla
siebie zbyt wiele czasu. Odwiedzisz mnie jutro? – spytała ledwie słyszalnie. Cały
czas miała spuszczoną głowę.
–
Obawiam się, że nie będziemy się mogli spotkać przez najbliższe kilka tygodni.
–
Dlaczego?
–
Mam teraz dużo pracy – powiedział machinalnie. Musiał najpierw zbadać grunt u
Czarnego Pana, by móc spokojnie zająć się związkiem z Sophie. Nie mógł narażać
jej na niebezpieczeństwo. – To cię nie
powinno obchodzić, Sophie. Są rzeczy, przed którymi obiecałem twojej matce cię
chronić.
Prychnęła.
–
Uważasz, że sama nie potrafię się obronić?
– To
nie jest pora na takie rozmowy. Wracaj do dziadka, dopełnijcie ceremonii.
Pozwól swojej matce spoczywać w spokoju.
–
Ty coś wiesz? – spojrzała na niego uważnie, niemalże z gniewem wymalowanym na
twarzy. Zawsze musiał coś przed nią ukrywać!
–
Muszę wracać do Hogwartu, Sophie – uścisnął mocno jej dłonie. Musiał trzymać
się żelaznych reguł. Stracenie kontroli oznaczałoby kłopoty! Kątem oka zauważył
idącego w ich stronę Czarnego Pana.
Odwrócił
się od niej i odszedł z wyprostowanymi plecami.
Chciała
za nim pobiec, ale ktoś ją powstrzymał. Zerknęła przez ramię – to był Tom. Wyrwała
się z jego uścisku i skierowała się w stronę dziadka, który rozmawiał z jedną z
wiekowych ciotek. Minęła ich i przystanęła przy katafalku. Położyła dłonie na
urnie i opuściła głowę. Pojedyncza łza spłynęła jej po policzku. To było jej
pożegnanie z matką. Obiecała jej z całego serca, że od tej pory będzie na
siebie uważać i nie wpadnie w kłopoty. Prosiła ją też, by w jakiś
niewytłumaczalny dla niej sposób, sprawowała nad nią opiekę. Usłyszała ponownie
melodię skrzypiec i harfy w powietrzu, uznała to za dobry omen.
*
Dwudziesty
trzeci listopada nadszedł szybciej niż Sophie się spodziewała. Rzucona w wir
nauki na Uniwersytecie w Preston zupełnie nie spoglądała na kartki w
kalendarzu. Na zajęcia chodziła rano i siedziała na uczelni do samego wieczora,
a kiedy wracała do kampusu nie miała już zbytnio siły na nic więcej niż
wskoczenie do wanny pełnej gorącej wody. Nocami powtarzała materiał, a w
weekendy jeździła do dziadka. Toma odwiedziła tylko raz. Tylko po to, aby
uprzątnąć rzeczy po mamie. Kiedy przebierała i układała ubrania, przyszedł do
niej i patrzył na nią dziwnym wzrokiem. Do tego stopnia wlepiał w nią wzrok, że
zjeżyły jej się jej włosy na karku. Szybko opuściła dom, w którym mieszkał jej
ojczym, w którym ona kiedyś też mieszkała. Gdyby próbował ją zatrzymać,
niewykluczone, że trzepnęłaby go jakimś zaklęciem.
Severus
się nie odzywał, a jej urażona duma nie pozwoliła jej zrobić pierwszego kroku.
Była na niego zła. Śmiertelnie obrażona. I tęskniła… Nocami nawiedzały ją sny z
Severusem w roli głównej. Budziła się zlana potem i chciała go obok siebie, w
łóżku, żeby w końcu minęło to nieznośne napięcie! Jak tak dalej pójdzie będzie
musiała złamać dane sobie słowo i go odwiedzić!
Do
Ministerstwa Magii nie wypadało pójść w mugolskim ubraniu, dlatego też wybrała
się przedtem do Madame Malkin – lubiła atmosferę sklepu i jego właścicielkę.
Wiedziała, że tam znajdzie strój odpowiedni na tę okazję. Po niemal dwóch
godzinach w przymierzalni w końcu zdecydowała się na granatową szatę, dokupiła
jeszcze kilka innych rzeczy, by dopełniały całego jej wyglądu pewnej siebie
młodej kobiety. Nie mogła dać się zaskoczyć treścią testamentu. Musiała być
twarda.
Jednak
po wyjściu z gabinetu nie był już taka pewna siebie. Miała żal do całego
świata, a najbardziej do swojej mamy. Zawiodła ją, a przecież obiecała, że
będzie się nią opiekować nawet na tamtym świecie. Słowa urzędnika nadal dźwięczały
jej w głowie: „wolą zmarłej Isabelle Thompson jest, aby jej córka Sophie Thompson
urodzona dnia dwudziestego czwartego maja tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego
trzeciego, do dnia swoich dwudziestych pierwszych urodzin pozostała pod opieką
swojego ojczyma Toma Lewisa*. Tom Lewis zobowiązuje się do wypłacania swojej
pasierbicy pensji w wysokości dwustu pięćdziesięciu galonów każdego ostatniego dnia
miesiąca poczynając od miesiąca jej śmierci.” Była jeszcze poruszana kwestia
wykształcenia Sophie – miała kontynuować naukę na wybranym przez siebie
uniwersytecie.
Była
uziemiona, na łasce Toma, a to wszystko zgotowała jej własna matka!
Teraz
nie chciała rozmawiać z nikim. Szybko pożegnała się z dziadkiem, na Toma nawet
nie spojrzała. Wyszła z Ministerstwa szybkim krokiem. Od razu uderzył ją zimny listopadowy
podmuch wiatru. Bardziej otuliła się niebieskim szalikiem, chowając dłonie w
kieszenie czarnego płaszcza. Żałowała, że nie zabrała ze sobą rękawiczek. Powoli
się ściemniało, ale ona nie miała ochoty wracać do kampusu w Preston. Kierowana
dziwnym impulsem poszła w stronę Charing Cross Road. Do Dziurawego Kotła, potem
na Pokątną, spacer po deszczowym Hogesmeade, błonia i w końcu stanęła przed ogromnymi
drzwiami zamku. Z głośnym skrzypnięciem otworzyła je i weszła do środka.
Przemknęła niezauważona korytarzem, mając na uwadze fakt, że gdyby spotkała pana
Filcha niechybnie obdarowałby ją szlabanem, choć nie jest już przecież
uczennicą Hogwartu.
Postacie
z obrazów z zaciekawieniem przyglądały się jej, gdy schodziła do lochów;
wywołała wśród nich niemałe zamieszanie. Dobrze, że z niektórymi osobami miała
dość dobry kontakt, więc o wszczęciu niepotrzebnego alarmu nie było mowy. Przypuszczała
jednak, że Dumbledore będzie wiedział, o jej wizycie u Severusa szybciej, niż
ona dojdzie do jego prywatnych komnat. Wcale się tym nie przejmowała, chłonęła
całą sobą atmosferę hogwarckich lochów, ich tajemniczy zniewalający półmrok. Płomienie
pochodni tańczyły według melodii granych przez świszczący przeciąg, a rytm temu
wszystkiemu nadawał odgłos obcasów uderzanych o kamienną posadzkę.
Ujrzawszy
w końcu drzwi do gabinetu Severusa, uśmiechnęła się nieznacznie i energicznie
zastukała w nie trzy razy. Po chwili usłyszała dobrze znane sobie, głośne
„wejść”. Nieznacznie uchyliła skrzydło i wślizgnęła się do środka, prawie
niedosłyszalnie zamykając za sobą drzwi.
Mężczyzna
siedział za biurkiem, z nosem wetkniętym w stertę pergaminów, piętrzących się
wokół niego. Dwa tuziny grubych, woskowych świec, o dorodnych płomieniach
zupełnie wystarczyły, by w pomieszczeniu było jasno. Odrobinę światła dawał
jeszcze ogień buzujący w kominku. Skupienie malowało się na twarzy Severusa,
choć chwilami jakby tracił cierpliwość do literek zamieszczonych na kartkach i
mało brakowało, żeby zaczął wznosić swoje czarne jak węgiel oczy ku niebu.
–
Dobry wieczór, Severusie – odezwała się, zdejmując płaszcz oraz szalik i
rzucając je na kanapę.
Natychmiastowo
podniósł głowę i spojrzał uważnie, mrużąc powieki, na stojącą naprzeciwko niego
Sophie. Zmierzył ją od stóp do głów. Poczuła, że robi jej się gorąco, gdy ich
spojrzenia się spotkały; motylki trzepotały zawzięcie w dole brzucha.
– Sophie…
cóż za miła niespodzianka… Wybacz, ale mam dużo pracy i nie będę mógł ci poświecić
więcej niż kwadrans… – wstał i skierował się w stronę kominka.
Dziewczyna
prawie zamrugała z wrażenia, nie sądziła, że jej wizyta nie wzbudzi w
mężczyźnie żadnych emocji. Był dla niej oschły. Nie myślała wcale o tym, żeby
rzucił jej się na szyję i wycałował, ale przecież korona by mu z głowy nie
spadła, gdyby przywitał ją buziakiem.
– W
takim razie nawet się nie kłopocz nawet tym, żeby prosić skrzaty o herbatę –
wzięła płaszcz i szalik do ręki i obdarzyła go obojętnym spojrzeniem. Zdecydowała
szybko, że nie będzie się przed nim płaszczyć. – Skoro masz do sprawdzania
eseje, to nie będę zabierać ci twojego cennego czasu. Odezwij się jak… albo
wcale się nie odzywaj. Wiesz, co… żyjmy teraz każde swoim życiem, skoro nie
potrafisz znaleźć kilku godzin na spotkanie ze mną. Nawet do mnie nie
napiszesz, odniosłam wrażenie, że jakoś przestało ci na nas zależeć. Ciągle
tylko ja wyciągam do ciebie rękę! – rzuciła oburzona, czując jak łzy napływają
jej do oczu.
–
Sophie…
–
Właśnie dowiedziałam się, że własne matka zrobiła mnie w balona! Jestem zależna
od woli Toma! On teraz jest moim prawnym opiekunem! Pomimo tego, że jestem
pełnoletnia, to i tak ma nade mną prawo! Jeszcze przez 4 lata! Do tego
dysponuje moim majątkiem i będzie wypłacać mi, co miesiąc pieniądze… nie chcę
takiej jałmużny! Pójdę do pracy i
zarobię, dziadek na pewno nie odmówi mi pomocy! Niech Tom wsadzi sobie te
pieniądze gdzieś! – z każdym zdaniem Sophie, coraz bardziej podnosiła głos.
Prawie już krzyczała. Z trudem łapała powietrze, wszystko się w niej gotowało. –
Teraz przychodzę do Ciebie, żeby się komuś zwierzyć, dziadek wiecznie nie może
wysłuchiwać o moich problemach, a nowym znajomym ze studiów jakoś nie
chciałabym powierzać moich rodzinnych kłopotów. Zaufałam ci, a ty teraz
odwracasz się ode mnie! Naprawdę jestem ci wdzięczna, za to, co zrobiłeś do
czasu pogrzebu, ale moje życie nie skończyło się wtedy i trwa nadal! Ciągle
czymś się zasłaniasz jak nie esejami, eliksirami, sprawami dla Dumbledore’a, to
wreszcie samym Voldemortem! Może dla ciebie nasza wspólna noc była tylko nic nieznaczącym
epizodem, ale do mnie…
–
Myślisz, że mnie jest łatwo? – przerwał jej. – Myślisz, że nie chciałbym
częściej się z tobą widywać?
–
Jakoś nie zabiegasz o spotkania ze mną! – fuknęła.
Severus
przysuwał się powoli w jej stronę. Jeden niewłaściwy ruch mógł spowodować, że
dziewczyna ucieknie. Musiał szybko podjąć decyzję jak ją uspokoić.
Krzyknęła,
gdy ją objął, ale była zbyt roztrzęsiona, by z nim walczyć. Wziął ją w ramiona
i mocno przytulił, chłonąc jej drżący szloch. Zamknął oczy, wtulając się w jej
miękkie, pachnące włosy. Tak dobrze było trzymać ją w objęciach. Żałował, że
nie może ulżyć jej w cierpieniu, wziąć na siebie, choć części okropnego bólu,
który i on jej sprawił. W tym momencie musiał wszystko rzucić i zająć się tą
zagubioną osóbką, którą trzymał w ramionach. Sophie na to w pełni zasługiwała.
Nie
wiedział, kiedy podniosła głowę i pocałowała go. Ujął jej mokrą od płaczu twarz
i pogłębił pocałunek, gdy dziewczyna rozchyliła usta, zapraszając go do środka.
Długo i namiętnie smakował jej usta, lekko słonawe i wilgotne od łez. Z każdą kolejną
sekundą tracił panowanie nad sobą. Rzucił płaszcz i szalik gdzieś na podłogę,
wyswobadzając Sophie od zbędnego ciężaru. Momentalnie jej dłonie znalazły się
na jego torsie i wędrowały w górę, ku karkowi, który napiął się pod jej
dotykiem. Drażniła się z nim, wiedział to doskonale, kiedy przylgnęła do niego
całym ciałem i obtarła się sugestywnie o niego. Przez chwilę miał wątpliwości,
czy pozwolić jej na dalsze pieszczoty.
Była
zła na cały świat, więc dlaczego by nie rozładować napięcia, które pomiędzy
nimi się wytworzyło. Wiedziała, że Severus jak na mężczyznę przystało, nie
oprze się jej wdziękom i dostanie to, na co namawiała go już kilka razy.
Nim
się zorientował, jej palce zajęły się rozpinaniem guzików przy jego surducie.
Zdjęła go szybkim ruchem i rzuciła gdzieś na biurko. Odsunął się od niej,
przerywając pocałunek. Westchnęła cicho, nawet nie była, chociaż odrobinę
zdyszana namiętnym pocałunkiem, który właśnie przed chwilą się skończył.
Wyjął
z kieszeni chusteczkę i podał jej; wytarła nią porządnie nos.
–
Sprytu ci nie brakuje, moja droga, ale nie na tym polega rozwiązywanie
problemów. Może najpierw porozmawiajmy? – pociągnął ją w stronę kanapy, na
której usiedli. Sophie wdrapała się na jego kolana.
– Nie
chcę rozmawiać! – oświadczyła hardo. – Brakuje mi ciebie. Twojego ciała,
zapachu, ciepła.
To
wyznanie zaskoczyło go. Nie wiedział zupełnie, co jej teraz powiedzieć.
Wykorzystała to i prawie natychmiast znów zajmowała się guzikami przy ubraniu
Severusa oraz jego ustami. Tym razem jej uwagę zaprzątnęła jego koszula. Z
wprawą odpinała kolejne maleńkie guziki, odsłaniając coraz to większe obszary torsu
mężczyzny. Spojrzała na niego pożądliwym wzrokiem, kiedy na chwilę oderwała się
od jego wąskich warg. W świetle kominka jego blizny odznaczały się perłowym
blaskiem na skórze pokrytej miękkim owłosieniem.
Obtarł
wierzchem dłoni jej wilgotną twarz. Oczy wciąż były mokre od płaczu, ale
dostrzegł w nich pewien cień desperacji. Może miała rację, że ją zaniedbywał.
Nie szukał sposobu na to, by zmniejszyć swoje obowiązki, chociaż względem
Albusa. O „urlopie” od Czarnego Pana nie było mowy! Obdarzyła go zaufaniem już
wiele razy, a on za prawie każdym razem odwracał się od niej, nie zabiegał o
nią tak jak powinien. Na dodatek po raz kolejny, kiedy zapragnęła zespolić się
z nim fizycznie, on niepotrzebnie robił aferę. Może na początku chciał ją
wyrzucić tylko, że dostrzegł na jej twarzy wybuchową mieszaninę emocji. Nie
złoiła by mu skóry gdyby był wobec niej w porządku. Ona po prostu desperacko
pragnęła wtulić się w jego ramiona i przyjąć pociechę wraz ze wszystkim, co
miał do zaoferowania. Musiał jej wynagrodzić tygodnie samotności i rozpaczy, pozwolić
by dziś to ona kierowała nim. Całkowicie się poddał.
Sophie
entuzjastycznie przyjęła rezygnację mężczyzny z dalszej walki. Przylgnęła do niego,
całując łapczywie, a przy okazji zdejmując z niego koszulę i rzucając ją gdzieś
na dywan.
Jego
dłonie powędrowały wzdłuż jej ud, podciągając szatę i ukazując zgrabne nogi
oraz płaski brzuch. Severus chłonął całym sobą widok dziewczyny w czarnej bieliźnie
z misternej koronki, kiedy ściągnął z niej wierzchnią odzież. Nie szczędzili
sobie wzajemnie pieszczot i pocałunków. Nie przeszkadzało im wcale, że za
posłanie służy im dość niewygodna kanapa, a jedynym źródłem ciepła w chłodnych
lochach był trzaskający wesoło w kominku ogień. Żar, z jakim zajmowali się sobą
zupełnie nie pozwalał im na odczuwanie zimna.
– Cholerne
zapięcie! – zaklął pod nosem Severus, mocując się z zapięciami przy
biustonoszu.
–
Pozwól, że ci pomogę – zaśmiała się szczerze, uwalniając swoje piersi.
–
Piękne, idealne – taka pochwała, wypowiedziana ochrypłym szeptem, wznieciła w
niej kobiecą dumę.
Widok
własnych, nagich piersi, na które patrzył z takim pożądaniem, wprawił ją
najpierw w zażenowanie, ale kiedy wargami nakrył najpierw jeden naprężony sutek,
a po chwili zajął się drugim, rozpalił w niej pożar, który z każdą minutą
ogarniał kolejne skrawki jej ciała. Pożerał ją, gdy ona wsunęła swoje dłonie w
jego przydługie nieumyte włosy, przyciskając mocniej jego głowę do swojego
ciała. Poruszała się niespokojnie, drażniąc go. Zapadła się w głęboką otchłań doznań,
gdy lodowatymi palcami dotknął nabrzmiałe, twarde sutki. Dźwięki, jakie z siebie wydawała nadal były
jej obce, ale nie mogła ich powstrzymać. Napięcie narastało i ogarniało ją
coraz bardziej. Niepokój dręczył jej ciało, zdając się koncentrować w miejscu
między udami. Wyczuwała nabrzmiałą męskość Severusa przez cienki materiał
spodni i swojej bielizny. Zdawała sobie sprawę, że jemu też nie jest łatwo
utrzymywać swoje pożądanie na wodzy. Musiała iść o krok dalej, nie była już
przecież dziewicą, która rumieni się na widok nagiego mężczyzny. Pewnym ruchem
odpięła najpierw guzik, a potem rozsunęła zamek. Wyczekujący, spragniony wzrok Severusa
utwierdził ją w przekonaniu, że nie powinna już dłużej czekać, zabrała się za
zdejmowanie z niego spodni, butów, skarpetek. I majtek…
Snape
patrzył z niemałym zdumieniem na to, co robiła Sophie. Leżał przed nią nagi i bezbronny. Pragnienie, że posiądzie ją zaraz spowodowało, że ledwie
panował nad sobą. Podziwiał jej zgrabne ciało, ciemne włosy opadające na jej
kształtne piersi. Gdyby teraz zmieniła zdanie i zostawiła go na tej kanapie,
tak boleśnie pobudzonego, wyzionąłby ducha. Jednak się mylił. Stanęła naga,
skąpana w blasku i cieple buchającym z kominka. Pochyliła się nad nim, by go pocałować.
Włosy, które rozpuściła przed chwilą, łaskotały go w nos, szyję i tors. Oparła
ręce na ramionach Severusa wdrapując się na jego kolana.
– Długo
będziesz się jeszcze tak nade mną znęcać i wodzić na pokuszenie? – warknął, łapiąc
ją mocno w pasie.
Odpowiedziała
mu namiętnym, głębokim pocałunkiem, powoli osuwając się na jego nabrzmiałą,
stojącą dumnie męskość. Bez przeszkód i najmniejszego bólu poczuła, że znalazł
się w jej wnętrzu; była odpowiednio przygotowana na niego.
Mając
w pamięci ostatni ich wspólny akt cielesny, nieśmiało zaczęła unosić się i
opadać, przylegając całym ciałem do Severusa. Nadawała tępo i rytm ich wspólnej
miłości. Pragnienie, które się w niej obudziło, zawało się być nie do
ugaszenia. Chciała więcej.
Szaleńczy
galop, jaki zaoferowała mu Sophie w niczym nie przypominał kontaktów cielesnych
z innymi kobietami. Nabijała się na niego z zapamiętaniem, opierając swoje czoło
na jego ramieniu. Objął ją szczelnie, pozwalając na ten taniec. Ledwie cienka
granica dzieliła go od spełnienia. Nie mógł być taki samolubny i nie pozwolić
Sophie na osiągniecie rozkoszy.
Dźwięk
ich ocierających się o sobie ciał oraz głośne pojękiwania, pobudzały każdą
komórkę organizmu do wytężonej pracy. Nic w tym momencie się nie liczyło.
Szybka gonitwa ku spełnieniu, wypełniała pomieszczenie w lochach.
Gorąca
strzała nasienia dotarła do samej jej istoty, w tym samym momencie odrzuciła
głowę do tyłu i wczepiła paznokcie w ramiona Severusa, krzycząc jego imię. Orgazm
spustoszył jej ciało, rozbił na kawałki jak młot uderzony w kryształowy wazonik.
Oboje
dyszeli ciężko, a strużki potu spływały im po ciałach. Niezdolni byli do
niczego więcej jak tylko do okrycia się szalikiem Sophie.
*
Wcale
jej to nie zdziwiło, że po przebudzeniu, nie zastała Severusa w łóżku.
Najwidoczniej bliskość, którą przeżyli kilka godzin temu w zupełności mu wystarczyła
i nie potrzebował więcej czułości. Zakopała się w pościeli, do której zaniósł
ją, gdy obudzili się po krótkiej drzemce. Piersi nadal miała wrażliwe, gdy dotknęła
ich dłonią. Wywołała tym gestem nową falę doznań. Stwierdziła, że powinna
poszukać Severusa, bo jego długa nieobecność trochę ją niepokoiła. Odrzuciła
kołdrę i włożyła na siebie szlafrok przesycony jego perfumami. Była trochę
obolała, ale i dziwnie lekka. Nie chciała nazwać tego szczęściem. Bała się, że
jeśli wypowie na głos słowo „szczęście” nie będzie mogła długo się nim cieszyć.
Podreptała
w stronę drzwi prowadzących do salonu, gdzie jak miała nadzieję spotka się z
Mistrzem Eliksirów. Już miała otworzyć szerzej drzwi, gdy doszedł do niej strzępek
rozmowy Severusa z profesorem Dumbledorem. Przystanęła ciekawa, czego mogłaby
dotyczyć konwersacja. Wytężyła słuch.
–
Powiedziałeś jej już? – głos staruszka był cichy, ale stanowczy.
–
Nie. Nie miałem okazji.
–
Severusie, nie zwlekaj. Wiesz, że Tom może być szybszy. Lepiej mieć dziewczynę
po naszej stronie, niż później się zastanawiać się jak z powrotem zaskarbić
sobie jej względy. Ona jest nam potrzebna.
– Jak
ci jest taka potrzebna, to sam jej powiedz, że jej ojczym to Sam-Wiesz-Kto! Na pewno
będzie tą informacją zachwycona! Trzeba mieć na uwadze jej stan psychiczny! –
warknął.
Sophie
pociemniało przed oczami, gdy doszedł do niej sens słów Severusa. Otuliła się szczelniej
szlafrokiem i usiadła na brzegu łóżka. Nie zdolna była do niczego oprócz
ubrania się i opuszczenia Hogwartu. Nie mogła być z człowiekiem, który po raz kolejny
zataił przed nią tak ważną informację. Już widziała jak się przed nią tłumaczy,
jak mówi jej, że chciał ją chronić i dlatego trzymał to tak długo w tajemnicy. Znów
ją zawiódł, a to co wydarzyło się zaledwie przed kilkoma godzinami było jak
piękny, nierealny sen, który zachowa w pamięci, ale już nigdy nie straci dla
niego głowy! Spieszyła się, żeby nie natknąć się na niego, gdy już skończy
rozmawiać z Dumbledorem, ale nigdzie nie mogła znaleźć swojego stanika.
Przeszukała dokładnie sypialnię. Domyślała się, że zostawiła go na kanapie.
Zaklęła pod nosem. Wydała na tę bieliznę sporo pieniędzy i nie chciała jej
szybko tracić. Ale widocznie los chciał inaczej. Nie mogła wparować tam w
poszukiwaniu biustonosza, więc założyła sukienkę na gołe ciało, a za podwiązkę wetknęła
różdżkę. Wzięła trochę proszku Fiuu i weszła do kominka rzucając proszek, pod
swoje nogi. Zielony płomień zabrał ją tylko w sobie znane miejsce.